Refleksja o Internecie

Humanistytka w czasach Internetu

Humanistyka w czasach Internetu

Dr Jacek Jaśtal

Instytut Ekonomii, Socjologii i Filozofii PK

Ludzie zajmujący się naukami humanistycznymi żyją z pisania. Pozostają po nas artykuły i książki, zapisane słowa świadczą o naszych dokonaniach, przemyśleniach, o naszej wiedzy i naukowej przenikliwości, decydują o naszym wizerunku, karierze, za ich pomocą zdobywany uznanie a często i pracę. W słowach wyrażamy nasze przemyślenia, teorie, oceny, przewidywania, obawy, całą refleksję, jaką ogarniamy przedmioty naszych badań. Tekst wprowadza jednak pewną szczególną perspektywę – perspektywę odbiorcy, czytelnika. Jest przekazem, który musi być jakoś odczytany. A forma tego przekazu, zgodnie ze znanym sloganem McLuhana, nie jest tu nieistotna. Z drugiej strony, sami jesteśmy czytelnikami, czytamy znacznie więcej niż piszemy. Nie tylko więc kształtujemy przekaz, ale i on nas kształtuje.

Chciałbym przyjrzeć się humanistyce właśnie z tej nietypowej, często pomijanej strony – strony formy przekazu. Nie będę więc mówił o zadaniach, jakie stawia sobie czy też powinna sobie stawiać współczesna humanistyka, o zagrożeniach, które powinna demaskować i postawach, które powinna promować. Interesują mnie jedynie przemiany form, które ma do dyspozycji, sposób ich funkcjonowania, odbioru przez czytelnika, ich kontekst kulturowy, społeczny, psychologiczny, a nawet – kiedy okaże się to niezbędne – techniczny i ekonomiczny. Interesuje mnie wyłącznie – prawie wyłącznie – współczesna technika pisania i funkcjonowania naukowego tekstu humanistycznego. Na pozór nie wiele się tu zmieniło. W końcu robimy to samo, co robili profesorowie naszych profesorów – piszemy artykuły i książki. Jeśli zauważamy zmiany, to skłonni jesteśmy uznać, że humanistyka jest na nie odporna, rządzi się bowiem innymi prawami. Przeobrażenia interesują nas bardziej jako przedmiot badań, niż coś, co nas dotyczy. Tak jednak nie jest. Nowe techniki przekazu, Internet, techniki wymiany i wyszukiwania informacji, nowe techniki edycji tekstu i jego druku nie są jedynie neutralnymi narzędziami. One całkowicie zmieniają funkcjonowanie tekstu, nawyki piszących i czytających, ich oczekiwania i zdolności percepcji.

Zanim przejdziemy do odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób funkcjonuje dziś tekst humanistyczny, warto przyjrzeć się, jakim zmianom ulega cała kultura słowa pisanego. Postępują one w dwóch zasadniczych kierunkach. Po pierwsze, zmianie ulega forma tekstu i jego prezentacji. Tego typu zmiany stosunkowo łatwo zauważyć biorąc konkretną książkę do ręki albo też wchodząc do dowolnej internetowej biblioteki. Po drugie, zmianie ulega samo funkcjonowanie tekstu pisanego, zakres i sposób jego oddziaływania. Te zmiany mają już jednak charakter przemian społecznych, a do ich opisania sięgnąć trzeba raczej po dane statystyczne, udać się do drukarni, przyjrzeć się funkcjonowaniu wydawnictw i hurtowni. Tego typu zmian większość z nas w ogóle nie jest świadoma.

Podział przemian na zmiany w formie i w funkcjonowaniu ma oczywiście charakter heurystyczny – jedne przeobrażenia wymuszają drugie i często trudno powiedzieć co jest przyczyną, a co skutkiem. Wśród zmian pierwszego rodzaju, zmian w formie, wskazać można na trzy zasadnicze zagadnienia. Jest to, po pierwsze, problem nośnika, czyli kwestia czy i w jakim stopniu ekran może zastąpić książkę drukowaną. Po drugie, jest to problem, na ile obraz jest w stanie zastąpić słowo jako zasadniczy środek przekazu idei. Po trzecie, jest to problem tzw. hipertekstu i możliwości zastąpienia tradycyjnej książki bazującej na wykładzie linearnym przez ciąg współbieżnych przekazów nieuporządkowanych hierarchicznie.

