Publicystyka

Wojtyła papieżem tysiąclecia?

Wojtyła papieżem tysiąclecia?

Debatują Jan Rokita, Bronisław Łagowski, Jan Andrzej Kłoczowski

Europa: Obchodzimy piątą rocznicę śmierci Jana Pawła II i objęcia tronu papieskiego przez Benedykta XVI. Pięć lat to wystarczający okres, aby postawić pytanie, co było trwałego w dorobku Jana Pawła II ? Jaką spuścizną przez te pięć lat zarządzał Benedykt XVI? Odziedziczoną potęgą zbudowaną przez poprzednika, czy pozostawionym mu Kościołem w kłopotach?

Jan Andrzej Kłoczowski OP: Odpowiedzi na pytanie, czy Benedykt zarządza sukcesem Jana Pawła II, i jak nim zarządza, czy też zarządza „Kościołem w kłopotach”, czyli Kościołem w swojej zwyczajnej historycznej sytuacji, skonfrontowanym z naturą ludzką, z misyjnymi wyzwaniami, na pewno nie ułatwia to, że Jan Paweł II i Benedykt XVI to dwie absolutnie różne osobowości, co wpływa na cały Kościół, rzutuje na sposób sprawowania funkcji, ale także na diagnozy sytuacji dzisiejszego Kościoła. To jest różnica pomiędzy charyzmatycznym apostołem, który potrafił nawiązać kontakt z bardzo różnymi środowiskami i silnie, emocjonalnie dążył do nawiązania tego kontaktu – zarówno w sensie intelektualnym, artystycznym, jak też nie bojąc się masowego kontaktu z ludźmi. A po drugiej stronie mamy profesora, który bez wątpienia posiada cały znakomity szlif niemieckiego uniwersytetu i niemieckiej teologii, ale to jest – oczywiście obok głębokiej wiary – jego główna siła. Jan Paweł II postawił sobie za cel wyjście Kościoła z pewnej skorupy, nawiązanie dialogu z rozmaitymi środowiskami i nurtami. Benedykt porządkuje i skraca front. On oczywiście długo współpracował z Janem Pawłem II i niejako autoryzował wiele posunięć poprzedniego pontyfikatu, ale ze swego charakteru raczej dąży do porządkowania spraw zaczętych, niż rozpoczynania nowych. Zarówno w Kościele, jak i na zewnątrz.

Jan Rokita: Ja bym chciał zradykalizować to przeciwstawienie osobowości, jakiego dokonał Ojciec Jan. Zestawiać Wojtyłę z Ratzingerem – to robić porównanie proroka i klerka. Ja to pierwszy raz tak wyraźnie uświadomiłem sobie, czytając jeszcze za życia Jana Pawła II wywiad rzekę, jaki ówczesny szef Świętego Oficjum dał w 1996 roku niemieckiemu dziennikarzowi Peterowi Seewaldowi. Wywiad fascynujący, bo oddający chyba najbardziej osobisty punkt widzenia przyszłego papieża, nie obarczony jeszcze odpowiedzialnością Głowy Kościoła. Jest tam taki moment, kiedy Seewald pyta o profetyczną mowę Jana Pawła w ONZ w 1995 roku, zwierającą wizję nieodległej „nowej wiosny ludzkiego ducha”. I Ratzinger, trochę chyba speszony, mówi: Tak, papież jest wizjonerem. Dobrze, że Kościół ma wizjonera. Ale o wiele bardziej prawdopodobne od wiosny Kościołajest to, że wkrótce my, katolicy, będziemy stanowić małe, zamknięte wspólnoty, otoczone nieprzyjaznym światem. Pada pojęcie: „chrześcijańskie kibuce”. Kardynał sugeruje, jawnie polemicznie wobec Wojtyły, że misja Kościoła musi stać się w takich warunkach bardziej minimalistyczna, a wizja papieża jest mało realistyczna. Ten tekst pokazuje nie tylko napięcie dwóch osobowości, ale także różne punkty widzenia na przyszłość Kościoła i – co najważniejsze – na zadania papiestwa. Myślę, że teraz obserwujemy oczywiste praktyczne skutki tamtej intelektualnej różnicy.

Europa: Zatem różnica osobowości, czy zupełnie podstawowa różnica diagnozy? A jeśli różnica diagnozy, i to aż tak poważna jak pomiędzy „wiosną Kościoła”, a jego zamknięciem w „chrześcijańskich kibucach”, to czy rzeczywiście można mówić o kontynuacji tej samej wizji Kościoła?

Bronisław Łagowski: Chciałem na wstępie zaznaczyć, że w tej dyskusji reprezentuję tę część ludzkości, do której wpływy tego czy innego papieża, charyzmatycznego proroka czy scholastycznego profesora, w ogóle nie docierają. A jeśli docierają, to w pespektywie całkowicie świeckiej, odmiennej od perspektywy panów Kłoczowskiego i Rokity. One docierają do mnie bardziej w formie anegdotycznej, chociaż ta anegdota, którą mam w pamięci, wcale nie jest wesoła. Ingerencja Benedykta XVI w aferę Wielgusa. Wielgus został publicznie sponiewierany, a kiedy ważył się jego los, papież ugiął się pod polskimi naciskami i przyjął jego rezygnację. Zaakceptował stan rzeczy mu narzucony. Tamten konflikt był przez świat bardzo uważnie obserwowany. Pośród wielu komentarzy, najciekawszym dla mnie był komentarz poważnego protestanckiego teologa Juergena Moltmanna, który tłumaczył zachowanie papieża tym, że Benedykt XVI, mimo całej swojej deklarowanej twardości dogmatycznej, jest w gruncie rzeczy człowiekiem bojaźliwym. I dlatego, kiedy te naciski z Polski przekroczyły pewien poziom intensywności, on wobec nich ustąpił. A ponieważ dynamika wydarzeń była taka, że papież najpierw podtrzymywał swoje poparcie dla Wielgusa i zapowiadał, że będzie ono niezmienne, a potem ustąpił – i wszystko to działo się w kontekście zupełnie świeckich nacisków – wobec tego okazał swoją słabość i słabość urzędu. Zauważalną dla wszystkich obserwatorów i mającą konsekwencje przy kolejnych tego typu sporach. Tę anegdotę zapamiętałem sobie jako znaczącą. Zupełnie nie w planie stosunku pomiędzy papieżem-prorokiem z Polski, a papieżem-profesorem niemieckiego uniwersytetu, ale w kontekście realnej siły lub słabości papiestwa we współczesnym świecie.

Europa: Jeśli od różnicy charakterów przejdziemy jednak do różnicy diagnoz, możemy postawić tezę, że Jan Paweł II był w pewnym momencie odbierany jako papież, który przełamał proces sekularyzacji we współczesnym świecie. Dowód był lokalny, dotyczył Polski, ale miał obowiązywać w całej Europie, a nawet szerzej. Czy ta teza da się w ogóle obronić, skoro nawet Ratzinger, i to w czasie pontyfikatu Jana Pawła II, jej nie podzielał – w swojej wizji „chrześcijańskich kibuców” i „utwardzania wiary wierzących”? A dzisiaj, już jako papież, na owej „niewierze” wobec diagnozy Jana Pawła II buduje pewną praktykę Kościoła. Po pierwsze – mówienie do katolików europejskich: twarde jądro wiary na tym kontynencie jest katakumbowe, to małe wspólnoty broniące się przed powolną lub agresywną sekularyzacją, przed podmywaniem albo frontalnym atakiem świeckiej nowoczesności. Po drugie, przywoływanie do Kościoła lefebrystów, którzy manifestowali podobny pesymizm diagnozy przez cały okres pontyfikatu Jana Pawła II. Po trzecie, zaproszenie do Kościoła konserwatywnych anglikanów, którzy przerazili się istotnie bardzo radykalnych zmian inicjowanych przez hierarchię ich własnego Kościoła. To jest jednak zbieranie dywizji przeciwko świeckiej nowoczesności, według mapy wojennej de Maistre’a i Schmitta, którzy wzorcowy konflikt polityczny epoki nowoczesnej dostrzegli waśnie w wojnie pomiędzy ekspansywną i agresywną świecką nowoczesnością, a Kościołem, który w tym radykalizującym się dziedzictwie Oświecenia przestał się odnajdywać. Choć przecież wcześniej było jasne, że modernizacja, nowoczesność, a nawet wiele świeckich norm czy instytucji, są w Europie dziełem, niejako dialektyką chrześcijaństwa.

B.Ł.: Myślę, że taka różnica w definiowaniu siły i pozycji Kościoła istnieje. Dla Benedykta XVI nie ma rozstrzygającego, czy w ogóle istotnego, znaczenia doświadczenie polskie, które było fundamentem rozmaitych przekonań Jana Pawła II. Benedykt potrafi powiedzieć Polakom kilka miłych słów podczas swojej pielgrzymki do naszego kraju, myślę, że bardziej przez lojalność wobec poprzednika, ale wie, że polskie doświadczenie nie może zmienić postawy Zachodu wobec religii. Również dlatego, że jest tam ono bardzo niechętnie przyjmowane, a przede wszystkim rozumiane inaczej niż przez samych Polaków. Polska obserwowana z zewnątrz wcale nie jest postrzegana jako kraj czy naród, w którym pod wpływem Wojtyły nastąpiła jakaś cudowna przemiana duchowa czy też etyczna, w życiu publicznym, w życiu politycznym, w zachowaniu jednostek. Obrazy docierające z Polski na Zachód przez trzydzieści lat pontyfikatu Wojtyły raczej Francuzów, Niemców czy Anglików mocno niepokoją. I jest to być może spojrzenie bardziej realistyczne od tego, jakie my sami na swój temat mamy.

