Refleksja o Internecie

Drugi potop – Pierre Levy

Drugi potop

Pierre Levy

Cyberkultura umożliwia współobecność przekazu i jego kontekstu, który istniał w społeczeństwach przekazu ustnego, choć na inną skalę i na innej orbicie. Nowa uniwersalność nie wynika już z samowystarczalności tekstów, stałości lub niezależności znaczeń, mniej istotnych, gdy zagłębiamy się w sieciach. Tworzy się i rozprzestrzenia dzięki wzajemnemu połączeniu wiadomości, ich stałemu kontaktowi z tworzonymi wirtualnie społecznościami, które nasycają je ciągle zmieniającym się bogactwem znaczeń.

Wstęp: Potopy

W wywiadzie udzielonym w latach pięćdziesiątych Albert Einstein stwierdził, że w wieku XX wybuchły trzy potężne bomby: demograficzna, atomowa i telekomunikacyjna. To, co Einstein określił jako bombę telekomunikacyjną, mój przyjaciel Roy Ascott (jeden z pionierów i głównych teoretyków sztuki Sieci) w obrazowym języku artysty nazwał “drugim potopem”, potopem informacji. Telekomunikacja pociąga za sobą rodzaj potopu z powodu wykładniczego, wybuchowego i chaotycznego charakteru swego rozwoju. Liczba dostępnych danych brutto powiększa się i to coraz szybciej. W bankach informatycznych, hipertekstach i sieciach coraz bardziej zagęszczają się więzi między informacjami. Ludzie samowolnie nawiązują kontakty. To chaotyczny zalew informacji, strumień danych, niespokojne wody i zawirowania komunikacji, kakofonia i ogłuszający jazgot mediów, wojna obrazów, propagandy i kontrpropagandy, zamęt w umysłach.

Bomba demograficzna jest także rodzajem potopu, niespotykanym zalewem demograficznym. W 1900 r. na Ziemi żyło nieco ponad półtora miliarda ludzi. W 2000 r. będzie ich około 6 mld. Ludzie zalewają Ziemię. Tak szybki i tak powszechny przyrost nie ma precedensu w całej historii.

I w końcu bomba atomowa. Potencjalnie zdolna do eksterminacji naszego gatunku, symbolizuje niszczący charakter potopu. Terroru, prześladowań, głodu i masakr doświadczyliśmy w naszym stuleciu jak nigdy dotąd. Bomba atomowa – zastosowana broń, realna groźba i obietnica apokalipsy – przeciwstawia potop gwałtu potopowi demograficznemu. Genezis 6.5.: “A gdy Pan widział, że wielka jest złość człowieka na ziemi i że wszelkie jego myśli oraz dążenia jego serca są ustawicznie złe (…) rzekł Pan: Zgładzę człowieka”. I zesłał na ziemię potop. Ludzie zdecydowali o własnym zniszczeniu. Co gorsza, zaczęli to robić. Potop, walące się zapory, zrywane tamy, wysoka fala, niemożliwy do opanowania zalew odzwierciedla niepowstrzymany wzrost przemocy. Potop jest powszechną przemocą, zażartą wojną i klęską ekologiczną. Starcie człowieka z powierzchni Ziemi nie jest karą boską, ale pokusą człowieka, fatalizmem samounicestwienia.

W obliczu niepowstrzymanego strumienia ludzkiego istnieją dwa przeciwstawne rozwiązania. Albo wojna, w jakiejkolwiek formie, pełna pogardy dla ludzkości. A więc życie ludzkie traci swą wartość. Człowiek jest traktowany jak bydło lub jak mrówka. Wygłodzony, przerażony, wykorzystywany, deportowany, masakrowany.
Albo pochwała ludzkości, traktowanej jako nadrzędna wartość, jako cudowne, bezcenne zasoby. Aby Wartości nadać wartość, mimo trudności i konfliktów, niestrudzenie podejmujemy się nawiązania więzi między ludźmi różnego wieku i różnej płci, między narodami i kulturami. Drugie rozwiązanie, którego symbolem jest telekomunikacja, zakłada uznanie bliźniego, wzajemny kontakt, pomoc, współpracę, stowarzyszanie się, negocjowanie, niezależnie od różnic poglądów i interesów. Telekomunikacja rzeczywiście daje możliwość przyjacielskich kontaktów na całym świecie, zgodnych z umową transakcji, przekazywania wiedzy, wymiany umiejętności i pokojowego odkrywania różnic.

Zgrupowanie ludzi o różnych horyzontach w jednej otwartej i interaktywnej tkance jest sytuacją zgoła niespotykaną i obiecującą, gdyż jest to pozytywna reakcja na przyrost demograficzny. Jest jednak także źródłem nowych problemów. Pragnąłbym poruszyć kilka kwestii wynikających z niezwykłego rozwoju cyberprzestrzeni (zwłaszcza tych, które związane, są z kulturą, jak sztuka, edukacja lub urbanistyka), uzależnionych od interaktywnego, coraz powszechniejszego komunikowania się. W obliczu zalewu informacji refleksja nad pierwszym potopem ułatwi nam może stawienie czoła nowym czasom. Odzie jest Noe? Co zabrać do arki?

Noe tworzy z chaosu niewielką, dobrze uporządkowaną całość. Dokonuje selekcji niezliczonych danych. Kiedy wszystko się wali, on troszczy się o to, by przetrwać, czyli przekazać informację. Mimo powszechnej paniki gromadzi z myślą o przyszłości.

Genezis 7.16: “I zamknął Pan za nim”. Arka jest zamknięta. Symbolizuje odtworzoną całość. Kiedy wszechświat szaleje, zorganizowany mikro-kosmos odzwierciedla porządek przyszłego makrokosmosu. Ale czy wielki wszechświat będzie kiedyś podlegał jednolitemu porządkowi? Systemy, teorie, hierarchie wiedzy mogą na zewnątrz spowodować potop danych i idei. Nie znają nieporządku, a raczej otwartej wielorodności możliwych porządków. Ale wielorakość dojdzie wreszcie do głosu. Zalew informacji będzie trwał bez końca. Arka nie osiądzie na górze Ararat. Drugi potop nigdy się nie skończy. Ocean informacji jest bez dna. Potop to kondycja, z którą musimy się pogodzić. Nauczmy nasze dzieci pływać, utrzymywać się na powierzchni, a może nawet sterować. Wśród powszechnego falowania jedno jest pewne: Idea stałego lądu jest przedpotopowa.

Patrząc przez okienko swej arki, Noe, to znaczy każdy z nas, jak okiem sięgnąć widzi inne arki. Płyną po wzburzonym oceanie komunikacji numerycznej. Każda z nich dokonała własnej selekcji. Każda pragnie ocalić różnorodność. Każda chce przekazać informację. Arki będą dryfować bez końca po powierzchni wód.

Oto jedna z głównych tez tego opracowania: Cyberkultura jest przejawem tworzenia nowej uniwersalności. Od dotychczasowych form kulturowych różni ją to, że wykorzystuje nieokreśloność wszelkiego ogólnego znaczenia. Rzeczywiście, im bardziej cyberkultura rozprzestrzenia się, staje się “uniwersalna”, tym trudniej totalnie ująć świat informacji. Pozbawiona totalności uniwersalność jest paradoksalną istotą cyberkultury. Jest w pełni zrozumiała jedynie wtedy, gdy umieści sieją w perspektywie dotychczasowych przeobrażeń komunikacji.

