Rozważania niedzielne

Uroczystość Chrystusa Króla

Czytania na dziś

Zła nowina dla bezbożnych: Będzie Sąd!

Andrzej Miszk

„Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie.” (Mateusz, 25, 35-36).

Kościół stawia dziś przed nami Jezusa Chrystusa jako Króla Wszechświata. Tego, który „stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych”. Kiedyś zbyt często duchowni straszyli Bogiem i piekłem wiernych i niewiernych, dziś żyjemy w epoce wiary w Boga – w wersji permisywnej – bezwolnego, albo – w wersji pozytywnej – miłosiernego, który wszystko i wszystkim przebaczy. I myślę, że, z dwojga złego, tak jest lepiej, nawet jeśli mamy skłonność do nadużywania Bożego miłosierdzia. Ale, abyśmy nie utracili życiowego i religijnego realizmu, napiszę dziś – dla równowagi – o Bogu jako Królu i Sędzim, i o nas jako sądzonych ostatecznie i na wieki.

W Ewangeliach – również dzisiejszej – Jezus wielokrotnie zapowiada swoje powtórne przyjście i sąd. Chrześcijanie w każdej Eucharystii modlą się o rychłe przyjście Pana. Królowanie Chrystusa, rozpoczęte Jego zmartwychwstaniem, jest czymś całkowicie realnym: Chrystus jest Panem całego wszechświata i dziejów. „W Nim historia człowieka, a nawet całe stworzenie osiąga swoją ‘rekapitulacje’, swoje transcendentne wypełnienie” (KKK, 668). Obecnie królowanie Chrystusa urzeczywistnia się poprzez Kościół, Jego mistyczne Ciało, którego jest Głową. Właśnie poprzez Kościół, jego znaki, sakramenty, naukę, świętych i władzę Chrystus króluje, czyli udziela się ludziom i światu. Wierzymy, że w czasie zaplanowanym przez Ojca nastanie pełnia Królestwa Chrystusa. To, co nazywamy popularnie „końcem świata” będzie datą Sądu Ostatecznego i początkiem pełni Królestwa. Przyjście Chrystusa zostanie poprzedzone wielką próbą wiary. „Prześladowanie, które towarzyszy pielgrzymce Kościoła przez ziemię, odsłoni ‘tajemnicę bezbożności’ pod postacią oszukańczej religii, dającej ludziom pozorne rozwiązanie ich problemów za cenę odstępstwa od prawdy. Największym oszustwem religijnym jest oszustwo Antychrysta, czyli oszustwo psudomesjanizmu, w którym człowiek uwielbia samego siebie zamiast Boga i Jego Mesjasza, który przyszedł w ciele” (KKK, 675). (Ciekawe, czy już żyjemy w czasie końcowej próby? Wiele znaków – zwłaszcza rosnące bałwochwalstwo człowieka Zachodu – zdaje się zapowiadać rychłe nadejście Pana. Ale to temat na inny tekst.)

Jezus Chrystus będzie nas sądził z dwóch rzeczy: z wiary w Boga i miłości bliźniego. W przypadku chrześcijan i tych, którzy zetknęli się z chrześcijaństwem ten sąd będzie bardziej wymagający niż sąd nad tymi, którzy nie mieli szansy poznać Jezusa i Ewangelii. Będziemy sądzeni z naszego bycia uczestnikami Kościoła, wierności przyrzeczeniom chrztu, Ewangelii, posłuszeństwu Magisterium i prawowitym władzom Kościoła. Będziemy sądzeni z tego, czy dokonaliśmy wysiłku rozpoznania Boga i właściwego Kościoła, który najpełniej Go pokazuje. Ten Sąd, o którym wielu z nas woli nie myśleć, a jego znaczenie przeinaczać i osłabiać, będzie przynajmniej tak samo ważny, jak sąd nad nami jako ludźmi i naszym człowieczeństwem. W tym kontekście wielkim błędem mogą okazać się wszelkie akty apostazji, opuszczania czy lekceważenia Kościoła i Jego nauczania. Wynika to z prostego faktu: Jezus Chrystus pozostawił nam prawdę o sobie i samego siebie – sakramenty – właśnie w Kościele. Dlatego wybór Kościoła, jako wspólnoty, poprzez której wiarę, zycie, doktrynę, modlitwy, sakramenty, władzę, itd poznajemy Boga i uczestniczymy w Jego życiu, jest pośrednio wyborem Boga i prawdy o Nim. Ponadto, jeśli ktoś mówi: Bóg tak – Kościół nie, to nie rozumie natury Boga i istoty chrześcijaństwa, a jeśli ktoś idzie jeszcze dalej i mówi: religia tak – Bóg nie, to nie rozumie niczego i tkwi w regresie człowieka, jako istoty duchowej.

Sądzeni będziemy również jako chrześcijanie i ludzie Kościoła, za to w jaki sposób urzeczywistnialiśmy Ewangelię i dawaliśmy świadectwo Jezusowi innym. Ten sąd może być dla wielu z nas trudny, bo wiele grzechów i błędów mamy na sumieniu. Wydaje się, że dla Jezusa obok grzechu wobec Ducha Świętego, czyli świadomego odrzucenia Boga i dobra, właśnie grzechy Jego uczniów, tak jak Judasza, o którym mówi, że lepiej byłoby, gdyby się nie narodził, są najtragiczniejsze. Być może nie ma większego grzechu i zła, jak nadużyć imienia Boga i pozycji bycia Jego uczniem dla złych celów: władzy, pieniędzy, przyjemności, prestiżu. Według wizji św. Faustyny ludzie Kościoła obok bezbożnych i innych grzeszników licznie zapełniają piekło.