Europa: A sama charyzma Jana Pawła II , gromadzącego tłumy, i to np. tłumy młodzieży we Francji, na której sekularyzację i laickość skarżył się sam francuski Kościół?

B.Ł: Gromadził tłumy, ale potem te tłumy się rozchodziły. Nie zmieniając dominujących instytucji, a nawet dominujących idei…

Europa: Może zatem jest tak, że Karol Wojtyła swoją osobistą charyzmą nadał Kościołowi złudzenie potęgi, której ta instytucja już od dawna realnie nie miała. Ratzinger, stojąc u jego boku przez wiele dekad, rozumiał, że to jest gra powyżej posiadanych przez Kościół aktywów, którą może prowadzić charyzmatyczny lider instytucji, ale która w niczym nie zwiększa realnej siły Kościoła, który – szczególnie w Europie Zachodniej – jest instytucją zanikającą. I trzeba przygotować strategie przetrwania na miarę realnej siły tej instytucji, a nie na miarę pewnego charyzmatycznego „wyjątku”. Nie ma zatem żadnych dwóch wizji, ale chwilowe wyniesienie instytucji Kościoła, ale także instytucji papiestwa, za pomocą strategii bardziej PR-owych niż teologicznych czy instytucjonalnych… I Benedykt XVI w tej chwili całą rzecz urealnia. Przyznając, że pozycja Kościoła w Europie jest słaba.

J.A.K.: Mój ogląd doświadczenia polskiego jest odmienny niż ten, który zarysował profesor Łagowski. Coś się jednak w tym kraju stało i życie jego mieszkańców odmieniło się diametralnie i nie wynikało to jedynie z telewizyjnych transmisji przemówień Jana Pawła II, lecz z tego, co się w ludziach zmieniło na skutek jego słów. Ale gdy porównujemy obydwa pontyfikaty proponowałbym poszerzenie obszaru tej diagnozy, co może pokazać większą zbieżność obu papieży w kwestiach naprawdę istotnych – już nie ich charakterów czy „ról”, ale ich wizji przyszłości Kościoła. Kościół katolicki jest właśnie katolicki, czyli powszechny. Zatem, nie tylko europejski. Sytuacja poza Europą wygląda zupełnie inaczej. Poza Europą, już choćby tylko w USA, sekularyzacji nie ma. W każdym razie nie ma jej w tym wymiarze, w jakim zaszła ona w Europie Zachodniej.

Europa: Peter L. Berger, który najbardziej wyraziście sformułował tezę o „eurosekularyzacji”, czyli pewnej wyjątkowości Europy jako miejsca, gdzie ten proces przebiega w sposób narastający i jednokierunkowy, uzupełnił swoją diagnozę tezą o „katolicko-sekularyzacji”. Innymi słowy uważa on, że proces sekularyzacji przebiega tam, gdzie Kościół najdłużej próbował zachować dominującą, wyłączną pozycję, oddziałując także na władzę polityczną, zawadzając o cezaropapizm, namaszczając aż po epokę współczesną ład feudalny, potem absolutyzm, inwestując w nie i wraz z nimi tracąc swoją potęgę. To pozwala Bergerowi twierdzić, że tego typu sekularyzacji nie ma w USA, bo chrześcijaństwo w USA miało zupełnie inną strukturę i zupełnie inny stosunek wobec władzy świeckiej. Ale na przykład Berger zakłada wysokie prawdopodobieństwo sekularyzacji w najbardziej katolickich krajach Ameryki Łacińskiej.

J.A.K.: To do pewnego stopnia może być prawda, ale tezy Bergera są dyskusyjne i wielu socjologów religii je podważa. W taki właśnie sposób proces sekularyzacji zadziałał w Europie. A jednak to proroctwo, czy też wizja Jana Pawła II w ONZ, którą przywołał tutaj Jan Rokita, mogła dotyczyć wiosny Kościoła w skali globalnej, pozostawiając trochę na boku „eurosekularyzację” jako proces w skali całego Kościoła (może skromniej: chrześcijaństwa) jednak nieco marginalny.

Europa: Polscy katolicy tego tak nie odbierali.

J.A.K.: A to jest coś zupełnie innego. My przeżywaliśmy wówczas zbyt intensywnie własną historię – mając ku temu powody – i w ogóle mieliśmy słabe pojęcia o tym, co się dzieje w reszcie świata. W ten sposób „formatowaliśmy” naszą recepcję przesłania papieskiego, ale to wcale nie znaczy, że także Jan Paweł II ograniczał się do tej lokalnej skali. On tę skalę sam jednak przekraczał. A w tej chwili sytuacja wygląda zupełnie inaczej. We wszystkich debatach o przyszłości katolicyzmu – łącznie z dyskusjami wewnątrzkościelnymi – praktycznie wszyscy ich uczestnicy zgadzają się, że główne tereny misyjne katolicyzmu XXI wieku to Afryka, Azja, Ameryka Południowa… Co do Ameryki Południowej w ogóle bym się z Bergerem nie zgodził. Uważałbym raczej, że nieudane eksperymenty z „rewolucyjną sekularyzacją” w Ameryce Łacińskiej wyłącznie przybliżają „wiosnę Kościoła” na tym kontynencie. Kompromitując tak rozumianą sekularyzację siłową, państwową, tak jak skompromitowały ją w Polsce. Natomiast Europa, jako kontynent pokryty siecią chrześcijańskich katakumb, kibuców, z których każdy będzie parafią – to może być wizja prawdopodobna. Europa: Jak w takim razie, wobec diagnozy nieodwracalnej sekularyzacji Europy, wobec diagnozy „wyjścia” czy też „ucieczki” – jak powiedzą nieprzychylni Kościołowi analitycy – chrześcijaństwa poza granice Zachodu, ocenić skalę wielkości Jana Pawła II , który nie miał wpływu na te procesy, co najwyżej je nazywał, namaszczał albo swoją osobistą charyzmą przesłaniał? Polacy uważają go za papieża tysiąclecia, jak jednak naprawdę lokuje się w historii Kościoła, na tle innych papieży? Grzegorz Wielki, Grzegorz VII (celibat, centralizacja Kościoła, emancypacja wobec władzy świeckiej), Urban II (I Krucjata), Innocenty III (likwidacja katarów, użycie św. Dominika i św. Franciszka do odnowy i wzmocnienia Kościoła), Leon XIII (merytoryczny spór z liberalizmem), Pius X (tradycjonalizm, „przysięga antymodernistyczna”) czy Jan XXIII (dialog ze świecką nowoczesnością)… Obojętnie, czy chodzi o wielkich papieży ocenianych spoza Kościoła jako „konserwatywni” czy „postępowi”, jakie osiągnięcia Jana Pawła II pozwalają go lokować w historii Kościoła na tym samym poziomie? Czy nie jest tak, że Jan Paweł II , dzięki złożeniu osobistej charyzmy i udziału w obaleniu Muru – ponieważ był „polskim papieżem”, „papieżem z obszaru komunizmu”… – okazał się postacią poważną w historii świeckiej, przez co nie zauważono, że nie jest on postacią znaczącą w historii Kościoła?

J.A.K.: Porównajcie panowie zatem sytuację Kościoła w XIX wieku, zamkniętej twierdzy, która po szoku Rewolucji Francuskiej, po szoku pierwszej fali politycznej sekularyzacji, wyklina nowoczesność. Bo takim wyklinaniem są dokumenty Piusa IX czy Piusa X… Wolność religijna zostaje tam potępiona, modernizm wskazany jako podstawowy wróg Kościoła… Sobór Watykański II uporządkował w pewnym sensie wewnętrzną sytuację Kościoła, a mówię to w pełni świadomie, wbrew wszystkim oskarżeniom, jakie były pod adresem tego soboru formułowane. Jan Paweł II idzie w pewnym sensie jeszcze dalej. Włącza Kościół, od pierwszej swojej encykliki „Redemptor Hominis” w dialog z humanizmem, więcej niż dialog, przypomina, że humanizm i chrześcijaństwo mogą być jednym, że humanizm z chrześcijaństwa wyrasta i bez chrześcijaństwa w pewnym istotnym sensie nie może przetrwać. Drugie dokonanie, to włączenie Kościoła, właśnie przez Jana Pawła II, poprzez jego radykalizm ekumeniczny i radykalizm w obszarze dialogu międzyreligijnego, w wielkie globalne zjawisko, jakim był pod koniec XX wieku powrót sacrum we wszystkich religiach, we wszystkich obszarach kulturowych czy cywilizacyjnych. Łącznie z najbardziej dwuznacznymi zjawiskami jak New Age czy radykalizm niektórych nurtów islamu. Jan Paweł II doprowadził do tego, że wszędzie, gdzie odradzała się duchowość, gdzie powracało sacrum, Kościół był obecny – jako partner dialogu, jako podmiot interpretujący i nazywający to wszystko, a jednocześnie nie rozpływał się w tym wszystkim, pokazywał granice i miarę. Dyscyplinował sacrum rozumem. Bronił tego powrotu sacrum przed patologiami.

Europa: Jeśli w USA i Ameryce Łacińskiej wzrastała z każdym rokiem liczba Zielonoświątkowców, to nie jest zasługa Jana Pawła II. Jeśli politycznie przebudził się islam podrażniony przez ekspansywną sekularyzację idącą od strony Zachodu, to nie jest zasługa Jana Pawła II.

J.A.K.: Możecie jeszcze panowie powiedzieć, że Jan Paweł II nie jest odpowiedzialny za terroryzm islamski. I to też będzie prawda. Sacrum to jest potężna siła i można ją wykorzystać do dobrego i złego. Zasługą Jana Pawła II jest to, że on w to wydarzenie, jakim w skali całego świata okazał się powrót sacrum, opisywany przez wielu , a nawet nieco złośliwie i trafnie przez Gillesa Kepela nazwany „zemstą Boga”, on w to wydarzenie wszedł właśnie po to, żeby nadać mu właściwą formę. Ja mówię o poszerzeniu perspektywy. Wyjściu przez Kościół z przestraszonego kącika.

