Rekolekcje Adwentowe 2005

IV Niedziela Adwentu – 18 grudnia

18 grudnia 2005

IV Niedziela Adwentu

Czym jest Adwent?

Dzisiejsze czytania

Jakiego Boga chcemy spotkać?

Dariusz Piórkowski SJ

Na wydarzenie zwiastowania możemy spojrzeć na różne sposoby. Można uznać je za wyjątkowe spotkanie Boga z wybraną i uprzywilejowaną przez Niego osobą, ale wtedy wydaje się to nie mieć za wiele wspólnego z nami, „zwykłymi” chrześcijanami. A przecież słowo Boże skierowane jest do nas. Ponadto, Maryja jest ikoną Kościoła, reprezentuje każdego wierzącego. To, co Bóg uczynił dla Maryi, jest także zapowiedzią podobnych dzieł, których dokona z nami. Dlatego można podejść do tej sceny od nieco innej strony. Spotkanie Gabriela z Maryją ukazuje także z jakim Bogiem spotykamy się w wierze chrześcijańskiej i jaką my odgrywamy tutaj rolę. Chociaż Ewangelia mówi o „aniele Pana”, a nie o samym Bogu, nie należy ich sobie przeciwstawiać. Gabriel przekazuje to, co sam usłyszał od Boga.

Zanim jednak przejdziemy do samej sceny, chciałbym zwrócić uwagę na pewną tendencję we współczesnej sztuce i architekturze sakralnej, co później pomoże nam lepiej zrozumieć kilka ważnych aspektów dzisiejszej Ewangelii.

Spędzając parę lat w Niemczech, miałem okazję zwiedzić kilka kościołów, wybudowanych w ostatnich latach. Już w swej zewnętrznej sylwetce odbiegają one znacząco od dawniejszych stylów architektonicznych. A w ich wnętrzu uderza właściwie jedno: ogromne, puste przestrzenie, surowość, skąpy wystrój, brak obrazów i ikon, intrygujące symbole (np. kwadratowa złota płyta za ołtarzem). Wrażenie jest tym bardziej porażające, jeśli do takiego kościoła wchodzi się prosto z wielkomiejskiej ulicy, tonącej w reklamach, barwnych wystawach sklepowych, hałaśliwości, ulicy pełnej napięcia i niepokoju.

Sens tej nowoczesnej sztuki sprowadza się, jak sądzę, do wytworzenia sakralnej atmosfery w przestrzeni. Ten sakralny „klimat” ma generować przede wszystkim pustka. Kościół jako budynek przeobrażony został nie tyle w miejsce uzyskiwania odpowiedzi, ile w przyczółek pytań. Ta pustka zdaniem niektórych teologów nawiązuje do starotestamentalnego zakazu sporządzania obrazów Boga. Z drugiej strony wychodzi naprzeciw potrzebom i poszukiwaniom współczesnego człowieka. Zderzenie z pustką ma służyć wyrwaniu z kieratu codzienności, by dotrzeć do swego prawdziwego „ja”, by skonfrontować się z czającymi się we wnętrzu człowieka wątpliwościami, pytaniami i niepokojami, które świat zewnętrzny przywala zwałami powierzchowności, kiczu i przesytem obrazów. Ale to dopiero pierwszy etap dłuższego procesu. Surowość i poczucie nicości ma pomóc człowiekowi dokopać się do źródeł wiary po to, aby wątpiąc, pytając i słuchając, mógł ją w ten sposób pogłębiać. Celem pustki, gry świateł i proporcji jest zagadnięcie człowieka. Jeden z interpretatorów tej nowej fali pisze, że dzisiaj „obraz posiada sens nie w swojej treści, którą odzwierciedla, ale sam w sobie, w sile, z jaką pobudza wyobraźnię w artyście i widzu ( odwiedzającym kościół). Co dzieło sztuki ma znaczyć, o czym mówi, o tym decyduje już sam oglądający”. Odpowiedzi na pojawiające się pytania, także natury religijnej, człowiek winien wydobyć niejako sam z siebie. Sztuka ma tylko roztaczać przed człowiekiem szersze perspektywy widzenia. Nic więcej. Niektórzy sądzą, że dzięki temu chrześcijańska ikonografia i obrazowa ilustracja wiary została odesłana do lamusa, gdyż nastała nowa era w pojmowaniu wiary.