W społeczeństwach wykorzystujących przekaz ustny komunikaty zawsze odbierano w kontekście, w jakim powstawały. Wraz z pojawieniem się pisma teksty odrywają się od żywego kontekstu, z którego się wywodzą. Można przeczytać wiadomość spisaną przed pięcioma wiekami lub zredagowaną w odległości pięciu tysięcy kilometrów, co często rodzi poważne problemy związane z odbiorem i interpretacją. Aby poradzić sobie z takimi trudnościami, niektóre rodzaje wiadomości są tworzone specjalnie tak, by zachować jednakowe znaczenie niezależnie od kontekstu odbioru (miejsca i epoki): są to wiadomości “uniwersalne” (dotyczą nauki, religii, praw człowieka itp.). Owa uniwersalność powstaje dzięki swoistemu zamknięciu lub niezmienności znaczenia. Uniwersalność oparta na statycznym zapisie jest więc “totalizująca”. Zgodnie z moją hipotezą, cyberkultura umożliwia współobecność przekazu i jego kontekstu, który istniał w społeczeństwach przekazu ustnego, choć na inną skalę i na innej orbicie. Nowa uniwersalność nie wynika już z samowystarczalności tekstów, stałości lub niezależności znaczeń, mniej istotnych, gdy zagłębiamy się w sieciach. Tworzy się i rozprzestrzenia dzięki wzajemnemu połączeniu wiadomości, ich stałemu kontaktowi z tworzonymi wirtualnie społecznościami, które nasycają je ciągle zmieniającym się bogactwem znaczeń.

Arka pierwszego potopu była jedyna, szczelna, zamknięta, totalizująca. Arki drugiego potopu płyną w towarzystwie. Wymieniają sygnały i zwierzęta. Wzajemnie się zapładniają. Zawierają niewielkie całości, nie pretendując do uniwersalizmu. Tylko potop jest uniwersalny. Ale nie sposób ująć go kompleksowo. Noego trzeba wyobrazić sobie jako kogoś skromnego.

Genezis 7.23: “Tak zgładził Bóg wszystkie istoty (…) wszystko zostało zgładzone z ziemi. Pozostał tylko Noe i to, co z nim było w arce”. Ratunkowa akcja Noego wydaje się niemal dopełnieniem eksterminacji. Pretendująca do uniwersalności totalność zatapia to, co odrzuciła. Tak tworzą się cywilizacje i umacnia imperialna uniwersalność. W Chinach Żółty Cesarz rozkazał zniszczyć niemal wszystkie teksty powstałe przed jego panowaniem. Który Cezar, który zwycięski barbarzyńca kazał spalić bibliotekę Aleksandrii, aby uporać się z hellenistyczną graciarnią? Hiszpańska inkwizycja rozniecała stosy, na których szedł z dymem Koran, Talmud i niezliczone dzieła pełne natchnienia i przemyśleń. Potworne stosy hitlerowskie, książki palone na placach Europy, gdzie dogorywała inteligencja i kultura. Pierwsze próby zatarcia śladów miały być może miejsce w najstarszym z imperiów, w Mezopotamii, skąd pochodzi pismo i opis potopu wcześniejszy od Biblii. Sargon władca Akadu, król czterech państw, pierwszy w historii cesarz, kazał wrzucić do Eufratu tysiące glinianych tabliczek zawierających prastare legendy, zalecenia mędrców, podręczniki medycyny i magii spisywane przez całe pokolenia skrybów. Przez chwilę jeszcze czytelne, znaki zatarły się pod wpływem działania wody. Porwane przez wiry, wygładzone przez prądy, tabliczki pomału rozmiękały, stając się gładkimi krążkami gliny. Wkrótce wtopiły się w błota rzeki i zamieniły w nanoszony powodzią muł. Głosy umilkły na zawsze. Nie doczekają się echa ani odpowiedzi.

Nowy potop nie zaciera jednak śladów pozostawionych przez umysł. Nie sposób spalić owej płynnej, wirtualnej, równocześnie gromadzonej i rozrzucanej biblioteki Babel. Niezliczone głosy dźwięczące w cyberprzestrzeni będą nadal się podnosiły i odpowiadały sobie echem. Wody potopu nie zatrą wyrytych znaków, bo to one same są jego strumieniem.

Telekomunikacja może jednak służyć prowadzeniu wojny. Choć równowaga strachu utrzymała pozory pokoju, nic nie jest proste. Ale skupmy przez chwilę uwagę na podstawowym przeznaczeniu i działaniu potężnego narzędzia, jakim jest telekomunikacja. Bomba zabija. Telefon czy Internet umożliwiają komunikowanie. Po raz pierwszy w tym stuleciu stali i szaleństwa obydwa stworzyły konkretną jedność gatunku ludzkiego. Śmiertelne zagrożenie całego gatunku za sprawą bomby atomowej, planetarny dialog za sprawą telekomunikacji.

Technonauka zrodziła zarówno ogień nuklearny, jak i interaktywne sieci. Jednak ani zbawienie, ani potępienie nie mogą być dziełem Techniki. Zawsze ambiwalentne, techniki rzutują w świat materialny nasze emocje, zamiary l projekty. Zbudowane przez nas urządzenia dają nam władzę. Ale wybór jest w naszych rękach i ciąży na nas zbiorowa odpowiedzialność. Net czy napalm? Pokusa zamknięcia czy uniwersalne otwarcie?

Techniczna infrastruktura wirtualności

Pojawienie się cyberprzestrzeni

Pierwsze komputery (programowane kalkulatory) pojawiły się w Anglii i Stanach Zjednoczonych w 1945 r. Przez długi czas stosowano je tylko w armii do prowadzenia obliczeń naukowych. Do szerszego użytku weszły w latach sześćdziesiątych. Już wówczas łatwo było przewidzieć, że możliwości sprzętu komputerowego będą nieustannie rosły. Nikt jednak nie przypuszczał – oprócz kilku wizjonerów – że wirtualizacja informacji i komunikacji tak bardzo wpłynie na podstawowe parametry życia społeczeństw. Komputery były w tamtych czasach ogromnymi maszynami do liczenia, nietrwałymi, odosobnionymi w oziębianych pomieszczeniach, z perforowanymi kartami podawanymi przez naukowców w białych fartuchach. Od czasu do czasu wypluwały nieczytelne listingi. Informatyka służyła obliczeniom naukowym, statystykom państwa i potężnych firm oraz zarządzaniu (np. sporządzanie listy płac).

Prawdziwy przełom nastąpił w latach siedemdziesiątych. Opracowanie i komercjalizacja mikroprocesora (jednostka obliczeń arytmetycznych i logicznych w postaci małego układu scalonego) uruchomiła procesy ekonomiczne i społeczne o wielkim zasięgu.

Rozpoczęła się nowa faza automatyzacji produkcji przemysłowej: robotyzacja, numerycznie sterowane obrabiarki itp. Rozpoczęła się też automatyzacja niektórych dziedzin, takich jak banki i ubezpieczenia. We wszystkich sektorach gospodarki rozpowszechniły się systematyczne działania mające na celu wzrost produktywności dzięki kompleksowemu zastosowaniu aparatury elektronicznej, komputerów oraz sieci komunikacji informatycznej. Tendencja ta utrzymuje się do dziś.