Europa: Jest jednak pewien problem. Są dwa wielkie fronty, na których Jan Paweł II rozpoczyna tę swoją religijną ofensywę: pierwszy to ekumenizm, czyli wielka koalicja religii na rzecz przywracania wymiaru sacrum współczesnego świata. I pięć lat po końcu tamtego pontyfikatu wydaje się, że ta koalicja się rozpadła, a łatwość, z jaką się rozpadła, może budzić wątpliwości, czy ona kiedykolwiek zaistniała w sposób efektywny. I to nie jest tylko kwestia przemówienia Benedykta XVI w Ratyzbonie i gwałtownej reakcji islamu na to przemówienie, to nie jest wyłącznie powrót lefebrystów negujących Holocaust, i to, że się Żydzi na to obrazili, ale nie widzimy żadnych wymiernych efektów ekumenizmu poza sentymentalizmem. Fronty pozostają, rany wzajemne pozostają. Druga rzecz, Karol Wojtyła podjął wojnę z efektami rewolucji seksualnej, czy jest jakikolwiek obszar, w którym on tę wojnę wygrał? Przegrał ją całkowicie. Obyczajowość świata zmienia się w rytmie i w kierunkach zupełnie obojętnych na nauczanie Wojtyły. Czy jest zatem jakikolwiek front, na którym Wojtyła odniósł sukces?

J.A.K.: Ja bym na to odpowiedział, że Założyciel chrześcijaństwa też nie odniósł na tym froncie sukcesu. Nie zmienił ludzkiej natury, on człowieka odkupił, ale, jak mówi św. Augustyn, bez udziału człowieka go nie zbawi. Kategorie sukcesu, frontu, zwycięstwa… kategorie wojskowe, nie są właściwymi kategoriami do zastanawiania się nad misją i powodzeniem misji Kościoła. Uważam, że dorobek Jana Pawła II w obszarze dialogu międzyreligijnego jest naprawdę znaczący. Jeden przykład: Wojtyła zmienił mentalność katolików wobec Żydów. Przy całych napięciach między judaizmem i chrześcijaństwem, coś się jednak zmieniło, bariera wzajemnej nieufności pękła. W tej chwili, abstrahując od ekstremizmu, mówi się o tych sprawach w sposób zupełnie inny niż przed pontyfikatem Jana Pawła II, to są przemiany powolne, ale głębokie.

Europa: Jak to się wyraża konkretnie, poza pewną grzecznością, obyczajem, ucywilizowaniem nie pozwalającym na „antysemickie gadanie” hierarchów w sytuacjach publicznych?

J.A.K.: Trzeba zacząć od tego, żeby się ludzie nie prali po gębach i żeby umieli rozmawiać. Taka zmiana zaszła, to jest sukces papieża Wojtyły. A po drugie, my się od tego czasu, dzięki niemu, uczymy siebie nawzajem. Cały szereg teologów nad tym pracuje, ogromna machina. Taki dialog nie polega na tym, że papież odwiedza synagogę albo w studio telewizyjnym biskup siedzi obok rabina i piją kawę. To jest praca i ta praca, zaczęta i zintensyfikowana za Jana Pawła II, teraz przez cały czas trwa.

Europa: Z jednej strony jest atmosfera, z drugiej decyzje samych papieży. Pomiędzy Janem Pawłem II a Benedyktem XVI zmienia się choćby decyzja w sprawie miejsca, jakie ma w tym dialogu „modlitwa w intencji nawrócenia Żydów”. A na innym polu Benedykt XVIzachęcając konserwatywnych anglikanów do wystąpienia z ich Kościoła, żeby uzyskać rekrutów, wzmocnić szeregi „frontu walki ze świecką nowoczesnością”, decyduje się na długo, o ile nie na zawsze, zerwać dialog ekumeniczny z Kościołem anglikańskim, dialog prowadzony przez Jana Pawła II z ogromnym poświęceniem, choć oczywiście bez większych sukcesów. Akceptując lefebrystów, którzy krytykują otwarcie „optymizm wobec powrotu sacrum” cechujący Jana Pawła II , a także jego otwarcie na dialog z judaizmem, potwierdza ich tezy, że „Kościół nic z tego nie miał”, a przeciwnie, mógł utracić własną tożsamość, spoistość….

J.R.: Co do ekumenizmu: albo jest tak, że procesy ekumeniczne, którym Jan Paweł II nadał wielki impet, mają prowadzić do – mówiąc panów językiem – „sukcesu”, czyli efektu politycznego. Wtedy można powiedzieć, że Benedykt XVI wykonał ważny polityczny krok na drodze włączenia anglikanów do Kościoła katolickiego. I krok zapewne w praktyce niemożliwy bez tego gruntu „miłości i zrozumienia”, jaki wcześniej dał Jan Paweł II. To jest sukces ekumenizmu imperialnego. Europa: Ciekawe, czy i Jan Paweł II tak by to nazwał?

J.R.: Zapewne nie, bo jego siłą było staranne stronienie od języka politycznego. Ale panowie chcą sukcesu, więc ja odpowiadam w waszym języku. Powolne zbliżanie się do siebie tych dwóch Kościołów doprowadziło do sytuacji, w której Benedykt XVI mógł zamknąć problem, włączając to co najważniejsze i najcenniejsze, czyli najbardziej ideowych i aktywnych duchownych anglikańskich (a w konsekwencji wiernych) do Kościoła katolickiego. Albo też czynią panowie zarzut Benedyktowi z takiego praktycznego postępowania i chcieliby, aby proces ekumeniczny trwał w miłości i zrozumieniu wiecznie, ale bez rezultatów organizacyjnych. Nie możecie logicznie raz zarzucać Wojtyle brak efektów, a drugi raz odrzucać Ratzingera właśnie za efekty.

J.A.K.: Z drugiej strony, trzeba podkreślić, że ci anglikanie, którzy wracają czy dołączają do Kościoła katolickiego zachowują całą liturgię, całą „kulturę” kościoła anglikańskiego. Europa: Poza ostatnim półwieczem zmian, jakie w nim zaszły.

J.A.K.: Owszem, trochę mają panowie rację. Ale to nie jest tak, że mamy do czynienia z całkowitym wymazaniem odrębności.

J.R.: Bo to jest po prostu Unia Brzeska z Londynem. Europa: Wciąż oczekujemy na realną wycenę wielkości Jana Pawła II i jego pontyfikatu. Czy Jan Paweł II był papieżem tysiąclecia, czy pozostawi w Kościele trwalsze ślady niż Innocenty III , Leon XIII , Jan XXIII ?

J.R.: Odnośnie sprzeciwu Kościoła wobec rewolucji seksualnej. Otóż nie da się naszej debaty o dokonaniach Jana Pawła II prowadzić poważnie bez odniesienia do stanu spraw w latach 70, czyli do tego, co odziedziczył Wojtyła po Pawle VI. Dziesięciolecie przed wyborem Wojtyły to okres praktycznej uległości katolicyzmu wobec przemian obyczajowych, symbolizowanych datą 1968. I tak jest nie tylko z rewolucją seksualną. Punktem wyjścia opisu dokonań Wojtyły musi być wiedza o opłakanym stanie Kościoła u końca słabego pontyfikatu papieża Montiniego.

Europa: Podstawowa „obyczajowa” encyklika XXwiecznego Kościoła, „Humanae vitae”, została ogłoszona przez Pawła VI, tego „miękkiego papieża”. „Evangelium vitae” Jana Pawła II było czymś w rodzaju powtórzenia, uzupełnienia, nawiązania, podkreślenia ważności tej problematyki…

J.R.: Ale encyklika Pawła VI pozostawała martwą literą. Kościół jej nie głosił. Niechże panowie wspomną tylko, co o recepcji „Humanae Vitae” pisał w „Tygodniku Powszechnym” Jerzy Turowicz. Protesty najsłynniejszych teologów, kardynał Suens zapowiadający przegraną walkę z wiatrakami, masowy protestacyjny Katholikentag w niemieckim Essen. Do tego co tydzień nowe zbiorowe petycje sprzeciwu różnych grup katolików, odmowa stosowania encykliki w duszpasterstwie przez księży i w końcu uległe listy różnych episkopatów narodowych, sugerujące, że magisterium papieskie nie musi być stosowane przez katolików tak dosłownie… To jest spadek odziedziczony przez Wojtyłę. I proszę to dopiero porównywać z efektami kampanii obyczajowej Jana Pawła II. Ale zróbmy podobne porównanie na innym polu. Paweł VI jest wewnętrznie przekonany o tryumfie jakiejś wersji socjalizmu na świecie (udokumentował to jasno Mackiewicz), a Kościół w latach 70. wchodzi w pakt z siłami postępu: ZSSR, Pekinem i Castro. Ksiądz Arriaga w Meksyku, który publikuje w latach 70. książkę „La Nueva Iglesia Montiniana” zostaje ekskomunikowany za krytykę uległości Rzymu wobec komunizmu i rewolucji. Kardynał Silva Henriquez każde bić w dzwony katedry w Santiago i śpiewać Te Deum na wieść o zwycięstwie komunizmu w Chile. W Nikaragui obejmują władzę księża jako przywódcy marksistowskiego ruchu rewolucyjnego… A najpoważniejszym dyskutowanym na forach kościelnych nurtem w społecznym nauczaniu jest teologia wyzwolenia, której przedstawiciele spierają się, czy księża mają obalać demokratyczny kapitalizm z karabinem w ręku, czy tylko towarzyszyć bojownikom pod sztandarem Che Guevary… W takim momencie do Watykanu wchodzi Wojtyła, który bez anachronicznych klątw i bez nawrotu papiestwa do społecznego konserwatyzmu stawia wszystkie te sprawy z głowy na nogi. Opisywany przez Józefa Mackiewicza „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy” znów staje się „Defensore Civitatis”, a papież Wojtyła – jak niegdyś Leon Wielki – wychodzi naprzeciw barbarzyńcom zagrażającym Miastu i rzuca im wyzwanie (by przypomnieć może nieco patetyczne, acz całkiem zasadne w tym wypadku porównanie George’a Weigela, odnoszące się do wizyty Jana Pawła II w Polsce w 1979 roku). Europa: Komunizm upada w 1989 roku i pewna misja polityczna się kończy. Można już, bez obawy, że się zostanie nazwanym kryptokomunistą, zapytać w zupełnie innym porządku: czy dorobek teologiczny i instytucjonalny tego pontyfikatu jest porównywalny do Grzegorza VII , Leona XIII , Piusa X czy Jana XXIII , czy też jest większy – zgodnie z tezą o papieżu tysiąclecia – czy też może jest na tle wymienionych tu papieży w ogóle słabo zauważalny?

