Książki Wydawnictwa PAX

Piekło Gutenberga

PIEKŁO GUTENBERGA

Tytuł oryginału: Das Gutenberg-komplott

CHRISTOPH BORN

Przełożyła Monika Łesyszak

Seria „Powieść z kapturem”

Kupuj książki Wydawnictwa PAX

Moguncja, rok 1454.
Syn bogatego kupca, Jan Gutenberg, udoskonala swój wynalazek, który odmieni oblicze świata: za pomocą ruchomych czcionek drukuje Biblie, co pozwoli rozpowszechnić znajomość Pisma Świętego wśród ludu. W mieście dochodzi do dwóch zabójstw. Jaki związek maja one z wynalazkiem Gutenberga? Czy młodemu sędziemu, Thomasowi Bergerowi, uda sie znaleźć łączący je motyw i wykryć morderce? Trzymająca w napięciu, barwna powieść oparta na realiach codziennego życia piętnastowiecznego miasta i wprowadzająca w początki historii druku.

CHRISTOPH BORN – studiował w Moguncji literaturoznawstwo, germanistykę i historie. Napisał prace doktorska na temat wczesnych druków Biblii, od Gutenberga do Lutra. Piekło Gutenberga to pierwsza pozycja w naszej nowej serii „Powieść z kapturem”, nawiązującej do najlepszych tradycji powieści sensacyjno-historycznej, dostarczającej czytelnikom nie tylko emocji i rozrywki, ale i rzetelnej wiedzy o dziejach chrześcijaństwa i Europy.


Fragmenty książki

PROLOG

Rzym, Kwiecień 1453

Sebastiano nie znał człowieka, którego miał zabić. Siedział przy węższym boku stołu, jego żona, Emilia naprzeciwko, a dwoje dzieci przy dłuższych bokach. Enzo pochłaniał jedzenie bez apetytu. Beata wyciągała kluski do góry i upuszczała z powrotem na talerz. Sebastiano wymierzył jej szturchańca i pogroził palcem.

– Kiedy wrócisz? – spytała Emilia.

– Raczej wcześnie.

Musiał wykonać zlecenie, zanim zapadną ciemności, co mu odpowiadało, ponieważ zwykł wcześnie wstawać. Raz kazano mu zabić w nocy. Czuł się wtedy bardzo niepewnie, a w tego rodzaju pracy potrzeba opanowania.

– Świetnie – ucieszyła się żona. – Moglibyśmy później pójść nad rzekę.

– Z przyjemnością, Emilio. Może zastaniemy tego staruszka, co smaży ryby.

Dzieci zareagowały na plan rodziców wybuchem dzikiej radości.
Mniej więcej miesiąc wcześniej Emilia oznajmiła, że jest w ciąży. W mieszkaniu przestanie wystarczać miejsca dla sześciu osób. Do rodziny należała jeszcze stara matka Sebastiana. Leżała w pokoju obok i nie chciała jeść. Enzo uczęszczał do łacińskiej szkoły. Gdyby urodził się drugi chłopiec, potrzebowaliby jeszcze więcej pieniędzy na czesne. Dla Beaty należałoby zebrać posag, żeby stanowiła dobrą partię, gdy dorośnie. Miał na to wiele lat, ale wolał wcześniej zaplanować przyszłość najbliższych.

– Dokąd dziś idziesz?

– Do gospody przy Piazza del Popolo, niedaleko kościoła Santa Maria. Pokażę pielgrzymom Panteon, Lateran, kościół Świętego Piotra. Na razie niewielu ich przybywa, póki przełęcze w Alpach pokrywa śnieg, ale od maja będzie lepiej. Ale czas na mnie. – Sebastiano wstał.

Z tego, co zarabiał jako przewodnik, nie był w stanie utrzymać rodziny. Emilia odprowadziła go do drzwi, pocałowała na pożegnanie. Stara klatka schodowa ze stromymi, wyszczerbionymi schodami przedstawiała dość żałosny widok. Sebastiano musiał się trzymać ściany, żeby nie upaść. Jeśli dopisze mu szczęście, przeprowadzą się do nowego mieszkania, niedaleko Tybru. Ostatnio upatrzył sobie jedno, co zataił przed Emilią. Zrobi jej niespodziankę. Zaczeka do lata. Wtedy wytłumaczy jej, że tego roku przybyły całe tłumy pielgrzymów, interes szedł fantastycznie, a on po kryjomu odkładał pieniądze. Rzeczywiście jego zarobki rosły z roku na rok, choć nie tak szybko, jakby sobie życzył. Odkąd Mikołaj V* został papieżem, jego śmiałe projekty budowlane wraz z obietnicą odpustu, rozgłaszaną na rynkach całej Europy przez kurierów, ściągały do Wiecznego Miasta całe tłumy. Mikołaj wiele przedsięwziął, lecz wiek zrobił swoje. Ostatnio podupadł na zdrowiu. Czy Sebastiano zdoła zarobić na oprowadzaniu tyle, żeby zapewnić rodzinie godziwe warunki? Obecnie otrzymał największe i jak dotąd najtrudniejsze zlecenie.

