Twórczość Stasiuka

Spocony anioł

Spocony anioł czyli seks and drugs and rock and roll

Andrzej Stasiuk

Kościół chce mnie oddzielić od świętości. Doktryna chce mnie oddzielić od świętości. Nakaz i zakaz chcą mnie oddzielić od świętości. Kaznodzieje i nauczyciele chcą mnie oddzielić od świętości. Moralność i dobroć, nienawiść i pogarda chcą mnie oddzielić od świętości. Bóg chce mnie oddzielić od świętości. Ubranie też.

Alkohol zbliża mnie do miejsca w którym powinien być Bóg. Erotyzm pozwala mi opuścić samego siebie. Rock and roll jest obrządkiem który mnie integruje.

Alkohol mnie obnaża. W sobotę wieczór jestem mistykiem zrywającym siedem zasłon tajemnicy. W niedzielę rano poddaję się najgłębszej ascezie. Ciało i duch są tak umęczone, że moja egzystencja jest równa egzystencji robaka. Alkohol rozpina moją świadomość między zerem i nieskończonością.

Gdy rżnę panienkę umysł jest spokojny i nie zadaje pytań. Jest wolny. Podobnie ciało, wyzwolone z tyranii przebrania i koniecznych gestów. Świat staje się przyjazny, uchwytny, sprowadza się do ciała kobiety. Jedynym imperatywem jest eskalacja rozkoszy i zjednoczenia.

Rock and roll jest jedyną żywa religią. Jest wskrzeszeniem archaicznej, świętej terapii. Jest wspólnotą przeżycia o światowym zasięgu. Papa leci do Urugwaju szukać swoich zbłąkanych owieczek. Ja jestem owieczką która włącza płytę Talking Heads. Daję trochę watów, nalewam sobie chłodnego białego wina, wsuwam dłoń między brązowe, szczupłe uda dziewczyny i podróżuję ku zbawieniu. Nie ma we mnie kłamstwa, chęci posiadania, chorego pragnienia tyranii.

Dziewczyna odejdzie, będę miał kaca, płyta się skończy. Wyjmę nową płytę, znajdę kogoś kto mnie pokocha, wyżebrzę pieniądze na alkohol.

Świętość jest jej szukaniem. Nieustannym. Jest cięciwą łączącą cierpienie i szczęście. Jeżeli potrafię głęboko doświadczać tych rzeczy, moja potrzeba boskości jest zaspokojona.

Chrystus jest dla mnie figurą retoryczna. Jest historią literatury. Bardziej przekonuje mnie Jim Morrison. Natchniony, umęczony i ukrzyżowany. Nie na oczach kilkuset Żydów, ale na oczach całego świata, przed sądem w Miami. Jego kazania – Father … I want to kill you!!! – mówią mi więcej o istocie człowieka i Boga niż przykazanie powszechnej miłości.

Najstarsi bogowie zawsze trzebili albo zabijali swoich ojców. Potem umierali i odradzali się by świat mógł trwać.

Jestem za indywidualną religijnością. Poza doktryną i poza Bogiem. Jestem za porzuceniem prawd objawionych i za szukaniem objawień w sobie. Anarchia religijna jest przyznaniem się do boskości. System chce mnie pochłonąć nie po to bym odnalazł prawdę, ale po to, by on sam mógł trwać.

Nie mam ochoty pójść za Kościołem, Jezusem, pucołowatym Budda, czy psychopatycznym Jahwe. Oni wszyscy czegoś żądają. Żaden z nich nie jest afirmacją. Żaden z nich nie jest tak wielki by zaakceptować mnie całego. Każdy z nich jest na tyle małoduszny by żądać czegoś w zamian. Każdy z nich stawia warunki i przeczy swojej doskonałości.

Dla mnie najwyższą epifanią boskości jest kobieta. Kochając ją mogę zjednoczyć się ze światem. W tym jednym, jedynym momencie, momencie magicznym, zniesiony zostaje podział na „mnie” i na „resztę”. Dzieje się to bez wysiłku, na wskroś naturalnie. Przeżycie zachodzi na wszystkich możliwych płaszczyznach – od czysto sensualnej po intelektualną i duchową.

Religie które znam chcą obciąć mi kutasa albo przynajmniej reglamentować jego sterczenie. Religie bredzą o wyższych uczuciach. Dżekob mówi, że wyższe uczucia są wymysłem starzejących się nauczycielek których cipy porosły pajęczyna. Kaśka mówi, że wyższe uczucia są wymysłem zakonników trzepiących dzień i noc kapucyna i cierpiących z tego powodu. Obydwoje mają rację. Ja twierdzę, że wyższe uczucia to haczyk na który łapie nas doktrynalna religia, komunizm, faszyzm, humanizm, moralność i te wszystkie duperele, które nie potrafią egzystować samodzielnie bo są martwe i muszą żywić się nami.

Alkohol wyznacza bieguny istnienia. Sytuuje na skali przeżycia. Burzy potoczna, jednolitą strukturę postrzegania. Pozwala mi doświadczać najwyższych uniesień, jasności widzenia, wyzwala mnie z przymusu bycia takim, jakim „trzeba abym był”.

Z drugiej strony strąca mnie na samo dno upadku. Obnaża ostatecznie, sprowadza do drżącego stosu ścięgien, wydobywa lęk, atrofię, paranoję i bezradną cielesność.

Gdzie jest prawda? Prawda jest dokładnie w środku. Prawdą jest orbita po której wiruję raz po raz wchodząc w strefę cienia i obszar jasności.

Rock and roll jest rytuałem. Poddaję mu się z rozkoszą. Rytuałem w którym zawiera się wszystko. Jest frenetyczną pochwałą życia i niezwalczoną pokusą śmierci. Jest muzyką do najstarszego obrzędu. Obrzędu narodzin i umierania. Mówi o tym wszystkim czego doświadczam. Mówi moim językiem o moim cierpieniu, mojej ekstazie, moim przerażeniu i o moim końcu. Jest mapą życia i świata w skali 1:1. Jest po stronie wolności, bo gdy nakazy go ograniczają, łamie je, tworzy nowe by znów je podeptać. Nikt go nie stworzył, nie wymyślił. Powstał sam jako odpowiedź na faszyzm czasów i widmo samotności. Jest wzrastającą wieżą Babel. Jest pradawnym, uniwersalnym językiem na powrót skradzionym zawistnemu Bogu.

Wsuwam dłoń między brązowe, szczupłe uda dziewczyny. Puszczam płytę Neila Younga – My my hey hey. Rock and roll is here to stay – Pociągam długi łyk białego wina. Powoli, niespiesznie podróżuję ku zbawieniu.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code