Publicystyka

Geografia Episkopatu

Geografia Episkopatu

Bp Tadeusz Pieronek:

Niby podział na Kościół łagiewnicki i toruński jest sztuczny, ale gdyby w takim określeniu nie było ziarna prawdy, to by się nie przyjęło.

Piotr Mucharski: Ksiądz Biskup emocjonował się tymi wyborami?

Bp Tadeusz Pieronek: Nie twierdzę, że byłem obojętny, ale specjalnie mnie to nie brało. Ostatecznie każdy z biskupów jakoś o Kościół będzie dbał.
Moim zdaniem w grę wchodziło pięć nazwisk. Najbardziej prawdopodobnym
scenariuszem było zachowanie status quo, czyli ponowny wybór abp. Michalika, ale poza tym byli jeszcze abp Głódź, który miał na to wielki apetyt, kard. Dziwisz, który wielkiego apetytu nie miał, ale nie powiedziałby nie, a także
abp Gądecki i abp Nycz. To ostatnie miało sens: w wieku około sześćdziesiątki, z Warszawy, prawie na pewno przyszły kardynał… Gądecki to z kolei bardzo zdolny człowiek, wielojęzyczny i uczony, a zarazem praktyczny na sposób poznaniaka.
Większym problemem niż osoba przewodniczącego jest zdominowanie Episkopatu przez zwolenników Radia Maryja. A to jest punkt widzenia co prawda katolicki, ale bardzo ograniczony, zwłaszcza jeżeli chodzi o wykorzystywanie tego, co wniósł Sobór Watykański II; pobożność pewnie dobra, ale – jak to określił kiedyś arcybiskup Nycz – kapliczkowa. Oczywiście są ludzie, którym taki rodzaj pobożności odpowiada…

Jaki jest obyczaj wyłaniania kandydatów na przewodniczącego Episkopatu? Z góry wiadomo, kto wygra?

Pierwsze wybory były formalnością, dlatego że kard. Glemp miał zapewnione zwycięstwo – nie było ograniczonej liczby kadencji przewodniczącego.
Teoretycznie można go było odwołać, ale trzeba było w tym celu przełamać pewne tabu, co bez nowego statutu okazało się niemożliwe.
Kiedy więc po przyjęciu nowego statutu upłynęły dwie kadencje i kard. Glemp nie mógł kandydować po raz kolejny, trzeba było wybrać kogoś innego. To były ważne wybory, zmieniające, a właściwie pokazujące całą geografię Episkopatu. Był oczywiście ten znak zapytania, czy odległość Przemyśl–Warszawa wpłynie na funkcjonowanie Konferencji.

Wpłynęła?

Musiała wpłynąć. Dzisiaj wprawdzie przy pomocy środków elektronicznych można się porozumiewać niemal co minutę, ale to jest inny typ rozmowy. Nie wszystkie sprawy można przekazywać telefonicznie czy mailami.
Z lobbingiem przed wyborami się nie spotkałem. On prawdopodobnie istniał, ale nikogo za rękę nie złapałem; nie słyszałem, by jakaś grupa mówiła: „Będziemy głosować tak a tak”. Ale ponieważ spotykałem się z biskupami, którzy mówili: „albo ten, albo ten”, to mam prawo przypuszczać, że podobnie zachowywali się wszyscy. Co zresztą normalne.
Mechanizm jest prosty. Spotyka się Konferencja, przewodniczący rozpoczyna obrady i mówi: „Proszę zgłaszać kandydatów”. Zaczynają napływać kartki. Trzech kandydatów, którzy otrzymają największe poparcie, bierze się pod uwagę w następnym głosowaniu.

A duży jest rozrzut?

Kandydatów może być i piętnastu. Ktoś chce sobie zażartować albo chce, żeby jego nazwisko się pojawiło, to może się wpisać. Ale nie pamiętam, żeby nazwisk było więcej jak trzy, cztery.

Czyli liderzy są ewidentni.

Liderzy są raczej znani, to prawda. Ale zawsze ktoś może mieć apetyt. Albo lubić szarżowanie, stawanie w szranki… Zawsze zostanie mu w życiorysie, że był kandydatem.

Zwłaszcza że to jest funkcja tytularna.

Tytularna, ale i robocza. Jest sporo papierkowej roboty, korespondencja zagraniczna i wewnętrzna, wyjazdy, reprezentacja na różnego rodzaju spotkaniach międzynarodowych, organizowanie takich spotkań w Polsce…

Ale jeśli przewodniczący ma charyzmę, może wpływać na Kościół mimo formalnie niewielkich kompetencji.

