Refleksja o Internecie

Z siecią w tle

Z siecią w tle

Michał Kuźmiński

Miałem nadzieję i ciągle mam, że sieć będzie w mniejszym stopniu kolejnym kanałem telewizyjnym, a w większym – interaktywnym oceanem
współdzielonej wiedzy.

Tim Berners-Lee, wynalazca WWW

Autorzy raportu „Przyszłość Internetu III”, który powstał w amerykańskim think-tanku Pew Research Center, podkreślają, że do 2020 r. głównym narzędziem dostępu do sieci będzie komórka – a właściwie multimedialny smartphone. Będziemy dzięki niemu jeszcze częściej online i zmieni się jeszcze więcej naszych zwyczajów.

Co już dziś robimy z internetem, a on z nami? Żeby spróbować odpowiedzieć, trzeba się przyjrzeć zmianom własnych, prostych nawyków.

Portal społecznościowy to modelowe wcielenie idei sieci. Tu faktycznie ludzie łączą się z ludźmi, dyskutują na forach, wymieniają informacje. Portale te – jak Facebook czy swojska Nasza Klasa – miały służyć podtrzymywaniu kontaktu ze starymi znajomymi lub – jak LinkedIn, Grono czy GoldenLine – łączyć ludzi o podobnych zawodach i pasjach.

Zbieramy tu grono znajomych. Czy wzmacnia się więź z innymi? W jakimś stopniu tak: niektóre relacje bez sieci by wygasły – jak ze znajomymi z podstawówki. Sieć umacnia też więzi najważniejsze: np. z bliskimi, którzy mieszkają gdzieś daleko.

Pytanie, jak głębokie są tak zadzierzgnięte więzi. Geografia sieci upraszcza łączność horyzontalną: dystans i czas nie grają roli. Co jednak z wymiarem wertykalnym? Ilość informacji może być nieograniczona, a to – paradoksalnie – powoduje, że męczymy się zbyt szybko, by sięgnąć odpowiednio głęboko.

W efekcie mamy mnóstwo znajomych. Pytanie, ilu wśród nich przyjaciół.

Dotyczy to nie tylko portali społecznościowych. Grono znajomych budujemy też przecież w książce adresowej czy w pamięci komórki.

Dzięki forom doskonale radzą sobie grupy ludzi chcących o czymś dyskutować lub mających coś do załatwienia: mieszkańcy nowego bloku, zanim się wprowadzą, zakładają forum internetowe. We wrześniu większość nowych pierwszych klas zakłada… grupę na Naszej Klasie. Łatwiej przełamać pierwsze lody w ten bezpieczny, bo zapośredniczony sposób. Co jednak z relacjami nie użytkowymi, lecz emocjonalnymi? Im więcej kontaktów, tym mniej czasu dla każdego z nich. Ale mamy wszak na to prosty środek zaradczy: na święta wysyłamy jeden e-mail czy SMS do wszystkich. Jeszcze kilka lat temu uchodziłoby to za bezczelność – dziś prawie nikt się nie obraża. Zadowalamy się faktycznym wymiarem komunikacji, czyli samym sygnałem „pamiętam o tobie”, nadanym w szybkim rytmie, jaki dyktują nowe media. Portale społecznościowe mają nawet do tego specjalne narzędzia: Facebook pozwala „zaczepić” znajomego (znajomy zobaczy komunikat: „Kowalski cię zaczepił”), inne serwisy umożliwiają wysłanie obrazka z kwiatkiem czy tortem.

Portal albo komórka powiadomią też, że znajomy ma dziś urodziny i jednym kliknięciem pozwolą złożyć mu życzenia. Życzenia świąteczne i pamiętanie o urodzinach to jedne z bardziej frapujących zmian pod wpływem nowych mediów. Zmienia się obyczaj: rytuały właściwe dotąd tylko dla mocnych więzi rozciągają się: dostajemy życzenia od ludzi, których ledwo pamiętamy.
Czy pogłębia to więzi płytkie, czy spłyca głębokie?

Kolejne puste przestrzenie naszej percepcji są wypełniane przekazami. Reklamy na tyłach siedzeń w pociągu i samolocie. Na uchwytach w autobusie. Na kubku z kawą. Serwis informacyjny na ekranie w tramwaju. Komórka nieustannie w kieszeni. Chcemy czy nie, uczymy się odruchowego odbierania przekazów. Jednocześnie nowe media działają w trybie natychmiastowym, wymagają szybkości. Przekazy muszą być coraz bardziej zwięzłe, żeby się wybić ze strumienia treści, zanim przysłonią je kolejne.

Zmienia się zatem język. Kto ma kontakt z gimnazjalistami czy licealistami, wie, jak wygląda komunikacja wytrenowana na SMS-ach.

Walter Ong, amerykański jezuita, badacz literatury i filozof, zauważa, że „ustność” (orality) kultury radia i telewizji nie była identyczna „ustności” kultur pierwotnych. Newsowy flesz i gawęda przy ognisku to opowieści diametralnie różnych światów. Tak samo jest z „piśmiennością” (literacy). Człowiek czasów prasy drukarskiej nastawiony był na czytanie długie, głębokie i wnikliwe. Człowiek internetu czyta mozaikowo, odruchowo, szybko.

Najnowsze badania Gemiusa z listopada i grudnia 2008 r., pokazujące zwyczaje konsumpcji mediów przez internautów, potwierdzają proste intuicje: w porównaniu z październikiem 2004 r. więcej czasu poświęcamy w sieci na przeglądanie zawartości www (61 proc. badanych w 2004 r., 68 proc. z końcem 2008 r.), mniej czytamy prasy codziennej (z 39 do 32 proc.), tygodników i dwutygodników (z 22 do 18 proc.), książek (z 30 do 26 proc.). Młodsi (15-34 lat) częściej niż starsi (35-79 lat) sięgają po nowe, szybkie media (internet, TV, radio, komunikatory).