Ranga tych problemów jest odwrotnie proporcjonalna do stopnia, w jakim poruszają naszą wyobraźnię. Wizja przenośnego ekranu zamiast papierowej książki niewątpliwie wydaje się atrakcyjna, sama w sobie nie niesie jednak jakiejś zasadniczej rewolucji. Z uwagi m.in. na problem zachowania praw autorskich zakładała ona bowiem, że czytelnik zasadniczo nie może ingerować w sposób obcowania z tekstem inaczej, niż w przypadku zwykłej książki. Innowacja polega raczej na wprowadzeniu nowych sposobów sprzedaży, na jakie taka forma czytania zezwala – w istocie kupuje się nie książkę, ale pewne opcje: prawo do jej czytania przez określony czas, np. miesiąc, po upływie którego tekst ulega skasowaniu oraz prawo do automatycznego, bezproblemowego (np. poprzez bezprzewodową komunikację z systemem sprzedaży) nabycia kolejnej. Choć odpowiednie urządzenia już istnieją, nie cieszą się specjalną popularnością. Książka papierowa niewątpliwie jest bardziej poręczna i nic nie wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości uległo to zmianie. Niewątpliwie też pozostaje ona w naszej kulturze obiektem symbolicznym, co sprawia że jej całkowite fizyczne wyrugowanie z przestrzeni wokół nas nie wydaje się na razie możliwe. Nie oznacza to oczywiście, że kontekst kulturowy, w jakim sytuuje się książka tradycyjna, nie ulega zmianie. Symboliczne znaczenie debaty o przenośnych elektronicznych czytnikach wynika raczej z fascynacji nowymi mediami w lata 60-tych i 70-tych – i braku wyobraźni. Istotne zmiany związane są bowiem nie z nośnikiem, ale z organizacją samego tekstu.

Tak długo, jak urządzenia elektroniczne są jedynie edytorami tekstu, nie ma mowy o zastąpieniu książki przez media elektroniczne. Pomimo tego, że zmienia się nośnik, sposób obcowania z tekstem nie ulega zmianie – ciągle pozostajemy w obrębie tradycyjnej kultury druku. Problem ekranu jako nośnika przestaje być jednak problemem wydumanym, kiedy uświadomimy sobie, jakie możliwości otwiera przed nami interaktywne obcowanie z przekazem. Istota zmiany polega nie na tym, że tekst generowany elektronicznie zastępuje po prostu tekst drukowany, ale na tym, że zmianie ulega cały proces przyswajania treści przekazu. Zmianie ulegają tradycyjne, nieodmiennie związane z klasyczną książką kodeksową nawyki czytania. Z czymś takim mamy do czynienia np. w różnych encyklopediach czy kompendiach zapisanych na CD lub w Internecie. Dominujące stają się dwie cechy takiego przekazu – użycie symboliki graficznej i hipertekst.