Ponadto z kontrkultury zrodził się w Kalifornii prawdziwy ruch społeczny, który sięgnął po nowe możliwości techniczne i wydał komputer osobisty. Od tego czasu komputer wymknął się zawodowym programistom, by stać się narzędziem pozwalającym na tworzenie (teksty, obrazy, muzyka), organizowanie (bazy danych, arkusze kalkulacyjne), symulowanie (wspomaganie podejmowania decyzji, programy badawcze) oraz rozrywkę (gry), narzędziem dostępnym coraz większej liczbie ludzi w krajach rozwiniętych.

W latach osiemdziesiątych pojawiły się współczesne multimedia. Informatyka stopniowo utraciła swój status techniczny i przemysłowy, wtapiając się w telekomunikację, działalność wydawniczą, kino i telewizję. Zapis numeryczny wkroczył najpierw do produkcji i nagrań muzyki. Nieco później pojawiły się nowe formy przekazu interaktywnego. Lata osiemdziesiąte to sukces gier wideo i triumf przyjaznej dla użytkownika informatyki (interfejsy graficzne i interakcje sensoryczno-motoryczne, hiperdokumenty, CD-ROM).

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych szybko nabrał światowego znaczenia nowy ruch społeczny i kulturalny powstały wśród młodych profesjonalistów wielkich metropolii i amerykańskich uniwersytetów. Nie kierowany przez żadną instancję centralną, nastąpił proces łączenia różnych sieci komputerowych. W szalonym tempie wzrosła liczba osób i komputerów przyłączonych do tej sieci. Jak w wypadku wynalezienia komputera osobistego, spontaniczny i nieprzewidywalny trend kulturowy narzucił nowy bieg rozwojowi techniczno-ekonomicznemu. Technologie numeryczne pojawiły się wówczas jako infrastruktura cyberprzestrzeni, nowej przestrzeni umożliwiającej komunikację, kontakty towarzyskie, organizowanie się i prowadzenie transakcji. Powstał także nowy rynek informacji i wiedzy.

Interesuje nas nie sama technika. Konieczne jest jednak ukazanie najważniejszych tendencji współczesnej ewolucji technicznej, aby czytelnik mógł świadomie śledzić towarzyszące jej przemiany społeczne i kułturowe. W tej dziedzinie należy uwzględnić przede wszystkim wykładniczy wzrost możliwości sprzętu (szybkość obliczeń, pojemność pamięci, przepływ informacji) połączony ze stałym spadkiem jego cen. Równolegle oprogramowania wykorzystują konceptualne i teoretyczne udoskonalenia, na jakie pozwala większa moc sprzętu. Niezależnie od aparatury i sieci, producenci programów starają się tworzyć coraz bardziej “transparentną” i dostępną przestrzeń pracy oraz komunikacji.

Wpływ wirtualności na zwyczaje społeczeństw będzie wiązać się ze stałym dążeniem do zwiększania mocy, obniżania kosztów oraz przekraczania dotychczasowych granic; nie można zakładać niezmienności technicznych i ekonomicznych ram. (…)

Ogólnie o wirtualności

Uniwersalizacja cyberkultury upowszechnia współobecność i interakcje wszelkich punktów przestrzeni fizycznej, społecznej lub informacyjnej. Tak ujęta, jest ona komplementarna wobec drugiej zasadniczej tendencji, jaką jest wirtualizacja.

Termin “wirtualność” może mieć co najmniej potrójne znaczenie: techniczne (w powiązaniu z informatyką), ogólne oraz filozoficzne. Fascynację “rzeczywistością wirtualną” zawdzięczamy w dużej mierze pomieszaniu tych trzech znaczeń. W ujęciu filozoficznym wirtualne jest to, co istnieje potencjalnie, a nie jako akt. Jest to dziedzina przyczyn i problemów dążących do rozwiązania poprzez aktualizację. Wirtualność wyprzedza rzeczywistą lub formalną konkretyzację (drzewo jest wirtualnie obecne w nasieniu). W ujęciu filozoficznym wirtualność jest oczywiście bardzo istotnym wymiarem rzeczywistości. W rozumieniu potocznym natomiast termin “wirtualność” oznacza często nie-realność, nie “rzeczywistość”, zakładającą materialne spełnienie, namacalną obecność. Pojęcie “rzeczywistość wirtualna” jawi się wówczas jako oksymoron, tajemnicza sztuczka kuglarska. Ha ogół sądzi się, że jakaś rzecz powinna być albo rzeczywista, albo wirtualna – nie może więc posiadać równocześnie tych dwóch właściwości. Rozumując jednak z filozoficzną ścisłością, wirtualność należy uznać za zaprzeczenie nie rzeczywistości, ale aktualności: wirtualność i aktualność są jedynie dwoma różnymi postaciami rzeczywistości. Choć istotą nasienia jest wydanie drzewa, wirtualność drzewa jest w pełni realna (aczkolwiek jeszcze nieaktualna).

Wirtualna jest jednostka “zdeterytorializowana”, zdolna do wielu konkretnych przejawów w różnych momentach i miejscach, nie uzależniona od konkretnego miejsca lub chwili. Posłużmy się przykładem spoza sfery technicznej: słowo jest “rzeczą” wirtualną. Wyraz “drzewo” zawsze jest wymawiany w jakimś miejscu, jakiegoś dnia i o jakiejś porze. Wymówienie tego elementu leksykalnego jest jego “aktualizacją”. Ale w ogóle pojęcie, chociaż gdzieś przy użyciu słowa wyrażane lub aktualizowane, oderwane jest od konkretyzacji. Wirtualność jest rzeczywista, choć nie można jej przypisać żadnej współrzędnej przestrzenno-czasowej. Słowo istnieje naprawdę. Wirtualność istnieje, choć jej tu nie ma. Dodajmy, że aktualizacje tej samej “rzeczy” wirtualnej mogą się bardzo różnić i że aktualność nigdy nie jest predeterminowana w wirtualności. Toteż z punktu widzenia akustyki, jak i na płaszczyźnie semantycznej, żadna aktualizacja słowa nie pokrywa się dokładnie z inną jego aktualizacją. Zawsze może pojawić się nieprzewidziana wymowa (pojawienie się nowych głosów) lub znaczenie (wymyślenie nowych zdań). Wirtualność jest nieskończonym źródłem aktualizacji.

Cyberkultura wiąże się z wirtualnością w dwojaki sposób: bezpośredni i pośredni. Bezpośrednio z wirtualizacją może być utożsamiana cyfryzacja informacji. Informatyczne kody zapisane na dyskietkach lub twardych dyskach komputerów – niewidoczne, łatwe do skopiowania lub do przerzucenia z jednego węzła sieci do drugiego – są niemal wirtualne, gdyż prawie niezależne od określonych współrzędnych przestrzenno-czasowych. W sieciach komputerowych informacja jest oczywiście fizycznie umieszczona w jakimś miejscu, ma określony nośnik, ale jest także wirtualnie obecna w każdym punkcie sieci, w którym ją wywołamy.

