Ciekawe rozmowy

Kościół unią świata?

Kościół unią świata?

Tadeusz Jagodziński rozmawia z Nicholasem Boyle’em

Dawniej Kościołowi mogła wystarczać wiedza, iż służy prawdzie wyższego rzędu aniżeli prawda poszczególnych narodów. Dziś jednak mamy także inne instytucje reprezentujące taką „większą” prawdę i dlatego Kościół musi głębiej rozważyć pytanie, co to znaczy i czym sam jest dla lokalnych społeczności w różnych częściach świata.

TADEUSZ JAGODZIŃSKI:Jak oceniać z chrześcijańskiego punktu widzenia obecną fazę globalizacji? Jako przyjazne czy też raczej jako wrogie zjawisko?

NICHOLAS BOYLE: Myślę, że w chrześcijańskiej perspektywie globalizm towarzyszy nam od początków Objawienia. Już w Księdze Izajasza czytamy, że naród żydowski miał być światłem dla innych narodów. Później ten koncept miał fundamentalne znaczenie dla chrześcijaństwa. Wszak jest to religia powołana przez swojego Założyciela do nauczania pośród wszystkich narodów świata. I jeśli przyjrzymy się dziejom Kościoła instytucjonalnego, to widać, że najbardziej twórcze okresy przeżywał on wtedy, gdy potrafił oderwać się od swoich korzeni i rozwijać na nowych terenach: już to w pierwotnej swej misji wśród pogan, już to z plemionami germańskimi w późnym okresie cesarstwa rzymskiego, następnie w Ameryce Łacińskiej w XVI wieku, podczas ekspansji europejskich potęg w kolejnych stuleciach. I decydując się na uczestnictwo w tych procesach, Kościół – poprzez swoją obecność – wnosił szerszą, globalną perspektywę do towarzyszących im konfliktów. Konfliktów, które władze świeckie najczęściej postrzegały w kategoriach o wiele węższych interesów.

Czy należałoby z tego wnioskować, że to właśnie Kościół jest w gruncie rzeczy instytucją idealnie wręcz dopasowaną do nowego etapu globalizacji, z którym mamy do czynienia?

Z całą pewnością Kościół ma wiele doświadczenia w postrzeganiu świata w kategoriach globalnych. Ale musimy pamiętać, że w przeszłości istniało wyraźne rozróżnienie między ograniczonymi interesami poszczególnych państw a szerszym, bardziej międzynarodowym, czy – powiedzielibyśmy – globalnym interesem Kościoła. Dzisiaj natomiast mamy bezprecedensową sytuację, w której cały szereg świeckich instytucji rywalizuje z Kościołem pod względem globalnego zasięgu. Działa wiele zarówno politycznych, jak i komercyjnych organizacji o zasięgu ogólnoświatowym, co w moim odczuciu stwarza dla Kościoła pewne problemy, a nawet pokusy.

W jakim sensie?

Mam na myśli na przykład pokusę stania się po prostu jedną z licznych wielonarodowych korporacji. Innymi słowy, jest to pokusa zagubienia się w globalistycznej rzeczywistości. Mogłoby do tego dojść, gdybyśmy zatracili zdolność rozróżniania między tym, co istotnie jest globalną misją Kościoła, a tym, co jest globalną misją, powiedzmy, Coca-Coli. Dlatego sądzę, że szczególnym wyzwaniem dla Kościoła w erze globalizmu jest większa refleksja nad sobą i swoją naturą; określenie, na czym polega jego misja w różnych częściach świata. Paradoksalnie więc zasadnicze wyzwanie w erze globalnej polega na bardziej precyzyjnym określeniu i zrozumieniu lokalnej obecności Kościoła. Dawniej Kościołowi mogła wystarczać wiedza, iż służy prawdzie wyższego rzędu aniżeli prawda poszczególnych narodów. Dziś jednak mamy także inne instytucje reprezentujące taką „większą” prawdę i dlatego Kościół musi głębiej rozważyć pytanie, co to znaczy i czym sam jest dla lokalnych społeczności w różnych częściach świata.

Czy można, Pana zdaniem, mówić o zasadniczym konflikcie wartości między wielkimi ponadnarodowymi korporacjami, ich etosem, a misją Kościoła? Czy taki konflikt czai się gdzieś na horyzoncie czy też może już trwa?

