Małżeństwo i Rodzina

Partnerstwo kształtem chrześcijańskiej rodziny

Partnerstwo kształtem chrześcijańskiej rodziny

z rozmów Tezeusza i Ariadny na forum

W zainicjowanym przez Darka Piórkowskiego SJ wątku rozmowy na temat
O roli kobiety w dzisiejszym świecie i Kościele
rozmawialiśmy też, między innymi, o partnerstwie jako modelu chrześcijańskiego życia, również (a może przede wszystkim) w małżeństwie i rodzinie.

Poniżej wybrane fragmenty rozmowy.

Darek Piórkowski SJ


Przede wszystkim wydaje się sprawą jasną, że ‚rzeczywiste partnerstwo we wzajemności nie implikuje identyczności ról w społeczności lub w Kościele’ (J. Dupuis). Pojęcie równości, które eliminuje różnice na pewno nie przyczynia się do właściwego rozumienia kobiecości i męskości. Na czym więc ma polegać rzeczywiste partnerstwo?

Grzegorz Szturo


Mój post jest wynikiem tylko i wyłącznie własnego doświadczenia, jako męża i ojca.
Męza kobiety, która kocha swoją pracę, a co za tym idzie, angażuje się bardziej, niż osoby, które traktują ją jedynie jako źródło dochodów.

Pytanie: ” Czy pragnienie zdobywania kwalifikacji, kształcenia, działalności społecznej wyklucza się z macierzyństwem, które całkowicie pochłania kobietę, czy też da się je jakoś pogodzić? A może problem wielu kobiet w tej dziedzinie jest tylko urojeniem?”

Sprawa moim skromnym zdaniem postawiona jest fałszywie. Kobieta plus mężczyzna plus dziecko (lub dzieci) to jest RODZINA, a więc wspólnota.
Każdy z członków tej mikro wspólnoty powinien mieć na uwadze nie tylko swoje osobiste ambicje, ale przede wszystkim dobro całej rodziny.

Tak więc, jeśli moja żona podejmuje się dodatkowych studiów, czy dodatkowej pracy, wówczas stawia jasno sprawę, że taka działalność ją interesuje, jest dla niej ważna i trzeba zrobić wspólnie (TAK WSPÓLNIE) wszystko, aby nie ucierpiały na tym dzieci, czy nasze relacje. Mam podobne ambicje, więc z pozoru zachodzi konflikt interesów małżonków.
Tylko pozornie. Przecież można ustalić – we wtorki ty biegniesz na zajęcia, ja gotuję i przewijam, usypiam dziecko. W środę ty robisz zakupy, za to w sobotę masz czas na swoją pracę. Czasami dochodzi do trudnych sytuacji, gdy każdemu zależy na jak najszybszym dopełnieniu jakiś obowiązków.

Ale cóż to byłaby za rodzina, gdyby nie potrafiła przeskoczyć takich przeszkód. Mężczyzna też może być kurą domową, kobieta też może odstawić samochód do naprawy. Wszystko zależy od okoliczności i potrzeb danej chwili.

Czasami potrzeba do tego dużo pokory, umieć ustąpić ze swego „wolnego dnia”, na rzecz żony. Czasami ona staje wobec takich wyzwań. Ale to nie jest niemożliwe!

Joanna Nosal


Na czym ma polegać rzeczywiste partnerstwo?
Na wspólnym ustaleniu zakresu zadań.
Na podziale kompetencji.
Zarówno w rodzinie, jak i w firmie, departamencie, wszędzie. Czy to jest związek dwojga ludzi, czy większa wspólnota, potrzebne jest ustalenie zakresu odpowiedzialności. Część spraw będzie przynależna tobie, część mnie.
W rodzinie często obiera się takie role tradycyjnie.

Jeśli oboje małżonkowie są dobrze wychowani, wyszli z domów, gdzie rodzice przygotowali ich do podjęcia życia rodzinnego – będą wiedzieli co robić i pozostanie im tylko skonfrontować wzajemne oczekiwania. Tu partnerstwo jest możliwe tylko jeśli wychowanie dało do tego podstawy. Jeśli nie – partnerstwem będzie równe decydowanie o zakresie kompetencji.
Nie równość kompetencji (bo tak się chyba nie da podzielić życia), ale wspólne ustalanie tego, co jest sprawiedliwe.