Wyszedł na ulicę. Z przyzwyczajenia spojrzał na niebo, po którym wiatr pędził poszarpane, szaro-białe chmury. Przewidywał najwyżej niewartą wspomnienia mżawkę. Wiosenna bryza niosła ciepłe, łagodne powietrze. Kiedy ojciec zmarł, gdy Sebastiano miał piętnaście lat, spadła na niego odpowiedzialność za najbliższych. Utrzymywał matkę i pięcioro rodzeństwa, zanim dorośli na tyle, by stanąć na własnych nogach. Ojciec nigdy w niego nie wierzył. Uważał go za słabeusza. „Spójrzcie no tylko na te dziewczęce dłonie” – drwił. Rzeczywiście natura nie obdarzyła Sebastiana zbyt hojnie, lecz przy niskim wzroście i delikatnej budowie posiadał niewyczerpaną energię i siłę przebicia. Założył nawet własną rodzinę. Jego dzieci nie zdawały sobie sprawy, jak szczęśliwy los przypadł im w udziale. Ale Enzo miał dopiero siedem lat, a Beata pięć. Czy jednak nie pokierował źle swym życiem?

Obecna chwila nie sprzyjała tego rodzaju rozważaniom. Być może wiosenne zmęczenie nastrajało do melancholijnych refleksji. Lecz dziś nie mógł zawieść. Zaplanował każdy krok. Powtarzał swoją rolę dotąd, aż zaczęła mu się śnić po nocach.

– Robię to dla mojej żony i dzieci – powiedział sobie.

Pozdrowił sąsiadkę, wracającą z targu z pełnym warzyw koszem, trzech staruszków, którzy jak zwykle siedzieli na chybotliwej ławce przed drzwiami, pili wino i gestykulowali, piekarza, który pomachał mu ręką ze sklepu, matkę, prowadzącą córeczkę za rękę, wreszcie woziwodę i karmelitę. Ruszył wąskimi uliczkami w stronę Panteonu. Najbardziej lubił swoje miasto właśnie o tej porze, gdy wszyscy podążali w różnych kierunkach, gdy zza każdego rogu dochodziły odgłosy budowy, przekleństwa, nawoływania i turkot kół. Gdy ujrzał kopułę Panteonu, skręcił w bezludną, boczną uliczkę. Otworzył drzwi dwukondygnacyjnego budynku, rzucił okiem na drewnianą figurę Madonny z Dzieciątkiem w niszy przy wejściu.

Wszedł po schodach na górę, otworzył nie zaryglowane drzwi. Gdy rozejrzał się po pomieszczeniu, z zadowoleniem stwierdził, że wszystko wygląda tak, jak opisał Guido Bologna. Na łóżku leżała sukienka i damska pelerynka. Na stole stał kosz ze słodyczami. Obok znalazł chustkę na głowę, a na małej półeczce oparte o ścianę metalowe lusterko.

W pomieszczeniu panował półmrok. Tylko przez szparę w ledwie uchylonych okiennicach wpadała struga słonecznego światła, w której tańczyły drobinki kurzu. Z podwórza dobiegały okrzyki rozbawionych dzieci. Sebastiano zdjął spodnie, złożył je w kostkę na łóżku, na nich ułożył koszulę. Następnie wziął sukienkę, podszedł do lustra, przyłożył przebranie do piersi i przez chwilę oglądał własne odbicie. Przyznał ojcu rację. Nie tylko szczupłe ramiona, nogi i smukłe palce, lecz również delikatne rysy twarzy i miękkie włosy nadawały mu niemal kobiecy wygląd. Nie odziedziczył po ojcu bujnego owłosienia ciała. Miał tak gładką skórę, jakby szorował ją pumeksem jak szlachetne damy. Zrudziała ze starości brunatna sukienka nie rzucała się w oczy. Mnóstwo kobiet na ulicy nosiło podobne.
Podszedł bliżej do lustra, żeby obejrzeć starannie wygoloną twarz. Nie widział powodu do zmartwień. Nie dostrzegł cienia zarostu, nawet gdy stanął w strudze światła. Miał jasne włosy po pradziadku, którego znał jedynie z opowiadań. Przećwiczył uśmiech, chociaż nie czuł się pewnie. Zabił już dwie osoby, ale dziś czekało go znacznie trudniejsze zadanie.

Zapiąwszy staniczek, przypomniał sobie, że jako dziecko często nosił dziewczęce stroje po starszej o rok siostrze, bo rodzice byli za biedni, by kupić mu nowe. Nie on jeden. Tam gdzie mieszkał, widok chłopca w dziewczęcych szatkach nie należał do rzadkości, więc niespecjalnie narażał go na drwiny. Włożył sukienkę przez głowę. Sandały pasowały. Bologna zadbał o najdrobniejsze szczegóły. Sebastiano sięgnął po chustkę. Ponowne spojrzenie w lustro do reszty rozproszyło lęki. Stwierdził, że strażnicy go nie rozszyfrują.