J.R.: Wielkie zwroty mają to do siebie, że dla potomnych wydają się oczywiste. My właśnie jesteśmy w takiej sytuacji, gdy idzie o Wojtyłę. Dopiero z perspektywy historii widać zwrot, jakiego dokonał Jan Paweł II. Nie tylko, gdy idzie o relację polityczną z komunizmem, do czego panowie chcą tę kwestię zredukować. Choć nie jestem wcale pewien, do jakiego klasztoru zostałby zesłany obecny tu Ojciec Jan za swoją aktywność antykomunistyczną, gdyby Kościołem rządził nadal ktoś podobny do Montiniego. Ale papiestwo ochroniło także suwerenność myślową katolickiej teologii wobec zalewu intelektualnego rozmaitych wersji postmarksizmu, a to jest wspólne dzieło Wojtyły i wybranego przez niego prefekta Świętego Oficjum.

Europa: Musiałby do Komańczy zesłać o. Kłoczowskiego prymas Wyszyński, a on, nawet przy całym swoim realizmie, by tego nie zrobił.

J.R.: Musimy jednak zauważyć jeszcze jedną wielką przemianę, jaką pod władzą Jana Pawła II i za sprawą jegoprzywództwa przeszedł Kościół przez ostatnie 30 lat. Jednym z najtrudniejszych i najbardziej absorbujących biskupówRzymu problemów było od niepamiętnych czasów dążenie do instytucjonalnego autorytetu papiestwa. Grzegorza VII, albo Juliusza II cenimy w historii za to, że – różnymi metodami (raz wojskiem, raz wpływem duchowym) – im się to jednak udało. Wojtyła jest wielkim odnowicielem papiestwa w XX wieku. I znów musimy wrócić na sekundę do sytuacji z lat 70., którą odziedziczył, aby znaleźć punkt odniesienia. To był czas, w którym tygodnik „Time” publikował okładkę i raport pt.: „Rebelion in the Catholic Church” i był to najbardziej typowy tytuł dla setek analiz sytuacji ówczesnego Kościoła. Przypomnijmy strajki zbuntowanych katolików (w Parmie biskup wezwał do katedry włoskie ZOMO dla przegnania swoich owieczek), bezkarne okupacje seminariów duchownych z politycznymi żądaniami (jak w Kraju Basków), ciągle publikowane listy tysięcy księży przeciw biskupom i Rzymowi, „katechizm holenderski”, który przyjęto w Niderlandach na własną rękę, odrzucając część nieprzydatnych dogmatów. Dla mnie symboliczną postacią Kościoła sprzed Wojtyły pozostaje siostra Margaret Rowe, prowadząca wtedy przeciw Watykanowi ogólnoświatową kampanię o prawa zakonnic. Zresztą do historii Kościoła przeszła diagnoza sformułowana w mowie do kleryków w Mediolanie przez samego Pawła VI: „Kościół znajduje się dziś w godzinie autodestrukcji”.

Europa: Gdzie nastąpiło to porządkowanie ortodoksji, w encyklikach? To nie są dokumenty na tle „RerumNovarum” czy „Humanae Vitae” głębokie, przełomowe  czy wyraziste. One nie będą pamiętane.

J.R.: Ciężko precyzyjnie określić, jak dokonuje się odbudowa autorytetu. To porządkowanie rzeczywiście nie dokonało się w encyklikach – ale raczej w nauczaniu papieskim i codziennej praktyce Kościoła. Nawiasem mówiąc, choć w encyklikach Wojtyły zdarzają się teksty bardzo piękne i poruszające (np. w „Veritatis Splendor” tekst o tym, dlaczego nigdy nie musimy czynić zła), to encykliki Benedykta uważam generalnie za lepsze, bardziej syntetyczne, erudycyjne i lepiej porządkujące myślenie. Przywrócenie autorytetu to także kwestia polityki personalnej, prowadzonej twardo i konsekwentnie przez papieża, a potem przez powołanych przez niego kardynałów, biskupów, aż do poziomu parafii… Rzym jest dziś bezapelacyjnym zwierzchnikiem Kościoła; widać na przykład, jak zgnębieni aferami pedofilskimi biskupi idą przepraszać do Rzymu i czekają na kary, jakie on wyznaczy. Ale co może jeszcze istotniejsze, Rzym na powrót jest jedynym poważnym ośrodkiem autonomicznej władzy religijnej w całym chrześcijaństwie. Niezależnie jednak od kwestii władzy i przywództwa – nauczanie i postawa Jana Pawła II wyznaczają także bardzo wyrazistą linię nowej ortodoksji katolickiej początku XXI wieku. Dziś ta ortodoksja może być w szczegółach interpretowana, Kościół może ją dookreślać np. w kwestii in vitro, która jest stosunkowo nowym zagadnieniem. Ale mnóstwo spraw jest jasno uporządkowanych, tak w sferze chrześcijańskich standardów życia prywatnego (prymat miłosierdzia, ochrona życia, małżeństwo, etyka seksualna), jak i co do reguł, które powinny panować we wspólnocie politycznej (prawa człowieka, solidarność społeczna, publiczny charakter religii, uznanie rynku). W tych wszystkich kwestiach pontyfikat Wojtyły pozwolił wyjść Kościołowi ze strefy cienia i dwuznaczności czasów Montiniego.

Europa: Nowa ortodoksja, tyle że nie wyrażona w encyklikach, ale praktykowana… Ortodoksja i praktyka tak wyrazista i konkretna w swoich rozstrzygnięciach, że dzisiaj mogą się odwoływać katolicy chcący wybaczać biskupom współpracę z komunistami, jak i ci, którzy domagają się ich zlustrowania. Ortodoksja, do której odwołuje się „Kościół Łagiewnicki” i „Kościół Toruński”, żeby posłużyć się sformułowaniem stworzonym kiedyś przez Jana Rokitę. Ortodoksja pozwalająca biskupom wzywać do głosowania w referendum za wejściem Polski do Unii i nazywać Brukselę centrum cywilizacji śmierci. To ortodoksja tak bogata i dialektyczna, że może obsłużyć wszystkich? Czy też może synkretyzm? Podporządkowany wyjątkowej charyzmie i metodzie misyjnej Jana Pawła II, ale nie nadający się na „ortodoksję” Kościoła.

J.R.: Akurat mają panowie rację, że w każdej z wymienionych przez was spraw Wojtyła chciał zachowywać złoty środek, rozsądnie nie uznając ich za konstytutywne dla Kościoła. Zgodnie zresztą z mądrą zasadą Chestertona, iż katolicka ortodoksja musi mieć naturę rozlewającej się szerokiej rzeki, zdolnej objąć różne nurty myślenia o naszym świecie. Mam wrażenie, że Wojtyła parł do jednoznaczności tylko tam, gdzie widział jakieś istotne wyzwania moralne, groźbę rozminięcia się człowieka z jego zasadniczym religijnym powołaniem. A w innych kwestiach faktycznie płynął, albo uprawiał politykę świeczki i ogarka (np. gdy idzie o polskie spory o Rydzyka, co mu u nas obie strony miały za złe). Ale zarazem cechował go ten typ aktywności, jakiego Watykan nie znał chyba od czasów trydenckich. Od kilku stuleci papieże siedzieli w Rzymie, pisali czasem bardzo ważne encykliki i byli noszeni w wysokich złotych czapkach na oczach tłumu. I stamtąd toczyli spory doktrynalne z nowoczesnością. Czasem mi się wydaje, że Wojtyła w swoim oddziaływaniu na całe chrześcijaństwo przypomina bardziej papieży średniowiecznych – Grzegorza VII albo Innocentego III, ale w warunkach wieku XX: postępującego ateizmu, sekularyzacji, zmaterializowanej cywilizacji. On się na podobieństwo tamtych papieży zachowywał w tym świecie imperialnie. Tu chyba leży samo sedno sprawy. Dzięki swej apostolskiej ekspansywności Wojtyła umacniał w ludziach wiarę. Wiem, co mówię, bo mówię tutaj także o samym sobie. A co do kwestii przemian obyczajowości seksualnej, nie można stawiać sprawy tak, że skoro świat ulega „modernizacji”, polegającej na tym, że ludzie masowo współżyją ze sobą bez ślubu, ergo to nie był wielki papież. To absurd argumentacyjny. Nie było przecież i nie będzie w historii świata człowieka, który skutecznie namówiłby ludzi na trwałe wyrzeczenie się grzechu.