Za sprawą dominacji form wizualnych taki przekaz upodabnia się do telewizji i video . Staje się bardziej dynamiczny, ciągłość narracji traci na znaczeniu, odbiorca oczekuje natychmiastowej stymulacji. Przekaz wizualny oddziałuje na emocje, struktura logiczna schodzi na plan dalszy. Tekst czytany jest wyrywkowo, przeskakujemy linijki, zatrzymujemy się na elementach wyróżnionych graficznie, które nabierają w ten sposób samoistnego, niezależnego od kontekstu znaczenia. Tekst staje się ciągiem znaków graficznych nie pozostających w wewnętrznie ustrukturyzowanych, głębokich relacjach pojęciowych. Widać to wyraźnie na przykładzie funkcji wyszukiwania słów. Mając w komputerze np. tekst klasyka, z którym spotykamy się po raz pierwszy, trudno oprzeć się pokusie wyszukania tylko takich fragmentów, w których występuje interesujące nas słowo. Kontekstem jego wystąpienia staje się jednak wtedy tylko zdanie, ale już nie akapit czy cały podrozdział. Bardzo szybko uzyskujemy pożądaną informację, ale jest to informacja bardzo płytka. Efekt ten ulega dodatkowemu wzmocnieniu poprzez stosowanie hipertekstu, czyli techniki wykładu polegającej na wmontowywaniu w tekst wielopoziomowych i wielozakresowych odnośników do innych tekstów. Tekst staje się całkowicie autoreferencyjny, nie wymaga wyjścia poza system informacji, który tworzy jego strukturę. Odnosi się sam do siebie i nawzajem się komentuje. Logiczna struktura ulega w odbiorze zatarciu, przyswajanie wiedzy nie polega już na ponawianej lekturze linearnej, na jakby nakładaniu kolejnych warstw rozumienia, ale na nieustannej oscylacji pomiędzy wieloma poziomami. Współbieżność tekstu zasadniczego, wielorakich komentarzy, komentarzy do komentarzy sprawia, że trudno określić co jest pierwotne a co wtórne. Obcowanie z takim przekazem to podróż, której struktura przestaje mieć znaczenie, a wszystko kojarzy się ze wszystkim. O kierunku podróży decyduje chwilowy impuls, atrakcyjność ikony, luźne skojarzenie. W miejsce ciągłości pojawia się fragmentaryczność, niedookreśloność. Immanentną cechą hipertekstu jest także i to, że z definicji jest on zawsze niedokończony – zawsze można coś jeszcze dodać, coś uzupełnić i jest to zabieg całkowicie bezbolesny, bo nie powoduje zmian w tym, co już funkcjonuje. Przy okazji zupełnemu rozmyciu ulega pojęcie autora. Wszystko staje się równorzędne. Widać to wyraźnie na przykładzie różnego rodzaju portali informacyjnych, gdzie informacja sąsiaduje z analizą fachowca i komentarzem przypadkowego internauty. O wszystkim decyduje czytelnik, sam według własnego uznania organizuje materiał, sam go porządkuje i wartościuje posługując się przy tym arbitralnymi i czysto subiektywnymi przesłankami. Z punktu widzenia autora czytelnik znika jako adresat przekazu, ponieważ staje się całkowicie nieokreślony. W istocie sam staje się autorem. Każdy użytkownik odbędzie bowiem inną hipertekstową podróż. Intencja przekazania spójnego wykładu staje się co raz trudniejsza do zrealizowania.

Wszystkie te zmiany w sposobie prezentacji tekstu w oczywisty sposób zmieniają nawyki czytającego. Większość z nas zmian tych nie postrzega jako istotnych, w przeważającej większości należymy bowiem do pokolenia, które odebrało tradycyjne wykształcenie, a w naszej pracy rzadko jeszcze korzystamy z tak zaawansowanych technik. Trzeba sobie jednak jasno zdać sprawę z tego, że czytelnik, na którym powinno nam zależeć, to osoba zupełnie inaczej postrzegająca tekst, niż my sami. Zmiany te w istotny sposób kształtują rynek książki i jej funkcjonowanie jako nośnika pewnych idei. By w pełni uchwycić te zmiany trzeba jednak wyjść poza naszą ulubioną księgarnię naukową i przyjrzeć się, jakie przeobrażenia zachodzą obecnie w obrębie całego rynku książki.

Nowoczesny rynek książki humanistycznej kształtowany jest obecnie przez trzy zasadnicze procesy. Po pierwsze, zmiany podstaw ekonomicznych przedsięwzięć wydawniczych, po drugie, wprowadzanie nowych technik przepływu informacji o książce, po trzecie, wprowadzanie nowych technik druku.
Namysł nad mechanizmami rządzącymi współczesną humanistyką dobrze rozpocząć od wizyty w wielkim amerykańskim megastorze. Dzisiaj przynajmniej jedna taka gigantyczna księgarnia znajduje się w każdym większym amerykańskim mieście, a na uniwersyteckich campusach bywa ich nawet kilka. Każda gromadzi około 150-200 tys. tytułów książek. Rocznie ukazuje się w USA ponad 50 tys. nowych tytułów, z czego ponad kilka tysięcy przypada na poważne książki humanistyczne a liczby te rokrocznie rosną.