Nie twierdzę, że ten rodzaj sztuki pozbawiony jest jakiegokolwiek znaczenia. Obrazuje on z pewnością meandry kulturowych przemian. Nie jestem też zwolennikiem tworzenia z kościołów pobożnej „rupieciarni”, gdzie praktycznie można wrzucić wszystko, co tylko nam się spodoba. Niemniej ta wysublimowana koncepcja sztuki i doświadczenia wiary dotyczy chyba bardzo „wyrafinowanych”, by nie powiedzieć, rzadkich jednostek. Nie potrzeba już niczego, poza odpowiednią atmosferą. No i gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg? Chowa się Go w jakiejś pustce, a człowieka stawia się w centrum. I czy rzeczywiście dzisiejszemu człowiekowi wystarczy zatopić się w pustce, jakiejś nieokreśloności, by dotrzeć do samego Boga? Czy człowiek może sam odnaleźć w sobie istotne odpowiedzi, wystarczy mu tyle stworzyć po temu sprzyjające warunki? Czy ten kierunek nie prowadzi do jeszcze większego zagubienia i monologu z samym sobą? Niewątpliwie, pustka może podziałać na ducha ludzkiego ozdrowieńczo. Ale czy ten rodzaj sztuki nie jest jedynie reakcją wobec przeładowania naszej wyobraźni ogromem obrazów i impulsów, a miejsce „ święte”, które instynktownie kojarzy nam się z prostotą, staje się bezpieczną oazą, do której uciekamy, bo w naszym świecie trudno już natknąć się na Boga? Bez wątpienia odzywają się tutaj najgłębsze tęsknoty człowieka. Jednak czy droga do ich zaspokojenia wiedzie wyłącznie poprzez pustkę i swoisty stan zawieszenia? Czy sama pustka rzeczywiście jest w stanie zmobilizować człowieka do uruchomienia wszystkich jego zdolności i władz duchowych?

Przypatrzmy się teraz bliżej scenie zwiastowania. Ewangelia mówi, że anioł wszedł do Maryi. Można z tego wywnioskować, że niekoniecznie Maryja miała jakąś wizję, lecz usłyszała głos w swoim wnętrzu. Zaskakuje także to,  że św. Łukasz nie precyzuje, w jakiej sytuacji  i miejscu (oprócz tego, że rzecz dzieje się w Nazarecie) Matka Jezusa weszła w dialog z aniołem. Najważniejsze, że Bóg zwraca się do Maryi jak do konkretnej osoby. Nie ma mowy o modlitwie, o jakimś nadzwyczajnym skupieniu. Być może ów moment przyszedł całkiem niespodziewanie. Nie wiemy tego. Jednak ta otwartość na różne interpretacje dowodzi, że Bóg nie jest ograniczony w komunikowaniu się z człowiekiem, nie musi czekać na jakieś specjalne okoliczności i czasy. Może zwracać się do nas, kiedy chce i jak chce. To raczej my uważamy, że Boga można spotkać tylko w określonych miejscach i czasach, stąd mamy często trudności z Jego rozpoznaniem.

Spotkanie Boga z Maryją nie wypełnia pustka, beztreściowość, jakieś nasłuchiwanie nie wiadomo czego i kogo. Podczas spotkania padają słowa. Bóg mówi, a Maryja jest w stanie usłyszeć Jego mowę. Mostem łączącym człowieka z Bogiem nie jest próżnia, lecz słowo. Skoro Bóg wypowiada do człowieka słowo, to znaczy, że nie jest On jakąś nieokreśloną siłą czy świadomością, lecz Osobą, która myśli. Bóg wypełnia naszą egzystencjalną pustkę słowem. A słowo jest nośnikiem sensu i zaproszeniem do zadzierzgnięcia więzi osobowej.

