Andrzej Miszk

Andrzej Miszk – Wiersze

Wiersze

Andrzej Miszk

niemy czas

zamknięte usta
niemy czas
tylko oddech pamięta o życiu

ocknięty odnajduje ciało
to tu to tam
przygląda się plecom
co rusz w strachu
że umrze przed czasem
i niepotrzebnie
jak wtedy

****

Najdroższy

Najdroższy,
utraciłam już smak i powonienie,
wokół pustkowie i piaski
i niebo ciemne
zamknięte nade mną.

Najdroższy,
mój ostatni list chyba do Ciebie nie doszedł.
Pisałam Ci w nim, że jedyną mą radością
jest samotny płacz, który się zdarza co jakiś czas
– zbyt rzadko.

Najdroższy,
próbuję wciąż myśleć o Tobie, ale gdy tylko zaczynam
– oddalasz się…
Doprawdy, nie wiem już co robić?
Ty się nie odzywasz, a gdy ja próbuję szeptem
pieścić Twoje imię – znikasz!

Najdroższy,
ja wiem, że samotność pustyni
oczyszcza.
Ja wiem, że moje grzechy
wżarły się w szpik istnienia.
Ja wiem, że zostawiłeś mnie tutaj
z miłości.
Ale znasz mnie przecież,
wiesz jaka jestem nędzna, słaba i krucha.
Chwilami opuszcza mnie nadzieja,
tracę wiarę, że kiedykolwiek wrócisz.
A nawet myśl się taka błąka,
że jesteś tylko pięknym snem moich zbyt rzadkich łez.

Najdroższy,
niektórzy mówią, że podobno jesteś gdzieś blisko,
tylko ukrywasz się z jakichś powodów.
Jeśli to prawda – a zdolna już jestem wierzyć we wszystko –
błagam! Zostaw mnie tutaj, na tym pustkowiu.
Bo wiesz – szepnę Ci skrycie:
nauczyłam się w ciemności widzieć,
w cichości słyszeć, nauczyłam się tulić
do pustego cienia nie pragnąc rozkoszy
innej niż Życie.

Najdroższy mój,
już chyba odgadłam sekret Twojego bliskiego ukrycia:
skryłeś się w mym najgłębszym pragnieniu,
którego dotąd nie znałam
i gdy się mu oddaję
dotykasz mnie dyskretnie i czule
i drżę cała w pokornym skuleniu.

Jestem dla Ciebie cała. Kocham.
Zrób ze mną co zechcesz.

****

Pusta noc

Jest noc.
Jeszcze wczoraj
pamiętałeś Jego imię.
To było jakieś bosko-ludzkie słowo.
A może…
Nie pamiętasz.
Cisza
Myśli poszły zmęczone spać.
Tik – tak, tik – tak, tik – tak
Chrapie za ścianą stary brat.
I wszystko jest
jak miało być.
Pusto.
Tak.

****

Mój upośledzony przyjaciel

Oddech

wydarty przestrzeni

zapłakał.

****

Pałace piekieł

Pamiętam twe przysięgi, zaklęcia
rzucane w granat mórz,
gdy sztorm połykał falochron
i z nieba czynił swe łowisko.

Śmierć była twą kochanką:
tłum drużb – upiorów plótł wstęgi welonu,
wściekła galopada niosła was w pieczary nieboskłonu,
wśród pochodni gwiazd huczał wasz taniec.

W planetach ludzkich domostw nie wiedziałeś
skąd wracasz, kim jesteś
– współmałżonek śmierci i upiorów brat –
przez lata pytałeś dlaczego, dlaczego,
dlaczego?

Ucichło morze, milczeniem odpowiedziały echa.

Świtem młodzieńczych rozkoszy był smutek.
Każdy sztandar kończył się klęską, ucieczką w rozsypce.
Mocne trunki – ladacznice i śmierci przyjaciółki –
kleszczami wpychały mózg w ogień pogorzeliska.

Bywało, że wiosną
jasna lekkość ptasiego śpiewu w pięcioliniach słońca
pachniała nieskalaną czystością.
Nie chciałeś wierzyć, że to możliwe.
Odpychałeś dobro – nie było dla ciebie dość prawdziwe.

Zapachy dziewcząt – jak dziś o nich myślę – niewinne, dziewicze,
kalałeś mrocznym oddechem plądrującego miasta łupieżcy.
Ich ciała – kruche piękno dobrego snu,
stroiłeś w kostiumy baletnic i szał karnawałowej maskarady.
Ich oczy – jasne bursztyny w koronach rzęs,
bezradne, bo umiejące tylko tęsknić i kochać,
przemieniałeś w pożogę łez,
popiół paciorków różańca w zgliszczach świątyni.