Przyczyny tego zjawiska są dwojakie. Po pierwsze, działalność naukowców-humanistów oceniana jest przede wszystkim według ilości publikacji, zwłaszcza książek. W warunkach bezwzględnej konkurencji i kurczącego się rynku zatrudnienia uczelni, wydane książki stanowią podstawowy dowód przydatności do zawodu. Powód drugi to zjawisko analogiczne do wspomnianego już zjawiska dostosowywania treści do odbiorcy, jakie obserwujemy tam, gdzie można budować przekaz w oparciu o hipertekst. Pojedyncza książka drukowana może imitować hipertekst jedynie w bardzo ograniczonym zakresie. Ale duża księgarnia naśladuje już tę technikę bardzo dobrze, tym lepiej im więcej obok książek zawierających ogólne wprowadzenia znajdzie się bardzo szczegółowych monografii i opracowań. My, współcześni czytelnicy, o zmienionej przez kulturę audiowizualną upodobaniach, wrażliwości i zdolności percepcji, żądni jesteśmy przede wszystkim nowych informacji – ciągle uaktualnianych, bardziej precyzyjnych, lepiej wyselekcjonowanych, bardziej dostosowanych do naszych indywidualnych potrzeb. Główne zainteresowanie odbiorców koncentruje się dziś na kompendiach, poradnikach, słownikach, czyli takich pozycjach, które zapewniają zdobycie szybkiej informacji przy stosunkowo małym wysiłku intelektualnym, a z drugiej strony – na bardzo obszernych szczegółowych opracowaniach bardzo wąskich zagadnień. Ale te szczególne informacje i specyficzne ujęcia tematu, które – z powodów zawodowych lub ze względu na moje prywatne zamiłowania – potrzebne są obecnie mnie, potrzebne są może jeszcze tylko kilkuset innym ludziom na świecie. Podobnie jak w przypadku tekstu umieszczonego w Internecie czy na CD, i w przypadku książki drukowanej czytelnik zanika jako łatwa do zidentyfikowania postać. Nie ma już dużych grup społecznych, które można opisywać poprzez wskazanie charakterystycznych dla nich potrzeb i zainteresowań intelektualnych – żyjemy w czasach niezliczonych mniejszości, których potrzeby bardzo się od siebie różnią. Współczesny czytelnik czeka nie na książkę w ogóle, ale na taką, która trafia w jego zainteresowania, potrzeby, gusty i możliwości i innej nie kupi. A oczekiwania te stają się we współczesnym społeczeństwie coraz bardziej zróżnicowane i – co nie bez znaczenia – dość chimeryczne.

Wspomniane tendencje wymuszają więc wzrost liczby tytułów. Nie towarzyszy temu jednak aż tak poważne zwiększenie się liczby czytelników – można nawet podejrzewać, że wręcz przeciwnie: coraz bardziej zapracowani ludzie, kuszeni różnego rodzaju atrakcjami, mniej chętnie wydają swoje pieniądze na trudniejsze książki. Paradoksalnie więc rozrost elit intelektualnych nie powoduje rozkwitu rynku książki ambitnej, a wręcz odwrotnie – przeciętne nakłady tytułów publikowanych na rynku amerykańskim przez wydawnictwa specjalizujące się w humanistyce spadły w przeciągu lat dziewięćdziesiątych z 8 tys. do niecałych 3 tys. W przypadku publikacji monograficznych jest jeszcze gorzej – nakłady rzadko przekraczają 1000, a sprzedaż 500-600 egzemplarzy praktycznie w całym świecie, czyli stanowczo za mało, by myśleć o zwrocie poniesionych kosztów. Poważna książka staje się towarem niesprzedawalnym, kurczy się rynek czytelników. Na dodatek książki przestają być kupowane przez tradycyjnie najsolidniejszego nabywcę – biblioteki. Dzięki komputerowym systemom wypożyczania biblioteki analizują na bieżąco, jakie tematy cieszą się zainteresowaniem czytelników i ograniczają zakupy książek, którymi interesują się nieliczni. Jeśli czytelnik będzie chciał wypożyczyć książkę, której jego biblioteka nie zakupiła, dzięki dostępnym w Internecie katalogom i sprawnie działającemu systemowi wymiany, zostanie ona na żądanie sprowadzona z innej biblioteki. W praktyce do bibliotek można sprzedać obecnie ok. 100 egzemplarzy książki monograficznej, nawet jeśli została wydana przez renomowane amerykańskie wydawnictwo naukowe.