Informację numeryczną (od O do 10) również można nazwać wirtualną, jest bowiem niedostępna dla człowieka. Bezpośrednio można poznać jedynie jej aktualizację za pomocą takiego czy innego sposobu wywołania. Nieczytelne dla nas kody informatyczne w pewnych miejscach, teraz lub później, aktualizują się w formie czytelnych tekstów, obrazów widocznych na ekranie lub na papierze i uchwytnych w sferze dźwięków.

Obraz, który został zaobserwowany w trakcie badania “wirtualnej rzeczywistości”, nie był na ogół rejestrowany w pamięci informatycznej, najczęściej bywał naliczany w czasie rzeczywistym (w danej chwili i na polecenie) na podstawie matrycy informatycznej zawierającej opis wirtualnego świata. Komputer syntetyzuje obraz w zależności od danych (stałych) owej matrycy oraz informacji (zmiennych) dotyczących “pozycji” badającego i jego wcześniejszych działań. Świat wirtualny jako zespół kodów numerycznych to obrazy potencjale, natomiast jego wygląd na ekranie, jego projekcja zanurzająca się w potencjalnym świecie aktualizuje ów potencjał poprzez szczegółowe zastosowanie. Owa dialektyka potencjału, obliczeń i zależnej od kontekstu projekcji cechuje większość dokumentów lub zespołów informacji o nośniku numerycznym.

Rozwój sieci numerycznych pośrednio ułatwia wirtualizacje inne niż te, które związane są z informacją sensu stricto. Wraz z zapisem numerycznym za wirtualnością podąży komunikacja, wykorzystując takie wcześniejsze techniki, jak pismo, rejestrowanie dźwięku i obrazu, radio, telewizja i telefonia. Cyberprzestrzeń ułatwia kontakty niemal całkiem niezależne od miejsca geograficznego (telekomunikacja, teleobecność) i czasowej nierównoczesności (komunikacja asynchroniczna). nie jest to całkowita nowość, gdyż już telefon przyzwyczaił nas do komunikacji interaktywnej. Dzięki poczcie (czy ogólniej, dzięki pismu) dysponujemy starą tradycją wzajemnej, asynchronicznej i odbywającej się na odległość komunikacji. Jednakże tylko techniczne właściwości cyberprzestrzeni umożliwiają członkom ludzkiej społeczności wzajemne uzgadnianie, współpracę, zasilanie i konsultowanie wspólnej pamięci – i to niemal w czasie rzeczywistym -mimo odległości geograficznych i różnych stref czasowych. Prowadzi nas to bezpośrednio do wirtualizacji organizacji, które dzięki narzędziom cyberkultury stają się coraz mniej zależne od określonego miejsca, rozkładu pracy i długookresowego planowania. Podobnie z dokonującymi się w cyberprzestrzeni transakcjami ekonomicznymi i finansowymi, które coraz bardziej akcentują swój wirtualny charakter – wirtualny, odkąd wymyślono pieniądz i banki. (…)

Cyberprzestrzeń, czyli wirtualizacja komunikacji

Co to jest cyberprzestrzeń?

Termin “cyberprzestrzeń” został użyty w 1984 r. przez Williama Gibsona w powieści fantastycznonaukowej zatytułowanej Neuromancer. Oznaczał on świat numerycznych sieci traktowanych jako pole bitwy, na którym ścierają się światowe koncerny. Stawka, o jaką walczą, to nowa granica gospodarcza i kulturowa. W wymienionej książce badanie cyberprzestrzeni ujawnia fortece tajnych informacji chronionych przez niedostępne programy, wyspy otoczone oceanami danych, które w szalonym tempie przekształcają się i zamieniają miejscami na powierzchni planety. Niektórzy bohaterowie są w stanie “fizycznie” dostać się do tej przestrzeni danych, by przeżyć w niej najrozmaitsze przygody. Cyberprzestrzeń Gibsona uwidacznia zmienną, zazwyczaj ukrytą geografię informacji. Termin ten został natychmiast przyjęty przez użytkowników i twórców sieci numerycznych. Istnieje dziś na świecie ogromne bogactwo prądów literackich, muzycznych, artystycznych czy nawet politycznych odwołujących się do “cyberkultury”.

Moja definicja cyberprzestrzeni jest następująca: Jest to przestrzeń otwartego komunikowania się za pośrednictwem połączonych komputerów i pamięci informatycznych pracujących na całym świecie. Definicja ta uwzględnia wszystkie systemy komunikacji elektronicznej (w tym również sieci wykorzystujące fale Hertza i klasyczne sieci telefoniczne), które przesyłają informacje pochodzące ze źródeł numerycznych lub przeznaczone do numeryzacji. Podkreślam fakt numerycznego kodowania, gdyż warunkuje on charakter informacji. Charakter plastyczny, płynny, obliczalny z dużą dokładnością i przetwarzalny w czasie rzeczywistym, hi-pertekstualny, interaktywny i wreszcie wirtualny. Uważam go za znamienną cechę cyberprzestrzeni. To nowe środowisko umożliwia współdziałanie i sprzęganie wszystkich narzędzi tworzenia i rejestrowania informacji, komunikacji i symulacji. Perspektywa powszechnej numeryzacji informacji i przekazów uczyni prawdopodobnie z cyberprzestrzeni główny kanał informacyjny i główny nośnik pamięciowy ludzkości, poczynając od pierwszych lat przyszłego stulecia.

Krytyka krytyki

Funkcje refleksji krytycznej

Cyberkultura zrodziła się z ruchu społecznego o wielkim zasięgu. Ruch ten zapowiada i kształtuje głębokie przemiany cywilizacyjne. Rolą refleksji krytycznej jest oddziaływanie na ich kierunek i sposoby realizacji. Krytyka progresywistyczna może w szczególności doprowadzić do wyodrębnienia najbardziej pozytywnych i oryginalnych aspektów trwającej ewolucji. Przyczyni się do tego, by wielka góra cyberprzestrzeni nie urodziła myszy, jaką byłoby przedłużenie “medialności” na większą skalę czy też najzwyklejsze założenie planetarnego supermarketu online.

Wiele jest jednak zaślepienia i konserwatyzmu w wypowiedziach “krytycznych”. (…) Krytykuje się “ideologię (lub utopię) komunikacji”, nie dokonując rozróżnienia między telewizją a Internetem. Wyraża się obawę przed dehumanizacyjnym wpływem Techniki, podczas gdy wszystko zależy od wyboru technik i od rozmaitych zastosowań owych technik. Ubolewa się nad pomieszaniem pojęć “rzeczywisty” i “wirtualny”, nic nie zrozumiawszy z wirtuzalizacji będącej wszystkim z wyjątkiem odrealnienia świata. Brak wizji przyszłości doprowadził do oddania pola komercyjnej reklamie, niezwłocznie należy – odnosi się to także do krytyki – rozpocząć krytykę “swoistej krytyki”, rozchwianą przez nową ekologię komunikacji. Należy zanalizować zachowania i nawyki myślowe, które w coraz mniejszym stopniu odpowiadają współczesnym wyzwaniom.