Jola Gęsiarz


W Biblijnej Księdze Genesis zapisano cyt.”I stworzył Bóg człowieka na obraz swój.Na obraz Boga stworzył go.Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich. I błogosławił im Bóg(…)”.

Z tego cytatu wyraźnie moim zdaniem wynika, że Bóg od początku nikogo nie wyróżniał ,a wręcz przeciwnie – to samo dawał i tak samo blogosławił obu płciom. A to, ,że człowieka Bog stworzył niejako z dwóch części (tzn. jak kobietę i mężczyznę) świadczy że tylko poprzez partnerską współpracę obu płci cywilizacja czlowieka może osiągnąć pełnię.

I moim zdaniem nie chodzi tu o to, która płeć jest słaba, a ktora silna.
W świetle współczesnych badań, w różnicach między płciami chodzi nie o siłę danej płci,ale o zróżnicowanie w percepcji i rozumieniu świata .

Stereotyp w ktorym kobieta jest postrzegana jako słabsza, ktorą należy zamknąć w domu i nie dawać jej praw wyborczych, ani prawa do samostanowienia, wywodzi
sie z patriarchalnego myślenia rodem z poprzedniej epoki, dążącego do dominacji i nie ma nic wspólnego ani z potrzebami współczesnego świata,ani z odkryciami
naukowymi na temat zdolności obu płci.

Nie uważam że my, katolicy, mamy obowiązek stosować się do modelu patriarchalnego- sądzę, że raczej naszym obowiązkiem jest dążenie do miłości, partnerstwa i harmonijnego współżycia obu płci.

Adam Andrzej Jaworski


Ponieważ nie jestem ani katolikiem ani chrześcijaninem ale ‚wierzącym inaczej’, nie będę się tu odnosił zbyt emocjonalnie do tradycji nierówności kobiet, mężczyzn i dzieci (!) w kulturach chrześcijańskich, ale wtrącę tu swoje trzy grosze outsidera.

Gdy patrzę na wszystkie te spory lub analizy, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jest jedno wielkie odreagowywanie albo patriarchatu albo matriarchatu – to już zależnie od kraju czy kręgu kulturowego, no bo przecież inaczej sprawy się mają w krajach gdzie rodziną rządzi ‚mamma’ (mimo że premierem jest facet – oligarcha), inaczej w Japonii gdzie facet w domu nie ma nic do powiedzenia a tradycyjna uległość kobiety jest tylko parawanem dla jej faktycznej władzy, inaczej w ortodoksyjnym islamie gdzie już tradycyjnie jest w dziedzinie nierówności astronomiczne przegięcie.

Można jeszcze do tego dodać jak to w jednych krajach dzieci traktuje się jak luksus a w innych jak tanią siłę roboczą bez żadnych praw, itd.

Ale ja zmierzam do czegoś poza tymi tradycyjnymi ujęciami:
otóż w krajach gdzie przywracanie praw kobietom i dzieciom ma już długą tradycję, i w których nadal się o tym dyskutuje – bo nagle się okazało że wyzwolenie z roli opiekunki domowego ogniska i wyzwanie by robiła karierę (bo przecież nowoczesnej kobiecie nie wypada być kurą domową – od tego są prywatne opiekunki do dzieci i garów), wcale nie jest receptą na szczęście dla każdej kobiety, przeciwnie, prowadzi do powstawania ‚cywilizacji samotności’
w tych krajach nadal wszystko się w tych dyskusjach kręci wokół tych samych stereotypów – mianowicie że kobieta to kobieta, a mężczyzna to mężczyzna i tu jest błąd który prowadzi do kręcenia się w kółko, powstawania betonujących taki stereotyp publikacji z gatunku „panie z wenus i panowie z marsa” itp.

Tymczasem pomija się tu fakt dawno zaobserwowany, najpierw w starożytnych Chinach których niby-astrologia a tak naprawdę nauka o człowieku przedstawia każdego człowieka jako połączenie męskości i kobiecości w jednej osobie – tyle że w nieskończonej różnorodności proporcji tych dwu pierwiastków trzeba było wieków aby nasza zachodnia psychologia cokolwiek z tego zaczęła rozumieć – i do dziś jest lata świetlne do tyłu w rozumieniu natury człowieka za starożytnymi mędrcami z dalekiego Wschodu!

