"Tygodnik Powszechny"

Latający kret

Spread the love

LATAJĄCY KRET

Ryszard Koziołek

Rymkiewicz nie jest szalony. Szalona jest literatura, która pozwala mu napisać wszystko. On sam jest oślepiająco jasny, w jego wizjach nie ma cienia, ale ostra granica blasku, za którą rozpoczyna się mrok.

Miejmy to za sobą, od razu, na początku. Ostatnia książka Jarosława Marka Rymkiewicza, „Reytan. Upadek Polski”, zamykająca jego tetralogię, ma dwóch podwojonych bohaterów: panów A. i panów R. Pierwsza para to Adamowie: Poniński (1732–1798), kuchmistrz koronny, podskarbi wielki koronny, płatny agent Rosji, marszałek sejmu rozbiorowego 1773–1775, skazany w 1790 r. na wygnanie, pozbawiony tytułów i prawa do nazwiska; oraz Michnik (ur. 1946) – współtwórca opozycji antykomunistycznej w PRL, więzień polityczny, pisarz, historyk, poseł na Sejm kontraktowy, od 1989 r. redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”.

Naprzeciw nich druga para, ich antagoniści, panowie R.: Reytan i Rymkiewicz.
Gdyby cała treść i myśl książki Rymkiewicza miała zostać sprowadzona do tej inicjalnej bzdury, niewarta byłaby namysłu ani nawet wysiłku lektury, a autor mógłby ją sprowadzić do jednego rozdzialiku: „Wściekłość Stanisława Staszica”. I niech potem każdy sobie po jego lekturze sam odpowie: czy to krwawa agitka?

Ale nawet w tym konflikcie, ożywianym uporczywie przez autora, jest rys tragicznego piękna, kiedy pomyśleć, że figurami najbardziej żarliwego sporu o Polskę są polski Niemiec i polski Żyd, jeśli wziąć z tych par po jednym reprezentancie współczesnej Polski.

DWIE OKŁADKI

Na okładce książki o Rejtanie nie ma Rejtana. Umieszczony tam fragment obrazu „Rejtan – upadek Polski” Jana Matejki przedstawia Adama Ponińskiego. Rymkiewicz tłumaczy ten zabieg, a tym samym współczesny temat książki: „Matejko (…) namalował nam wiecznie aktualny symbol bezwstydnej, zadowolonej z siebie, chełpiącej się swoją potęgą narodowej zdrady”. Po trzech poprzednich książkach wiemy, czego się spodziewać.

Ta o Rejtanie to dygresyjne, eseistyczne, mikrohistoryczne studium o działaniach tytułowego bohatera podczas czterech kwietniowych dni sejmu rozbiorowego 1773 r., o jego losach późniejszych aż do samobójczej śmierci, a także o jego wrogach, na czele z Adamem Ponińskim. Opowieść ma też czytelną wymowę współczesną, jak deklaruje autor, jest to „dzieło na tematy także i obecnie aktualne”.

Nie pierwsza to w wolnej Polsce aktualizacja romantycznej legendy o szalonym proteście nowogródzkiego posła. W 1989 r. Maria Janion opublikowała „Wobec zła”. Na okładce widnieje wycięty z obrazu Rejtan z zębami wampira. Postawmy te ilustracje oraz autorów książek naprzeciw siebie, a będziemy mieć jeszcze inną, daleko ciekawszą postać sporu o pożytkach literatury i historii dla życia polskiego.

Maria Janion i Jarosław Marek Rymkiewicz są prawodawcami najsilniejszych interpretacji idei romantycznej w kulturze polskiej po 1989 r. Wspólnie „dali kopa” romantyzmowi w momencie historycznego przesilenia czy wręcz wyczerpania tego języka. Zmusili nas do uznania, że, chcemy czy nie, jest nam romantyzm niezbędny, ilekroć próbujemy wypowiedzieć nasz związek z polską przeszłością i zbudować osobistą niepodległość wobec fatum historii narodowej. Podkreślmy, że uczynili to skutecznie w suwerennej, wolnej, demokratycznej Polsce, kiedy – jak zauważyła Janion – „wobec romantyzmu jako dotychczasowego paradygmatu kultury polskiej następuje wypowiedzenie obcości”.

