Twórczość Stasiuka

Prison is hell

Prison is hell

Andrzej Stasiuk

Te dwa słowa w języku angielskim są jednym z najczęściej wykonywanych tatuaży w polskich więzieniach. Misternie kłute strzelistą szwabą, pracowicie i długo odwzorowywane w wymyślnym, cieniowanym, trójwymiarowym liternictwie, mozolnie nanoszone zwykłymi drukowanymi literami. Elementarna prawda podana na plecach, na piersiach, wzdłuż ud i łydek.

Więźniowie są strąceni w otchłań, wyrok nie jest dla nich karą w prawnym, oficjalnym, potocznym czy jakimkolwiek znaczeniu. Nie daje szans poprawy. Powrotu. Jest ostatecznym potępieniem, od którego nie ma odwołania.

Skazańcy nie mówią o sprawiedliwości. A jeśli tak, to z pogardą i lekceważeniem. Sprawiedliwość jest dla nich czymś groteskowym, śmiesznym jak pogadanki o szkodliwości alkoholu wygłaszane, co jakiś czas w lokalnym radiowęźle przez więziennego psychologa. Przyjmują swoją hańbę ze spokojem i starają się zachować resztki godności, odrzucenie chcą zamienić w wywyższenie. – My złodzieje, my recydywa, my bandziory – te słowa wypowiadane są z dumą. Chcą trwać chroniąc to, co w nich najgorsze na przekór bezwzględnej władzy. I trwają stłoczeni jak rzeźne zwierzęta, jak ciała pozbawione dusz.

To właśnie ich ciała mają zdolność przemawiania. Na plecach obrazy cierpliwie ryte zwyczajną igłą do szycia, w nocy, przy kopcącym kaganku z przydziałowego smalcu, pod groźbą więziennej kary. Obrazy sławiące odwagę, zbrodnię i seks. Symbole sztyletów, nocnego, przychylnego złodziejom pornograficzne ażurowe pończochy. Kolczasta kaligrafia oznajmu-jąca mrok, zniszczenie i pogardę. Insygnia obrane na całe życie. Ramiona okryte oficerskimi dystynkcjami odmierzającymi lata spędzone w żelaznym i zardzewiałym świecie. Generalskie lampasy – już nie tatuowane, ale cięte cienkim ostrzem żyletki od bioder po kostki stóp, od barków po nadgarstki. WWArmia ciemności. Całe życie zapisane na stronicach skóry. Wężowe, siedmiogłowe bestie oplatające ramiona, kutasy zdobione w napisy głoszące hańbę milicji, sądów, całej psiarni pałacu sprawiedliwości. Skrzyżowane piszczele, kurewki z rozstawionymi udami w wysokich czapkach z trupią główką. Esesmańskie błyskawice i krzyże o zagiętych ramionach. Litery OAS znaczące tyle, co organizacja antysocjalistyczna prowokacyjnie tatuowane na czole. Na karkach – znów tą samą szwabą cyniczne poświęcenie „Tylko dla kata”. Komiksowy King-Kong rozrywający łańcuchy. W widocznym miejscu mansonowskie zawołanie „Urodziłem się po to, by czynić piekło na Ziemi”.

Tak w skrótowy sposób można opisać sztukę więziennego tatuażu. Więzienny tatuaż jest manifestem ideologii, ideologii przyjmowanej z determinacją i najczęściej na całe życie. Ideologia przenoszona jest w sferę cielesną, na własną skórę i w ten sposób nierozerwalnie połączona z działaniem w codziennej, realnej rzeczywistości. Tatuaż jest najgłębszym wyznaniem wiary. Nie można się jej zaprzeć.

Skąd się bierze owa żarliwość, właściwie fanatyzm w przyjęciu postawy tak jasno ilustrowanej cielesnymi freskami w tonacji paryskiego błękitu?