W dzisiejszej Ewangelii Mateusza Jezus zapowiada bardzo wymowną scenę Sądu Ostatecznego: kryterium dobrego życia i pozytywnej weryfikacji na wieczność jest nasz stosunek do drugiego człowieka, w którym obecny jest Bóg, Jezus Chrystus. Na uwagę zasługuje fakt prostoty i uniwersalizmu etycznego Jezusa. Nie mówi On o naszych etycznych obowiązkach wobec rodziny, najbliższych, członków tego samego narodu czy religijnej wspólnoty, czyli tego, co na codzień wydaje nam się najważniejsze, a niekiedy jedyne. Jezus będzie nas sądził z naszej relacji wobec bliźniego, który poniekąd jest nam obcy, i jego bycie bliźnim to nie tyle sprawa więzi rodzinnych, narodowych, kościelnych i religijnych, ale po prostu bycie w naglącej potrzebie pomocy. To jest etyka Samarytanina, a nie rodzinnych czy religijnych egoistów.

„Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie.” (Mateusz, 25, 35-36).

Myślę, że ten moment „obcości” bliźniego jest wart podkreślenia. Jezus jest maksymalistą etycznym, dla którego akt prawdziwie moralny zaczyna się jakby dopiero tam, gdzie kończy się konieczność wynikająca z więzi naturalnych, choć oczywiście nie przekreśla to wagi moralnych zobowiązań wobec bliskich, ale ją relatywizuje i przekracza. Można wręcz powiedzieć, że uniwersalistyczna etyka Jezusa rodzi się wręcz w sprzeciwie wobec etyk partykularnych, czyli „rodzinnych”, narodowych” i wspólnotowo-religijnych. (Warto tutaj przypomnieć sobie, co Jezus odpowiedział wysłannikom Jego rodziny, gdy przyszli go namawiać do powrotu do domu: „Moją matką, siostrą i bratem jest ten, kto pełni wolę Ojca”.) Dopiero, gdy stajemy się etyczni jakby ekstra: wobec sieroty, głodnego, opuszczonego, więzionego, chorego, czyli kogoś, od kogo nie możemy specjalnie oczekiwać rewanżu, objawia nam się Jezus. I jeszcze jedno: nasza intencja ma być zupełnie bezinteresowna: mamy czynić dobro wobec innych, najlepiej obcych nam ludzi i nie pamiętać o tym, że „zasłużymy” w ten sposób na życie wieczne. Kluczowy zresztą dla Jezusa nie jest moment moralny, ale religijny owoc aktu etycznego. I jest ważne: moralność, choć zachowuje swoją autonomię w służbie dobra człowieka, ostatecznie służy rozpoznaniu i uznaniu w bliźnim Boga, Jezusa Chrystusa, i poprzez taką postawę dostęp do Królestwa wieczności.

Niestety, i to jest zła nowina dla bezbożnych i niemiłosiernych: Chrystus i za Nim Kościół wyraźnie mówi o potępieniu wiecznym wobec tych, którzy odrzucają wiarę w Boga i w swym życiu zamykają się w egoizmie. W dniu Sądu „zostanie ujawnione postępowanie każdego człowieka i wyjdą na jaw tajemnice serc. Nastąpi wtedy potępienie zawinionej niewiary, która lekceważyła łaskę ofiarowaną przez Boga. Postawa wobec bliźniego objawi przyjęcie lub odrzucenie łaski i miłości Bożej. Jezus powie w dniu ostatecznym: ‘Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. (KKK, 678)

Słowa Jezusa przerażają swą surową bezwględnością: „I pójdą ci na mękę, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego” (Mt, 25, 46). Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że w rozumieniu Kościoła potępienie wieczne w swej istocie jest samopotępieniem, czyli ostatecznie aktem wolności człowieka, który zasklepiony w swej niewierze i egoizmie odrzuca wiarę w Boga, miłość bliźniego i nadzieję życia wiecznego. Piekło, czyli życie na wieki poza miłością Boga i człowieka, jest jakimś ostatecznym tragicznym zaprzepaszczeniem wolności człowieka.

Myślę, że zwłaszcza dziś, w czasie narastającej obojętności religijnej, lekceważenia Boga, zgorszenia Kościołem, ale też nie rozumienia go, bezwstydnej pysze i wręcz bałwochwalstwie człowieka i jego idoli, przemożnej skłonności do zamykania się w konsumenckim egoizmie i partykularnych, indywidualistycznych czy rodzinnych etykach, trzeba z mocą przypominać Jezusa Chrystusa jako Króla i Sędziego. Ta prosta prawda, że czekamy na przyjście Chrystusa – oby jak najszybciej – a wraz z Nim na Sąd Ostateczny i pełne urzeczywistnienie się Królestwa Bożego winna przenikać serca chrześcijan i być dla nas zarzewiem religijnej gorliwości i moralnej pokory. Dla poszukujących i niewierzących niech nasze odważne świadectwo wiary w Jezusa Chrystusa wzbudza w nich nadzieję Królestwa, ale też niech będzie przestrogą przed życiem zbyt lekkomyślnym i zadufanym w sobie oraz przypomina o najwyższej stawce ludzkiego życia, którą można utracić na zawsze: Miłości.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code