Na Zachodzie zaczęło coś ludziom świtać dzięki genetyce – gdy okazało się że podział świata na kobiety i mężczyzn jest, delikatnie mówiąc, uproszczony mógłym tu jeszcze długo temat rozwijać, na razie zatrzymam się na zachęcie, abyśmy zanim się zaczniemy dziwić (lub frustrować) że nie pasujemy do tradycyjnych lub feministycznych stereotypów, zaczęli od zbadania w ilu procentach i w których dziedzinach każde z nas jest kobietą i mężczyzną – zaręczam że Wasz świat i Wasze własne życie staną się z chwili na chwilę tysiąckroć lepiej zrozumiałe!

Małgosia Piotrowska


Bóg stworzył człowieka.. stworzył go kobietą i mężczyzną..
Więc trochę może żartobliwie:
jeżeli RAZEM jesteśmy całością – pełnią – to oczywistym ( i pożądanym) jest, że moje cechy mój partner swoimi i na odwrót? 😉
Co do pytania
. … na czym ma polegać rzeczywiste partnerstwo?
Prawdziwe partnerstwo to wzajemna uważność i szacunek wypływający z miłości, to współodpowiedzialność i współdzielenie tego co dobre i złe..
To małżeństwo moich rodziców, moich dziadków ze strony mamy, to związki, które budujemy z partnerami – brat, siostra, ja.. To przynajmniej kilkanaście dobrze mi znanych małżeństw z minimum 25 letnim stażem; to związki, które próbują budować moi młodzi koledzy z pracy i nasze dzieci. To ognisko domowe, które razem podsycamy, to patrzenie w jednym kierunku, a czasem – umiejętność pięknego różnienia się. To swiadomość odrębności i podmiotowości partnera w radosnym poczuciu pełni..
Aha, rozszerzyłabym partnerstwo z małżeństwa na rodzinę..
….
Podsumowując – partnerstwo to wspólne ustalanie głównych i pośrednich celów, sprawiedliwe (co nie znaczy równe) dzielenie się obowiązkami i prawami.

Kilka (autentycznych) obrazków w 2 zestawach:

Zestaw A

1. Żona pracuje w domu, spełniając się jako gospodyni domowa, mądra i zawsze obecna przyjaciółka dzieci. Mąż pracuje na zewnątrz, z dumą zapewniając byt materialny rodzinie, ale chętnie wraca do domu z radością pełniąc funkcje ojca i męża;
2. Pracują oboje, sprawiedliwie (chociaż nie zawsze równo – zależnie od aktualnej sytuacji i przyjętych zgodnie priorytetów) dzieląc domowe i zewnętrzne obowiązki oraz satysfakcję udanego domu i spełnienia w lubianym zawodzie.
3.Mąż pracuje w domu, spełniając się jako gospodarz domowy, mądry i zawsze obecny przyjaciel dzieci. Żona pracuje na zewnątrz, z dumą zapewniając byt materialny rodzinie, ale chętnie wraca do domu z radością pełniąc funkcje matki i żony.

Dwa pytania: Co łączy obrazki zestawu A?. Który związek jest najlepszy /najgorszy i dlaczego?

Zestaw B

1. Zona pracuje w domu, bo ” poświęciłam się dla dzieci, a miałam TAKIE możliwości” frustrację zagłuszając stałym pucowaniem domu i ustawianiem dzieci, mąż i dzieci pod byle pretekstem uciekają z domu.
2. Żona pracuje, bo musi.. Praca nie przynosi satysfakcji, wieczne zmęczenie i irytacja. W domu czeka drugi etat, bo przecież dzieci muszą mieć gorący posiłek, dom ma być czysty, rodzina . Praca męża jest ważniejsza, on ma prawo do odpoczynku, wieczornej TV i piwa z kolegami.
3. Mąż jest w domu. Stracił pracę. Całe dnie spędza przed TV bądź z kolegami pod budką z piwem. Żona hoduje gęsi, i króliki, wynajmuje się do pieczenia ciast, sprzątania. Uprawia warzywa, owoce. Ostatnio razem z dziećmi wymyśliła produkcję stroików na święta. Kuzynka rozprowadza w pobliskim mieście.

Dwa pytania: Co łączy obrazki zestawu B?. Który związek jest najlepszy /najgorszy i dlaczego?

Moim zdaniem – zestaw A to przykład związków partnerskich. I wszystkie są dobre. Czuć w nich miłość.. odbicie Bożej Miłości, wzajemnej relacji Świętej Trójcy.
Zestaw B to przykłady braku partnerstwa w związku. Wszystkie są niedobre, niszczące. Brak w nich miłości prawdziwej.