Europa: Kościół jest w sytuacji komfortowej. Zawsze zmagał się ze światem stawiając poprzeczkę tak wysoko, że nie mógł jej przeskoczyć. Zatem samo opisanie zmagania się papieża ze światem, z ludzką naturą, przy z góry założonym braku możliwości jej zmiany, nie jest dobrym kryterium do oceniania wielkości konkretnego pontyfikatu. Jan Rokita jest bardzo dosadną osobą, jeśli chodzi o formułowanie sądów na temat liderów politycznych, natomiast jeśli chodzi o papieża robi pan wszystko, żeby nie postawić kropki nad „i”.

J.R.: Niech panu będzie, choć takie rankingi są nie tylko bardzo świeckie, ale i bardzo naiwne. Od czasu Juliusza II, który mieczem zabezpieczył niezależność Kościoła w epoce nowożytnej, wywalczając Państwo Kościelne, nie było papieża o większym wpływie na Kościół i świat, niż Jan Paweł II. Co więcej jego przeżywana na romantyczny sposób polskość bardzo poszerzyła widzenie Kościoła. To, że zachodniocentryczny dotąd Rzym odkrył istnienie i znaczenie wschodniego „drugiego płuca Kościoła” (jak zwykł mawiać Wojtyła) nie stałoby się zapewne bez polskości papieża. Zresztą jeszcze za życia Jana Pawła II sam Ratzinger w wywiadzie z Seewaldem uznawał to za jedno z najważniejszych dokonań pontyfikatu i wiązał wprost z wkładem wniesionym w katolicyzm przez polskość. Zapewne papież z żadnego innego europejskiego kraju nie zdecydowałby się na kroki tak odważne, jak choćby ustanowienie w całej Rosji diecezji katolickich,. To będzie mieć skutki pewnie przez setki lat i to mimo, że obecna już „niemiecka”, a nie „polska” polityka Benedykta i kardynała Kaisera wiele pod tym względem zdążyła popsuć. W tym sensie ludowa Polska, żyjąca przekonaniem o dziejowej wyjątkowości papieża- Polaka nie wyznaje jakichś fałszywie mesjanistycznych mitów, ale ma całkiem poprawną i zdroworozsądkową intuicję historyczną. Dlatego uważam, że w każdym polskim mieście powinien stać pomnik Wojtyły (choć chciałbym, żeby nie był artystycznie ohydny), a na głównym skrzyżowaniu polskich miast winny przecinać się ulice Mickiewicza i Jana Pawła II.

Europa: Innocenty III zwalczył dualizm (katarów, bogomiłów itp.), tak już na początku jego pontyfikatu silny, że zaczął realnie zagrażać katolicyzmowi w Europie. Ale jednocześnie wykorzystani przez papieża dominikanie i franciszkanie realnie i na długo zmienili duchowość i doktrynę Kościoła. Komunizm upadł za czasów pontyfikatu Jana Pawła II – choć można mieć wątpliwości, kto i w jakim porządku się do tego przyczynił. Ale gdzie są dominikanie i franciszkanie Jana Pawła II ? Pokolenie JP2 jest mitem, jest pokoleniem realnym, ale rozdartym pomiędzy potępieniem nowoczesności, a czerpaniem pełnymi garściami z jej pokus. Można nawet powiedzieć, że Pokolenie JP2 jest bardziej zepsute niż „pokolenie Pawła VI”, bo swoją „grzeszność” publicznie, dandystycznie celebruje. Ale na pewno nie jest bardziej „święte” od pokoleń ukształtowanych przez inne pontyfikaty. Pytanie do profesora Łagowskiego, dlaczego Polacy nie stosują do oceniania Jana Pawła II racjonalnych kryteriów, które pojawiały się nawet w opisie największych „świeckich” liderów z naszej historii najnowszej: Kościuszki, Piłsudskiego, Dmowskiego, Wałęsy…

B.Ł.: Patrząc na to z większego oddalenia, podobnego do tego, z jakim obserwuję rozmaitych liderów świeckich, muszę powiedzieć, że w przeciwieństwie do Jana Rokity nie widzę w postaci Jana Pawła II niczego nadzwyczajnego. Nic, co pozwoliłoby formułować tezy o papieżu tysiąclecia. Nie widzę czegoś takiego ani w dorobku doktrynalnym, ani w sukcesach misyjnych, także w Polsce. Poza jednym czynnikiem, który nie jest związany ani z teologią Wojtyły, ani z jego przygotowaniem intelektualnym… Mianowicie, jak ktoś powiedział, „papież nie odwiedzał miejsc, gdzie strajkowała telewizja”. Telewizja wypromowała na jakiś czas papieża na postać pierwszoplanową, i to po raz pierwszy w skali globalnej. Nie taką, żeby w momencie najtrudniejszym – w chwili jego transmitowanego przez telewizję umierania – stanął wyżej od księżnej Diany, ale nieomalże na takim samym poziomie. On miał talent medialny, media to wyczuły i podchwyciły. Tyle że tego rodzaju świeckie, medialne wzmocnienia czy energie, są dane i są odbierane. Po Dianie przychodzą inne Diany, po Janie Pawle II przychodzi Dalajlama. Po sztucznym medialnym wzmocnieniu przychodzi faza „odwyku”, która katolików pozostawia raczej w jeszcze większej depresji. A wzmocnienia fundamentów doktrynalnych czy instytucjonalnych nie ma, co potwierdza – świadomie i nieświadomie – Benedykt XVI swoim integralnym pesymizmem. Nie ma też trwałych śladów na poziomie misyjnym, nawet w wymiarze polskim, z pozoru sprzyjającym orzekaniu o wielkości polskiego papieża. Polskie społeczeństwo w zetknięciu z prawem, z ładem instytucjonalnym, z wyzwaniami, jakie niesie kapitalizm, etyka pracy, konieczność kooperacji czy budowy własnych instytucji – po trzydziestoletnim „wychowaniu” ze strony swojego papieża nie jest bardziej etyczne niż społeczeństwa Europy Zachodniej. Powiedziałbym nawet, że jest mniej etyczne. Nawet etos pracy jest u nas motywowany wyłącznie konsumpcyjnie, tak jak w innych społeczeństwach peryferyjnych, wchłanianych w obszar ładu wypracowanego kiedyś przez anglosasów, przez anglosaski liberalizm i kapitalizm. Telewizja wypromowała Jana Pawła II na postać pierwszoplanową w wymiarze globalnym, ale teraz także telewizja pomaga o nim zapomnieć. On zasłonił problemy Kościoła i problemy moralne społeczeństw, w których Kościół działa, kierując uwagę na siebie, ale żadnego z tych problemów nie rozwiązał. Nie widzę w jego działaniach nic, co wykraczałoby poza „średnią papieską”. A już na pewno nie widzę nic, co za jakiś czas, wręcz co już dzisiaj, pozwalałoby się Kościołowi w rozmaitych dylematach i sporach – z nowoczesnością świecką, w sporach wewnętrznych – odwoływać do jakiejkolwiek doktryny czy praktyki Jana Pawła II. Tu niestety zgadzam się z redaktorami „Europy”, a nie z Janem Rokitą.

Europa: A Jan Paweł II jako pogromca komunizmu?

B.Ł.: To raczej obraz z archiwum polskiego mesjanizmu. Mówiąc krótko, to moim zdaniem nieprawda. Papież Wojtyła miał marginalny wpływ na losy komunizmu. Wzrost komunizmu i jego upadek w XX wieku rozgrywał się w domenie, do której rozterki Kościoła w ogóle nie docierały. Kościół pozwalał się w ten konflikt wmanewrowywać, ale raczej na zasadzie czerpania energii, legitymizacji zewnętrznej dla swojej misji, która jest zupełnie inna niż antykomunistyczna lub prokomunistyczna. Kościół nie miał żadnego wpływu na rewolucję konserwatywną w Ameryce, na odreagowanie tego, co się tam działo w latach sześćdziesiątych, które to odreagowanie w konsekwencji doprowadziło do zwycięstwa Ameryki w zimnej wojnie. Wojtyła został wybrany na papieża już po odwróceniu się zachodnioeuropejskiej lewicy od proradzieckiego komunizmu, na co duży wpływ miał Sołżenicyn, a żadnego wtedy jeszcze kardynał z Krakowa. Tendencje rozkładowe w bloku wschodnim także przekraczały wymiar działania Kościoła, władza wymykała się z rąk ideologicznym elitom. Można powiedzieć, że Jan Paweł II miał pewien wpływ na polityczne wydarzenia w polskim wymiarze lokalnym. Bez wsparcia, jakiego udzielił polskiej opozycji demokratycznej, nie powstałaby „Solidarność”. Ale jak panowie wiedzą, ja nie jestem zwolennikiem tezy, że „Solidarność” i jej konsekwencje doprowadziły do tego, że polska historia najnowsza wyglądała lepiej niż by wyglądała bez „Solidarności”. I że dzięki temu dotarliśmy do końca komunizmu jako społeczeństwo w lepszym stanie, bo tak nie uważam. No i ostatnia kwestia, już niepodważalna. Rozumiem znaczenie Jana Pawła II dla polskiego mesjanizmu. Bo mieć rodaka na urzędzie papieskim to rzecz bardzo znacząca dla samopoczucia danej nacji.

Europa: Niemcy mają papieża, a nie ma tam tego rodzaju kultu.

