Tragedia smoleńska

Nie musimy być Polakami

Nie musimy być Polakami

Małgorzata Frankiewicz

Pierwszy szok minął. Przerażeni po lotniczej katastrofie, w której zginęło wiele osób znanych nam przynajmniej z telewizyjnych ekranów i gazetowych zdjęć, zaczęliśmy ocierać łzy i rozglądać się wokoło. Ciekawe, jak też tę żałobę przeżywają inni – mądrzej, głupiej, spokojniej, dramatyczniej? Podobnie czy inaczej? Do kogo można się przyłączyć, a od kogo zdecydowanie odciąć? A może zachować stoicką, cyniczną bądź po prostu tępą obojętność? Może zaprotestować przeciwko samemu pomysłowi żałoby i sposobowi jej wyrażania?

Z łez wyłania się całe spektrum tęczowo różnobarwnych możliwości. Trochę wbrew żałobie, która tradycyjnie łączy się z achromatycznymi barwami: czernią, ewentualnie bielą czy szarością. Wyznaczając czas żałoby, wybierając określony zwyczajowo ubiór czy wystrój wnętrz, powstrzymując się od pewnych działań, dajemy innym zewnętrzne sygnały, że przeżywamy smutek, że jest to dla nas okres szczególnie trudny, że oczekujemy empatii, zrozumienia, potraktowania łagodniejszego niż zazwyczaj, ludzkiej solidarności. Poprzez znaną powszechnie symbolikę prosimy, abyśmy nie pozostawali w tym trudnym momencie sami. „W takich chwilach wszyscy jesteśmy Polakami” – odpowiedział na to wezwanie prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama.

Ale bardzo dobrze, że w Polsce możemy pozwolić sobie na różnorodność postaw i opinii. Właśnie tego domagała się patriotyczna opozycja lat osiemdziesiątych, której wielu przedstawicieli na czele z prezydentem zginęło w lecącym do Smoleńska samolocie. Oni w czasach komunizmu narażali siebie i swoje rodziny, a potem ciężko pracowali, budując postkomunistyczne państwo, właśnie po to, abyśmy dzisiaj nie musieli wieszać narodowych flag jedynie w obawie przed mandatem, abyśmy nie musieli na rozkaz płakać, zapalać zniczy albo ze strachu stawać na baczność przy dźwiękach narodowego hymnu. I my tego nie musimy. Jeżeli ktoś tak czyni lub nie czyni, jest to jego osobista decyzja – oczywiście wynikająca z całego splotu różnych motywów emocjonalnych, racjonalnych, społecznych itp., jak zresztą zwykle bywa z życiowymi wyborami.

Odmienny punkt widzenia reprezentuje pewna osoba, która napisała wczoraj na internetowym forum: „My, młodzi liberałowie (…) bez względu na polityczne przekonania, różnice zdań i odmienne ideały, zbyt obiektywnie potrafimy spoglądać na sytuację, którą władze państwa, Kościoła i media tak sprytnie i skutecznie, pod przykrywką żałoby narodowej nam zgotowały…”Cytuję tę wypowiedź, gdyż wydaje mi się dość charakterystyczna jako przejaw poczucia, że jest się uciskanym, ciemiężonym i gnębionym przez różne zewnętrzne czynniki, które przypominają o istnieniu zbiorowych wartości, norm, tradycji, symboli. Nie zaprzeczam, że takie doznanie może być prawdziwe, a nawet bardzo bolesne. Moim zdaniem wynika jednak z przerostu indywidualnego „ja”, które nie chce pogodzić się z faktem, że coś poza nim istnieje i w dodatku może ograniczać.

Nie potępiam tego typu postawy, a nawet cieszę się do pewnego stopnia, że może być swobodnie artykułowana. Niezależnie jednak od tego w jakie przystrajałaby się ideologie, jest to, krótko mówiąc, postawa konsumenta, który dąży do zaspokojenia swoich naturalnych potrzeb. Byle tylko można się było dobrze zabawić! Byle zachować lub często po latach trudów i rozczarowań odnaleźć smak dzieciństwa z rysami Piotrusia Pana czy lalki Barbie! Konsument nie lubi żałoby. I nic w tym dziwnego. Nie tylko przerywa ona zabawę, nie tylko skłania, aby stanąć twarzą w twarz z prawdą o skończoności nawet najwspanialszego ludzkiego życia, ale także stanowi pewne doświadczenie zbiorowe, społeczne, a więc zagrażające egoizmowi łowcy przyjemności.

Warto uświadomić sobie, że mówiąc dziś „nie” narodowej żałobie, mówimy „nie” społecznym więziom i życiu we wspólnocie z jej rytuałami, symbolami, mitami, a zarazem mówimy „tak” skrajnemu indywidualizmowi, atomizacji społeczeństwa, relacjom opartym wyłącznie na doraźnych materialnych interesach. Nie musimy być Polakami ani identyfikować się z narodem i państwem polskim w taki sposób, jaki jego obecni przywódcy wybrali, a większość Polaków zaakceptowała. Na szczęście nie musimy. Powinniśmy jednak zdawać sobie sprawę z dalekosiężnych konsekwencji naszych dzisiejszych wyborów.

Małgorzata Frankiewicz

Podyskutuj na blogu

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code