Ewa Bąkowska


Pojęcie równości, które eliminuje różnice na pewno nie przyczynia się do właściwego rozumienia kobiecości i męskości. Na czym więc ma polegać rzeczywiste partnerstwo?

Przed laty przypadła mi do gustu książka Karola Wojtyły: „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”.
Wyraziła ona słowami równiez moje wewnętrzne przekonanie, że sam mężczyzna czy sama kobieta, choć każde z nich jest ww pełni osobą ludzką, doświadczają jakiegoś braku, niedostatku.
Mój mąż również potwierdza to, że właściwie człowiek jest jak gdyby „bardziej pełny”, gdy ma względnie stałą możliwość wymiany przemysleń czy doświadczeń z osobą płci przeciwnej.
Nie sądzę, by ta teza była zarezerwowana wyłącznie dla osób żyjących w małżeństwach, biorąc pod uwagę choćby Autora ww. ksiązki.

Myślę, że każdej osobie potrzebna jest pewna ilość zdrowych kontaktów zarówno z mężczyznami, jak i kobietami.
Przypomnijmy sobie przyjaźnie znanych świętych żyjących w męskich i żeńskich zakonach.
Często właśnie to odmienne myślenie, inspirowane różnym od naszego sposobem postrzegania świata przez osoby innej płci, pomaga nam spojrzeć na siebie z innej strony.

Tak więc dla mnie partnerstwo, to wysiłek podejmowany, by za każdym razem zobaczyć w mężczyźnie (nie odbierając mu nic z jego męskości) człowieka w ogóle, po prostu osobę ludzką. Tego także oczekuję od mężczyzn, których spotykam. Żebym będąc postrzegana przez nich jako kobieta, była również widziana po prostu jako drugi człowiek.

.. Co do małżeństwa.. wWydaje mi się, że bardzo dużą rolę w przygotowaniu się do małżeństwa odgrywa wzajemne ustalenie przez narzeczonych, co tak naprawdę chcą robić, jakie są ich pasje, jak wyobrażają sobie przyszłe życie, gdy pojawią się dzieci, jak widzą wtedy przyszły podział obowiązków itd.
Oczywiście, wszystkiego nie da się przewidzieć, dodatkowo dochodzi tu fakt, że człowiek zmienia się w ciągu lat i różnych zadań, jakie przychodzi mu podejmować i nie jest w stanie przewidzieć swojego zachowania, czy zmiany poglądów w przyszłości, a co dopiero przewidzieć to w odniesieniu do partnera. Jednak gdy na początku szczerych rozmów z osobą, którą planuje się poślubić „coś tu nie gra” i „coś we mnie mówi – nie”, to po prostu lepiej zerwać taką znajomość niż borykać się z niezrozumieniem przez całe życie.
Do tego trzeba odwagi i wiary, że jest to dla dobra obojga.

Dla osób już żyjących w małżeństwie ważne jest zaś, żeby się w jakiś sposób trzymali tych właśnie „przedślubnych” ustaleń. Chodzi też o pewną elastyczność w zmianach, w razie potrzeby, ale dobrze jest, by pewne podstawy pozostawały. Dalej, ważne jest by małżonkowie trzymali się bardziej tych „podstaw” własnych ustaleń, niż presji otoczenia.
Zbyt często porównania ze znajomymi nie przynoszą dobra. To, że żona kolegi sprawdza się jako świetna gospodymi domowa, nie znaczy, że inna żona „ma chcieć” tego samego.

Uważam, że opieka nad małymi dziećmi (do lat 3) powinna byc sprawowana przez samą matkę, ale są przecież małżeństwa w różnych sytuacjach, więc trudno wyrokować, czy od razu oskarżać jakąś kobietę, że zaniedbuje dom, gdy np. nie podjęcie przez nią pracy z powrotem zaraz po urlopie macierzyńskim grozi jej zwolnieniem z pracy.
Małżonkowie sami muszą to rozważyć, wziąć wszystkie „za i przeciw” i tego się trzymać.
Do tego jest potrzebne życie modlitwy, rozważenie „przed Bogiem”, głęboko w sercu, co tak naprawdę kryje się pod podejmowaniem dodatkowych obowiązków zawodowych przez daną (powtarzam daną, konkretną kobietę): czy ucieczka od obowiązków domowych, czy wybujała ambicja, chęć pokazania się, zaimponowania światu swoją karierą, czy po prostu nie zakopywanie talentów, realizacja jakiegoś planu Bożego, służenie także innym poza domownikami, czy w końcu naturalna kolej rzeczy, gdy nie ma kogoś innego w pracy, kto by objął wyższe stanowisko.