Pomyślał o Dziesięciu Przykazaniach, które wbijano jemu i kolegom do głów za pomocą rózgi. Jak brzmiało pierwsze? „Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną”. Gdy ktoś go nie znał, witka śmigała w powietrzu, a potem nieznośny ból przeszywał palce. Zawsze bili po palcach. Piąte: „Nie zabijaj”. Gruby, bezwzględny ksiądz nigdy nie podał uzasadnienia. Lecz świat jest okrutny. Kto nie chce zginąć, musi się dostosować. Czyż sztuka przeżycia nie polega na umiejętności przystosowania? Wieczna metamorfoza…
Sebastiano nie wierzył w życie po śmierci. Gdy przyjdzie, wszystko przemija. Dlatego też nie ma znaczenia, czy człowiek zabija, czy nie. Nie wolno się tylko dać przyłapać – oto pierwsze i najważniejsze przykazanie. Jedynie własna rodzina stanowiła dla niego świętość. Nigdy nie przemknęło mu przez głowę, żeby uderzyć żonę jak inni mężowie, którymi za to gardził.

Był zadowolony ze swego przebrania. Pozostało mu jeszcze sporo czasu, by przećwiczyć chód. Uznał owo zadanie za szczególnie ważne. Jeśli będzie się poruszał pewnie i śmiało, nikt nie zwątpi w jego nową tożsamość.

W ostatnich dniach uważnie obserwował ruchy i zachowanie żony.

„Muszę wejść w skórę Emilii” – powiedział sobie. –

„Nikogo nie znam tak dobrze jak ją. Wystarczy kilka godzin, a wejdę w rolę, jak aktor”.

Wiedział z doświadczenia, że na scenie mężczyźni udają kobiety i odwrotnie.

Kilkakrotnie przemierzył pokój w tę i z powrotem, obserwując swoje odbicie w metalowym lustrze. Ponieważ z satysfakcją stwierdził, że nieźle mu idzie, zmienił krok na taneczny, jako że trochę brakowało mu lekkości. Własne dzieci nauczyły go, że najlepsze rezultaty daje nauka połączona z zabawą. Później spróbował paru różnych min, póki nie nadeszła pora wyjścia. Wziął kosz, opuścił pokój i kamienicę.

Gdy wyszedł z bocznej uliczki między ludzi, przerażała go każda para oczu. Wyobrażał sobie, że zaraz wszyscy zwrócą ku niemu głowy, że wyśmieją jego kanciasty, sztywny chód. Nic takiego nie nastąpiło. Prawie nikt nie zwrócił na niego uwagi. Tylko jeden spośród stojących przed tawerną mężczyzn za nim zagwizdał. Towarzysze zawtórowali mu śmiechem. Odpowiedział im ciętą ripostą. Przy okazji wypróbował brzmienie głosu. Nie wypadł przekonująco, ale rozbawione towarzystwo nie odkryło jego prawdziwej płci, co dodało mu pewności siebie. Ruszył śmiało dalej.

Obrał okrężną drogę. Pogadał trochę z rzeźnikiem, tak jak robiła to Emilia, póki nie poczuł, że naprawdę wszedł w jej skórę. Potem podążył w kierunku Tybru, nucąc pod nosem, jak żona. Wreszcie wkroczył na most. Tu już musiał uważać, by nie dostać się pod koła. Konie, woły lub osły z mozołem ciągnęły w kierunku Watykanu załadowane kamieniami, belkami, beczkami i workami wozy. Inne podążały w przeciwnym kierunku lekkim krokiem, już bez ładunku. Wejścia do Watykanu strzegli ludzie z halabardami. Sabastiano stanął w długiej kolejce oczekujących. Od czasu nieudanego zamachu na papieża wzmocniono straże. Zerknąwszy na swój kosz ze słodyczami, pomyślał o Porcarim.

Stefano Porcari, pochodzący z drobnej szlachty, zawiązał w styczniu sprzysiężenie przeciwko papieżowi. Był populistą. Sebastiano słyszał, jak dwa lata wcześniej podburzał lud, za co papież skazał go na wygnanie. Lecz Porcari wrócił. Przestał otwarcie mącić, zszedł do podziemia. Republikanin z przekonania, zamierzał uwolnić Rzym z „papieskiej niewoli”, spalić Watykan, zdetronizować, być może nawet zamordować głowę Kościoła, a siebie ogłosić trybunem. Na jego nieszczęście Mikołaj wyczuł, skąd wiatr wieje. Spiskowiec został stracony razem z synem, szwagrem i pozostałymi wspólnikami. Zawiśli dla przykładu na szubienicach na Zamku Świętego Anioła. Sebastiano miał nadzieję, że nie czeka go podobny koniec.

CHRISTOPH BORN

Przełożyła Monika Łesyszak

Kupuj książki Wydawnictwa PAX

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code