Więzieni czują na sobie przekleństwo i przyjmują je starając się uczynić go zasadnym. Tworzą swój świat w opozycji do świata, który ich osądził. Chcą być źli, przeklęci i niemoralni. Tworzą hierarchie, w których zbrodnia i występek są szczytem drabiny a najniższym szczeblem – jest zgoda na żądanie uległości, poprawy, kapitulacji. W miejsce sprawiedliwości, która ma okiełznać silnych i niepodporządkowanych ustanawiają porządek, w którym brutalna siła dąży do zniewolenia i podporządkowania sobie słabych. Często w więziennych rozmowach pojawia się postać Hitlera. Jest traktowana z pewnego rodzaju żartobliwym szacunkiem i podziwem. Żartobliwość ma złagodzić bezmiar zbrodni przekraczający pojmowanie nawet zdeklarowanych przestępców, natomiast podziw należy się owej słynnej postaci (pojawiającej się zresztą w tatuażowej ikonografii i więziennych pseudonimach) za bezkompromisowe kultywowanie zła na przekór całemu światu, którego prostą kontynuacją jest rzeczywistość skazująca dzisiaj na pobyt w murach.

Przykładem odwróconego porządku może być świat więziennego seksu. Z oczywistych przyczyn jest to seks homoseksualny. Mężczyźni pozbawieni kobiet (tak jakby należało to do istoty kary i poprawy) nie rezygnują bynajmniej z uzyskiwania satysfakcji seksualnej. Kto im służy? Najsłabsi. Najsłabsi fizycznie, najsłabsi psychicznie, częstokroć z umysłowymi defektami. Pozycja więziennego cwela jest pozycją w więzieniu najniższa, największym pohańbieniem.
W tzw. zdrowym społeczeństwie jego pozycji może odpowiadać pozycja osądzonego zbrodniarza i to zbrodniarza, który popełnił czyn, którego nie usprawiedliwi nawet boska wybaczalność.

W więziennym podziemiu upadek faceta spełniającego rolę kobiety, czyli dającego swoim ciałem rozkosz, zadowolenie, namiastkę miłości jest tak niski, że aż obwarowany specjalnym rytuałem nietykalności. Cwel nie może dotykać w celu żadnych przedmiotów oprócz swoich, których najczęściej nie posiada. Jego kontakt z żywnością dostępną dla innych jest niedopuszczalny. Gdyby na przykład dotknął naczyń z wodą pociągnęłoby to za sobą nieuchronnie pobicie. (Nie, nie pięściami, wszak jest niedotykalny; prawdopodobnie przy pomocy taboretu albo w ostateczności zostałby skopany). Natomiast skalane naczynia zostałyby niezwłocznie zniszczone bez oglądania się na konsekwencje ze strony administracji.

Informacja, że cwel dotknął kotłów ze wspólnym jedzeniem jest wystarczającym powodem do buntu i odmowy przyjęcia posiłku przez całe więzienie. Miejscem przypisanym cwelowi jest najczęściej kąt, gdzie stoją kible. Tam jada, żyje, spędza większość czasu. Wychodzi wtedy, gdy faceci spragnieni są pieszczot.

Więźniowie na początku wyczuwają słabość potencjalnej kochanki a reszty dokonuje się siłą i podstępem. Wystarczy dotknięcie członkiem i człowiek leci na samo dno dna. I odbywa setki analnych stosunków i łyka litry spermy pod nieustanną groźbą wzniesionego buta, albo nieszczęśliwego wypadku przy pracy.
Pozycja cwela jest niezbywalna. Przepływ informacji w tym względzie jest nienaganny. Nie pomagają przenosiny na inny oddział, nie pomaga przewiezienie do innego kryminału. Więzienne podziemie dba o przestrzeganie swoich norm. Cwel prawie nigdy nie staje się cwelem z własnej woli, ale później najczęściej się z nią godzi i otwarcie przyznaje do uprawianego rzemiosła. Uległość oznacza mniej przetrąconych kości, mniej utoczonej krwi a więcej łaskawie podarowanych niedopałków.

Oto rząd przemocy bez krzty zakłamania. Rząd przemocy o niebo uczciwszy od działań tzw. zdrowego społeczeństwa osądzającego, skazującego i dającego szansę powrotu. Tą szansą są kraty i szereg hańbiących represyjnych zabiegów.