Skąd więc takie upodobanie do „pustej” pustki? Dzisiaj myślenie przeżywa swoisty kryzys. Tadeusz Gadacz twierdzi, że to „technologiczna logika zniszczyła nawyk i umiejętność głębokiego myślenia, które nas czyni ludzkimi. A rezygnując z głębokiego myślenia człowiek stał się bezradny wobec własnej, ludzkiej rzeczywistości”. Obcowanie z materią, techniką, powoli redukuje myślenie tylko do jednego wymiaru – funkcjonalnego, który polega na nabywaniu wiedzy i umiejętności praktycznych, przydatnych na przykład do wykonywania zawodu. Jednak myślenie w najgłębszym sensie zmierza do ukształtowania ducha, postępowania i postaw etycznych.

Uwarunkowania kulturowe wpływają także na przeżywanie wiary, w której element racjonalny spychany bywa na margines. Bardziej pociąga to, co irracjonalne, nieokreślone. Wydaje się wtedy, że im bardziej coś jest zamglone, niesprecyzowane, tym bardziej boskie. I rzeczywiście, kiedy spojrzymy na opisy Ducha Świętego w Piśmie św. możemy dostrzec, że kojarzony jest on z wiatrem, potężną mocą i dynamizmem, który ożywia. Wiatr raczej ma niewiele wspólnego z rozumem i racjonalnością. Ale ten sam Duch wieje, kędy chce, to znaczy, nie tam gdzie popadnie, ale tam, gdzie zgodne to jest z Jego postanowieniem. Pismo św. mówi też o Duchu, który naucza, obdarza darami mądrości i rozumu, doprowadza do całej prawdy. Człowiek istotnie może doświadczać Boga poza sferą racjonalną, poza intelektem, co dzieje się np. w niektórych charyzmatach, ale to nie wyczerpuje głębi doświadczenia Boga.

Gdyby Bóg był tylko irracjonalny, nie wypowiadał do nas żadnego słowa, gdyby był tylko trudną do uchwycenia mocą, życie religijne nie miałoby praktycznie żadnego odbicia w naszej codzienności. Irracjonalność z natury swojej nie zachęca do przemiany, nie daje światła, nie daje poznania. Ucieczka przed Słowem Boga może być więc ucieczką przed realnym zaangażowaniem się w życie. Taki Bóg, który nic nie mówi, nikomu nie wadzi, nie może niczego oczekiwać, zostawia nas w spokoju. Ale to może być „Bóg” stworzony przez nas, bo gdy przypatrzymy się Jezusowi, to pierwszym zadaniem, które sobie postawił, było głoszenie Słowa, a nie wzbudzanie podniosłych przeżyć. Jezus konfrontował, spierał się, wyjaśniał, jasno zachęcał do reformy życia. Dopóki w swojej wierze doświadczam jedynie czegoś nieokreślonego i niezdefiniowanego, dopóki nie dociera do mnie tu i teraz konkretny apel boskiego „Ty”, nie jest to tak naprawdę wiara chrześcijańska. „Wiara chrześcijańska nie ma wyłącznie do czynienia – jakby to można było przypuszczać, mówiąc o wierze – z tym, co wieczne, a co jako zupełnie odmienne pozostaje poza ludzkim światem i czasem; ma ona raczej do czynienia z Bogiem w historii, z Bogiem jako człowiekiem” (J.Ratzinger). Słowo jest znakiem prawdy, a prawda odsłania się nam jako dar. Nie odkrywamy jej w pełni w naszym wnętrzu. Prawdę musimy usłyszeć. Ona przychodzi do nas także z zewnątrz. Tej prawdy nie można oderwać od osoby, od dialogu, od relacji, bo inaczej czyni nas ona neutralnymi wobec Boga.

