Tezeusz

To Jezus wysłał pierwszego maila

To Jezus wysłał pierwszego maila

O wierności jezuity dzisiaj, czyli dyskretny urok postmoderny

Andrzej Miszk

Jeśli w Kościele i poza nim upowszechnia się kultura niewierności to – wziąwszy w nawias stałą, przyrodzoną człowiekowi słabość – dzieje się tak głównie dlatego, że wiara rzadko jest złączona i przeniknięta myśleniem zdolnym ogarnąć to “wszystko”, myśleniem dającym motywy dla życia, cierpienia i śmierci dzisiejszego człowieka. Kryzys jest zbyt dogłębny, by wystarczyło powtarzać ludziom, odmieniane na różne sposoby, nawet tak prawdziwe i święte zdanie naszej wiary: “Jezus cię kocha”.

(Mk 10, 1-12)

Niepewna wierność

Żydzi pytają Jezusa o wierność małżeńską, pytają o jej sens, źródło i gwaranta. Wiedzą, że coś tutaj nie gra. Nie czują się pewni w swej tradycyjnej wolności. W odpowiedzi Jezus potwierdza i niejako przywraca pierwotną wierność, jej źródłem i gwarantem wyraźnie czyniąc Boga: “Co Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela.” Wśród Żydów – i jak wspomina Mateusz – również wśród Apostołów, Jezusowa odpowiedź wywołuje szok. Daleko im do okrzyku szczęśliwego zachwytu w Edenie na widok pierwszej, dziewiczo pięknej, kobiety: “Ta dopiero jest kością z mojej kości, ciałem z mego ciała.” Słyszymy, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, miłość na zawsze. Pytanie o wierność nie pojawiło się wówczas. Mężczyzna i kobieta “byli jednym ciałem” jakby ze swej natury.

Pytanie o wierność małżonków pojawia się wraz z zakwestionowaniem Boga i niewiernością wobec Niego. Gdy człowiek przestał być wierny wobec Źródła i Gwaranta wierności, wszelkie pozostałe jego odniesienia: do małżonka, do bliźnich, do prawdy zachwiały się i zostały podważone.

Pytanie o wierność jest najpierw pytaniem o wiarę. W staropolskim słowie “wier” słyszymy dzisiejsze “wierz”. Jeśli uwierzysz, będziesz wierny. Słowo “wier-ność” możemy też spróbować odczytać jako “wiarę noś”. Wierność to wiara niesiona, przeżywana w czasie. Dlatego wiara i wierność wzajemnie się warunkują i uzupełniają. Bez wiary wierność byłaby niesieniem czegoś w pustce, bez wierności wiara byłaby tylko a-czasową i niewcieloną możliwością.

Myślę, że bliska jest nam i dzisiaj obawa uczniów Jezusa, paradoksalna obawa przed wiernością: “Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić”. Jeśli zgodzimy się, że Tym komu człowiek winien wierność jest Bóg, ujrzymy łatwo, że wierność małżeńska, wierność kapłańska i wierność zakonna są tylko konkretnymi wcieleniami tej jednej źródłowej wierności wobec Boga.

Twarde słowa odpowiedzi Jezusa i panika naszych poprzedników w apostolskiej posłudze współbrzmią z wciąż dręczącym mnie niepokojem, o to jak być wiernym dziś. Wiernym jako człowiek, ale zwłaszcza jako chrześcijanin i jezuita. Jaki też rodzaj wierności proponować innym.

Włócznia postmoderny

Boleśnie, ale i wyzwalająco doświadczam rozterki zdiagnozowanej też przez naszą ostatnią Kongregację, która mówi, że “ (…) granica między Ewangelią a współczesną i postmodernistyczną kulturą przebiega w sercu każdego z nas. Każdy jezuita doświadcza pokusy niewiary w pierwszym rzędzie w samym sobie, i dlatego zanim zaczniemy mówić innym o rzeczywistości Boga, musimy najpierw sami stawić czoło temu problemowi” (NMaK 20). To kazanie jest cząstką tego “stawiania czoła”.