Jest rzeczą ewidentną, że tego rodzaju konflikty są możliwe. Na przykład konflikt z jakimś koncernem górniczym, który prowadzi poszukiwania cennych minerałów w różnych częściach świata. Albo z siecią tartaków, które trzebią lasy gdzieś w tropikach, co ma oczywisty wpływ na stan środowiska naturalnego w regionie, na miejscową gospodarkę itd. I byliśmy świadkami tego, jak w Ameryce Łacińskiej czy w Oceanii działacze katoliccy zajmowali w takiej sytuacji stanowisko trybunów miejscowych społeczności, angażując się w konflikt. W moim odczuciu takie sytuacje stwarzają autentyczną szansę dla realizacji misji Kościoła. Kościół z całą pewnością powinien postrzegać siebie jako Bożą misję wśród pokrzywdzonych, wśród ofiar systemu. To właśnie miałem na myśli, mówiąc wcześniej, że Kościół musi dziś przeanalizować swoją rolę. Sądzę, że musi stać się o wiele bardziej świadom tego, że jest głosem cierpiących. Także tych, którzy cierpią w wyniku globalnego zasięgu współczesnego systemu ekonomicznego. System ten przecież powstaje na gruzach politycznych bytów, które charakteryzowały erę nacjonalizmów i imperializmów, a proces takiego rozpadu wywołuje ogromne cierpienia, prowadząc do wojen i ubóstwa. W takich okolicznościach Kościół nie może traktować siebie jako najwyższego ciała międzynarodowego, które pędzi zwycięskim rydwanem, ale musi troszczyć się o ludzi rozgniatanych pod kołami. Nie twierdzę, że globalizacja jest wrogiem – by powrócić do Pańskiego pierwszego pytania. Zdecydowanie tak nie uważam, ale jestem przekonany, że globalizacja niesie ze sobą ofiary. A zadanie Kościoła polega dokładnie na tym, żeby zajmować się ofiarami, pokonanymi. Trybuna, na której przyjmuje się defiladę zwycięstwa, nie jest właściwym miejscem dla Kościoła.

Czy takie określanie Kościoła – jako Kościoła ubogich, przegranych i wydziedziczonych – nie zawęża jednak jego roli?

Jak powiadam, z całą pewnością misją Kościoła jest troszczenie się o ofiary, ale definiowanie go jako Kościoła wydziedziczonych i ofiar byłoby błędne, dlatego że jednocześnie Kościół pozostaje narzędziem Bożego zwycięstwa w świecie.

Jak realna, Pańskim zdaniem, jest groźba, że – tak charakterystyczne w globalnym systemie gospodarczym – nieustanne podkreślanie znaczenia wyboru konsumenckiego w końcu wpłynie na zachowania religijne? Że religia stanie się sprawą rynku, na którym poszczególne wyznania będą współzawodniczyć ze sobą o wiernych?

Rzeczywiście, nastawienie konsumpcyjne i wynikające z niego zachowania coraz częściej obserwuje się też w obrębie samego Kościoła. O wiele częściej niż w czasach mojej młodości ludzie przyznają się do tego, że wybrali konkretną parafię, bo tamtejszy ksiądz albo sposób jego pracy wydawał im się atrakcyjniejszy. Myślę jednak, że ma to również swoje dobre strony, bo ludzie stają się bardziej świadomi swoich obowiązków i, generalnie, swojej wiary. Wiara staje się kwestią moralnego wyboru, świadomej decyzji, a nie przyjmowania czegoś przekazanego mocą tradycji.

Oczywiście trzeba pamiętać, że to właśnie dzięki sile tradycji Kościół mógł przeciwstawiać się najjaskrawszym formom konsumpcjonizmu, ale nie mam wątpliwości – wracając do zasadniczego wątku pytania – że w dzisiejszym świecie Kościół jest zmuszany do zmian, także instytucjonalnych, w rezultacie przemian zachodzących w społeczeństwie obywatelskim, rozumianym w najogólniejszym sensie. Przykładem niech tu będzie obecny kryzys na tle molestowania seksualnego, jaki wstrząsa Kościołem amerykańskim. Abstrahując na chwilę od zasadności tych skarg, trzeba powiedzieć, że kryzys ten jest niewątpliwie napędzany przez zmiany zachodzące w świeckim społeczeństwie. Zasadnicze znaczenie ma tu coraz silniejsze poczucie społecznej odpowiedzialności i konieczności jej egzekwowania. Nawiasem mówiąc, nie tylko Kościół trafia na ławę oskarżonych – trafiają na nią również uniwersytety za to, że studenci oblewają egzaminy, trafiają lekarze skarżeni przez pacjentów za coś, co jeszcze dwadzieścia lat temu uważane byłoby po prostu za wyrok Boga.

Pojęcie „możliwej do wyegzekwowania odpowiedzialności”  (inforcible responsibility) stale się rozszerza – Stany Zjednoczone są pod tym wględem wyjątkowe, nigdzie indziej bowiem (w każdym razie w świecie zachodnim) nie rozwinęła się tak dalece mentalność konsumencka wraz z gotowością aparatu państwowego (sądów) do egzekwowania odpowiedzialności.