To też jest chyba norma we wszystkich innych gremiach: można pełnić funkcję przewodniczącego, ograniczając się tylko do tego, na co pozwala przepis, spełniać to nawet solidnie, ale bez polotu. I można mieć inicjatywę, pokazywać drogi, przekonywać. Wtedy jest się rzeczywistym przywódcą, który ma coś do powiedzenia.
Jest u nas funkcja prymasa, i połączenie prymas-przewodniczący. Mówiło się w związku z tym „głowa Kościoła”, z czym walczyłem, bo to jest nonsens. Nie ma głowy Kościoła katolickiego w Polsce ani nie ma prawdziwego przywództwa w sensie, że przewodniczący Episkopatu przewodzi Kościołowi. Struktura kościelna jest oparta na samodzielnych diecezjach, podlegających papieżowi.

Jakie ma zatem kompetencje przewodniczący Konferencji Episkopatu?

Właściwie ich nie ma, bo trudno nazywać kompetencjami reprezentowanie polskiego Kościoła na zewnątrz. Oczywiście można w tym widzieć pewne wyróżnienie, bo jednak to przewodniczący kontaktuje się ze Stolicą Apostolską tam, gdzie chodzi o sprawy, które dotyczą całego Episkopatu (bo już nie poszczególnych diecezji). Struktura Kościoła nie jest ani demokratyczna, ani monarchiczna: Konferencja Episkopatu to wspólnota biskupów danego kraju, która zbiera się po to, żeby mając mniej więcej te same problemy, wspólnie podejmować jakieś działania, zwłaszcza w duszpasterstwie.
Konferencja nie jest także wyposażona we władzę ustawodawczą wielkiej miary. Do Soboru w ogóle nie miała kompetencji ustawodawczych, po Soborze, kiedy się to jakoś wyklarowało (zwłaszcza w Kodeksie z 1983 r.),
otrzymała pewien pakiet uprawnień, ale w gruncie rzeczy niewielkich. Dotyczą one głównie adaptacji zarządzeń ogólnokościelnych do warunków lokalnych, mówimy więc np. o kontroli języka tłumaczeń ksiąg liturgicznych czy dostosowywaniu pewnych ogólnokościelnych rytuałów do kultury i zwyczajów miejscowych – te wszystkie rytuały chrztu, bierzmowania czy małżeństwa… Episkopat może wprowadzić kadencyjność proboszczów albo jakieś normy dotyczące emerytów, ale zajmować się np. finansami diecezji – nie.

A czy Konferencja Episkopatu jest miejscem sporów?

Bardzo często. Tym się zresztą różni od tamtego, wychwalanego pod niebiosa, Episkopatu z czasów kardynała Wyszyńskiego. Nie byłem wtedy biskupem, więc nie mam bezpośredniego doświadczenia, ale zawsze się mówiło, że wówczas Konferencja mówiła jednym głosem. Takie były czasy: jednym głosem mówił też parlament w Pekinie czy w Moskwie. W warunkach walki z komunizmem jedność, w pewnym sensie narzucona, była słuszna. Trudno się było wyłamywać, bo w każdą szczelinę wchodziła odpowiednia służba i rozłamywała to, co się dało.

Kard. Wyszyński był dominującą postacią…

To była osobowość. Ale naśladowanie go po 1989 r. było już ryzykowne, bo ludzie nie tylko mogli mieć, ale i mieli różne zdania.

To jasne, że na zewnątrz Kościół hierarchiczny stara się mówić jednym głosem, ale ten głos powinien być wypracowany w jakiejś dyskusji.

Pytanie, na jakie tematy. Są sprawy istotne dla Kościoła, wokół których w Episkopacie nie ma sporów: nikt się tu nie kłóci o prawdy wiary czy zasady moralne. Natomiast sposoby poruszania się w życiu publicznym, także i sprawy polityczne, nie mogą być przedmiotem czyjejkolwiek kontroli, bo to jest odpowiedzialność każdego człowieka, a zwłaszcza biskupa, który powinien należeć do ludzi myślących.

A gdzie przebiegają główne linie podziału?