Krytyka totalitaryzmu czy obawa przed utratą totalności

Opinia, według której rozwój cyberprzestrzeni zagraża cywilizacji i wartościom humanistycznym, wynika w dużym stopniu z pomieszania pojęć uniwersalności i totalności. Staliśmy się nieufni wobec tego, co wygląda na uniwersalne, ponieważ niemal zawsze uniwersalizm był głoszony przez zwycięskie imperia i tych, którzy dążyli do dominacji – czy to doczesnej czy duchowej. Cyberprzestrzeń natomiast – przynajmniej dotąd – proponuje raczej akceptację niż dominację. Nie jest to narządzie transmisji z kilku ośrodków (jak prasa, radio czy telewizja), ale interaktywnej komunikacji między grupami ludzkimi, umożliwiające kontaktowanie się niejednorodnych wspólnot. Ci, którzy widzą w cyberprzestrzeni niebezpieczeństwo “totalitaryzmu”, stawiają całkiem błędną diagnozę.

Prawdą jest, że niektóre państwa i mocarstwa gospodarcze wykradają korespondencję, dane, zbiory i oddają się w cyberprzestrzeni manipulacjom lub operacjom mającym na celu dezinformację. To nic nowego. Znamy to z przeszłości, choć stosowano wówczas inne metody. Wykorzystywano pocztę, telefon czy tradycyjne media. Narzędzia komunikacji numerycznej są potężniejsze, pozwalają wiec szkodzić na większą skalę. Ale należy też zauważyć, że instrumenty szyfrowania i rozszyfrowywania, dostępne już zwykłym obywatelom, są częściowo odpowiedzią na takie zagrożenie. Powtórzę ponadto, że telewizja i prasa są narzędziem manipulacji i dezinformacji znacznie skuteczniejszym od Internetu, ponieważ mogą narzucić Jedyną” wizję rzeczywistości i uniemożliwić krytyczną reakcję i konfrontację odmiennych stanowisk. Można było to wyraźnie odczuć podczas wojny w Zatoce Perskiej. Różnorodność źródeł i otwarta dyskusja jest natomiast właściwa funkcjonowaniu cyberprzestrzeni, która z zasady nie podlega kontroli.

(…) Dochodzimy tu do sedna problemu. Czyż to właśnie nie trwająca obecnie detotalizacja tak naprawdę niepokoi zawodowych “krytyków”? Czy potępienie nowych, interaktywnych i transwersalnych środków komunikacji nie jest echem odwiecznej tęsknoty za porządkiem i autorytetem? Czy nie demonizuje się “wirtualności”, by nie naruszyć silnie zakorzenionej “rzeczywistości”, uprawomocnionej najlepszym państwowym i medialnym “zdrowym rozsądkiem”, Ci, których rola polegała na wyznaczaniu granic i terytoriów, czują się zagrożeni w obliczu owej wymykającej się, transwersalnej i wielobiegunowej komunikacji. Strażnicy dobrego gustu, gwarantujący jakość, pośrednicy i rzecznicy czują się zagrożeni w obliczu nowo tworzących się, coraz bardziej bezpośrednich kontaktów między twórcami a użytkownikami informacji.

Za pośrednictwem cyberprzestrzeni na całym świecie i na ogromną skalę krążą teksty, z których żaden nie dostał się do rąk wydawcy czy redaktora naczelnego. Wkrótce to samo stanie się z muzyką, filmem, hiperdokumentami, interaktywnymi grami czy wirtualnymi światami.

Fakt, że można dotrzeć do nowych idei i do nowych doświadczeń, omijając komitety redakcyjne specjalistycznych pism, podważa dziś cały system regulujący naukę. Przyswajanie wiedzy będzie w coraz większym stopniu wymykać się instytucjom zajmującym się nauczaniem, żywe źródła wiedzy będą bowiem bezpośrednio dostępne, a jednostki będą miały możność przyłączania się do wirtualnych wspólnot uczących się dzięki współdziałaniu. Lekarze będą zmuszeni stawić czoło konkurencji baz danych medycznych, dyskusjom wirtualnych grup wzajemnej pomocy organizowanych przez pacjentów dotkniętych jednakową chorobą.

Pozycja władz i przedstawicieli różnych zawodów jest w dużym stopniu zagrożona. Jednostki i ugrupowania będące dotąd pośrednikami, jeśli zreformują swe działania i przekształcą się w inspiratorów procesów uruchamiających inteligencję grupową, nie tylko znajdą, ale zapewne umocnią swe miejsce w nowej cywilizacji. Jeśli natomiast będą kurczowo trzymać się dawnej tożsamości, ich pozycja osłabnie.

Cyberprzestrzeń nie zmienia relacji władzy i ekonomicznej nierówności między ludźmi. Władza i bogactwo nie jest jednakowo rozdzielana i doświadczana – zarówno w społeczeństwie kastowym (o dziedziczonych przywilejach, ekonomicznie zamkniętym w efekcie istnienia monopolistycznych korporacji), jak i w społeczeństwie, gdzie obywatele są równi wobec prawa, którego przepisy ułatwiają swobodne działanie przedsiębiorstw i zwalczają monopole. Zwiększając przejrzystość rynku, ułatwiając bezpośrednie transakcje między oferentami a odbiorcami, cyberprzestrzeń z pewnością ułatwia “liberalną” ewolucję w gospodarowaniu informacją i wiedzą. Prawdopodobnie odnosi się to także do ogólnego funkcjonowania gospodarki.

Liberalizm ten należy rozumieć w najszlachetniejszym sensie: jako brak arbitralnych ograniczeń prawnych, szansę dla rozwoju talentów, wolną konkurencję drobnych producentów na możliwie przejrzystym rynku. A może stanie się ideologicznym pretekstem dominacji wielkich koncernów komunikacyjnych, które zatrują życie drobnym producentom i uniemożliwią rozwój różnorodności? Przyszłość przyniesie nam prawdopodobnie mieszankę obu zjawisk, której proporcje zależeć będą od siły i kierunku trendu społecznego. (…)

Pytania bez odpowiedzi

Pragnąłbym teraz określić kilka głównych kwestii związanych z rozwojem cyberkultury, nie roszcząc pretensji do ich “rozwiązania”. Problemy społeczno-historyczne są otwarte, nieokreślone, wciąż na nowo formułowane, żadna zaś werbalna, teoretyczna odpowiedź nigdy nie zdoła ich definitywnie rozwiązać. Ciągle prowizoryczne odpowiedzi są częścią całego procesu społeczno-technicznego, angażującego każdego z nas, zgodnie ze skalą i ukierunkowaniem możliwości działania. Nikt jednak nie jest w stanie opanować ich całkowicie i definitywnie. Wybrałem cztery “pytania bez odpowiedzi”. Wszystkie odnoszą się do treści i znaczenia cyberkultury. Pierwsze (Czy cyberkultura prowadzi do wykluczenia?) jest oczywiście głównym pytaniem stojącym przed światową społecznością, dla której wykluczenie (to znaczy współczesna forma tyranii, niesprawiedliwości społecznej i nędzy) jest jedną z podstawowych bolączek. Drugi (Czy zagraża językom i kulturom?) dotyczy antytotalności cyberkultury. natomiast trzecie pytanie (Czy cyberkultura nie jest synonimem chaosu i pomieszania pojęć?) zakłada nie-totalność i przedstawia ewentualne negatywne aspekty tego zjawiska. Czwarte pytanie (Czy cyberkultura zerwała z wartościami współczesnej nowoczesności?) pozwoli mi podkreślić, że cyberkultura kontynuuje i realizuje ideały filozofii oświeceniowej i wielkiego europejskiego prądu dążącego do emancypacji człowieka.

