Ks. Tadeusz Isakowicz Zaleski

Radykalizm wyborów

Radykalizm wyborów

Z red. WOJCIECHEM BONOWICZEM, współautorem książki „Moje życie nielegalne” rozmawia EWA ŁOSIŃSKA

Zapisał Pan wiele odważnych wypowiedzi odważnego kapłana i mocnych słów. Nie obawia się Pan, że – zwłaszcza wśród osób nieżyczliwych księdzu Zaleskiemu – ten wywiad mu zaszkodzi?

– To wyważona książka. Ma pokazać racje, jakie stoją za postawą księdza Tadeusza. To szansa, by opowiedział pełniej, nie ulegając doraźnym emocjom, o tym, jak widzi siebie jako księdza, co myśli o swej misji w Kościele.

Na pewno nie boi się dość radykalnych sądów.

– Ksiądz Tadeusz jest osobą radykalnych wyborów życiowych. Zawsze wybierał nie do końca tak, jak życzyli sobie przełożeni czy otoczenie. Chciałem, by ta cecha jego charakteru była w książce widoczna.

W czasie rozmowy pada sporo gorzkich słów. Ksiądz pamięta ból, jaki mu zadano. We wstępie pisze Pan, że kapłan, którego zna Pan od 20 lat – zwłaszcza po doświadczeniach wokół tzw. lustracji duchownych – zmienił się. Przestał tak ufać ludziom?

– Tak, w książce otwarcie mówi, że jest to dla niego problemem. Miały na to wpływ zresztą także jego doświadczenia jako prezesa Fundacji im. Brata Alberta. Wiele razy jego zaufanie do ludzi było poddawane próbom. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, jak to się dalej potoczy. Niemniej jestem pewien, że źródłem, z którego on czerpie zaufanie i siłę do życia, są osoby niepełnosprawne. One pomagają mu pokonać pesymizm, jakim mógłby się zarazić. Zresztą jak ktoś ma stały kontakt z takimi osobami, widzi po pewnym czasie, że wcale nie jest „dawcą”, ale „biorcą”. Sam czerpie energię z ich świata. W ciągu ostatnich dwóch lat ksiądz Tadeusz się zradykalizował – w swoich poglądach politycznych i w poglądach na Kościół. Ale – co podkreślam we wstępie – wewnątrz pozostał taki sam, w sumie ma ciepły stosunek do świata. Ta książka pokazuje zatem napięcie, które ksiądz w sobie nosi.

Ksiądz mówi otwarcie, że ma żal do kardynała Dziwisza, który publicznie nie stanął w jego obronie, a milczeniem dawał wręcz zielone światło dla ataków personalnych na niego. Słusznie ma taki żal?

– Sądzę, że od początku, gdy w IPN odnaleziono dokumenty dotyczące jego inwigilacji, co nagłośniły media, oczekiwał sygnału od przełożonych. Chciał, by powiedzieli mu, co dalej robić i jak zareagować na fakt, że wśród współpracowników SB pojawiają się duchowni.

Nie doczekał się?

– W każdym razie nie w takiej formie, jakiej wtedy potrzebował. Mówi zresztą, że sytuacja w pewnym momencie go przerosła, lawina wydarzeń pociągnęła go za sobą. Wsparcia zabrakło, a pojawiły się nieprzyjemne ataki na niego. Zwieńczeniem ich była słynna wypowiedź księdza prymasa o „nadUBowcu”, która w opinii publicznej przeważyła chyba szalę – co wolno, a czego nie wolno powiedzieć. Nikt z hierarchów nie stanął wtedy w obronie księdza. Na szczęście prymas przeprosił za te słowa.

Pewne słowa brzmią obrazoburczo. Choćby, gdy ksiądz mówi: „niektórzy porzucają kapłaństwo, bo czują się osamotnieni w swoim środowisku. Widziałem księży, o których nie wahałbym się powiedzieć, że zostali zgnojeni przez współbraci czy przełożonych. W takim człowieku narasta frustracja, poczucie niesprawiedliwości” – twierdzi. Mówi też, że na Zachodzie inne są relacje zwykłego księdza z biskupem. Nie jest tak, iż ten pierwszy ma tylko „położyć uszy po sobie i milczeć”. Trzeba odwagi, by tak mówić o polskim Kościele.

– Pomysł księdza Tadeusza na uzdrowienie sytuacji w Kościele w Polsce jest taki, by o trudnych sprawach mówić otwarcie. Zrezygnować z nadmiernej dyplomacji czy nawet autocenzury. Ksiądz przez te lata zobaczył, że – w pewnym sensie – Kościół sam zastawia na siebie pułapkę, bo o różnych problemach, które go dotykają, nie można wewnątrz niego szczerze rozmawiać. Może ksiądz czasem formułuje sądy ostro, ale jeśli te problemy są palące, to chyba zrozumiałe. Przeczekiwanie ich nie rozwiąże. Powoduje ono, że suma nieprawości rośnie i mamy potem afery na miarę sprawy abp. Paetza. Robi się większe zgorszenie, niż gdyby na początku postawić problem otwarcie.

Ulubioną książką księdza Tadeusza są „Ludzie bezdomni”, których – jak wyznaje – czyta już chyba po raz 50., zwłaszcza, gdy jest mu źle. Czego w niej szuka?

– Myślę, że identyfikuje się z postacią doktora Judyma. Poświęcił jej aż trzy własne wiersze.

To niemodny dziś wzór społecznika…

– Tak, ideał absolutnej ofiarności zdaje się nie przystawać do naszych czasów. Ale coś z doktora Judyma w księdzu jest. Obserwuję go 20 lat i nie mam wątpliwości, że jego wybory życiowe nie były podyktowane karierą. Żyje dla innych. Pamiętam obozy dla niepełnosprawnych, na jakie jeździliśmy i to, że ksiądz zawsze np. wybierał dla siebie najgorsze warunki do spania. Jak się coś takiego widzi z bliska, w dodatku często, człowiek wie, że to nie jest udawane. Jest w księdzu radykalizm wyborów, który był też w Judymie. Ma prowadzić do uzdrowienia świata.

A co powoduje, że ksiądz nie porzucił badań nad prześladowaniem Kościoła mimo wielu ataków? Skąd czerpie siłę?

– Prawdę mówiąc, nie wiem. Na jego miejscu chyba zostawiłbym to wszystko. Jest w tym może trochę ciekawości – zaczęło się badania, ale nie doprowadziło ich do końca. Dodatkowo, skoro wzięło się za coś odpowiedzialność, a ksiądz stał się dla wielu ludzi, którzy chcą w Kościele jakiegoś oczyszczenia, rodzajem symbolu, to trzeba być konsekwentnym. A konsekwencji księdzu Tadeuszowi odmówić nie można.

Rozmawiała EWA ŁOSIŃSKA

Dziennik Polski, 15 lutego 2008 r.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code