One będą dotyczyć wizji katolicyzmu: tego, co się skrótowo określa opozycją Kościół otwarty–Kościół zamknięty. Jest też na pewno spór między zwolennikami różnych opcji politycznych. Niby podział na Kościół łagiewnicki i toruński jest sztuczny, ale gdyby w takim określeniu nie było ziarna prawdy, to by się nie przyjęło.
Oczywiście jeżeli się zabiera głos w kwestiach, które są żywotne dla społeczeństwa, to nawet jeżeli używa się sformułowań bardzo ogólnych, ludzie widzą, że kogoś się krytykuje albo kogoś popiera. Ważne jednak, że krytykuje się nie ze względu na sympatie do polityków takiej czy innej frakcji, tylko dlatego, że tu chodzi o zasady moralne i dobro wspólne. W takich przypadkach można – i trzeba – się narazić.

Czyli najbardziej ogniste spory dotyczyły…

Za moich lat najpierw Konstytucji, potem Unii Europejskiej i wreszcie Radia Maryja. Te trzy tematy, zwłaszcza dwa ostatnie, zabrały nam wiele miesięcy. Unia teoretycznie nigdy nie była negowana: każdy mówił, że tak, że owszem… Ale diabeł tkwił w szczegółach, zwłaszcza dotyczących świata wartości. Przełożenie przystąpienia do Unii na korzyści cywilizacyjne było bardzo trudne, bo druga strona ciągle przytaczała różne przykłady i straszyła. Z dzisiejszej perspektywy trudno uwierzyć, ale wiele obaw dotyczyło rolnictwa: biskupi obawiali się, że chłopi potracą wszystko.

A Radio Maryja?

Zawsze było gdzieś w tle, choć zdarzały się momenty, kiedy Konferencja zajmowała się nim bezpośrednio. To były czasem dramatyczne wystąpienia, takie rodem z piekła.

Mam nadzieję, że były też rodem
z nieba…

Słynne już tupania pojawiły się na spotkaniu, w którym nie uczestniczyłem. W sam raz się mnie pozbyli jako sekretarza, a miałem na najbliższej konferencji wygłosić referat o Unii Europejskiej. Nie pojechałem nie dlatego, że byłem obrażony, tylko zachorowałem i musiałem siedzieć w domu, więc posłałem tekst referatu do przeczytania arcybiskupowi Gocłowskiemu. I wytupali go. A tekst był niewinny, wygłosiłem go zresztą w ambasadzie polskiej w Londynie i był potem rozpowszechniany.

To znaczy, że bardziej tupali na Autora niż na tekst.

Chyba jedno i drugie. Ale przy debatach dotyczących Radia Maryja też były takie zachowania.

A czy in vitro może być przedmiotem sporów w Episkopacie?

Wątpię. Od tego jesteśmy, żeby trzymać pewne normy i je głosić.

Chodzi o propozycje ustawodawcze, sformułowane przez Jarosława Gowina.

W kraju demokratycznym nikt nie ma prawa narzucać jakiegoś wyznaniowego punktu widzenia. Ale zabierając głos na ten temat, mówię wprost: „Kompromisu etycznego być nie może. Jeżeli ktoś jest katolikiem, trudno żeby głosował za rozwiązaniami, które są sprzeczne z jego sumieniem”. Jeżeli ostatecznie powstanie ustawa, która nie będzie w pełni zgodna z normami etycznymi, ale będzie wynikiem kompromisu politycznego, to nie zwolni katolików od obowiązku zachowania norm.

Dotąd polski Kościół nie miał nic przeciwko temu, żeby chrześcijaństwo upolityczniać.

Nie mieszajmy do tego polityki. Tak jak nie ma partii katolickiej, choć może być partia katolików: oddzielajmy te rzeczy, ale zachowujmy się jak ludzie wierzący na każdym stanowisku, na które nas życie stawia. Bo inaczej co? Wypiszemy się z Kościoła na cztery lata, bo idziemy do Sejmu?

Czyli przewodniczący Episkopatu powinien walczyć o to, żeby chrześcijaństwo było obecne w życiu publicznym, ale nie upolitycznione.

Bardzo często uważamy, że jak przyjmiemy jakiegoś polityka i pogadamy sobie z nim, napijemy się czegoś mocniejszego i jest wesoło, no to już mamy przyjaciela i wszystko z nim załatwimy. A tu chodzi o to, żeby tym ludziom przemawiać do przekonania metodami chrześcijańskimi – swoją postawą, a nie tworzeniem jakichś lobbies, wygrywaniem małych potyczek itd. 

rozmawiał piotr mucharski

Tekst pochodzi z „Tygodnika Powszechnego”

Zaprenumeruj e-tygodnik!

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code