Czy cyberkultura jest źródłem wykluczenia?

Często uważa się, że rozwój cyberkultury mógłby się stać dodatkowym czynnikiem nierówności i wykluczenia zarówno klas w ramach danego społeczeństwa, jak i biednych narodów w społeczności międzynarodowej. Jest to zagrożenie realne. Dostęp do cyberkultury wymaga infrastruktury umożliwiającej komunikację. Jest on kosztowny dla regionów rozwijających się. Ponadto opanowanie umiejętności niezbędnych przy montażu i utrzymaniu ośrodków-serwerów wymaga znacznych inwestycji. Załóżmy jednak, że dysponuje się dostępem do sieci i sprzętem koniecznym do konsultowania, wytwarzania i przechowywania informacji numerycznych. Należy jeszcze pokonać przeszkody “ludzkie”. Są nimi instytucjonalne, polityczne i kulturowe sprzeciwy wobec interaktywnego komunikowania się wspólnot ponad wszelkiego rodzaju granicami, a także poczucie braku kompetencji i kwalifikacji w obliczu nowych technologii.

Reakcje na problem wykluczenia mogą być trojakiego rodzaju, nie są oczywiście w stanie go rozwiązać, pozwalają jednak na relatywizację i ujrzenie go z innej perspektywy.

Odpowiedź pierwsza: Należy śledzić raczej tendencję, a nie światowe statystyki dotyczące przyłączeń.

W 1996 r. Wietnam miał 1500 osób podłączonych do Internetu. Liczba ta wydaje się bardzo skromna w porównaniu z liczbą mieszkańców tego kraju. Ale z pewnością wzrośnie ona dziesięciokrotnie w roku 2000. Stopa wzrostu przyłączeń do cyberprzestrzeni wykazuje tempo przewyższające tempo korzystania ze wszystkich poprzednich systemów komunikacji. Poczta istniała od wieków, zanim większość ludzi mogła regularnie otrzymywać i wysyłać listy. Wymyślonym pod koniec XIX w. telefonem dysponuje jeszcze dziś zaledwie nieco ponad 20 proc. ludzkości.

Od końca lat osiemdziesiątych w nadzwyczajnym tempie rośnie liczba osób uczestniczących w cyberkulturze. Dotyczy to zwłaszcza ludzi młodych. Całe regiony i kraje, zwłaszcza najbardziej dynamicznie się rozwijające (kraje Azji i Pacyfiku), planują wejście do cyberkultury. Liczba “wykluczonych” będzie więc systematycznie malała.

Druga odpowiedź: Przyłączenie do sieci będzie coraz łatwiejsze i tańsze.

(…) Kiedy opanowało się już umiejętność odczytu i zapisu, użytkowanie cyberprzestrzeni nie wymaga od jednostek i organizacji specjalnych zdolności. Procedury dostępu i poruszania się w niej są coraz bardziej przyjazne dla użytkownika, zwłaszcza kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych doszło do rozwoju World Wide Web.

Sprzęt i oprogramowanie niezbędne do przyłączenia będą coraz mniej kosztowne dla użytkowników. Aby obniżyć koszt abonamentu i połączeń, rządy mogą uruchamiać konkurencję wśród dostawców sprzętu i operatorów telekomunikacji, najważniejszym elementem jest zapewne koszt połączenia miejscowego. W Ameryce Północnej jest on wliczony do przeciętnego abonamentu. Płaci się więc taki sam rachunek bez względu na to, czy połączenie trwało pięć minut czy pięć godzin. Cenniki europejskie natomiast rozliczają miejscowe połączenia według taryfy godzinowej, co powstrzymuje przed korzystaniem z Internetu.

Odpowiedź trzecia: Każdy postęp zachodzący w systemach komunikacji nieuchronnie prowadzi do wykluczenia.

Każdy nowy system komunikacji niesie z sobą wykluczenie. Analfabeci nie istnieli dopóki nie było pisma. Działalność wydawnicza i telewizja spowodowały podział na tych, którzy publikują lub ukazują się w mediach masowych, i całą resztę. Jak już wspominałem, zaledwie nieco powyżej 20 proc. ludzkości dysponuje telefonem. Żaden z tych faktów nie jest poważnym argumentem przeciw pismu, wydawnictwom, telewizji czy telefonii. Fakt, iż istnieją analfabeci lub ludzie pozbawieni telefonu, nie doprowadził do potępienia pisma i telekomunikacji. Przeciwnie, przyczynił się do rozwoju szkolnictwa podstawowego i rozbudowy sieci telefonicznych. To samo powinno stać się z cyberprzestrzenią.

Ogólnie ujmując, Każda uniwersalność rodzi wykluczonych. Nawet “totalizując” w swych formach tradycyjnych, uniwersalizm nigdy wszystkiego nie obejmuje. Uniwersalna religia ma swych niewiernych i heretyków, nauka ma skłonność do dyskwalifikowania innych form wiedzy lub tego, co nazywa irracjonalnością. Prawa człowieka bywają naruszane i nie przestrzegane. Dawne formy Uniwersalizmu także wykluczają, oddzielając tych, którzy uczestniczą w Prawdzie, w Sensie lub jakiejkolwiek formie Imperium, od tych, którzy znaleźli się w strefie cienia (barbarzyńcy, niewierni, ignoranci itd.). Uniwersalność pozbawiona totalności też podlega regule odrzucenia. Tyle tylko, że nie chodzi o dostęp do Sensu, ale o możliwość przyłączenia do sieci. Wyrzutek to ten, który nie jest przyłączony. Pozbawiony wzajemnych i poznawczych połączeń wirtualnych i grupowej inteligencji.

Cyberkultura bezładnie skupia wszystkie herezje. Dokonuje przemieszania obywateli i barbarzyńców, rzekomych ignorantów i uczonych. W przeciwieństwie do klasycznego uniwersalizmu jej granice są niewyraźne, ruchome i tymczasowe. Ale cechujący obecny uniwersalizm trend do kontaktowania się polega na włączaniu.

Co robić? Z pewnością należy wykorzystać wszystkie sposoby, by zwiększyć dostępność i zmniejszyć koszty przyłączenia. Ale kwestia “dostępu dla wszystkich” nie może być sprowadzana do poruszanych zwykle kwestii technologicznych i finansowych, nie wystarczy znaleźć się przed ekranem, dysponując wszystkimi dostępnymi interfejsami, aby pokonać poczucie niższości. Trzeba być przede wszystkim zdolnym do aktywnego uczestniczenia w procesach opartych na grupowej inteligencji, będących główną zdobyczą cyberprzestrzeni. nowe narzędzia powinny przede wszystkim dowartościować kulturę, kompetencję, zasoby i miejscowe projekty oraz ułatwić ludziom uczestniczenie w zgrupowaniach wzajemnej pomocy, w opartych na współdziałaniu grupach szkoleniowych itp. (…)

Czy cyberprzestrzeń jest zagrożeniem dla języków i kultur?