Jedną z powszechniej stosowanych kar jest kara ogolenia głowy. Mimo, że regulaminowo zniesiona bodajże w 81 roku, jest nadal z upodobaniem realizowana. (Piszący te słowa miał zaszczyt skorzystać z jej dobrodziejstwa pod koniec 82, tuż przed wyjściem na wolność). Regulaminowa kara sięgająca do najintymniejszej sfery, do ciała. Nie jest już prostym zamknięciem, ograniczeniem ruchu, swobody, kontaktu. Jest czymś więcej – narusza integralność cielesności. W prostej linii możemy ją wywieźć od dawnych praktyk obcinania rąk, wyłupywania oczu czy wyrywania języka. Może system penitencjarny zhumanizował się od tamtej pory, ale tylko pozornie. Idea jest nadal tak samo barbarzyńska. Więzień jest przedmiotem, własnością, niewolnikiem, któremu pan wedle upodobania może wypalić gorącym żelazem piętno, albo ubrać w stalową obrożę. Więzień nie ma nic swojego. Nawet jego ciało nie jest jego własnością.

Wiadomo, że powrót do świata może się odbywać poprzez kontaktowanie się z tym światem. Pozbawienie widzenia z rodziną (więzień może widywać tylko rodzinę – ciekawe, dlaczego?) jest karą wymierzaną za najdrobniejsze uchybienie koszarowemu regulaminowi. Identycznie ma się sprawa z represyjnym pozbawieniem prawa do korespondencji. Chociażby przez te dwie kary widać doskonale, o co chodzi w całej penitencjarnej zabawie. Chodzi o to, by skazańca za wszelką cenę utrzymać w murach, w najciemniejszych zakamarkach zaszczurzonego gmaszyska, na dnie mroku. Kontakt z normalnym światem, do którego trzeba będzie powrócić jest minimalizowany na każdym kroku. Korzystny dla procesu wychowawczego fakt kontaktów ze zwykłymi ludźmi jest formą łaski zważywszy, że pozbawienie widzeń jest stosowane przy byle jakiej okazji.

Powszechnie wiadomo (jest to jedno z fundamentalnych twierdzeń panującego systemu resocjalizacji), że praca jest czynnikiem wychowawczym. A w rzeczywistości jest niewolniczym przymusem. Odmowa jej wykonywania jest surowo karana. (Rutynowo 1 miesiąc w pojedynczej celi). Paranoja samowystarczalności więzień. Społeczeństwo, które jest w stanie ferować wyroki, powinno być w stanie utrzymać system więzień. Inaczej czerpie zyski z przestępstwa zaspokajając nimi swoje potrzeby. Chociażby potrzebę własnego bezpieczeństwa, widywania na ulicy tych czy innych osobników, spotykania podobnych sobie spokojnych obywateli.

Element ekonomiczny nie jest tu bez znaczenia. Stutysięczna armia niewolników jest niebagatelną gratką dla ledwo zipiącej maszynerii zabiedzonego państewka. Łóżko, trzy nędzne posiłki dziennie i kilka groszy, które starczają na papierosy i niewiele więcej. (Historia najnowsza jest w tym względzie pouczająca. Wielkie budowle ościennego komunizmu wznoszone były, o dziwo, na grzbietach ludzi posądzonych o antykomunizm.)

Wszystko to, co mogłoby sprawić by więzień czuł się człowiekiem zamienione jest w karę i zemstę. Więzienie nie jest miejscem pozbawienia wolności, jak cynicznie głoszą sentencje wyroków, jest miejscem całkowitej izolacji. Od cenzury i ilościowego ograniczenia korespondencji do okien oślepionych stalową blachą. Od przepustek jako nagród znanych jedynie ze słyszenia do systemu kar „więzienia w więzieniu”, czyli twardego łoża i celi pojedynczej. Izolacja od powietrza, od zieleni, słońca i przestrzeni. Mrok, wilgoć i lodowate mury. Ani śladu miejsca na głębszy oddech. Wzrok zaczepiany nieustannie o znienawidzoną scenografię kolczastego drutu i wież strażniczych. I łaska spaceru dziennie. Spaceru przypominającego trenowanie wyścigowego konia na lonży. Karny wąż skazańców podążający gęsiego. W więzieniu, w którym miałem zaszczyt przebywać, spacer odbywał się w betonowym silosie 15 x 15 m. Wśród murów wysokich na 4 metry. Nad głową na specjalnej platformie tkwił klawisz uzbrojony w krótkofalówkę i owczarka niemieckiego. Zależnie od jego humoru rozmowy mogły być przeprowadzane albo nie. Surowo zakazane było zatrzymanie się, a już nie do pomyślenia było siedzenie na skrawku wynędzniałej trawy.