Rymkiewicz, kłócąc się ze wszystkimi na konferencji w Instytucie Badań Literackich w kwietniu 1993 r., nie miał wątpliwości, że „wielka problematyka naszej historii literatury jest niezniszczalna”. Oboje dowodzili tej ważności z całkowicie odmiennych stanowisk. On – po stronie szczegółu – gwałtownie odrzucał jej lekturę Mickiewicza, którego poezja jest dowodem, że istnieje się naprawdę tylko jako ktoś, kto ma czucie, wyobraźnię, zdolność fantazjowania.

Wołał: „Ja jestem po stronie sernic i zaszczepek”, bo „oni ich dotykali, tych zaszczepek i sernic”.

Janion: „Ale pan woli sielanki w świecie skończonym. Pan woli sernicę niż rozstrzelanie na placu Broni”.

Rymkiewicz: „Bo sernica jest w byciu, jest naprawdę. A rozstrzelanie jest fantasmagorią, która egzystuje tylko w głowie Jula Słowackiego”.

Kiedy czytamy pierwszy rozdział „Wobec zła” Janion pt. „Patriota-wariat”, poświęcony w znacznej części Rejtanowi, widać, że autorka analizuje wiele tych samych co Rymkiewicz źródeł, omawia Mickiewiczowską dychotomię ludzi „rozsądnych i szalonych”, przytacza realia i symbolikę samobójstwa Rejtana, tropi jego dzieje pośmiertne.

Oboje głoszą apologię „szalonej Polski”, która długo po rozbiorach domaga się moralnej polityki jako podstawy suwerennego istnienia.
Książka Rymkiewicza jest wielokrotnie obszerniejsza niż wątek Rejtana u Janion, a jednak podobieństwo chwilami wprawia w konfuzję. Mimo diametralnie różnych wyborów politycznych, jakich oboje dokonali w wolnej Polsce, polityczność objaśnienia romantyzmu jest w wielu miejscach podobna.

Oboje recytują różnymi słowami romantyczną lekcję: lepsze jest okrutne szaleństwo przemocy i ofiary niż dziecięca niewinność, infantylna bezmyślność, beztroska nieodpowiedzialność oportunizmu w masce rozsądku. Uważne opisanie związku esejów Jarosława Rymkiewicza z interpretacją romantycznego historyzmu w pracach Marii Janion powiedziałoby o nim więcej niż analiza jego działań politycznych.

Rymkiewicz pochłonął i przetrawił koncepcję Janion; radykalnie przekształcił romantyzm, który przyznaje wolność jednostce przede wszystkim w doświadczeniu, czyli w uświadomionym przeżyciu. Wirus tego wampirycznego romantyzmu przepoczwarzył się w „Wieszaniu” (pierwszej części Rymkiewiczowej tetralogii), a zwłaszcza w „Kinderszenen” (drugiej części) w rytualny chrzest w kloace krwi, z której nikt, kto chce nazywać się Polakiem, nigdy się nie wynurzy.

W obu przypadkach polskość to nie obywatelski wybór, ale skutek biopolitycznego uzależnienia, które było (a dla Rymkiewicza jest) powinnością patriotycznego wychowania. Wspomina on, że za zabawę w wieszanie Ponińskiego-syna mały Jarek nie był karcony przez dziadka, bo ten, „choć był Niemcem – był dobrym Polakiem; takie to otrzymałem w sprawie wieszania przedszkolne wychowanie”.

No tak, ale jak się przechodzi od troski o kruche rzeczy codzienne i powtarzalne rytuały domowe, od pietyzmu wobec tego, co poszczególne i niepowrotne – do apologii masakry?… Na co zda się sernica w krwawym szambie?

„NIE POLEZIE ORZEŁ W GÓWNA”

Objaśnianie znaczenia i roli zaszczepki w życiu konkretnych ludzi dawnych czasów i tropienie biegnącego przez wieki spisku przeciw Polsce to zadania, zdaje się, niemożliwe do powiązania w jednej historii. Historyk Jerzy Topolski nazwał to dylematem kreta i orła. Rymkiewicz, który w wielu miejscach budzi mój podziw, to kret-krótkowidz. Musi być blisko rzeczy: studiować materię przeszłości, obwąchiwać ją i macać. Jest fetyszystą historycznego konkretu. W najlepszych fragmentach swoich esejów staje się niemal „kretem, co umie rozróżnić popioły” – jak pisał Jan Błoński w pamiętnym eseju „Biedni Polacy patrzą na getto”.