B.Ł.: Bo po drugiej wojnie światowej nacjonalizm niemiecki nie może się z taką intensywnością i tak bezpośrednio ujawniać. Oni zostali ocenzurowani i sami się ocenzurowali. Ta cenzura ma większy wpływ na pewne ściszenie emocjonalne, z jakim Niemcy przeżywają pontyfikat Benedykta XVI, niż same tylko historyczne podziały wynikające tam z Reformacji. W Europie nie ma dzisiaj narodu bardziej roznamiętnionego na punkcie swojej tożsamości narodowej, niż Polacy. Inne wielkie europejskie nacje bardziej przeżywają swój patriotyzm poprzez swoje osiągnięcia instytucjonalne, cywilizacyjne… Polacy bardziej poprzez emocje, co zagarnęło także „polskiego papieża”. A dlaczego mam wątpliwości, co do dobroczynnego wpływu Jana Pawła II i jego charyzmy na Polaków? Dlaczego uważam ten wpływ za negatywny? Otóż ja nigdy nie lubiłem duchowego kolektywizmu, uważałem, że duchowy kolektywizm żadnego narodu w niczym nie rozwija. Tymczasem po pontyfikacie Jana Pawła II jeszcze silniej ugruntowało się w Polakach, nie mówiąc już o mitycznym „pokoleniu JP2”, przekonanie, że modlitwa, aby była ważna, musi się zebrać dziesięć tysięcy ludzi. Choć oczywiście będzie ważniejsza, jak się zbierze sto tysięcy, a najlepiej milion. I będzie to transmitowane na żywo przez telewizję. Taką duchową schedę pozostawił Polakom Wojtyła, i nie jestem pewien, czy to jest scheda dla Polaków dobra. Zwiększył jedynie naszą skłonność do kolektywnej egzaltacji.

J.A.K.: Bronisławowi Łagowskiemu wygodnie jest krytykować dorobek Jana Pawła II w wymiarze politycznym, na co redaktorzy „Europy” przyzwolili i który to wymiar wyeksponował także Jan Rokita. Ale mnie ten wymiar polityczny mniej interesuje. Wizja intelektualna Karola Wojtyły, a potem Jana Pawła II wyraziła się wprost nie tylko w jego teologii, ja bym powiedział, że wyraziła szczególnie wyraziście w jego antropologii. Dla mnie najważniejsza jego encyklika to była encyklika pierwsza, „Redemptor Hominis”.

Europa: Przez wielu watykanologów, ale także ludzi Kościoła, przyjęta wówczas z lekkim rozczarowaniem. Zwykle pierwsza encyklika to program pontyfikatu, wówczas niechętni komentatorzy zauważali, że tam nie ma takiego programu.

J.A.K.: Ale to właśnie była antropologia papieska. Wojtyła tam dotykał rzeczy jeszcze bardziej podstawowej niż teologia. Mianowicie relacji humanizmu i teologii. On był jednak bardziej papieżem otwarcia niż dyscyplinowania. Jeśli jest jakaś linia jego pontyfikatu, polega ona na pojednaniu zbawienia i danych antropologicznych, potem jest pojednanie rozumu i wiary, i wreszcie pojednanie – na drodze ekumenii i dialogu międzyreligijnego – katolicyzmu z całym intensywnym nurtem powrotu sacrum we współczesności. Próby nadania temu powrotowi sacrum bardziej racjonalnych ram, żeby to się nie roztopiło w jakimś New Age’u, ale przy jednoczesnym uznaniu autentyczności tego zjawiska. Jednak pogłębienie ducha soborowego, zastosowanie go do antropologii jest dla Jana Pawła II bardziej charakterystyczne, niż dyscyplinowanie Kościoła rozpadającego się po soborze, jak by to widział Jan Rokita. Choć oczywiście określanie granic Kościoła i granic nauczania Kościoła było także ważnym zadaniem. Szczególnie ważnym, jeśli się idzie z tym nauczaniem do ludzi, środowisk, nurtów, które Kościołem nie są, nawet jeśli także tam objawia się silne sacrum. Od czasu Oświecenia spór między religią a innym widzeniem jest sporem o człowieka. Jan Paweł II zajął w tym sporze zdecydowane stanowisko, nie eklektycznie, ale precyzyjnie pokazujące, że humanizm nie wyklucza objawienia, religii, teologii, a z drugiej strony teologia musi być otwarta na humanizm. Jan Paweł II odmawia prowadzenia wojny pomiędzy rozumem i wiarą, ogłasza zakończenie tej wojny. I będzie wysłuchany przez wielu świeckich myślicieli, choćby Habermasa, choćby przez cały bardzo ciekawy nurt postsekularyzmu.

Europa: To dlaczego Benedyktowi będzie potem tak łatwo powrócić na utarte ścieżki werbowania wrogów świeckiej nowoczesności? I dlaczego także spora część świeckiej nowoczesności w tym sporze z wiarą znowu się świetnie odnajdzie?

J.A.K.: Teksty Ratzingera, od „Wprowadzenie w chrześcijaństwo” aż po dyskusję monachijską z Habermasem, także zawierają te wątki antropologiczne, wezwania do dialogu chrześcijaństwa z humanizmem. Znalazły się też one w jego encyklikach. Jednak to pierwsza encyklika JanaPawła II ten problem postawiła jako problem centralny. A dlaczego to było odrzucane, kontestowane, także ta encyklika? Otóż Jan Paweł II odszedł w teologii od właściwego dla niej od dawna żargonu, zarówno tradycyjno scholastycznego, jak i progresistowskiego. On mówił innym językiem niż ten, którym mówiła teologia podręcznikowa i ta po ‘68 roku, nie tyle po Vaticanum II, co po ‘68 roku. Europa: W „Centesimus Annus” mamy do czynienia z nowością, czy z rozpuszczeniem Leona XIII w nieco odświeżonym języku? Co pozwoliło zresztą w Polsce o. Maciejowi Ziębie czy Marcinowi Królowi mówić nieco na wyrost o przełomowym zaakceptowaniu w czasie pontyfikatu Jana Pawła II przez Kościół kapitalizmu i liberalizmu. A w „Laborem Exermamy nowe nauczanie społeczne, czy raczej próbę rozpuszczenia teologii wyzwolenia w reformistycznej pochwale ruchu związkowego, pozwalającej dowartościować doświadczenie polskie, ale także zaakceptować ruch robotniczy i związkowy, ale nie na „komunistyczny” sposób teologii wyzwolenia? Dialektyka czy synkretyzm?

J.A.K.: Powtarzam, ja w tej dyskusji nie wchodzę w pogłębioną analizę ani ocenę teologii Jana Pawła II, jego nadzwyczajnego wkładu w tradycję Kościoła, ani głębi czy przełomowości jego nauczania społecznego. Natomiast z całym naciskiem broniłbym jego antropologii, jego zwrotu antropologicznego. Połączenia humanizmu i chrześcijaństwa w figurze człowieka, jako jedynego istotnego tematu historii zbawienia. To jest trwałe, to jest nowe, to jest fundamentalne, choć nie przez wszystkich zauważone… Nie mogę się też zgodzić z profesorem Łagowskim, że Jan Paweł II to tylko charyzmatyczna gwiazda przyciągająca tłumy. To jest człowiek bardzo osobistej wiary, autentycznie głęboko i mistycznie wierzący. Słowem, które go opisuje najlepiej, jest słowo „świadectwo”. Świadectwo jest indywidualne i apeluje do indywidualnego odbiorcy. Zgadzam się, że podczas pielgrzymek kolektywizm był widoczny, ale świadectwo było wymiarem indywidualnym.

Europa: Naszym zdaniem, kłopot z wyznaczeniem Janowi Pawłowi II miejsca, na które istotnie zasługuje, wedle kryteriów, które dadzą się zobiektywizować, wynika z tego, że on został wchłonięty przez polski mesjanizm jako człowiek, który zmienił oblicze Kościoła i Polski. A w jaki sposób, lepiej o to nie pytać.

J.R.: Nie jest problemem to, czy to jest mesjanizm, ale czy to jest prawda.

Europa: Właśnie co do tego mamy wątpliwości. Największym kompozytorem w dziejach świata jest Chopin, największym pisarzem Mickiewicz, a największym papieżem Karol Wojtyła. Jan Paweł II stał się obiektem legendy, w której przypisuje mu się wszystkie możliwe wielkie czyny.

J.R.: Największym kompozytorem jest z pewnością Niemiec Bach, a pisarzem Anglik Szekspir. Ale o jakie legendarne czyny Wojtyły panom chodzi?

Europa: Uratowanie Kościoła, jak mówi Rokita, przed wielkim złem, które mu zagrażało. Złem stanowiącym jedno z największych zagrożeń w dziejach Kościoła.

J.R.: Absolutnie tak, uratował Kościół po Monitinim przed dużym nieszczęściem. Co dalej? Europa: Pierwszy papież który po defensywie trwającej od Rewolucji Francuskiej poradził sobie z nowoczesnością.

J.R.: Poradził sobie. Europa: Zmienił układ sił między wiarą i oświeceniem w Europie? Zajął wobec nowoczesności bardziej wyraziste stanowisko niż Leon XIII ? Zbudował doktrynę  teologiczną dającą szansę na zwycięską ofensywę?

J.R.: W Europie nie, ale Europa jest dziś religijną anomalią na tle świata. Wojtyła w tym sensie poradził sobie z nowoczesnością, że potrafił nią zagrać na potrzeby Kościoła. Nie był wystraszonym antymodernistą rzucającym na nowoczesność klątwy, ale chrześcijańskim imperialistą, jak niegdyś Paweł, idącym na podbój świata. Nie mógł odwojować Europy, ale umocnił chociaż polski przyczółek. Mam silne poczucie, że przygotował nas, katolików, także w Europie, do walki.

Europa: To czemu na Zachodzie panuje symetryczny mit poradzenia sobie z rzeczywistością, tyle że jego bohaterem jest Jan XXIII ?