Spacer więzienny przypomina gonitwę. Więźniowie prawie biegną, długim, zachłannym krokiem, żeby chociaż na krótki czas stworzyć sobie iluzję podążania w przestrzeni. W celach jest podobnie. Najczęściej się chodzi. Od ściany, do ściany. Pięć kroków w jedną stronę, pięć z powrotem. Godzinami. Takie obrazki można zobaczyć w ogrodzie zoologicznym.

Izolacja od jakiegokolwiek indywidualizmu. Drobiazgowy regulamin określający czas życia z minutową dokładnością. Dni podzielone dzwonkami i łomotem kotłów z jedzeniem. Identyczne, monotonne, sprowadzające nudę, którą trzeba zabijać na wszystkie możliwe sposoby. Możliwości jest pewnie kilka, ale korzysta się z jednej – opowieści. Niekończące się opowieści o skokach, które były i o skokach, co jeszcze będą. O pijaństwach, które były i o tych, co dopiero nastąpią. O milicyjnych torturach i o własnym okrucieństwie. Niekończące się sagi przestępstw. Opowieści są jedynym światłem w ponurych, zaprogramowanych z matematyczną dokładnością wnętrzach, w których nie ma rzeczy zbędnych z punktu widzenia fizjologii. Stanie, spanie, jedzenie. Szarość ścian, szarość blachy, rdzewiejące kraty, betonowa podłoga, cuchnące kible i nakaz, groteskowy nakaz pedantycznego porządku i czystości.

Intymność nie istnieje. Podczas widzenia z rodziną, jeśli klawisz nie podsłuchuje rozmowy prowadzonej przez telefon i plastykową szybę, to krąży obok stolika, pod którego blatem faceci oddają się pośpiesznym i nerwowym pieszczotom, jeśli mają szczęście i odwiedzają ich żony, by potem przez całą noc pielęgnować zapach pozostały na dłoniach i onanizować się, aż do całkowitej utraty sił.

Można spokojnie zaryzykować twierdzenie, że pozbawienie więźniów normalnych kontaktów seksualnych jest jednym z podstawowych powodów brutalizacji więziennego życia. Uwięzieni w homoseksualnej pułapce skazańcy dostatecznie silnie odczuwają upokorzenie płynące z faktu uprawiania nienormalnych stosunków i zgodnie z psychologicznym mechanizmem obciążają winą swoich biernych partnerów pozbawiając ich prawa do resztek człowieczeństwa. To wobec cwela można pozwolić sobie na bezkarne akty gwałtu, przemocy, pogardy. Można się nad nim pastwić, poddawać go torturom i upokorzeniom i tym samym zachowywać chociażby szczątkową psychiczną higienę. Cwel jest ofiarą, którą składa się za własne, spowodowane koniecznością odstępstwo od norm postępowania seksualnego. Cwel jest chłopcem do bicia, kozłem ofiarnym, swoistym wentylem bezpieczeństwa. Gwałt na nim nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji. Otoczony jest powszechną pogardą, również przez klawiszy, którzy po cichu godzą się na taki stan rzeczy i ingerują wtedy, gdy dochodzi do masakry. Jedyną szansą wyrwania się z homoseksualnego i onanistycznego getta jest bezdozorowe widzenie z żoną. W hierarchii nagród zajmuje miejsce tak wysokie, że jest faktem legendarnym, znanym jedynie z opowiadań. Jest przedmiotem tęsknoty. Mitem.

Świat osobistych przedmiotów jest ubogi. Aluminiowa miska, talerz, łyżka, listy od rodziny, kilka toaletowych drobiazgów. Na każdy pozaregulaminowy przedmiot potrzebna jest zgoda naczelnika. A zgoda ta nie służy niczemu prócz wymuszenia upokarzającej prośby. Wyobraźcie sobie – szef kryminału, dorosły facet w randze majora-klawisza ma wyrazić swoją zgodę, by inny facet równie dorosły mógł nosić swoje prywatne, cywilne gacie. Zabawne, nie?