Przeszłość ma u Rymkiewicza często naturalistyczny wizerunek: trywialne ciało, trawiący brzuch, krew, defekację, gnój. Kret-historyk chce wiedzieć: jak wyglądała sień, w której spał Samuel Korsak, poseł nowogródzki, w nocy z 21 na 22 kwietnia, czy leżał na ławie „pomalowanej na kolor orzechowy”, czy na podłodze „z desek sosnowych ułożonych w tafle”, co miał pod głową, czym się przykrył. O której godzinie Rejtan rzucił się na próg, kto to w ogóle widział? Jak oszalałego przewieziono z Warszawy do Hruszówki: związanego na wózku, w worku?

Wszystkie te cnoty mikrohistoryka znikają, kiedy Rymkiewicz chce być orłem, bo przecie „nie polezie orzeł w gówna”, a latający kret-krótkowidz nic nie widzi, więc wyobraża sobie bieg dziejów, zmyśla, tworzy fikcję, nie historyczną niestety, ale złą literaturę profetyczną, w której próbuje udowodnić istnienie trzechsetletniego spisku przeciw trwaniu polskiego życia („Zdrajcy są między nami. (…) Mniej więcej od trzystu lat”). Z tak wysoka widzi się tylko wielkie zdarzenia, hekatomby, masakry, wielkie erozje ludów i państw. Projektuje alternatywne polskie dzieje modyfikowane wybuchami mitycznej przemocy, która – jak pisał Walter Benjamin – jest „krwawa, wywierana na nagim życiu, dla siebie samej”.

To brutalna manifestacja woli bycia, „takie krwawe rozstrzygnięcie miałoby niemały wpływ na dzieje Rzeczypospolitej” – wzdycha. Liczy w wyobraźni zwolenników Rejtana, wychodzi mu osiemnastu, co daje 15 proc. głosów przeciw rozbiorowi (odpowiada to – podpowiadamy uprzejmie – warszawskiemu wynikowi referendum w sprawie wejścia do Unii Europejskiej). „Patriotów jest zawsze mniej, a stronników Moskwy więcej” – potwierdziłby pewnie autor cytatem z omawianej książki.

A potem znów jest dobrze, kiedy docieka szczegółów ostatnich lat swojego bohatera spędzonych w Hruszówce, w małym domku zwanym Murowanką, gdzie szalony Rejtan popełnił samobójstwo. Ale jak? Połknął szkło? Przeciął sobie brzuch? Szyję? „Jaki rodzaj śmierci byłby tu odpowiedni; jaki jej gatunek byłby najpiękniejszy?”. Kiczowaty horror można łatwo wywrócić na alegoryczną stronę. Krwawiące jelita Rejtana wloką się po szarych kamieniach niczym polski los – „i tak się wlecze”, dopowiada autor nie dość uważnie współmyślącym.

We fragmentach, gdzie repertuar horroru jest instrumentem moralizowania, Rymkiewicz jest istnym księdzem Baką polskiej eseistyki. Marzy np. o widoku trupa Ponińskiego płynącego rynsztokiem, nie w imię zemsty pogrobowca, „lecz dlatego, że to piękny obraz”. Konkluzja: „Gówno w ustach i w uszach, gówno w umyśle – czy ostre odłamki, odpryski wbijające się w krwawiącą krtań? Ja wybieram filiżankę z saskiej porcelany”. (Owszem, jest coś gorszego: czytać do końca życia takie puenty).

Ten stan amoku i paroksyzmu trwa krótko; ledwie kilka stron na każdą z czterech książek. Chcę wierzyć, że Rymkiewicz staje się tam obcy samemu sobie, przez siebie nie do zniesienia, więc znów wraca na i pod ziemię, ryje w błocie, gnoju, papierze, aby wydrzeć ruinom, grobom, bibliotekom dowód na istnienie takie, jakim naprawdę było.

Chcę zrozumieć Ponińskiego – mówi Rymkiewicz i za sprawą swego pisania sprawia, że w miejsce czystego życzenia śmierci zdrajcy pojawia się w nas chęć wniknięcia w umysł i motywacje kogoś, komu jeszcze przed chwilą odmówiliśmy prawa do istnienia: „Wiadomości najważniejsze to znaczy takie, które powiedziałyby nam, kim, w swej istocie, był ten człowiek – jakie były jego intencje i o co mu chodziło”.