Język angielski jest obecnie standardowym językiem sieci. Amerykańskie instytuty i przedsiębiorstwa kształcą ponadto większość producentów informacji przekazywanych przez Internet. Obawa przed kulturową dominacją Stanów Zjednoczonych jest więc uzasadniona. Mimo to groźba uniformizacji nie jest tak wielka, jak można by sądzić na pierwszy rzut oka. Technologiczna i ekonomiczna struktura komunikowania w cyberprzestrzeni znacznie różni się od struktur kina czy telewizji. Zwłaszcza wytwarzanie i transmitowanie informacji jest znacznie bardziej dostępne jednostkom lub grupom dysponującym niewielkimi środkami. Należy badać różnorodność kulturową w cyberprzestrzeni, analizując repertuar sposobów komunikowania.

Zasadniczym znaczeniem cyberprzestrzeni jest jej rozwój jako formy alternatywnej wobec środków masowego przekazu. Te ostatnie to sposoby komunikacji za pomocą zorganizowanej i zaprogramowanej informacji transmitowanej z pewnych ośrodków i przeznaczonej dla rzesz anonimowych odbiorców, biernych i wzajemnie od siebie oddalonych. Typowy przykład takich mediów to prasa, kino, radio i tradycyjna telewizja. Cyberkultura natomiast nie posługuje się ośrodkami nadającymi do odbiorców, ale wspólnymi przestrzeniami, do których każdy może coś wnieść, czerpiąc z nich to, co go interesuje. To swoiste rynki informacji, gdzie ludzie spotykają się i gdzie inicjatywa należy do pytającego. Miejscami, które najłatwiej utożsamić z “ośrodkami”, są w cyberprzestrzeni serwery informacji lub usług. Serwer bardziej przypomina sklep czy miejsce, w którym spełnia się oczekiwania, proponując większy wybór niż kanał jednokierunkowej transmisji.

Umieszczenie w cyberprzestrzeni sposobów komunikacji poprzez media masowe byłoby z pewnością możliwe z technicznego i politycznego punktu widzenia. Sądzę jednak, że ważniejsze jest uświadomienie nowych możliwości, które daje powszechna łączność i digitalizacja informacji. Streszczę to w czterech punktach:

Zanik monopolu przekazu publicznego. Dowolna grupa lub jednostka może teraz dysponować środkami technicznymi i przy niewielkim koszcie zwracać się do ogromnej międzynarodowej publiczności. Każda grupa czy jednostka może przekazywać swe pomysły, produkować reportaże, proponować swe przemyślenia i własny wybór aktualności w takiej czy innej dziedzinie.

Kosnąca różnorodność sposobów ekspresji. Sposoby wyrażania, jakimi dysponujemy, by porozumiewać się w cyberprzestrzeni, są bardzo urozmaicone: hipertekst, multimedialny hiperdokument czy cyfrowy film wideo, modele do interaktywnej symulacji graficznej i osiągnięcia świata wirtulnego. Powstają wciąż nowe formy: nowe pismo ikoniczne, nowe retoryki interaktywności. Również w przyszłości wspólnoty penetrujące cyberprzestrzeń będą kontynuowały poszukiwania.

Rosnące możliwości sprzętu umożliwiającego poruszanie się wśród zalewających nas informacji i ich odsiew. Automatyczne i półautomatyczne urządzenia, dzięki którym można selekcjonować zawartość sieci i pamięci, umożliwią każdemu szybkie dotarcie do najcenniejszej informacji. Nowe możliwości selekcji i poszukiwań w ogromnej masie informacji sprawią prawdopodobnie, że coraz mniej użyteczne okażą się streszczenia zredukowane i kierowane do anonimowych tłumów. Coraz doskonalsze narzędzia przenoszą punkt ciężkości ze źródła informacji na jednostkę lub grupę poszukującą informacji.

Rozwój wirtualnych wspólnot l międzyludzkich kontaktów na odległość w poszukiwaniu zaspokojenia wspólnych zainteresowań. Osoby zaludniające i zasilające cyberprzestrzeń są jej bogactwem. Dostęp do informacji ma mniejsze znaczenie niż kontakt ze specjalistami, uczestnikami i dyskretnymi świadkami interesujących nas zjawisk. W coraz większym stopniu cyberprzestrzeń umożliwia kontakt z jednostkami na podstawie ich adresu w przestrzeni, ich umiejętności i zainteresowań. Zanurzenie się w otwartych wspólnotach badawczych, w praktykach i dyskusjach jest z pewnością najlepszą odtrutką na dogmatyzm i jednostronne manipulowanie informacją. Cyberprzestrzeń ułatwia integrację wirtualnych wspólnot niezależnie od barier fizycznych i geograficznych.

Kulturowe zróżnicowanie w cyberprzestrzeni będzie wprost proporcjonalne do aktywnego udziału i jakości wkładu wnoszonego przez przedstawicieli różnych kultur. Najistotniejszy jest fakt, że polityczne, ekonomiczne czy technologiczne ograniczenia hamujące różnorodny przekaz kulturowy w skali świata nigdy nie byly równie slabejak te, które występują w cybnerprzestrzeni.

Poruszanie się po Word Wide Web ujawnia nieprawdopodobną obfitość informacji i form przekazu napływających ze wszystkich regionów świata (głównie z Ameryki) oraz intelektualnych horyzontów o niezwykłej różnorodności. Skargi na uniformizację nie odpowiadają rzeczywistości (o czym każdy bez trudu może się przekonać), ale przede wszystkim nie mają adresata. Cyberprzestrzeń zawiera to, co ludzie w niej umieszczą. Zachowanie zróżnicowania kulturowego zależy głównie od inicjatywy każdego z nas. Być może również od poparcia projektów natury artystycznej czy kulturalnej, jakiego mogą udzielić władze państwowe, fundacje, organizacje międzynarodowe i ponadpaństwowe.

Fakt, iż poruszanie się w sieci odbywa się w języku angielskim, jest z pewnością utrudnieniem dla osób, dla których angielski nie jest językiem ojczystym. Zauważmy jednak, że istnienie wspólnego języka jest samo w sobie atutem. Trudno byłoby się bez niego porozumiewać w kontaktach międzynarodowych. Ale dlaczego angielski? Abstrahując od amerykańskiej przewagi gospodarczej, militarnej i kulturowej, trzeba stwierdzić, że angielskim posługuje się Anglia, Stany Zjednoczone, Kanada, Australia i Republika Południowej Afryki. W kategoriach demograficznych angielski jest trzecim językiem świata (po chińskim i hindi), ale liczba przyłączeń w Chinach i Indiach jest jeszcze dość ograniczona. Odnotujmy mimochodem, że po angielskim w kolejności występuje hiszpański, rosyjski i arabski.

(…) Hamulcem dla utrzymania i rozprzestrzeniania różnorodności językowej jest głównie technika. Zapis alfabetem łacińskim stosującym akcenty (francuski czy hiszpański) jest bardziej kłopotliwy niż zapis bez akcentów (angielski). Jeszcze bardziej — alfabetem niełacińskim (cyrylica, alfabet grecki, arabski, hebrajski, koreański), najbardziej zaś kłopotliwe jest pismo niealfabetyczne, czyli ideograficzne (chiński lub japoński). Choć hamulce te rzeczywiście istnieją, to postęp badań (dotyczących zwłaszcza pisma niealfabetycznego) i zmiana norm sprawią, że za kilka lat pisemne przekazywanie informacji w języku rosyjskim czy chińskim będzie sprawą równie nieskomplikowaną jak w języku angielskim.