Problem ten na pewno nie jest „urojeniem”, jeśli trzeba się z nim zmagać na codzień. Ktoś, kto tego nie doświadcza, po prostu tego nie zrozumie, tak jak jest to w tysiącach innych problemów, które znamy tylko z opowieści innych, a sami ich nie doświadczamy.
Natomiast jeśli kobieta nie jest zamężna lub nie ma dzieci w małżeństwie, to jest jakby więcej czasu do zagospodarowania na cele zawodowe czy społeczne.

Rafał Strzyżewski OMI

W odpowiedzi Wandzie w rozmowie Lustro kobiety

Mam na mysli pewne jednak nalecialosci kulturowe, ktore warunkowaly spoczywajaca na poszczegolnych czlonkach rodziny odpowiedzialnosc; patriarchalny system spoleczny, choc nie tylko.

Stawiasz pytanie, co mnie bardziej razi, czy gdy zona zaniedbuje swe domowe obowiazki czy gdy to czyni maz?
Odpowiedz nie wydaje sie dla mnie taka prosta, a tak postawione pytanie, nie wiem czy jest wlasciwym. Gdybym zapytal, a dlaczego mezczyzna nie nosi stanika, zeby byc podobnym do zony?
Nie mozna mysle tak jednoznacznie przekreslac i osądzac naszych ojcow i dziadkow za to, ze nie wynosili smieci, nie zmieniali poscieli, itp. Postepowali wg standardow ogolnie przyjetych i niesprawiedliwym wydaje mi sie podciaganie ich (3 pokolen) pod jedna kreske.

Absolutnie nie jestem przeciwnikiem tego, by malzonkowie wypelniali swoje role i obowiazki w domu i rodzinie. To, ze maz nie pomaga zonie, nie od razu oznacza, ze jej nie kocha czy nie szanuje. Jest to kwestia wychowania w domu rodzinnym, dialogu samych malzonkow (byc moze po slubie za pozno negocjowac – kto bedzie myl wanne i prysznic oraz zmienial posciel…) prawda, ze pokutuje jeszcze gdzies w mentalnosci ow stary model, w ktorym wykonywanie pewnych czynnosci „przynosi ujme godnosci mezczyzny”.

Jesli Twoja Babcia i Mama uczylyby swoich synow wlasciwej postawy, ich zony nie mialy by podobnych problemow. Mysle, ze nie mozna jednoznacznie za takowa sytuacje winic tylko mezczyzn. Jest to po prostu spuscizna kulturowa, obyczajowa epoki.
‚mężczyzna powołany został do prac wyższych- to zalezy kto i co uwaza za owe wyzsze prace? dzis niewielu mezczyzn ma odwage pomyslec podobnie, a co dopiero mowic. Mysle, ze w polskim spoleczenstwie owa granica podzialu obowiazkow domowych powoli zanika. Nie ma co tragizowac.
Zatem szanowne matki wychowujcie swoich mezow, a jesli na to juz za pozno, to przynajmniej synow!

O ile znam mysl katolicka (takze w PL), juz od dawna promuje w swoim nauczaniu godnosc kobiety (mulieris dignitatem i inne).
Gdy wspomnialem o mozliwosci wychowania (mam na mysli takze i corki) w duchu wzajemnego poszanowania, nie tylko godnosci czlowieka, ale takze wypelnianego w rodzinie i spoleczenstwie powolania kobiety, nie wylaczylem mezczyzn spod odpowiedzialnosci wychowawczej.

Powtorze slowa, ktore napisalem wczesniej;
Bog stworzyl czlowieka- mezczyzne i niewiaste. Dorastamy do pelnego rozumienia znaczenia tych slow -indywidualnie, jako spoleczenstwo, narod, ludzkosc. Trzeba byc cierpliwym i angazowac sie w promocje i rozwoj zagadnienia.