Każde, nawet najbardziej intymne – a może zwłaszcza takie – doświadczenie można zakłamać, ominąć, nie nazwać. Ale przychodzi czas i przestajemy się tak bardzo siebie i o siebie bać, zaczynamy przyznawać się, a nawet znajdować smak w pełnej napięć i dwuznaczności prawdzie o sobie. I ja doświadczam silnych wewnętrznych sprzeczności, stanowiących próbę mojej wierności. I tak, studiuję Heideggera czy innych filozofów i z całą mocą zaczyna potwierdzać się moje, od początku studiów żywione przeczucie, że w dużym stopniu stanowią one muzeum osobliwości, którego walor ascetycznego umartwienia zdominowuje wartość filozoficznej propozycji. I zupełnie jasno i w wolności, choć z wewnętrznym drżeniem, dostrzegam, że exjezuita i neopoganin wywiera na mnie większy myślowy wpływ, niż całe konsekrowane grono profesorów. I nie jest to czysto intelektualna wątpliwość. To ostatecznie pytanie o wiarę, bo “po owocach poznacie…” A jakaż to wiara, która rodzi tak miałki intelektualnie owoc nie zdatny do interpretacji własnego doświadczenia, przekonywującego zrozumienia ludzi i świata? Cóż to za świeżość ewangeliczna, inspirująca myślenie wypowiadane językiem, który skonał, nim się urodziłem?

Idę dalej, i gdy myślę o sztuce pytam się szczerze: Czy oddałbyś “Podwójne życie Weroniki” Kieślowskiego, “American beauty” (?), czy “Noc na ziemi” Jarmuscha za większość kazań, które słyszałeś odkąd jesteś w Krakowie? I odpowiadam: Nie, nie oddałbym, gdyby do mnie należał wybór. Bo wiem, że więcej przeżyłem, przemyślałem, bardziej zbliżyłem się do Boga i ludzi dzięki każdemu z tych obrazów, niż słuchając i patrząc na to co mówią kaznodzieje. I to też jest pytanie o wiarę: Czy nie lepiej mi żyć w nieco smutnym i dramatycznym, ale doświadczanym jako bliski, egzystencjalnie prawdziwszy i cieplejszy, świecie Jarmuscha czy Kieślowskiego niż współtworzyć przestrzeń martwej nudy? Bo może Bóg jest bardziej t a m niż tu, z nami?

A czujemy, że moglibyśmy pytać dalej. Nuda. Ileż nudy w pobliżu Boga! Czy gdyby istniał byłażby możliwa taka nuda, tak blisko?

Gdy spotykam bliską mi kobietę, i doświadczam głębokiej i subtelnej serdeczności z jej strony, ale też i tego, że sam staję się przy niej jakoś lepszy jako człowiek. Pytam wówczas o sens mojej zakonnej wierności, która rodzi tak mizerny owoc dobroci, serdeczności i ciepła wobec Was, moich Współbraci? Pytam o to, czy miłość dwojga ludzi nie spodobałaby się Bogu bardziej, niż samotne Jemu oddanie? Może czas celibatu minął, a wierność małżeńska jest martwą literą prawa, jeśli miłość między dwojgiem ludzi wygasa?

A jednocześnie wiem, że właśnie w klasztornych murach Bielan, a potem Starej Wsi najgłębiej doświadczyłem miłości Boga i “poznałem rzeczy, o których nie śniło się filozofom”. Przecież to właśnie Kościół stwarza warunki i przestrzeń dla mojego spotkania się z myślą i dziełami, które porywają i inspirują, a Kościoła czy Boga zdają się nie potrzebować. To właśnie wśród duchownych, pomimo zmasowanej nudy ich kazań i jakże częstej umysłowej banalności, spotkałem wielką liczbę prawdziwie dobrych, a nawet świętych ludzi.