Oprócz wymienionych trudności technicznych, nic w Internecie nie zagraża różnorodności lingwistycznej z wyjątkiem braku inicjatywy lub braku rozmówców poslugujących się takim czy innym językiem mniejszościowym. (…)

Czy cyberkultura jest synonimem chaosu i zamieszania?

Ponieważ każdy może zasilać sieć bez jakiegokolwiek pośrednictwa czy cenzury, a żaden rząd, instytucja czy inny autorytet moralny nie gwarantują wartości dostępnych danych, to czy można mieć zaufanie do informacji znajdujących się w cyberprzestrzeni? Skoro żadna selekcja czy oficjalna hierarchia nie ułatwiają odnalezienia się w informacyjnym zalewie cyberprzestrzeni, czy nie uczestniczymy raczej w kulturowym rozkładzie niż w postępie? Rozkładzie nieszkodliwym ostatecznie tylko dla tych, którzy już są kompetentni, to znaczy dla uprzywilejowanych z racji wykształcenia, środowiska, prywatnych kontaktów intelektualnych.

Na pierwszy rzut oka pytania takie wydają się uzasadnione, zasadzają się jednak na fałszywych założeniach.
Prawdą jest, iż żaden centralny autorytet nie gwarantuje wartości informacji, którymi dysponuje cała sieć, ale Sieć Ogólnoświatowa (World Wide Web) jest zasilana i utrzymywana przez osoby lub instytucje, które podpisują się pod swym wkładem i czuwają nad jego przydatnością dla internautów. Analogicznie jak treść źródła uniwersyteckiego jest gwarantowana przez uniwersytet, który za nim stoi; jak odpowiedzialność za czasopisma i gazety należy do komitetu redakcyjnego. Organizacja, która przekazuje informacje za pośrednictwem Web, gwarantuje je i ryzykuje swe dobre imię co najmniej w taki sam sposób (jeśli nie bardziej) jak w wypadku innych rodzajów komunikacji. Informacje rządowe są oczywiście kontrolowane przez rządy itd.

Nierzadko operatorzy systemów zarządzający serwerami informatycznymi zatrudniani są przez organizacje państwowe (uniwersytety, muzea, ministerstwa) lub instytucje, które dbają o swą reputację (duże przedsiębiorstwa, stowarzyszenia itd.). Owi operatorzy, dysponujący w cyberprzestrzeni znaczną władzą “regionalną”, mogą eliminować serwery, za które są odpowiedzialni, informacje czy grupy dyskusyjne sprzeczne z etyką sieci (pomówienia, rasizm, namawianie do przemocy, systematyczne przekazywanie nierzeczowych informacji itp.). Znamiennyjest fakt, iż takie informacje czy praktyki są w sieci bardzo rzadkie.

W Internecie funkcjonuje zresztą rodzaj opinii publicznej, najlepsze węzły są często cytowane lub podawane jako przykład w czasopismach, katalogach i wykazach. Wiele dróg prowadzi do owych “dobrych” usług. I odwrotnie, internauci rzadko korzystają z sieci o niewielkich czy niepewnych walorach informacyjnych.

Funkcjonowanie w sieci bazuje więc głównie na odpowiedzialności dostawców i odbiorców informacji w przestrzeni publicznej. Odrzuca się kontrolę hierarchiczną (więc nieprzejrzystą), globalną i aprioryczną, która przypominałaby cenzurę czy totalitarne kierowanie informacją i komunikacją. Mię sposób dysponować jednocześnie wolnością słowa i aprioryczną selekcją informacji przez dziennikarską, naukową, polityczną czy religijną instancję, która wie, co jest prawdziwe i dobre dla wszystkich ludzi.

A chaos, zamieszanie, informacje zalewające cyberprzestrzeń? Czy nie działają na niekorzyść tych, którzy pozbawieni są indywidualnych bądź społecznych punktów odniesienia? Obawa ta jest tylko częściowo uzasadniona. Bogactwo informacji i brak powszechnie akceptowanego znaczenia a priori nie utrudniają ludziom i ugrupowaniom poruszania się wśród nich i dostosowania pewnych hierarchii, selekcji czy struktur do własnych potrzeb. Zniknęły selekcje, hierarchie i struktury wiedzy traktowane jako powszechnie i zawsze słuszne, czyli totalizująca uniwersalność. Jak już wspominałem, aby ustalić lokalny i prowizoryczny ład w ogólnym nieładzie, internauta może posłużyć się coraz doskonalszymi “narzędziami poszukiwań”, spisami czy instrumentami umożliwiającymi mu poruszanie się. nie należy też wyobrażać sobie, że cyberprzestrzeń wypełniona jest odosobnionymi jednostkami, zagubionymi w masie informacji. Sieć jest narzędziem wzajemnego komunikowania się, wirtualnym miejscem, w którym wspólnoty pomagają swym czlonkom w poznaniu tego, co pragną wiedzieć. Dane, to jedynie surowiec żywego procesu intelektualnego i społecznego. Ogrom wspólnej inteligencji świata nigdy nie zastąpi jednostce wlasnej inteligencji, osobistego wysiłku i czasu koniecznego na naukę, poszukiwanie, ocenę i integrację z rozmaitymi wspólnotami, nawet o charakterze wirtualnym. Sieć nigdy nie będzie za nas myśleć.

Czy cyberkultura zrywa z wartościami będącymi podstawą europejskiej nowoczesności?

Przeciwstawiając się postmodernistycznej idei upadku ideałów oświeceniowych uważam, że cyberkultura może być traktowana jako prawowita (choć odległa) spadkobierczyni progresywnej filozofii XVIII w. Nadaje ona rangę udziałowi we wspólnotach nastawionych na dyskusję i argumentację. Wywodzi się w prostej linii z moralności egalitarnej, zachęca do pewnej istotnej wzajemności w kontaktach międzyludzkich. Rozwinęła się poczynając od gorliwie praktykowanej wymiany informacji i wiedzy, którą filozofowie Oświecenia traktowali jako główny motor postępu. Tyle tylko, że w cyberkulturze wolność, równość i braterstwo nabierają realnego kształtu za pomocą konkretnych rozwiązań technicznych. W erze mediów elektronicznych równość realizowana jest dzięki możliwości powszechnej emisji, wolność obiektywizuje się za pośrednictwem programów, kodowania i nieograniczonego dostępu do rozlicznych wspólnot wirtualnych, braterstwo zaś uzyskuje się dzięki przyłączeniom na całym świecie. Cyberkultura może więc jawić się jako rodzaj technicznej materializacji nowoczesnych idei.
(…) Cyberkultura jest częściową reakcją na problemy minionej epoki. Sama jednak wywołuje problemy i konflikty, dla których nie istnieje jeszcze żadna próba globalnej odpowiedzi. Trzeba ponownie wypracować stosunek do wiedzy, do pracy, zatrudnienia, pieniądza, demokracji czy państwa, aby zacytować tylko kilka z najbardziej kwestionowanych form życia społecznego. Cyberkultura kontynuuje w pewnym sensie wielką tradycję kultury europejskiej, jednocześnie ją przeobrażając.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code