Małgosia Piotrowska


Co można zrobić, aby zredukować siłę narosłych przez wieki stereotypów, krzywdzących kobiety.?
Może zacząć od siebie, od swojej rodziny? To przecież kobiety mają duży wpływ na to, jakimi mężami i kolegami będą ich synowie???
Dlaczego własnie kobiety? Bo to one, wbrew pozorom, w dużym stopniu ten, krzywdzący je same, model „konserwują” i podtrzymują! Wystarczy rozejrzec się po znajomych, posłuchac młodych mężatek – ich relacji ze spięc rodzinnych z teściowymi i własnymi matkami.. Posłuchać sióstr o podziale obowiązkow między rodzeństwem… I kto najczęsciej taki, a nie inny podział narzuca…

To najczęściej kobiety strzegą tradycji… I bez zmiany ich mentalności – nic się nie da zrobić… Jeżeli „niewolnica” nie umie/nie chce inaczej – to jej TŻ będzie ją uczył innego podejścia tylko wtedy, gdy sam wyniesie inne wychowanie z domu, bo inaczej – jemu przecież tak wygodnie? Trudno szanować kogoś, kto się sam nie szanuje…

Jasne, że są mężczyżni z góry nastawieni partnersko – tacy, jak mój Ojciec, brat, szwagier, mąż i wielu kolegów.. Ale – albo wynieśli to z domu, albo partnerstwo „wykuło się” w pierwszych miesiącach „bycia razem” – na ogół w opozycji do „mamusiek” i „teściowych” – nie ojców (zgodnie z tradycją – dom należy do kobiet 🙂 , więc ojcowie rzadko sie wtrącają)
Że akurat moja rodzina (od paru pokoleń) wygląda inaczej, żyję w trzecim pokoleniu rodzin partnerskich, to zaczęło się od moich babek, silnych i mądrych kobiet, które bądź pokochały równych im partnerów, bądź zerwały niszczący związek (separacja przez przedwojenny Sąd Biskupi). I tak wychowywały synów – same (jedna z babek) ; i córki (druga – razem z mężem), że takie, oparte na wzajemnym szacunku, prawdziwe partnerstwo obejmujące calośc życia – było dla dzieci oczywiste… I tak wychowują się następne pokolenia … Już czwarte – naszych dzieci i wnuków…:-)

Partnerstwo to wspólne ustalanie głównych i pośrednich celów, sprawiedliwe (co nie znaczy równe) dzielenie się obowiązkami i prawami.
W związku partnerskim nie ma „kobiecego” problemu godzenia macierzyństwa i obowiązków domowych z zawodowymi; jest problem: jak pogodzić rodzicielstwo i codzienne prowadzenie domu – z pragnieniem każdego z partnerów rozwoju w innych sferach życia..
Jestem chrześcijanką i feministką. Więc optuję gorąco za partnerską równością szans, budowaniu życia w równowadze i wzajemnym poszanowaniu godności człowieka -mężczyzny i kobiety – obrazu Boga.

Joanna Nosal


Dla mnie bardzo ważne jest posłuszeństwo.
Moim przełożonym jest mój mąż.
Pierwszym mocodawcą jest Bóg i Jego słucham najpierw.
Ale nie zawsze mam pewność, że dobrze zrozumiałam dyrektywy.
Dlatego potem zawsze udaję się do mojego bezpośredniego przełożonego, danego mi po to, by panować nade mną z miłością (jak Chrystus nad Kościołem). Wiem, że w tym momencie niektóre panie porosną łuską i wydłużą się im paznokcie…

Ja jednak uważam, że mąż, przełożony, lider, przewodnik duchowy – to skarby pomagające rozpoznawać wolę Bożą. Nie zawsze się zgadzam z ich zdaniem, czasami burzę się strasznie, ale jeszcze nigdy owoce decyzji podjętych wbrew mojej woli, ale zgodnie z wolą mojego Przełożonego nie okazały się złe.

Małgosia Piotrowska


Łusek u siebie nie zauważyłam. Jeszcze 😉
ALe.. po prostu są różne „układy” – byle zbudowane w oparciu o miłośc i szacunek. I tak się składa, że znam rodziny – w których „Przełożonym” jest żona. I na pewno nie są one ani gorsze, ani mniej przez Boga kochane :-).