Cały skomplikowany ceremoniał próśb, ich opiniowania przez wychowawców, ceremoniał tygodniowego oczekiwania ma jeden cel. Stopniową degradację człowieka do poziomu przedmiotu, własności, do poziomu niewolnika, niemalże do poziomu obozowego numeru. W wielu więzieniach praktykuje się zresztą zabawę w numerki. Więzień jest zobowiązany do przedstawiania się nie tylko imieniem i nazwiskiem i imieniem ojca, ale również numerem swojego konta, na które wpłacane są jego więzienne zarobki.

Od chwili przekroczenia bramy skazaniec poddawany jest upokarzającym zabiegom. Strzyżenie pospieszne i byle jakie. Potem kąpiel, równie szybka pod gradem ponagleń. Odebranie cywilnego ubrania, potem rzucone na kupę więzienne szmaty bez możliwości przymiarki i wyboru. I sakramentalne powarki-wanie klawiszy – tu jest Iława, tu jest Sztum, tu jest Stargard – itd. w zależności od geografii. Częstokroć profilaktyczny łomot, ot tak dla ustalenia, kto jest panem a kto niewolnikiem. A potem już tylko wędrówka niekończącymi się korytarzami, wzdłuż dziesiątków identycznych stalowych wrót, wśród echa zatrzaskiwanych krat i stalowych wrót, wśród pobrzękiwania ciężkich kluczy.
Cela wydaje się być azylem. I już, jeżeli ktoś decyduje się wejść w jej życie, przyjmuje prawa rządzące podziemnym światem. Świat podziemia jest bezpieczny. Daje akceptację. Tylko świat przestępców jest w stanie przyjąć przestępcę i respektować jego człowieczeństwo. W swej istocie kara więzienia jest skazaniem na przymusowe istnienie w rzeczywistości, z której miała pomóc się wydostać, w rzeczywistości zbrodni.

Przestępca stykający się po raz pierwszy z systemem penitencjarnym już po niedługim czasie dostrzega jego fasadowość i zakłamanie. Wtedy zwraca się w stronę przeciwną, poddaje się dyscyplinie i nakazom więziennego podziemia, który oferuje mu ochronę resztek godności, przynależność, bezpieczeństwo, możliwość kultywowania takich wartości jak solidarność, bezinteresowna przyjaźń czy bunt wobec zniewolenia. Oczywiście wartości, o których mowa znajdują zastosowanie jedynie wobec uczestników grupy i służą walce z resztą świata, świata, który osądził i odrzucił. Walka jest totalna. Świat „sprawiedliwy” odrzucony jest całkowicie. Kontakt z jego reprezentantami – klawiszami obwarowany jest szeregiem tabu. Tabu jest klucz klawisza, tabu jest jego ręka, tabu jest jakikolwiek kontakt poza kontaktem mogącym przynieść jakieś określone korzyści grupie. Dotyczy to również innych więźniów nie biorących udziału w ścisłym opozycyjnym układzie. Klawiszom i więźniom spoza grupy odmawia się wręcz cech człowieczeństwa. Ludźmi są jedynie członkowie wspólnoty. (Zadziwiająca zbieżność z faktem, że niektóre pierwotne plemiona w swoich językach posiadają takie same określenia dla nazywania swojego szczepu i dla „ludzi w ogóle”. Tylko współplemieńcy są ludźmi.) Pogarda i nienawiść rozciąga się szerzej. Odrzucony jest cały system państwowy, którego elementami jest wymiar sprawiedliwości i dziedzina represji. Pojęcie „administracja” wykracza daleko poza określenie administracji więziennej. Obejmuje całą władzę państwową. Zwłaszcza mundur dotknięty jest głęboką antypatią. Na przegranych pozycjach stoją nie tylko gliny i klawisze – ci z wiadomych względów, ale nawet celnicy, ba, nawet strażacy, którzy częstokroć są wykorzystywani, a raczej ich sprzęt, do tłumienia buntów w więzieniach. Odrzucenie postępuje tak głęboko, że „komunista” jest jednym z najobelżywszych epitetów, a przymiotnika „czerwony” nie wolno używać nawet do określenia zewnętrznego wyglądu współtowarzysza.