W pałacach piekieł twój ostatni taniec,
niewinna młodości – bez sumienia.

****

W grzechu

Dni
tępa brzytew
czasu
zwitek ciała
zastygły
w obłoku lodowca
nogi piersi paznokcie
chłód
żałujesz że wiesz więcej
niż chcesz
przeżyjesz tę noc
w posągu
w ciemności
daremnie
prawda
dopada nas
bez słów
bez myślenia
trzeba tylko znieruchomieć
milczeć pusto
przez dzień
przez noc
w wieczność

nie pięknie
rodzi się
człowiek.

****

Mój brat ateista jest mną

Drżysz
i czego dotkniesz
trwoży.
Dłonią
obrysowujesz
linię jej ciała
utkanego z nicości
próżnych oczekiwań,
kosmicznego białka
i miliona medialnych portretów.
Absolutnie samotna myśl
obleczona w ciało,
które kwiczy
i za chwilę
bezbolesnego trwania
oddaje siebie
nienawistne nic
łaknące wieczności.

Żyjesz moim snem.
Bez przebudzenia.

****

Nie wystarcza

Nie wystarcza
w miękkim miąższu losu
wystudzać odłamek spokoju,
przedłużać pamięć ostatniej pieszczoty,
zapominać krwawą chropawość dnia.
Nie wystarcza
mówić szeptem, głośno krzyczeć,
myśleć, milczeć, kraść.
Nie wystarcza nawet modlić się długo.
Nie wystarcza
i ziemi i ludzi i kosmosu.

Świszczy wiatr po mym baraku
mymbraku, mymbraku, mymbraku…
Idiocieję na granicy przedarcia
i byłbym zgłupiał do szczętu i sczezł,
ale w międzyczasie mój bliski znajomy
Pan Brak częstując cygaretką zaprószył ogień
tak nieostrożnie, że zapłonął
– począwszy od naszej ulicy – świat.
I choć w płomieniach stanęło wszystko
i przybliżyło się tak bardzo blisko,
darły się w niebo głosy:
Wystarczy! Wystarczy! Wystarczy!
I ten Sen wciąż trwa.

****

Całkowicie zbyteczny

Polubiłem siedzieć długo
z zamkniętymi oczami
pozwalając, by myśli – nieważki
obsiadały bzycząc skorupę mózgu.
Nie mam wątpliwości –
ta droga prowadzi Donikąd.
Drętwieją tylko stopy, strzyka kręgosłup
bez pożytku żadnego.
Ale siedzę lub klęczę
coraz dłużej, coraz zachłanniej.
I gdy wracam z tych podróży
robi się jakoś ciszej.
Pięknieje meblościanka w pokoju
i jabłonka za oknem,
a gdy jestem z ludźmi
coraz częściej chce mi się płakać.
Nie wiem czemu.
Przestałem też pisać swój dziennik duchowy,
a byłem z niego taki dumny!
A teraz…Ha…ha…
Podkładam go pod krótszą nogę stołu,
na którym hoduję zielone pelargonie.
Czy jestem szczęśliwy od tego siedzenia w kucki?
Coraz lżejszy, coraz bardziej znikomy.
Całkowicie zbyteczny.

****

Grudki istnienia

W istocie niewidzialni
– cichutko stąpamy po niknących krach
w pół uśmiechniętych ku słońcu –
jak sen bezkres i czas
z bryły chłodu jękiem
kruszy – my grudki istnienia
żłobione strugą łez potu krwi
wody śliny nasienia moczu używki.

****

Matka

Nieme
w kamień udręki
wykute ciało Ognia
wleczone
w twardym kurzu Drogi
za Synem
by oddać Go
Ojcu.

****

Jesteśmy Kościołem

Kamienna przestrzeń upiększonej z lekka brzydoty.
W szmerze pokasływań i cichych przemieszczeń
martwo toczą się dostojne dźwięki Słowa.
A jakże mogłoby być inaczej?
Wciąż stoimy złorzecząc Obnażonym Szczątkom.
Jesteśmy drzewem, drzazgą
i gwoździem Krzyża
podtrzymywanym jękiem Zgody.

Jesteśmy Kościołem.

****

Nieobecność

W krawędzi Ciszy
poczęła się twoja
n i e o b e c n o ś ć .
Odtąd piękno
Jest
niezakłócone.

Dodaj komentarz

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code