J.R.: Intelektualiści zachodni kochają papieża Roncallego, bo tam trwa zwycięska rekonkwista sofistów. Podobają się więc tam tylko przywódcy religijni rozmywający ostrość kryteriów. A mówiąc jeszcze wyraźniej: za co światowy związek sofistów kocha Jana XXIII? Bo wydawało mu się, że z Kościoła po Janie XXIII zostanie mniej więcej tyle, co po Gorbaczowie z ZSSR. I za papieża Montiniego mogło nawet przez moment wyglądać, że tak właśnie będzie. No, ale potem przyszedł ten okropny Polak…

Europa: Wielcy papieże potrafili rzucić cesarstwo na kolana. Upokorzyć je. Zdefiniować siebie jako centrum świata.

J.R.: I nawet w tym Wojtyła ma jakiś udział. Zapewne, gdyby katolicyzm poszedł jeszcze głębiej na służbę marksistowskiej rewolucji, komunizm by nie upadł. Gorbaczow był możliwy ewidentnie w historii tylko dlatego, że wcześniej sowiecki komunizm utracił swoją dawną ideową moc. Na rzecz kogo – można zapytać? Oczywiście na rzecz religii. Wojtyła – obok odradzającego się islamu i protestanckiej „moral majority” w Ameryce – stał się częścią tej siły, która potłukła posągi pogańsko-komunistycznych bożków. Tu jego rola bardziej jest nawet kontynuacją dzieła Konstantyna, niźli papieży. Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że prawdziwa przecież teza o wkładzie Wojtyły w zgubę komunizmu jest najczęściej – zwłaszcza w Polsce – interpretowana na dość prostacki myślowo sposób.

Europa: A zatem papież obalił komunizm. Czy nie jest to znowu mesjanistyczna polska perspektywa? Proszę spojrzeć na żale Polaków, że to nie powstanie „Solidarności”, ale upadek muru berlińskiego jest symbolem upadku komunizmu. A przecież wyjaśnienie jest proste – dziejowym wydarzeniem dla Europy jest ponowne powstanie mocarstwowych Niemiec, największej potęgi w Europie. I z tego powodu centralnym wydarzeniem musi być upadek muru, a nie zamieszki w prowincjonalnych stoczniach. Polacy nie chcą tego zrozumieć, widzą w tym narodowe upokorzenie. Ale ponieważ mitu tych stoczni już obronić nie mogą, promują w związku z tym Jana Pawła II na postać dziejową.

J.R.: Po pierwsze, Niemcy powstały jako skutek, a nie przyczyna Jesieni Ludów. Zatem niewątpliwa polityczna doniosłość faktu zjednoczenia Niemiec nie ma raczej związku z naszym badaniem źródeł tamtych przemian. A po drugie, nawet jeśli w polskiej ludowej tezie o obaleniu komunizmu przez Wojtyłę jest sporo mitu, to taki mit jest koronnym dowodem historycznej wielkości postaci. Prymas Glemp nie zostawiłby takiego mitu, gdyby został papieżem. Nawet prymas Wyszyński – także nie.

Europa: Za dwa, trzy wieki czemu historia miałaby Wojtyłę pamiętać?

J.R.: Będzie pamiętany jako przywódca, ktoś, kto przyczynił się do gwałtownego przeobrażenia świata u końca XX wieku. Oraz papież, który mocno przeobraził Kościół. Zmienił zatem i świat, i Kościół. Więcej jednostka w historii nie jest w stanie zdziałać.

Europa: Wciąż pytamy o kryteria nieco twardsze niż zwyczajowe rytualne eksklamacje Pokolenia JP2, będące jedyną odpowiedzią na pytanie o realne zmiany, jakie pod wpływem nauczania Jana Pawła II zaszły w formacji religijnej Europejczyków czy nawet Polaków. Podkreślamy, że chodzi nam o formację religijną, a nie świadomość polityczną czy narodową.

J.R.: Tu mnie panowie zadziwiają, bo – co jak co – ale to przynajmniej wydawało mi się oczywistością trudną do zakwestionowania. Że mianowicie w Polsce trzydziestolecie Wojtyły co najmniej istotnie opóźniło tempo procesu „eurozeświecczenia”. Kiedy przeczytałem w „Rzeczpospolitej” wyniki badań pokazujące, że 75 proc Polaków chodzi do spowiedzi, byłem szczerze zdziwiony, bo sądziłem, że to będzie jakaś jedna trzecia. Jeśli cała amerykańska szkoła socjologów religii z Bergerem i Casanovą na czele ma rację, że koniec wieku XX to fala odrodzenia religii (a chyba rację mają), zaś Europa na tym tle jest trudno wytłumaczalnym wyjątkiem, to Polska nadal pozostaje dla odmiany wyraźnym wyjątkiem na tle owej zeświecczonej Europy. I ten ostatni wyjątek byłby też kompletnie niezrozumiały, gdyby nie racjonalizujące go zjawisko Wojtyły.

B.Ł.: Z kolei płytkość formacji religijnej sprawia, że nawet wyjątkowa medialna charyzma Jana Pawła II nie zmodyfikowała świeckiej etyki Polaków tak, żeby rzeczywiście imponowała ona Niemcom, Francuzom, Anglikom… A poprzez nią, żeby imponował im Wojtyła, jako papież, który zmienił zauważalnie chociażby swój własny naród.

J.R.: Mnie przekonuje hipoteza Tomasza Żukowskiego, że katolicyzm Polaków ewoluuje w stronę „obywatelskiej religii publicznej”, trochę w stylu amerykańskim, czasem niestety płytkiej duchowo, deklaratywnej, bez jakiegoś głębokiego podkładu doktrynalnego. Ale za to powszechnej i wspierającej obywatelską cnotę, ład publiczny. To zresztą trochę przypominałoby religijność szlacheckiej Polski złotego wieku, krytykowaną przez krakowskich stańczyków. W atmosferze współczesnej Europy to nie jest wcale to najgorsze, co mogłoby Polaków spotkać.

B.Ł.: W to właśnie upowszechnianie się „obywatelskiej religii” stabilizującej cnoty i ład publiczny powątpiewam, obserwując życie polityczne i życie publiczne Polaków.

J.A.K.: Na ten temat, jako praktyk, mogę powiedzieć najwięcej. Istotnie, jest ogromna różnica pomiędzy ceremonialnością polskiego Kościoła, a jego wpływem na praktyczne, codzienne działania ludzi wierzących. Ale ważne jest dla mnie, że mój Kościół nie jest dla ludzi doskonałych, dla świętych, ale także dla tych, którzy zmagają się ze sobą, ze swoją słabością i miernotą, ale jednocześnie uznają, że jest jakaś miara, wedle której mogą się ocenić – co więcej, odnaleźć nadzieję przemiany życia.

Europa: Dzisiaj jednak jest już normą w Polsce mówienie, tak jak w wielu innych krajach Europy, że jestem katolikiem i dopuszczam aborcję.

J.R.: Nie doceniają panowie znaczenia swego rodzaju moralnej i religijnej hipokryzji. Z perspektywy naszej własnej doskonałości istotne jest to, jacy naprawdę jesteśmy i jak postępujemy. Ale dla oceny stanu społeczeństwa istotniejsze prawdopodobnie jest to, czy łamiąc standardy nad nadal wierzymy w ich istnienie. Eliot sformułował niegdyś bliskie mi kryterium „chrześcijańskości” społeczeństwa. Jesteśmy ciągle społeczeństwem chrześcijańskim, kiedy przedrefleksyjnie uznajemy „podwójne podporządkowanie” swojego życia nie tylko porządkowi doczesnemu i politycznemu, ale także regułom transcendentnym. W polskiej obywatelskiej religijności to poczucie jest nadal całkiem silne.

Europa: Ale zgodzi się pan, że to nie jest miara wyjątkowej siły oddziaływania polskiego papieża, tylko raczej miara pewnej normy oddziaływania słabego.

J.R.: Nie, jest to wynik słabości natury ludzkiej. Ale na miły Bóg, nie o tym przyszliśmy przecież rozmawiać, że grzech jest dominującym rysem ludzkiej natury, a książę tego świata jest silniejszy od każdego papieża, także Wojtyły.

Europa: To nadal nie tworzy dowodu na wyjątkowość oddziaływania Jana Pawła II w dziejach. Wychodzi na to, że nie pozostawił po sobie ani wyrazistego śladu doktrynalnego, ani zmian instytucjonalnych, ani modyfikacji zachowań wierzących, bo „szatan jest silniejszy od każdego papieża”. Gdzie zatem wyjątkowość?

J.R.: W tym co największe, gdy mówimy o roli jednostki w historii. W odwróceniu panujących przed nim w Kościele trendów. Podczas niedawnej podróży do Izraela, chyba koło dwudziestu nieznanych wcześniej Żydów mówi mi: wy chrześcijanie mieliście wyjątkowego przywódcę, który jest kochany w naszym kraju. Muzułmański król Jordanii wspiera w zrekonstruowanym przez archeologów miejscu prawdopodobnego chrztu Jezusa przez Jana budowę kościoła pod wezwaniem… Jana Pawła II.

Europa: Pierwszy Czeczen, który przyszedłby do Rosjan, albo pierwszy Rosjanin, który pójdzie przeprosić Czeczeńców, będzie ogłoszony lokalnym świętym.

J.R.: Prawdopodobnie Afrykanie, gdybyśmy ich spytali o opinię, mieliby podobne opinie na temat Jana Pawła II, co Żydzi czy Muzułmanie. I byliby pewnie mocno zdziwieni, że jakiś opat z bractwa Piusa X czyni dzisiaj papieżowi doktrynalny zarzut uprawiania kultów animalistycznych w Togo, zaprzeczając w ten sposób jego świętości.

J.A.K: To jest wielki problem inkulturacji Ewangelii w różnych kulturach. Papież był tu ogromnym optymistą. Otworzył się na wyzwanie globalizacji tak jak wszyscy wielcy misjonarze… To będzie dalej owocowało, chrześcijaństwo, które być może umrze czy raczej osłabnie w „małych kibucach” w Europie, będzie nadal , a nawet coraz bardziej, religią powszechną.