W efekcie powoli stajemy w obliczu kolosalnej nadprodukcji książek w ogóle (w roku 2000 w Polsce sprzedano jedynie 48% wydrukowanych egzemplarzy), a książki humanistycznej w szczególności i w konsekwencji podkopania podstaw finansowych firm wydawniczych. Aby bowiem wydanie książki było możliwe od strony ekonomicznej musi zostać sprzedanych 1000-1500 egz. Takie nakłady w przypadku książek humanistycznych są prawie nieosiągalne nawet na rynku angielskojęzycznym. Im mniejszy nakład, tym cena egzemplarza jest większa. Książka drożeje także dlatego, że oczekiwana przyzwyczajonych do mediów elektronicznych klientów wobec jej strony plastycznej i technicznej są co raz wyższe – czytelnik chce książkę również oglądać. Umieszczenie w druku ilustracji – w przeciwieństwie np. do Internetu – jest jednak niesamowicie kosztowne. Ratunkiem pozostają dotacje publiczne lub innowacje techniczne. Taką zmianą technologiczną jest ostatnio tzw. druk na żądanie, czyli technika druku na swojego rodzaju drukarce laserowej połączonej z odpowiednio oprogramowanym komputerem. Wydawca dostarcza dyskietkę ze składem a druk często wykonywany jest dopiero po otrzymaniu zamówień od klientów. Wielkość tych zamówień przestaje mieć znaczenie – wykonuje się tyle książek, ile rzeczywiście można od ręki sprzedać. Pojęcie nakładu traci na wyrazistości, książka zaczyna żyć własnym wirtualnym życiem. W nieodległej przyszłości wydawnictwo może w ogóle przestać odpowiadać za przygotowanie konkretnych egzemplarzy książki – po otrzymaniu zamówienia drukować je będzie z dyskietki księgarnia i biblioteka. Druk na żądanie to przykład małej rewolucji w sferze kultury – prawie niedostrzegalnej dla przeciętnego czytelnika, który nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, jak drastycznie skurczyła się owa wyobrażeniowa wspólnota ludzi przejętych tą samą książką, tymi samymi ideami. Ciągle jeszcze ulegamy złudzeniu, że to, czym zachwyciliśmy się sami i sami uznaliśmy za ważne, musi być za takie uznane przez „wszystkich”. Ale współczesna kultura takiej kategorii nie zna.

Co te wszystkie zmiany oznaczają dla funkcjonowania nauk humanistycznych? W wymiarze praktycznym możliwe, że w niedalekiej przyszłości zmienią się standardy oceny pracy naukowców, ustalą się zapewne nowe, charakterystyczne dla nowych mediów mechanizmy selekcji (np. odpłatne prestiżowe czasopisma internetowe). Pewne kategorie książek przestaną istnieć w formie zadrukowanego papieru. Z kolei łatwość elektronicznego publikowania zaowocuje dalszym wzrostem liczby tytułów o całkowicie już nieokreślonej randze. W zakresie książki papierowej nasili się też niewątpliwie tendencja stosowania technik charakterystycznych dla mediów elektronicznych. Przykładem dostępnym już także w naszych księgarniach jest seria przedstawiająca wielkich myślicieli – książka składa się prawie wyłącznie z komiksowych rysunków zajmujących całą stronę opatrzonych kilkoma linijkami tekstu. Nawet jeśli taka forma prezentacji wydaje się nam dziś szokująca, nie ona jednak stanowi o znaczeniu przeobrażeń w odbiorze humanistyki.