Jak znieść tę konfuzję wynikającą z sąsiedztwa tak różnych sposobów myślenia, czucia, pisania? Jeśli traktujemy historię jak klucz do wiedzy o polskim losie, to zbędny szczegół nie istnieje, wszystko jest dowodem w sprawie.

KOD MATEJKI

Kluczem do tajemnicy tajemnic jest obraz, wielki, prawie trzy na pięć metrów. Nie troszcząc się o historyczne prawdopodobieństwo, Jan Matejko umieścił tam najważniejsze postacie decydujące o losie Rzeczypospolitej w drugiej połowie XVIII w. Naprzeciw Polski zdrajców, nielicznych patriotów i czyhających za drzwiami obcych wojsk leży jeden człowiek, poseł ziemi nowogródzkiej Tadeusz Rejtan, który 21 kwietnia 1773 r. własnym ciałem próbował zagrodzić drogę posłom wychodzącym z sali sejmowej.

Rymkiewicz ubolewa, że nie cenimy Matejki, nie rozumiemy symbolicznego języka jego malarstwa; ślepi i głusi nie widzimy „kodu”, w którym zapisany został los zdradzanych bez końca Polaków. Jego badanie historii polskiej zdrady jest w istocie łamaniem szyfru, aby odczytać tajemny tekst polskich dziejów. Bezskutecznie i z pożytkiem dla całości jego książki zdradza go największa jego cnota – rzetelne rzemiosło historyka literatury, sumienna i mozolna analiza. Podobnie jak troska o realny szczegół przeszkadzała Matejce w usymbolicznieniu polskich dziejów.

W znakomitym studium „Największy obraz Matejki” (1887) Stanisław Witkiewicz pisał: „Matejko chciał przedstawić nie sam fakt: czyn Rejtana, lecz chciał swoim obrazem wyrazić, czym była w jego mniemaniu ówczesna Polska. Ale tylko chciał, gdyż sam obraz, wskutek natury talentu Matejki, przedstawia tylko wypadek, zdarzenie, stosunek pojedynczego człowieka do pewnej grupy ludzi, stosunek chwilowy, rzeczywisty, nie urojony, nie abstrakcyjny ani symboliczny – i przedstawiony w sposób całkiem realny.

Dopiero z komentarzy dowiadujemy się, że tu chodzi o co innego”. I dalej jeszcze Witkiewicz o Matejce, czyli o Rymkiewiczu: „Matejko jest przede wszystkim malarzem faktu, rzeczywistego, prawdziwego zdarzenia, nie pojęcia (…), nie prawdy lub idei, jaka leży na dnie wielkiego dziejowego wypadku”.
Chcąc być głębokim i ciemnym, Rymkiewicz staje się niecierpliwy, nie czeka na historiozoficzną interpretację swego pisarstwa, czyni to sam; bierze na siebie upokarzającą pracę uproszczenia, frazesu, wulgarnej alegoryzacji subtelnych często wnioskowań, migotliwych znaczeń.

Szaleństwo Rejtana mogłoby być moim szaleństwem – fantazjuje Rymkiewicz – jak jego, tak „znajdą kiedyś moją pustą czaszkę (…) Wariat w ciemności całujący swoją ziemię”. A Witkiewicz przestrzegał: „W naturze talentu Matejki nie leży symbolika, jest on zanadto indywidualny, by tworzyć komunały, zanadto oryginalny, by z rozwagą używać umówionych znaków”; „jego indywidualność jest w zupełnej niezgodzie z narzuconym jej zadaniem wypowiadania historiozoficznych frazesów”.

ŻYCZENIE ŚMIERCI

Rymkiewicz nie jest szalony, szalona jest literatura, która pozwala mu napisać wszystko. On sam jest oślepiająco jasny, w jego wizjach nie ma cienia, ale ostra granica blasku, za którą rozpoczyna się mrok. Powtarzane przez Rymkiewicza życzenie śmierci kierowane do historycznych postaci, grup wyznaniowych, oddziałów wojskowych nie budzi mojego zgorszenia.

„Sam życzyłem śmierci wielu draniom. Najżarliwiej Santerowi, Magui, Bogusławowi Radziwiłłowi, Azji i stójkowemu Stachowi. Czystość tego uczucia wciąż rzuca cień na moją zdolność do refleksji i empatii. A zarazem wdzięczny jestem literaturze, że pozwoliła mi wyrazić i opanować owo naturalne pragnienie czynienia przemocy.