Europa: Dopóki hipermarkety i Big Brother nie dotrą z całą mocą do Togo. To może się zdarzyć szybciej, niż sądzą ci, którzy wierzą, że trzeci świat pozostanie dziewiczą ziemią misyjną. Czy to jest wyraz tryumfalizmu, czy ucieczka przed problemem nie rozwiązanym w Europie, w kolebce Kościoła Piotrowego. Gdzie dalej będzie można uciekać?

J.A.K.: Sprawa jest poważniejsza. Można jednak mówić o schyłku pewnego typu oddziaływania świeckiego Oświecenia. Wchodzimy w zupełnie inną fazę, nazywaną ponowoczesnością. I w tym sensie Jan Paweł II jako pierwszy papież przeskoczył od Kościoła przytłoczonego Oświeceniem, usiłującego walczyć, ale w istocie uwięzionego w tej historycznej perspektywie, do Kościoła nowej epoki. Traktującego sacrum nie jako przeciwieństwo rozumu.

Europa: Magia katolicka, katolicki New Age, powołuje się na duchowość JJana Pawła II , na siostrę Faustynę, którą on wyniósł na ołtarze, na jego zupełnie wyjątkowy stosunek do objawień fatimskich, a także do innych objawień, co do których Kościół miał wcześniej wątpliwości i ma je nadal. To wszystko jest w tym pontyfikacie obok „Fides et Ratio”, albo nawet proporcje są na korzyść katolickiego New Age’u, „Fides et Ratio” jest obok niego. Znowu mamy raczej synkretyzm, niż pozostawienie Kościołowi wyraźnej wskazówki.

J.A.K.: To należy oddzielać, odcedzać, to już od nas zależy. Nie ma nauczania zamkniętego, także Jan Paweł II takiego nie pozostawił. Kościół może je podjąć, albo zaprzepaścić. Oczyścić i wydobyć z nauczania i ze świadectwa, to co w nim najcenniejszego, albo ugrzęznąć w błyskotkach i marginaliach. Fala irracjonalizmu, która idzie przez świat i także – niestety – przez Kościół (czy lepiej: Kościoły) może zniszczyć i zmienić proporcje, również w nauczaniu poprzedniego papieża , o to także toczy się walka wewnątrz Kościoła.

B.Ł.: W polskim katolicyzmie walka o wydobycie racjonalnego wątku z nauczania papieża została przegrana. Ja nie wiem, czy była w ogóle toczona. To co irracjonalne, stało się dla Polaków znakiem wywoławczym „ich papieża”. Nastąpiła taka emocjonalizacja polskiego katolicyzmu, jakiej za czasów prymasa Wyszyńskiego nie dostrzegałem, chociaż wówczas, jako przejściowo polityczny katolik, sprawami Kościoła dość mocno się interesowałem.

J.R.: Nie zgodziłbym się z aż tak daleko idącym uogólnieniem, bo w potocznej polskiej świadomości istnieje przede wszystkim dość rygorystyczne i całkowicie racjonalne nauczanie etyczne Wojtyły. Ale jeśli trochę wizjonersko popatrzeć na opisywany przez socjologię trend współczesnego wzmacniania się religijności w świecie, to widać, że zjawisko Jana Pawła II jest niewątpliwą częścią tej właśnie przechodzącej przez świat fali, przy wszystkich różnicach, spokrewnioną na przykład z nową ekspansywnością islamu. I w tym sensie nie daje się go wpisać w pochód europejskiego rozumu.


{KONTEXT}
Jan Andrzej Kłoczkowski, Bronisław Łagowski i Jan Rokita spierają się o wielkość Wojtyły

Trzej polscy uczestnicy dyskusji zorganizowanej przez „Europę” w piątą rocznicę śmierci Jana Pawła II i inauguracji pontyfikatu Benedykta XVI to ojciec Jan Andrzej Kłoczowski, profesor Bronisław Łagowski i Jan Rokita.

Dominikanin Jan Andrzej Kłoczowski jest filozofem i teologiem. Był wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, wykładał także w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Dominikanów w Krakowie, gdzie w latach 90. pełnił funkcję rektora, był także wykładowcą na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. W latach 70. członek zespołu redakcyjnego miesięcznika „W drodze”, a w latach 90. redakcji miesięcznika „Znak”. Od 1997 roku jest redaktorem periodyku filozoficznego „Logos i Ethos”. W latach 70. i 80. Kłoczowski prowadził krakowskie duszpasterstwo akademickie „Beczka”, współpracujące w tym czasie ze środowiskami opozycji demokratycznej. Jego najważniejsze publikacje książkowe to „A myśmy się spodziewali”, „Czego chrześcijanie nie wiedzą o chrześcijaństwie”, „Zawierzyć prawdzie”, „5 kroków w stronę pojednania”.

Profesor Bronisław Łagowski to filozof, historyk idei i publicysta. Przez wiele lat był pracownikiem Instytutu Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, obecnie zatrudniony w Instytucie Filozofii i Socjologii Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Specjalizuje się w filozofii politycznej, od lat 70. propaguje w Polsce myśl liberalną. Związany początkowo ze środowiskiem Mirosława Dzielskiego, publikował wówczas w „Tygodniku Powszechnym” pod pseudonimem Jan Demboróg. Jednak w latach 80. stał się ostrym krytykiem solidarnościowej opozycji. Publicysta „Przeglądu Tygodniowego”, a później lewicowego „Przeglądu”. Jego najważniejsze książki to „Filozofia polityczna Maurycego Mochnackiego”, a także zbiory esejów i artykułów: „Co jest lepsze od prawdy”, „Liberalna kontrrewolucja”, „Szkice antyspołeczne”, „Łagodny protest obywatelski”.

Jan Rokita to jeden z najciekawszych i jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych uczestników polskiej polityki. Ten prawnik, polityk i publicysta, w okresie PRL-u działał w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, NSZZ „Solidarność” oraz w organizacji Wolność i Pokój. Internowany w stanie wojennym, represjonowany w latach 80. Uczestnik obrad Okrągłego Stołu, szef URM w rządzie Hanny Suchockiej. Należał do Unii Demokratycznej, Unii Wolności, Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Jeden z najaktywniejszych członków sejmowej komisji śledczej powołanej do zbadania afery Rywina. Przewodniczył pracom gabinetu cieni PO. W 2007 roku wycofał się z polityki.

W polskiej części sporu o rolę Jana Pawła II w historii Kościoła katolickiego, zderzają się ze sobą polski mesjanizm reprezentowany w dyskusji „Europy” przez Jana Rokitę, optymizm antropologiczny ojca Jana Andrzeja Kłoczowskiego, a wreszcie ogromny sceptycyzm Bronisława Łagowskiego co do realności i głębokości oddziaływania Jana Pawła II na Polskę, Europę i świat. Jan Rokita, nawet swoje własne realne wątpliwości co do intelektualnej gęstości encyklik Wojtyły czy też prawdziwości jego diagnozy o „nowej wiośnie Kościoła”, pokrywa deklaracjami wynikającymi w ogromnym stopniu z przekonania, że Polacy potrzebują poczucia wielkości, odbudowy wiary w siebie, wydobycia się z kompleksów, a do tego wszystkiego doskonale nadaje się postać Jana Pawła II jako „papieża tysiąclecia”, człowieka, który ocalił Kościół z posoborowego chaosu, a wreszcie Wojtyły jako męża opatrznościowego, który nie tylko wydobył Kościół z zaczadzenia „teologią wyzwolenia”, ale taką oczyszczoną przez siebie instytucję skutecznie wykorzystał do obalenia komunizmu w Polsce i całej Europie Wschodniej. Ojciec Jan Andrzej Kłoczowski próbuje unikać nadmiernego tryumfalizmu, dystansuje się wobec politycznych kryteriów wielkości Karola Wojtyły, przedstawia jednak Jana Pawła II jako postać przełomową w obszarze nawiązania dialogu pomiędzy chrześcijaństwem i świeckim humanizmem, a także pomiędzy Kościołem a przekraczającym jego granice zjawiskiem „powrotu sacrum” w całym współczesnym świecie. Niewzruszonym sceptykiem pozostaje Bronisław Łagowski, który wylicza kolejne porażki Wojtyły: polski papież nie pogłębił religijności Polaków, ale jeszcze bardziej ośmielił nas na drodze duchowego i intelektualnego kolektywizmu; nie pogłębił polskiego katolicyzmu i nie uczynił go bardziej zdyscyplinowanym czy intelektualnym, ale nadał mu jeszcze bardziej egzaltowany charakter; nie odwrócił procesu sekularyzacji w Europie; nie zdołał nawet przedstawić Zachodowi Polski, jako kraju, w którym masowa religijność rzeczywiście przekłada się w jakikolwiek sposób na podniesienie standardów świeckiego życia społecznego. Dyskutanci zgadzają się w jednym, obecne problemy instytucjonalne Kościoła, także te, które wynikają ze słabości chrześcijaństwa w przechodzącej proces sekularyzacji Europie, nie są problemami nowymi, spowodowanymi przez błędy Benedykta XVI. Problemy stojące przed dzisiejszym Kościołem Benedykt XVI „odziedziczył” po Janie Pawle II. Znowu najbardziej bezpośrednio, wręcz brutalnie, przedstawia całą sprawę Łagowski mówiąc, że polski papież nie rozwiązał żadnego z problemów współczesnego Kościoła w Europie, ani nawet w Polsce, a jedynie „przesłonił je”, odwrócił od nich naszą uwagę, skupiając ją na swojej własnej ogromnej charyzmie.

EUROPA miesięcznik idei

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code