A jak przedstawia się sytuacja wewnątrz grupy?
Tradycyjny ustnie przekazywany kodeks zobowiązuje uczestników do bezwzględnego przestrzegania kilku nakazów. Nakazu lojalności, nakazu solidarności, nakazu zachowania tajemnicy wobec obcych, nakazu otwartości wobec towarzyszy. Nakazy egzekwowane są bezwzględnie tak jak bezwzględnie karane są wykroczenia. Kar jest niewiele. Od ostrzeżenia poprzez karę fizyczna, np. chłostę, do usunięcia z grupy. Decyzję o ukaraniu podejmuje zbiorowość albo więźniowie o największym autorytecie popartym długością odsiedzianych wyroków i doświadczeniem. Wykluczenie z grupy jest karą najcięższą. Jest czymś na podobieństwo wygnania w starożytnej Grecji. Człowiek usunięty z grupy do końca wyroku pozostaje sam. Otoczony pogardą niedawnych towarzyszy i nieufnością reszty więźniów, którą do tej pory sam pogardzał. Przypadki wykluczenia zdarzają się rzadko, a ich powodem jest przekroczenie o szczególnej wadze, np. zdrada, donosicielstwo, współpraca z administracją czy bierny homoseksualizm. Oprócz wymierzania kar cielesnych za lżejsze przekroczenia nie ma w grupie aktów przemocy. W niektórych więzieniach istnieje wręcz zakaz bójek, nawet tzw. „solówek”, czyli bójek z zastosowaniem odpowiednich honorowych, pojedynkowych reguł. Atak z ilościową przewagą, kopanie leżącego może być nawet powodem usunięcia z grupy.

Towarzysze są zobowiązani do niesienia sobie pomocy w każdej sytuacji. Zwłaszcza wtedy, gry w grę wchodzi niebezpieczeństwo zmuszenia kogoś do czynu niezgodnego z kodeksem. Klawisze wiedząc o istnieniu nieprzekraczalnych reguł usiłują czasami wykorzystywać je jako narzędzie prowokacji i represji. Np. zmuszają do podania ręki komuś spoza grupy, albo do używania jego naczyń do jedzenia. Żadna wyjątkowa sytuacja, żaden przymus nie usprawiedliwiają przekroczenia. Odstępstwa dopuszcza się w dwu przypadkach. W wypadku ucieczki z więzienia i w wypadku ratowania życia współtowarzysza.

Obowiązkiem jest dostarczenie koledze osadzonemu w izolacyjnej celi papierosów i zapałek czy innych niezbędnych a zakazanych przedmiotów.

Obowiązkiem jest wzięcie udziału w zbiorowym akcie sprzeciwu, gdy decyzja zostanie podjęta przez większość. Czy będzie to głodówka, czynny bunt, czy zbiorowe samookaleczenie. Decyzje takie są obowiązujące w obrębie celi, oddziału albo całego kryminału. Nieuczciwość w drobnych interesach, wymiennych transakcjach jest również poważnym przekroczeniem. Istnieją przypadki zakazu gry w karty na pieniądze w celu uniknięcia nieporozumień na tle finansowym.

Praktykowane są wewnątrzgrupowe wspólnoty dzielące się wszystkim: papierosami, herbatą, jedzeniem, pieniędzmi, niezależnie od indywidualnego wkładu. Sama przynależność do wspólnoty uprawnia do równego udziału w zdobywanych dobrach. Sam brałem udział w takiej wspólnocie, chociaż moje doświadczenie więzienne i znikomość kontaktów z wolnym światem nie pozwalały mi wnieść nawet drobnej części tego, co wnosili moi towarzysze. Zawsze dostawałem tyle, co oni. W chwilach największych kryzysów papieros był dzielony na dwie, czy więcej części, jedzenie przynoszone z widzeń – było udziałem wszystkich. Zwyczaj takich wspólnot jest powszechny.

Proces wchodzenia do grupy jest typowym procesem edukacyjnym. Facet przybywający zza muru poddawany jest skrzętnej obserwacji. Ocenia się jego stosunek do więzienia, do administracji, do innych więźniów. Czasami jest tak, że sam zgłasza chęć przynależenia do grupy. Częściej jednak grupa wychodzi z inicjatywą i proponuje młodemu więźniowi uczestnictwo.