Na mocy kosmicznego kaprysu posiedliśmy zdolność pisania wierszy i snucia opowiadań” – powiada Rymkiewicz.
Po co nam to, skoro wraz z całym stworzeniem podlegamy biologicznym prawom życia i umierania? Poeta w sąsiedztwie zjadających i zjadanych kotów i gawronów dokonuje interwencji w ten świat nieustającego mordu i pożerania, nie aby to powstrzymać, lecz opóźnić własny w nim udział i udział tych, co czytają.
Sztuka jest odroczeniem przemocy, pod warunkiem, że zgodzimy się na bezkarność kłamstwa zwanego fikcją; oznacza to deklarację, że moje słowa są pełne grozy i zła. Odwrotnością tej zwłoki może być jednak zdolność do wywoływania gwałtu jako odpowiedź na sugestywny obraz lub wypowiedź.
Rymkiewicz wie doskonale, że usprawiedliwia go językowy status jego czynów. A niechby wreszcie to napisał, przestał uprawiać kostiumowy kontredans. Ale nie, on tylko sugeruje, szturcha znacząco aluzjami. Imienia człowieka o czarnym sercu nie wypowie, przed sypialnią cara omdleje – waha się.

I ma rację, bo dopowiedzenie to już jest robota dla „papierowych niewolników dnia” – dziennikarzy. Dzięki literaturze Rymkiewicz ma swoją egzystencję, nie jest tylko życiem ciągle zagrożonym darwinowską „rozwałką”, którego los będzie podobny do gawrona w zębach kotów z własnego wiersza.

Literatura, w postaci, którą sam uprawia, to refleksja przed czynem, to myśl, co opóźnia czyn, to bezproduktywny zachwyt nad kruchą rzeczą, istnieniem bez znaczenia w historii, to estetyczne usprawiedliwienie świata, który inaczej nie ma powodów, by istnieć. Z tego rodzi się cudownie ludzkie wahanie romantycznych bohaterów przed czynem, który niesie bezpowrotne zniszczenie świata rujnowanego przez przemoc natury i człowieka.

Polacy są „szczególnymi ludźmi, jakby chyba niedarwinowskimi” – pisała Janion. Oznacza to, że kierują się wartościami, które nie zapewniają powodzenia w walce o byt. Rymkiewicz jej wtóruje. „Pożeranie Polski przez Fryderyka, Katarzynę i Marię Teresę było kompletnie naturalne, całkowicie zwierzęce, a usprawiedliwione tylko w takim porządku, który nie zna i nie potrzebuje usprawiedliwień, czyli w porządku zwierzęcym.

Trzy silniejsze zwierzęta pożerały słabsze zwierzę”. Instynkt podpowiadał rozsądek i ugodę: „ratuj się, ratuj, nim będziesz zjedzony!”. Tłumiona histeria naturalisty tkwi w tle poezji i eseistyki Rymkiewicza, który prorokuje „cywilizację niepamięci zgodną z porządkiem stworzenia”. I to jest miejsce zasadniczej różnicy między Janion a Rymkiewiczem. Tam, gdzie ona mówi o egzystencji, on mówi o życiu jako przede wszystkim biologicznym fakcie. Mówi, ale robi coś przeciwnego!

Rzuca się jak szalony zachowywać czułe szczątki od zniszczenia, klei resztki w bezładne opowieści, pełne przypadkowych scen i wątków. Zgoda na to, bo w taki sposób powstaje wiedza o jednostkowym życiu. „Książka moja próbuje sprostać temu wezwaniu życia” – zapowiada skromnie. A wtedy pajęczyca Janion łapie go w swoją egzystencjalną sieć. Krwawe fantazje Rymkiewicza ustępują tęsknocie intelektualisty do łona, czyli do biblioteki, gdzie „wędruje po planach miast, błądzi po taryfach, gubi się w spisach ulic, domów, placów i ogrodów”.

MOJA JEST PRZYSZŁOŚĆ

Stary Rymkiewicz w bibliotece, gabinecie i ogrodzie uprawia mitograficzną genealogię nowoczesnej Polski; odsłania ohydne fundamenty demokracji, kapitalizmu, rynkowej gospodarki, centralizacji władzy politycznej, dominacji miejskich form życia, powszechnej edukacji, sekularyzacji wartości. Nie chodzi mu o to, kiedy to się w Polsce zaczęło, ale co ma być rodowodem naszej współczesności. Gdybyśmy – jak by chciał Rymkiewicz – zabili króla, stalibyśmy się podobni nowoczesności francuskiej z jej założycielskim wydarzeniem w postaci rewolucji 1789 r. „Groza szaleństwa zmieszałaby się z grozą upadku. Czy można wyobrazić sobie piękniejsze, stosowniejsze zakończenie naszej ówczesnej historii, stosowniejszy koniec tamtej Rzeczypospolitej?”. Skoro mord się nie zdarzył, pozostaje genealogia zdrady.