Mógłbym mnożyć przykłady tych pozornie sprzecznych doświadczeń. A każdy z Was może z pewnością odwołać się do swych własnych chwil szczerości.

Pytanie o wierność Bogu w kontekście współczesnej kultury zaczyna jawić się jako pytanie o wierność Bogu wcielonemu w różnorodne doświadczenie ludzkiej wolności w Kościele i poza nim. Wierność tę musimy przyjąć jako wyzwanie, a często dla nas, zakonników, jako swoiste cierpienie, spowodowane faktem, że Słowo Boże wydaje się chętnie, a w niektórych dziedzinach – chętniej, wcielać w doświadczenie i twórczość ludzi żyjących poza Kościołem, a nawet poza samym Bogiem.

Czy opuścić Synagogę?

Pierwsi uczniowie Chrystusa opuścili Synagogę lub zostali z niej wyrzuceni, by móc kontynuować Jego misję. Ignacemu nie wystarczył żaden z istniejących zakonów, odrzucił też wiele z czcigodnych mniszych zwyczajów, by lepiej służyć Temu, którego ukochał.

Gdy doświadczam jak wiele dobra i piękna jest poza widzialnym Kościołem, poza moim zakonnym powołaniem, powtarzam za Apostołami trawestując ich słowa: “Jeśli tak się sprawy mają, to może lepiej zachować wolność i nie wiązać się z czymś jednym na całe życie?” I tu nie chodzi o ludzką słabość, dylemat wytrwam – nie wytrwam. Tu chodzi o to, c z y   w a r t o   w y t r w a ć w ten sposób? Drastyczny spadek powołań w Ameryce Północnej i zachodniej Europie to nie tylko skutek laicyzacji, ale też pozytywny owoc innej niż dotychczas odpowiedzi na pytanie o sens i formy wierności Bogu.

Dla Apostołów i wielu współczesnych dozgonna wierność kojarzy się ze stratą. Utratą wolności, bogactwa doświadczeń, osobistego szczęścia, ale też utratą szansy na przeżycie pełni swego człowieczeństwa, swej wiary. Jeśli w przestrzeni swego Zakonu, Kościoła czy religii nie odnajdę motywów, języka i form uczestnictwa pozwalających zrozumieć, przyjąć, wyrazić i zaproponować innym jakąś konkretyzację głębokiej i ewoluującej wciąż wrażliwości człowieka i nowych, zdumiewających wcieleń Boga – wcześniej czy później opuszczę tę przestrzeń, albo stanę się kimś wyalienowanym, dorzucającym swą obcość do wspólnej martwicy.

Porzucić Boga

Być może, aby odnaleźć Boga, nauczyć się go odnajdywać we wszystkim, trzeba Go porzucić. “Porzucić” czyli zejść z utartych ścieżek, zacząć pytać o Niego inaczej, szukać Go gdzie indziej. Wziąć w nawias dotychczas słyszany język religii i moralności, zacząć głęboko wsłuchiwać się jak o tym co dla nich najważniejsze mówią inni, zwłaszcza słabo wierzący lub niewierzący, ci, którzy nie odnajdują się w dotychczasowych tradycjach religijnych. Zacząć widzieć rzeczy jakimi naprawdę są: nudę jak nudę, śmiech jak śmiech, życie jak życie, odczarować najpierw siebie i świat. I nie w duchu malkontenckiej kontestacji, projektującej własną niemoc i frustrację na innych, ale w świeżości i odwadze zachwytu pierwszego człowieka: “Ta dopiero jest kością z mojej kości, ciałem z mego ciała” albo jak Apostołowie w drodze do Emaus “Czy serce nie pałało w nas, gdy rozmawiał z nami”.

Bo, być może prawdziwa wierność rodzi się tylko i trwa w pałającym, zachwyconym sercu. I jeśli jakaś społeczność przestaje być wrażliwa na to “pałanie serca”, staje się jakoś nudno i opieszale, i życie toczy się gdzie indziej, jeśli brak szaleństwa staje się normą, a w końcu przestaje być brakiem – nasza wierność usycha.