Przedstawiony powyżej obraz zmian w formie tekstu koresponduje bowiem ze zmianami w całej kulturze współczesnej. Widać to bardzo wyraźnie właśnie na przykładzie nauk humanistycznych, w których autoreferencyjność i kontekstualność, odchodzenie od argumentacji na rzecz dowolnego manipulowania ideami, niedookreśloność i fragmentaryczność, a przede wszystkim zanik wyraźnego adresata zaczynają bardzo wyraźnie dominować. Wiedza staje się nieuporządkowanym zbiorem cytatów i wyrywkowych informacji bez jakościowych rozróżnień i wartościowania. Każdy punkt widzenia staje się równoprawny, każda analiza fragmentaryczna, każda argumentacja niepełna. Jean Baudrillard mówi w tym kontekście o entropii metafizycznej . W takich warunkach jedynym kryterium porządkującym staje się zasada doraźnej użyteczności. Świat medialny, a zwłaszcza świat Internetu jest tego dobitnym przykładem. Ale i tradycyjna książka musi poddać się tym zmianom w sposób nieuchronny.

Sensem humanistyki jest próba zrozumienia duchowej sytuacji człowieka. Taki namysł nie polega jednak tylko na opisie, ale również ze swej istoty wartościuje, za czymś się opowiada, coś innego demaskuje jako z jakichś powodów groźne lub bezwartościowe. Humanistyka, a zwłaszcza filozofia funkcjonuje więc na dwóch poziomach – głosi pewne idee, w które jednocześnie wpisane są pewne ogóle kryteria oceny innych idei. Kultura zawsze balansuje na granicy sprzeczności pomiędzy wolnością i niezależnością myśli a koniecznością posługiwania się łatwymi w wymiarze społecznym do identyfikacji wartościami, normami i kryteriami oceny, bez których społeczność jako spójna całość nie może funkcjonować. Współczesność – także dzięki doświadczeniom politycznym XX wieku – akcentuje przede wszystkim prawo do niczym nie skrępowanej wymiany idei, a globalna sieć kulturowa, której symbolem stał się Internet, rozciąga prawo do absolutnie samodzielnego i niezależnego doboru treści, z jakimi obcujemy na każdego odbiorcę z osobna. Informacja zdobywana i oglądana samotnie na ekranie komputera ma charakter niemal intymny, poprzez swą wizualną lapidarność jest niemal całkowicie wyzuta z jakiegokolwiek kontekstu. W pewnym sensie wszystkie strony www wyglądają równie wiarygodnie, notki są równie atrakcyjne, a pomysły równie dobre. Świat multimediów jest światem rozbitym na atomy, które dla odbiorcy mają tę samą rangę. Co jest wartościowe, określamy sami. Ale tym samym kryteria, do których się przy tym odwołujemy, stają się ściśle prywatne, a w konsekwencji coraz bardziej przypadkowe. W wymiarze publicznym ostają się jedynie te najprostsze i najbardziej trywialne. Siłą rzeczy rola humanistyki zostaje ograniczona jedynie do jej funkcji dostarczania kolejnych towarów na ów coraz bardziej rozbudowany i zatomizowany rynek idei.

Jakakolwiek postawa paternalistyczna traci racje bytu, także i z tego powodu, że nie ma dziś właściwie środków formalnych i możliwości technicznych jej realizacji. Jedynym polem oddziaływania humanistyki w jej roli kryteriotwórczej pozostają więc instytucje edukacyjne. Odpowiedzią na zmiany wymuszone nowymi formami przekazu musi stać się większa obecność istotnych treści i debat ideowych w procesie kształcenia, bo tylko w ten sposób można w młodych ludziach wykształcić zdolność samodzielnego operowania kryteriami wartości w świecie mulimedialnego przekazu. W tym celu humanistyka musi zacząć posługiwać się takimi technikami, które jej odbiorcom są bliskie i znane. Paradoksalnie sprzyja temu inny efekt cywilizacyjnego przyspieszenia – odejście od modelu edukacji wąskospecjalistycznej. Innymi słowy humanistyka musi powrócić do swych źródeł – bezpośredniego współmyślenia.

Tekst pierwotny zamieszczony w http://www.cyberforum.edu.pl/index.php3
CyberForum

Podyskutujmy o relacjach w Internecie na Forum Otwartym

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code