Zaczyna się okres nauki więziennego obyczaju, przestrzegania nakazów i zakazów, okres nowicjatu i bezwzględnego podporządkowania bardziej doświadczonym więźniom. Pierwsze uchybienia kwitowane są upomnieniami. Generalnym zaleceniem jest – patrz, słuchaj i pytaj. Całkowita podległość starszym nie ma nic wspólnego z utratą podmiotowości. Godność nie cierpi. Nie ma mowy o dręczeniu, wykorzystywaniu czy znęcaniu. Adept cały czas ma poczucie, że mimo swojej stosunkowo niskiej pozycji w hierarchii jest pełnoprawnym członkiem społeczności a chwilowe dolegliwości służą pewnego rodzaju doskonaleniu. Wykonuje szereg czynności, sprząta celę, przygotowuje herbatę dla wszystkich itp., ale nigdy nie ma to charakteru osobistego wyręczenia. Raczej są to prace wykonywane na rzecz całej społeczności. Nie ma mowy o żadnych indywidualnych usługach – chyba, że proponowane są w formie prośby i nie mają w sobie nic, co uwłaczałoby godności. Adept w tym czasie najczęściej milczy i nikt nie pyta go o zdanie w istotnych dla grupy sprawach.

Po pewnym czasie, najczęściej w obrębie celi następuje coś na podobieństwo pasowania na pełnoprawnego uczestnika grupy. Jest to mieszanina zabawy i tortur, w której bierze udział cała cela. Zabawy są na tyle bolesne, że mają za zadanie sprawdzić odporność, opanowanie i refleks faceta. Jeśli nie zawodzą go nerwy, nie narzeka, potrafi skutecznie się bronić, plasuje się oczko wyżej w bezstopniowej hierarchii. Podobne ceremoniały mogą być powtarzane w szerszym gronie, np. w pracy, gdzie spotyka się nie cela, ale cały oddział. Owe „obrzędy inicjacyjne” nie mają nic wspólnego z wojskowymi zabawami starego wojska kosztem kotów. W żadnym momencie nie zostaje naruszona sfera godności, w żadnym momencie nie ma mowy o przewrotności czy wyrachowanym okrucieństwie. Wchodzący w więzienny świat ma nieustanne poczucie swojej ważności i swojego celowego w tym świecie uczestnictwa. Czuje dookoła siebie atmosferę akceptacji i przyjaźni demonstrowanej, co prawda powściągliwie brutalnie i szorstko, ale przecież takie są realia kryminalnej rzeczywistości. Słabość, zwłaszcza manifestowana jest przestępstwem.

W pierwszym okresie, nawet po symbolicznym przyjęciu praktycznie nie zdarzają się wykluczenia, chyba, że chodzi o zdradę, kapowanie albo bierny homoseksualizm. Za przekroczenia grożą kary cielesne. Pełnoprawność w sensie większego aktywnego uczestnictwa w grupie zdobywa się powoli i systematycznie, w miarę przychodzenia młodszych stażem, w miarę okazywania swoich zdolności, odwagi, determinacji. W pewnych przypadkach okazuje się, że czas spędzony za murami nie jest ostatecznym wyznacznikiem wartości i tytułem do znaczenia. Bardziej liczy się umiejętność życia w więziennym świecie, nie zawsze dyktowana doświadczeniem.

Wszystkie opisane wartości są kultywowane jedynie wewnątrz grupy. Prawość, uczciwość, lojalność, odpowiedzialność, służą umocnieniu i przetrwaniu wspólnoty. Nie stosują się do reszty świata. Wobec reszty, wobec klawiszy, administracji, wobec innych więźniów będących poza układem dopuszcza się zachowania nie mające nic wspólnego z kodeksem. Wręcz zaleca się takie zachowania, w celu odniesienia przewag i korzyści, w celu wzmocnienia pozycji grupy. Grupa ma poczucie swojej wyjątkowości, poczucie pewnego arystokraty-zmu. Więzienne podziemie zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że jest jedyną realną zaporą dla terroru zniewolenia i represji. I używa wszystkich dostępnych metod by to urzeczywistnić. To ono tworzy sieć więziennej komunikacji i przepływu informacji. Przekazanie adresatowi powierzonych informacji jest obowiązkiem bez względu na ryzyko. Zawiniona wpadka grypsu może pociągnąć za sobą poważne konsekwencje ze strony grupy. To właśnie podziemie śledzi poczynania inwigilatorów i stara się i m przeciwdziałać czasami w drastyczny sposób, oznaczając ich przymusowym tatuażem. Właśnie podziemie jest jedyną realną siłą, z którą musi liczyć się administracja. To podziemie jest nośnikiem bandycko-więziennej tradycji i mitu – wartości dających duchowe oparcie w walce z systemem penitencjarnym. Podziemie wreszcie jest zarzewiem otwartego buntu, zadymy, odmowy. Reszta więźniów jedynie się przyłącza lub nie. Podziemie nadaje kształt więziennemu życiu, narzuca swój język, swoją obyczajowość i stosunek do kary. Podziemie jest jedyną żywotną siłą przeciwstawiającą się próbom degradacji i przedmiotowienia szarej więziennej masy. Właśnie poprzez przyjęcie statusu wyrzutków, zbrodniarzy i potępionych paradoksalnie odzyskuje godność w nieludzkiej pułapce ubezwłasnowolnienia.