Odnowę swej wierności Bogu każdy może zacząć z innego miejsca. Ale myślę, że najważniejsza jest wierność prawdzie swego osobistego doświadczenia, nawet wtedy, gdy błądzi. Odstawmy na bok moralizowanie, zużyte klisze pseudorozeznań, język uładzonych i martwych formuł. Przecież na co dzień czujemy, że coś nie gra, nie dlatego, żeby było zupełnie źle, ale dlatego, że puls życia często bije gdzie indziej, a jeśli w nas samych, to jakby w konspiracji. Pójdźmy za tą niepewnością, i za nim zaczniemy pytać o to co dobre, a co złe, zapytajmy najpierw o to co żywe, a co martwe, co nudne, a co pasjonuje, co sensowne, choćby bolesne i dziwne, a co bez sensu, choćby codzienne i miłe.

Jeśli znajduję smak w filmach Jarmuscha i Kieślowskiego, w zwariowanej muzyce Bregowicza, jeśli strony Internetu inspirują mnie do nowych odkryć i działań, jeśli niełatwa filozofia Heideggera otwiera moje oczy na świat, którego dotąd nie znałem, jeśli przyjaźnię się z ludźmi, nie wiedząc dokładnie dokąd idziemy, jeśli przychodzą mi do głowy myśli zupełnie szalone, uczucia dziwne, wariacki humor i straceńcza odwaga, i nie wyganiam ich zbyt szybko tanim moralizowaniem, to może właśnie jest to jakiś sposób, by dowiedzieć się nie tylko , co tak naprawdę myślę, ale na szukanie Boga tam, gdzie pozornie Go nie ma, albo jest słabo obecny? I tak jak słusznie nas przeraża chłód zbyt abstrakcyjnej myśli nie liczącej się z konkretnym człowiekiem – cokolwiek miałoby to znaczyć – tak niech przerazi i odepchnie nas zbyt ciepła przytulność swojskiego banału nie przeoranego wyczerpującym nieraz trudem spotkania z nową myślą, często paradoksalną i nieco szaloną. To o tym pewnie myślała Edyta Stein mówiąc, że “filozofia jest chodzeniem nad przepaścią”. Jest to konieczna odtrutka na banał religijny, który jest ślepy na Boga, jak każdy inny.

Szalony Ignacy

Ignacy opuścił klasztorny chór, wyszedł na zdemoralizowane ulice miast, poszedł do rozdyskutowanych szkół, zaczepiał dziwnych ludzi i prostytutki, ciągle snuł szalone plany i miewał wizje. Sam nie znosił nudy i z nim nie było nudno. I choć nasze konkretne wybory będą różne, niż Ignacego, myślę, że trzeba być tam, gdzie pulsuje życie: czytać książki, od których się płonie, studiować filozofię, w której czuć rozmach horyzontów, oddech tajemnicy i żywego człowieka, modlić się, jakby się kochało, być z ludźmi prawdziwie- nazywać wielkość, piękno i fikcję po imieniu, być miłosiernym ale nie bezstresowo poczciwym.

Nasza wierność Bogu żywi się tym, co żywe. Pamiętajmy o tym, że nawet sakramenty święte i nieustanna modlitwa nie uchroniły Kościoła i zakonów od długich okresów upadku, a nawet zwyrodnienia. Duch Chrystusa “nie ma względu na osobę”, wciela się tam, gdzie bije żywy puls miłości, twórczości, myślenia, nie zważa na organizacyjne przynależności i pieczołowicie precyzowane umysłowe kategorie. Święte, Boże natchnienie pierwszych jezuitów osiągnęło tak imponujący rozmach dzięki przymierzu z twórczą myślą i sztuką rozdyskutowanych uniwersytetów. Pierwsi jezuici pragnęli wierności, przyjęli ją i dochowali dzięki wstrząsającemu doświadczeniu miłości Jezusa doznanemu poprzez ćwiczenia św. Ignacego, a także dzięki twórczemu przyswojeniu ówczesnej kultury – scholastyki przeoranej “na wylot” renesansowym odkryciem człowieka i nową religijna wrażliwością protestanckiej kontestacji.

