Książki Wydawnictwa PAX

Ja, chrześcijanin, zabiłem

Ja, chrześcijanin, zabiłem

Maria Rosseels

Kupuj książki Wydawnictwa PAX

Aleksander Marek Aureliusz, pochodzący z zacnej rodziny rzymskiej oficer legii cesarskiej, zabija człowieka, który uznawany jest powszechnie za wroga Kościoła. Czyni to w imię miłości Boga, a jednak nie opuszczają go wyrzuty sumienia.

Książka znanej belgijskiej pisarki nawiązuje do najlepszych tradycji katolickiej powieści historycznej, w której wątki przygodowe przeplatają się z jasnym przesłaniem religijno-moralnym. Autorka przenosi czytelnika w fascynujące czasy imperium rzymskiego, czasy wyjątkowe dla rozwoju nowej religii chrześcijańskiej i jej zmagań z tradycyjnymi rzymskimi kultami.

Akcja powieści toczy się w czasach cesarza Juliana Apostaty (331-363), który zginął w niejasnych okolicznościach, zabity prawdopodobnie przez żołnierza-chrześcijanina. Właśnie na tym niewyjaśnionym przez historyków fakcie autorka buduje fabułę swej powieści. Ukazuje w niej dramat człowieka, który w imię jednostronnie pojmowanej wiary chrześcijańskiej dopuszcza się zbrodni i skazuje się na nieustanne wyrzuty sumienia. Wbrew pozorom dramat ten nie jest czymś specyficznym dla ludzi antyku. Przesłanie moralne tej książki jest dziś zadziwiająco aktualne.

Prolog

Ja Aleksander Marek Aureliusz, zabiłem człowieka. Może to znaczy niewiele w tej epoce niesprawiedliwości i gwałtu, ale człowiek, którego zabiłem, był moim przyjacielem i ja go kochałem. Mówi się, że czas leczy wszystkie rany. Kto tak twierdzi, ten zapewne nie potrzebuje niczego wymazywać z pamięci albo mówi wbrew wspomnieniom. Nauczyłem się w życiu, że ludzi w tłumie rozdzielają od siebie niewidzialne mury lęku. Ludzie nawołują się wzajemnie w nadziei, że ktoś ich usłyszy, ale przede wszystkim po to, aby nie musieli nasłuchiwać własnego głosu. W tłumie czują się pewniej, nieosiągalni dla zagrażających im cieni. Jednak potem nadchodzi noc i to, co wydawało im się zapomniane, wkrada się do ich pokoju przez wiele zaryglowanych drzwi.

Cienie otaczają ich łoże, nękają w bezgłośnych rozmowach i ustępują dopiero wtedy, gdy budzi się nowy dzień. A kiedy nadchodzi ranek, łaską jest możność ucieczki od samotności, łaską jest powrót do rozgwaru tysięcy głosów, zagubienie się w owym chaosie, który zwiemy wspólnotą. Ja także próbowałem zapomnieć. Jednak teraz, gdy spoglądam na minione lata, wiem, jak bezcelowe były to próby.

Gdziekolwiek bowiem byłem – od Słupów Herkulesa aż po brzeg Tygrysu, z głębi Afryki po góry Kaledonii – zawsze wyprzedzały mnie cienie przeszłości. Jakże będę mógł się kiedyś od nich uwolnić? Do kogo mam się zwrócić, aby znaleźć spokój serca? Bóg wie, że to dla Niego zabiłem, a przecież odwrócił ode mnie swoje Oblicze i pozostawił mnie zwątpieniu, a nawet rozpaczy.

Dla każdego człowieka nadchodzi kiedyś godzina, w której pyta sam siebie, jaki sens miało jego życie; nikt z nas przecież nie zadowoli się tym, aby być jedynie ogniwem w nieskończonym łańcuchu pokoleń. Skłonni jesteśmy w naszych gościnnych występach na ziemi dostrzegać jakąś konieczność, nadajemy swym czynom wielkie nazwy, domagamy się miejsca w planie Opatrzności.

Nazywamy to swoim przeznaczeniem. Czy przeznaczeniem żołnierza jest zabijać? Przeznaczeniem pana – rządzić? Niewolnika – służyć? Dziewicy – pozostać bezpłodną? Czy jestem bohaterem, ponieważ miałem odwagę zabić przyjaciela, którego kochałem całym sercem, ale musiałem nienawidzić całą siłą swej woli? Czy po to się urodziłem? Czy nie miałem do spełnienia żadnego innego zadania? Bohaterem jest ten, kto bronił strony zwycięskiej; tego, kto przegrał, zwie się zdrajcą. A stroną zwycięską jest teraz Kościół katolicki, który panuje nad Zachodem i pogaństwo zepchnął ku najdalszym granicom cesarstwa. Mogę się chełpić tym, że w nieszczęsnym przeciwniku rozpoznałem wroga i uderzyłem na niego, zanim on znalazł sposobność, by uderzyć w Kościół.

Gdy biskup Grzegorz z Nazjanzu po raz pierwszy mówił w kazaniu o tym nieznanym, który rzucił śmiercionośną włócznię, nazwał go narzędziem Boskiej sprawiedliwości. Może mówiłby inaczej, gdyby znał imię mordercy? Grzegorz bowiem był dobrym człowiekiem, który co prawda chłostał słowami, jednak brzydził się gwałtem.

Ale przecież zabijanie było wtedy dla mnie, doświadczonego oficera legii cesarskiej, już codziennym zajęciem. Czy po to zostałem wybrany spośród wszystkich innych, aby żaden ze świętych Kościoła Bożego nie musiał plamić czystych rąk krwią prześladowcy? A czyż kapłani nie nauczają, że trzeba nadstawić i lewy policzek, gdy uderzono nas w prawy? Że musimy kochać wroga, a nawet życie za niego oddać? Ja nie oddałem swego życia, ja odebrałem życie człowiekowi.

A w kościołach Bogu za to składano dzięki. Wspomnienie tamtej chwili jest jak nieuleczalna, ciągle jątrząca rana. Nigdy nie dowiedziałem się na pewno, czy rzeczywiście było wolą Boga to, że winienem zabić, czy ten czyn mój był może następstwem układu okoliczności, konsekwencją poglądów na życie zaszczepionych mi w dzieciństwie. Czyny dojrzałego mężczyzny tkwią głęboko korzeniami w jego młodości. Spotkać może on swój los w zabawce, którą mu w dzieciństwie ofiarowano, w opowieści, której się dopraszał, w jednym słowie, które przypadkowo pochwycił, a którego sens stał się bodźcem jego życia.

Zanim nadejdzie mój kres, chcę jeszcze raz to przemyśleć. Gdzieś przecież musi kryć się rozwiązanie zagadki, której nie pojmuję, odpowiedź na pytanie, dlaczego się urodziłem, wyzwalająca pewność, że nie żyłem daremnie.

Maria Rosseels

Kupuj książki Wydawnictwa PAX

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code