Dzienniki i tygodniki czyta się często w internecie – robi to odpowiednio 64 i 33 proc. internautów. To i tak mniej – choć niewiele – niż jeszcze wiosną 2008 r. (66 i 34 proc.). Ale to inne czytanie. Warto czasem policzyć, ile ma się naraz otwartych okienek.

Użytkownik Facebooka śledzi przybywające w ciągu dnia na profilach znajomych opisy, linki do znalezionych właśnie w sieci artykułów i filmów z YouTube.

Chwileczkę: czy przypadkiem ci wszyscy ludzie nie są właśnie w pracy?

Godziny aktywności użytkowników portali społecznościowych i forów pod artykułami na witrynach prasy pokazują dzisiejszą wersję przerwy na gazetę, pogaduszki czy malowanie paznokci. Dzieli się ona na setki mikroprzerw. Być może nie poświęcamy na pracę mniej czasu niż, powiedzmy, dwie dekady temu, ale odbywa się to w inny sposób. Coś wciąż dzieje się w tle.

Według badań Gemiusa, choć szczyt korzystania z komunikatorów internetowych przypada na 19.00 do 23.00, to jednak już około południa rozmawia przez nie przynajmniej co dziesiąty użytkownik, a do wieczora liczba ta równomiernie rośnie. Wynika to też zapewne z faktu, że popołudniu wraca ze szkoły młodzież, ale przecież komunikator to jedno z okienek na służbowym komputerze.

Co uderzające, w weekendy godziny korzystania z komunikatorów wyglądają prawie identycznie. To część większego zjawiska: zacierają się granice między czasem pracy a czasem wolnym. Dzięki sieci i komórce, na urlopie czy w weekend jesteśmy jedną nogą w pracy. Równocześnie dzięki nim jakaś część nas ma w pracy nieustanne wolne.

Eksperci z Pew Research Center stawiają sprawę jednoznacznie: do 2020 r. te granice będą się rozmywać coraz bardziej. Z jednej strony, piszą badacze, da nam to więcej elastyczności i wolności. Z drugiej – zarazi życie rodzinne zawodowymi stresami i oderwie od rzeczywistości wymagania pracodawców, nieograniczonych już ośmiogodzinnym dniem pracy. Zresztą, w tych ostatnich kwestiach nie trzeba przecież czekać do roku 2020.

Rozmywa się też sztywny podział na kontakt twarzą w twarz i przez media. Nie chodzi tylko o biurowe telekonferencje. Jak często, siedząc w grupie znajomych, odbieramy telefon i rozmawiamy, jak gdyby nigdy nic? Zmienia się kolejna norma, coraz rzadziej uznaje się to za niestosowne. Medioznawca wizjoner Marshall McLuhan nazwał media „przedłużeniami człowieka”. Spotkanie ze znajomymi przedłużamy także na kogoś, kto jest daleko. Choćby wysyłając MMS-a ze zdjęciem wszystkich przy stole.

Wśród wielu konsekwencji bycia nieustannie online wyróżnia się coraz powszechniejsza potrzeba tworzenia treści. Apologeci internetu jako medium obywatelskiego, wyobrażając sobie internetowego prosumenta (czyli konsumenta i producenta w jednym), woleli myśleć raczej o blogerze piszącym o ważnych sprawach swojej społeczności. Zapewne więcej jest jednak prosumentów wytwarzających dyskusje na forach. Jak ocenić wartość tych dyskusji dla debaty publicznej? Wiele z nich jest ciekawszych niż sam artykuł. Są także wyrazem wolności wypowiedzi. Z drugiej strony jest jednak coś, co trafnie ujął jeden z ankietowanych w ramach raportu Pew. Na pytanie, czy dzięki dostępowi do różnorodnych opinii innych, staniemy się bardziej tolerancyjni, Dan Larson, prezes jednej z amerykańskich fundacji, odpowiedział: „Żartujecie? Im łatwiej ludziom wyrażać swoje przekonania o innych, zwłaszcza dzięki sieciowej anonimowości, tym więcej jadu i bigoterii…”.

Prosument nowych mediów równie często, jeśli nie częściej, posługuje się kolejną ikoną komunikacji mobilnej: aparatem w komórce. Zdjęć z komórki jest w sieci bez liku, a media masowe, nieustannie głodne nowych treści, zachęcają do wysyłania im nagranych przez siebie ważnych wydarzeń. Gdyby nie to, nie zobaczylibyśmy tragedii tsunami na Pacyfiku czy karambolu na A-4. Na pytanie, czy zaspokoiliśmy w ten sposób swoją potrzebę uczestnictwa czy podglądactwa, trzeba sobie odpowiedzieć samemu.

W pełnometrażowej kreskówce „The Simpsons” dziadek Simpson doznaje nagle w kościele objawienia: pada na podłogę, drży, prorokuje. W świątyni zapada pełna konsternacji cisza. W końcu jeden z uczestników nabożeństwa wstaje i robi mu zdjęcie komórką.

Gdzieś na końcu czai się pytanie: czy jest gorzej? McLuhan określał podobne pytania jako „lusterko wsteczne”. Lubimy spoglądać w przeszłość. Teatr cenimy bardziej od kina, a książkę od blogu. Tymczasem same media niczego jeszcze nie powodują, mogą jedynie sprzyjać. A zanim pomyślisz, że Ciebie to wszystko nie dotyczy, przypomnij sobie, jak się czułeś, kiedy zapomniałeś wziąć ze sobą komórkę.

Michał Kuźmiński

Tekst pochodzi z „Tygodnika Powszechnego”

Zaprenumeruj e-tygodnik!

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code