Oni przeżyli na sobie i przyjęli jako własny ówczesny kryzys duchowy i kulturalny, kryzys tak potężny, że rozsadził Kościół i cały kontynent na kawałki! Na ich oczach, ale też w ich umysłach i sercach walił się cały ówczesny świat. Podobnie, choć zupełnie inaczej, jest i dziś. Współczesny Kościół chrześcijaństwo i ludzkość, wydają się przeżywać transformacyjny kryzys dużo głębszy, niż XVI- wieczna Europa. Ówcześni jezuici dysponowali duchem i kulturą zdolną, choćby po omacku, zinterpretować sens życia i wydarzeń tamtych ludzi, głosić Ewangelię językiem świeżym, porywającym, który przyciągał mężczyzn, kobiety, rodził nowe instytucje, pozwalał doświadczać życie i Jezusa w jakiejś nieznanej dotąd pełni. To się nie wzięło z powietrza. Po prostu prawdziwej głębi i nowości Ducha towarzyszy równie głęboka i świeża myśl i kultura, dlatego pierwsi jezuici mogli objąć i skonkretyzować ówczesne “wszystko”, Bosko – ludzko – kosmiczne uniwersum zanurzone w wieczności.

I jeśli w Kościele i poza nim upowszechnia się kultura niewierności to – wziąwszy w nawias stałą, przyrodzoną człowiekowi słabość – dzieje się tak głównie dlatego, że wiara rzadko jest złączona i przeniknięta myśleniem zdolnym ogarnąć to “wszystko”, myśleniem dającym motywy dla życia, cierpienia i śmierci dzisiejszego człowieka. Kryzys jest zbyt dogłębny, by wystarczyło powtarzać ludziom, odmieniane na różne sposoby, nawet tak prawdziwe i święte zdanie naszej wiary: “Jezus cię kocha”.

Wierni – o krok przed orkiestrą

Jako jezuita tylko wówczas mam szansę na realną i twórczą wierność Jezusowi, jeśli w wierze całym swym byciem będę otwarty na Niego samego i świat Jego wcielenia: gdy całą współczesną postmodernistyczną kulturę, zwłaszcza w tym, co mnie w niej niepokoi, odpycha, ateizuje, ale też ożywia i oczarowuje, przyjmę jako Chrystusowy krzyż i równocześnie – co może Was zaskoczy – radosne z-martwych-powstawanie. Na dobre i złe jesteśmy częścią tego świata, “Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”.

Ja myślę, że to właśnie Jezus wysłał pierwszego maila, że to On rozpoczął dyskusję o postmodernie, zamykał odwrót partyzantów z Groznego, szybko wracał do wyzwolonego Kosowa, był w pierwszym oświęcimskim transporcie do gazu. On zawsze wychodzi o krok przed orkiestrę.

Kraków, 2001 r

Życiorys

Dodaj komentarz

WIERNOŚĆ – inne teksty na ten temat:

Bernadetta Galas: Potrzeba odwagi, by być wiernym
Forum Tezeusza: O wierności
Piotr Chołda: Boża wierność

POSTMODERNIZM – inne teksty na ten temat:

Ryszard Legutko: Postmodernizm
Agnieszka Kołakowska: Czy możliwa jest religia postmodernistyczna?
Ciekawe rozmowy: Oczekiwanie bez Nadziei
Rozmowa z prof. Zygmuntem Baumanem: Odczarować odczarowane
Michał Paweł Markowski: Pomyśleć Niemożliwe

NUDA – inne teksty na ten temat:

Andrzej Miszk: Sieć życia

Teksty Andrzeja Miszka

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code