Alternatywy w postaci niekończącego się oświecenia, żmudnej poprawy świata autor nie bierze pod uwagę. Dlaczego?

Kiedy myślę o nim dobrze, obsadzam go w roli Eliotowskiego Gerontiona, który siedzi w zrujnowanej Murowance. „Jeszcze stoi, ale nie nadaje się już do niczego. Stoi, ponieważ nie warto jej rozbierać – gdyby ją rozebrano, byłoby z tego trochę starych, pokruszonych cegieł. Stoi, ponieważ o niej zapomniano”.

Oto ja, stary człowiek, w miesiącu posuchy
Słucham jak czyta mi chłopiec i czekam na deszcz.
Ja nie broniłem palących wąwozów
Ani do bitwy szedłem w ciepły deszcz
Ni, po kolana w słonym bagnie, z kordelasem,
Cięty przez muchy, nie walczyłem.
Moim domem jest rozpadający się dom.

(PRZEŁ. CZESŁAW MIŁOSZ)

W filmie „Kabaret” Boba Fosse’a jest sielska scena w ogródku piwnym. Młody chłopak, przy wtórze orkiestry, zaczyna śpiewać piosenkę pt. „Przyszłość należy do mnie”. Słodycz i liryzm tężeją, kiedy do chłopca dołączają inni chłopcy i dziewczęta w mundurkach Hitlerjugend, potem wstają także dorośli, a słodka, liryczna piosenka zmienia się w faszystowską pieśń triumfu.

Prawdziwą wielkość tej sceny tworzy jednak kontrapunkt, powtórzone ujęcie staruszka krótkowidza z kuflem piwa; nie śpiewa i nie wstaje – przyszłość nie należy do niego. Entuzjazm młodego życia gotowego na śmierć nie udziela się staremu człowiekowi; nie jest nawet jego fantazmatem („gdybym był młodszy…”).

Genealogia zawsze ma mityczne początki, gdyż „nic się nie zaczyna, nic się nigdy nie zaczęło, lecz wszystko się kończy”. A ile jeszcze potrwa nasza zakłamana wolność? – zapytajmy. „Trzydzieści, może czterdzieści lat? Może krócej”. Nie będzie zatem udziałem tego dziwnego człowieka.

Oto pisarz i poeta, który wprawiając wielu z nas we wściekłość, nadał przez chwilę historyczno-filologicznej dłubaninie gwałtowność ulicznej demonstracji; przypis historyczno-literacki podnosząc do rangi aktu politycznego. Na nic jednak przyszłości ta spóźniona mądrość starca-historyka, który jedyne, co wie na pewno, to że śmierć jest osiągalnym horyzontem jego życia. Żadna z tego nie wynika przewaga nad młodością, która wściekłe przestrogi przed zdradą zlekceważy w imię troski o własne życie. Czy dla takich Polaków „warto, jak Rejtan, leżeć u ich nóg, błagać ich na progu, żeby »nie opuszczali nieszczęśliwej Polski«”? Nie warto, bo i – szczęśliwie – nie trzeba.

RYSZARD KOZIOŁEK jest historykiem i teoretykiem literatury, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Śląskiego. Ostatnio opublikował: „Ciała Sienkiewicza. Studia o symbolice płci i przemocy”. Laureat Nagrody Literackiej Gdynia 2010 w kategorii „eseistyka”.

Tekst pochodzi z „Tygodnika Powszechnego”

W najnowszym “Tygodniku Powszechnym” :

Hekatomba zwierząt
Cudotwórca na Stadionie Narodowym?
Miss Polski na wózkach
Zanim zaczniesz segregować, przeczytaj ten poradnik!
Kongresy partyjne na Śląsku: kto na wylocie?
Beata Chomątowska: zamaluj zło na murach
Kto pomaga Edwardowi Snowdenowi?
Bp Andrzej Czaja: co zrobić z byłymi księżmi

Zaprenumeruj e-tygodnik!

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code