Jakże ironiczny jest fakt, że na samym dnie strącenia, w piekle, znajduje się miejsce na prawdziwe człowieczeństwo, którego próżno by szukać wśród tych, co uzurpują sobie prawo do wyznaczania jego ścieżek.

Pośród murów, strażniczych wież, gdzie czuwają półanalfabeci uzbrojeni w szybkostrzelne karabiny, pośród zasieków z kolczastego drutu, wśród nocnego wycia tresowanych psów zjadających w ciągu dnia więcej mięsa, niż skazaniec przez cały tydzień, w celach trzy kroki na dwa, gdzie trzeba spędzać po kilkanaście lat, w lodowatych mrocznych korytarzach wiodących do klatek żywcem z zoo, gdzie trzeba wykonywać monotonną niewolniczą pracę, w dźwiękosz-czelnych celach, gdzie można katować człowieka a nikt jego krzyku nie usłyszy, w smrodzie zepsutego trującego jedzenia, wśród batalionów szczurów, między szturmową pałą 60 cm, a strażacką motopompą na wypadek zadymy, między obezwładniającym głodem kobiety a półnormalnym ogłupiałym ze strachu cwelem, między nieustannym samogwałtem i hektolitrami spermy wylewanymi każdej nocy we wszystkich więzieniach, na trzecim łóżku od podłogi, gdzie latem trzeba zawijać się w mokre prześcieradło żeby zasnąć, w zacnej kompanii gwałcicieli czteroletnich dzieci, gliniarzy skazanych za zabójstwo bez afektu, chłopaków oskarżonych o kradzież roweru, umierających dziadków, którzy sprzedali butelkę wódki o dziesiątej rano, w stalowych sukach jadących przez kraj po osiemnaście godzin na dobę, w fetorze trzydziestolitrowych blaszanek pełnych gówna, szczyn i nasienia, pod obcasami dwumetrowych drabów niewinnych, bezmyślnych i szczęśliwych, że awans oderwał ich od krów i gnoju, między jednym i następnym rozpaczliwym cięciem arterii, między łykaniem trzydziestocentymetrowego kawałka żelaza a wstrzykiwaniem sobie własnej śliny albo osadu z niemytych miesiąc zębów, żeby choć na chwilę się wydostać chociażby do szpitala, między rarytasem denaturatu a widokiem kobiety gdzieś z dala, między bredzeniem ślepego konowała, że czterdzieści stopni gorączki to jawna symulacja i najlepszym lekarstwem będzie siedem dni na gołych dechach, i pośród cichej zgody tych wszystkich, którym zależy by ten upiorny burdel człowieczeństwa jakoś się toczył, bez specjalnych wstrząsów, bez podskoków, bez naruszania ich świętego spokoju i przyrośniętych tyłków – żyją ludzie. Nie zgotowali sobie tego losu. Robią tylko to, na co ich skazano. Żyją w piekle, sami przed sobą odgrywają szatańskość. Żeby zachować twarz, żeby nie zgodzić się na pakt z rzeczywistym diabłem.

Więzienie nie jest skazaniem na karę. Więzienie jest skazaniem na zbrodnię, na nieustanne jej ponawianie. Więzienie w obecnej postaci czerpie zyski ze zbrodni i jest zrozumiałe, że będzie robiło wszystko by ta kwitła, miała się dobrze i Boże broń nie schudła.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code