Wróćmy do sceny zwiastowania. Spotkanie z Bogiem angażuje całego człowieka: jego ciało, psychikę, rozum i wolę. Kiedy Maryja słyszy słowa anioła, w pierwszym momencie odczuwa zmieszanie i lęk. Ale ten lęk jest innego rodzaju niż w przypadku Adama w raju po zerwaniu owocu. Tutaj raczej chodzi o bojaźń przed majestatem i świętością Boga, która, po pierwsze, nie zamyka człowieka w sobie, nie koncentruje wokół obserwacji siebie (jestem nagi), lecz otwiera. Na co? Przede wszystkim Maryja zastanawia się nie tyle nad swoją reakcją, ale nad słowami anioła, który przedstawia Jej konkretne propozycje i prawdy. Matka Jezusa nie skupia się na sobie, nie szuka odpowiedzi w swoim wnętrzu, lecz słuchając, próbuje zrozumieć to, co zostało jej objawione. Wiara domaga się więc myślenia, stawiania pytań, wątpliwości, poszukiwania. To samo odnosi się do modlitwy. Jednakże nasze poszukiwania ostatecznie znajdują odpowiedź w Bogu, który się objawia, który dialoguje, który przemawia nie tylko na jakichś niedostępnych dla nas głębiach, lecz staje naprzeciw nas.

Maryja odpowiada, i to w podwójnym znaczeniu: rozmawia z aniołem i decyduje się na podjęcie misji, którą przekazuje jej Gabriel. Bóg nie objawia się człowiekowi jedynie w celach poznawczych, żeby się czegoś dowiedział. Jeśli wchodzi w dialog z człowiekiem, to także w tym celu, aby zaprosić go do aktywnej współpracy. Jeśli spotkanie z Bogiem nie rodzi w nas poczucia rosnącej odpowiedzialności za siebie i innych, to trzeba się pytać o jego autentyczność. Jeśli nasza modlitwa służy jedynie naszemu dobremu samopoczuciu i nie przekłada się na wzrost służby względem drugich, na zaangażowanie na rzecz wspólnoty i Kościoła, to coś w niej szwankuje. Odpowiedzialność wyraża się w konkretnym zadaniu, które mamy do wykonania, ale zawsze w łączności z Bogiem. Fundamentem naszej odpowiedzialności jest doświadczenie Boga jako „Ty”, które do nas przemawia i zaprasza do wspólnoty z sobą. To prawda, że Maryja została przygotowana do jedynego w swoim rodzaju zadania. Ale podobnie każdy chrześcijanin jest stosownie do swego powołania umacniany przez Boga.

Na koniec można powiedzieć, że w świetle Ewangelii, Bóg podejmuje aktywną rolę w spotkaniu z człowiekiem. Komunikuje, używając słów, które coś przekazują. Nie chce takiego kontaktu z istotami ludzkimi, w których On pozostaje zupełnie nierozpoznany, nieokreślony, rozmyty. Przeciwnie, staje się w Jezusie jednym z nas, żebyśmy Go lepiej zrozumieli, by iść za Jego wezwaniem. Nie oznacza to jednak przekreślenia inności i nieskończoności Jego istoty. W każdym spotkaniu z Bogiem rodzi się w nas także wyczucie Jego majestatu. Co więcej, Bóg wcale nie zaprasza nas do tego, abyśmy na istotne pytania naszego życia szukali odpowiedzi jedynie w sobie, abyśmy taplali się jedynie we własnej subiektywności, jakby ona zawierała już w sobie cały sens rzeczywistości. Przekonuje nas, że potrzebujemy nasłuchiwania słowa, a nie jedynie nasłuchiwania jakiejś pustki. Wiara jest racjonalna w tym sensie, że u początku stworzenia spoczywa myśl, która pochodzi od Stwórcy. „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo” (J 1, 1). Grecki „logos” oznacza także myśl, sens, naukę. Prawdę o nas samych odkrywamy w pełni dopiero wtedy, gdy otwieramy się na boskie i ludzkie „Ty”, które jest osobą, gdy wychodzimy ze skoncentrowania na naszych pożytkach. I na takiego Boga oczekujemy, nie tylko podczas świąt, ale każdego dnia, bo On może do nas przemówić w każdym miejscu i czasie.

Jeśli pragniesz poświęcić chwilę czasu na modlitwę nad Słowem Bożym i proponowaną refleksją

Kliknij tutaj

Chcesz dowiedzieć się czegoś o autorze powyższego tekstu

Kliknij tutaj

Poprzednie rozważanie

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code