Po prostu – u Ciebie głową jest mąż, gdzie indziej żona, gdzie indziej..”potwór dwugłowy” czy „pięciogłowy” 🙂

U mnie w zasadzie jest pięciogłowa równoważnośc. Dotyczy to też dzieci.. ledwo odrosły od ziemi. Już w przedszkolu raczej były przekonywane niż miały słuchac poleceń. I już wtedy ich zdanie liczyło się przy podejmowaniu decyzji. Od momentu pójścia do szkoły – są absolutnie pełnoprawnymi członkami rodzinnej Wspólnoty. Czasem negocjacje trwają długo.. ale jestem przekonana, że „per saldo” to wychodzi rodzinie i jej członkom – na dobre!

Są też obszary – niejako autonomiczne – gdzie bieżace decyzje i odpowiedzalnośc za nie – są w gestii konkretnych członków wspólnoty rodzinnej. Na przykład – od drugiej klasy szkoły podstawowej z zasady nikt z dorosłych nie pilnował odrabiania lekcji.. Oczywiście, że wcześniej przekazywano konkretne rady; poza tym – gdy dziecko zgłosiło się po pomoc – zawsze ktoś był do dyspozycji.. No ale tak naprawdę, to dopiero jak dostało parę jedynek za brak zadania domowego – uczyło się wiązac decyzje z odpowiedzialnością za nie 🙂
I pamiętam szok w kolejnych szkołach licealnych, gdy informowałam wychowawczynię, że uczestnictwo w wywiadówkach, usprawiedliwienia nieobecności – to sprawa bezpośrednio zainteresowanych 🙂 itp.

Chociaż.. w przypadku kryzysu – z zasady wszyscy ode mnie oczekują prowadzenia… A szczególnie mąż. Niestety, chwila nieuwagi na początku wspólnej drogi – i dałam się „wrobic” 🙂
Tak samo – jestem liderem w kilku przedsięwzięciach zewnętrznych – z zasady tych, które „wymagają hierarchii” tj. zespołach opartych o mężczyzn..
W paru zespołach czysto kobiecych – nie mamy stałego lidera; każda przejmuje „prowadzenie” w sprawach związanych z osobistymi kompetencjami…

Joanna Nosal


Uważam, że każda grupa funkcjonuje lepiej, kiedy ma przewodnika. Najlepiej, żeby to był mądry przewodnik, najlepiej, żeby wszyscy zgadzali się z jego przewodnictwem i najlepiej, żeby był na tyle mądry, żeby włączać członków grupy w swoją posługę (czyli żeby konsultował decyzje).
Modele mogą być różne i żadnego nie przekreśliłam.
Podzieliłam się z Wami jedynie modelem, jaki panuje w moim małżeństwie i w moim życiu.

Małgosia Piotrowska


Masz rację – modele mogą być różne.

Ale nie do końca sie zgadzam z tezą, że zawsze musi byc w grupie przewodnik. Tak jest w sytuacji konkretnego przeprowadzania „przez mielizny” – statek ma jednego kapitana – chociaż kapitan korzysta z opinii/wiedzy/umiejętności całej załogi..

Natomiast w sytuacji twórczych poszukiwań – najlepszego rozwiązania, podejścia
itp. – częściej sprawdzają się zespoły równoważne (techniki „burzy mózgów” na przykład).

POza tym w innych z kolei grupach – najlepsze moze by przewodnictwo zmienne, w opraciu o kompetencje. Rzadko jeden człowiek jest równie dobry we wszystkim..
Nawet w zarządzaniu w firmie – są ludzie „na trudne chwile” – awarii, katastrofy, gdy „wszystko sie wali” – trzeba łamac konwencje i w sytuacji drogi „ku klęsce” osiągnąc – „mission immposible”; są ludzie na codzienne prowadzenie w znanych, ustabilizowanych warunkach – wytrwali, uporządkowani (zawsze mają porządek w papierach i pełną dokumentację :surprised: ).

Nie muszę dodawac, że akurat ja należę do pierwszej grupy 🙂 A mój mąż – do drugiej..
I stąd – na codzień on jest liderem spraw domowych, ja – w sytuacjach krytycznych i „na zewnątrz”; dzieci – biorą pełnoprawny udział w wypracowywaniu kluczowych decyzji dotyczących rodziny, a są liderami swoich dróg zyciowych.. Przykład bieżacy – wybór Hani liceum. Pomogłam jej zrobic przegląd propozycji; byliśmy „katalizatorami” przy ustalaniu (przez nią!) kryteriów wyboru… Reszta – wyłacznie należała do niej…


Chcesz dołączyć się do rozmowy? Zapraszamy na Forum Otwarte

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code