Czy to właśnie w USA i Wielkiej Brytanii późnych lat 70. upatrywałby Pan aksjologicznych źródeł obecnego przyspieszenia procesów globalizacyjnych? Spora część komentatorów podkreśla w tym kontekście zasługi polityków neokonserwatywnych, choćby Margaret Thatcher czy Ronalda Reagana

Ja na pewno nie wywodzę obecnego trendu globalizacyjnego z ostatniego ćwierćwiecza. Zgodnie z tezą mojej książki Who Are We Now? powinniśmy sięgnąć wstecz co najmniej do roku 1870, kiedy to międzynarodowy system oparty na ówczesnych imperiach przeżywa swój zenit. To właśnie wtedy pojawiają się perspektywy ogólnoświatowej sieci telegraficznej, powstają międzynarodowe połączenia kolejowe, dochodzi do ustalenia południka zerowego. Przyświeca temu stworzenie porządku o charakterze globalnym; po raz pierwszy w ludzkiej historii powstaje system polityczny obejmujący niemal całą planetę.

Warto sobie uświadomić, że pod koniec XIX wieku nawet najmniejsze skrawki globu rozdzielono – przynajmniej formalnie – między mocarstwa imperialne. Istniało wprawdzie kilka wyjątków, jak Etiopia czy Tajlandia, ale w gruncie rzeczy był to system, w którym kilkoro największych graczy podzieliło między siebie cały świat. W moim przekonaniu był to przełomowy moment, od którego powinniśmy datować nowoczesną fazę globalizacji. W XX wieku tamten system polityczny załamał się. Struktury polityczne imperiów nie były bowiem w stanie udźwignąć przemian w handlu światowym, dlatego że XIX-wieczne potęgi imperialne, chociaż do pewnego stopnia współpracowały ze sobą, to w gruncie rzeczy pozostawały autarkiami, zamkniętymi w sobie, dążącymi do samowystarczalności światami. Oczywiście na dłuższą metę było to niemożliwe, stąd przez trzy czwarte wieku mieliśmy do czynienia z konfliktami na kolosalną skalę. Uważam, że zarówno pierwszą wojnę światową, jak i drugą – która była jej bezpośrednim skutkiem, należy interpretować jako starcie i w rezultacie tegoż starcia – załamanie tych właśnie imperialnych struktur. Ten proces zresztą dokonał się w pełni dopiero w 1989 roku (chociaż jeszcze musimy zobaczyć, co stanie się ze stosunkowo młodym imperium chińskim…) wraz z załamaniem się komunizmu i, co za tym idzie, dwubiegunowego porządku amerykańsko-sowieckiego. I właśnie ten podstawowy fakt stworzył wrażenie, że globalizacja nagle wybuchła w ciągu ostatnich dziesięciu lat, podczas gdy naprawdę miała się nie najgorzej od lat prawie stu pięćdziesięciu. A już na pewno procesy globalizacyjne dynamicznie rozwijały się od końca drugiej wojny światowej i utworzenia najbardziej znaczących dziś instytucji globalnych, zwłaszcza ONZ i GATT (Układu Ogólnego w Sprawie Ceł i Handlu).

A zatem tak naprawdę mieliśmy do czynienia tylko z iluzją globalizacyjnego przyspieszenia?

Nie, przyspieszenie procesów globalizacyjnych nastąpiło, tylko że około 1989 roku w spektakularny sposób załamała się fasada dotychczasowego dwubiegunowego porządku. I nagle, w o wiele większym stopniu niż dotąd, zdaliśmy sobie sprawę, że nasz świat już od dłuższego czasu stawał się jednym i wciąż się jednoczy. Chociaż z całą pewnością na samym spodzie piramidy są tacy, których ten proces niemalże nie dotyczy…

I to chyba spośród nich rekrutują się najczęściej krytycy tego porządku, twierdzący, że mamy do czynienia z powstawaniem nowego imperializmu? Imperializmu amerykańskiego zasilanego jeszcze ogromnymi wpływami międzynarodowych korporacji?

Sądzę, że samo pojęcie „amerykańskiego imperializmu” jest mylące. Moim zdaniem, zwłaszcza od drugiej wojny światowej nie można określać Stanów Zjednoczonych mianem mocarstwa imperialistycznego. W każdym razie w takim sensie, w jakim określenie to dotyczy mocarstw europejskich XIX stulecia. Rzecz jasna, Stany Zjednoczone wykorzystują wszelkie dostępne sobie środki, aby zwiększyć zasięg i zyskowność amerykańskiego biznesu. Ale to nie to samo co próba stworzenia jednej instytucji politycznej obejmującej ogromne połacie świata i usiłującej scalać ludzi z tych odległych regionów w ramach jakiejś unii polityczno-gospodarczej, tak jak to czyniły XIX-wieczne imperia.

Porozmawiajmy jeszcze o konflikcie idei między instytucjami symbolizującymi globalizację a chrześcijaństwem. Wielu krytyków globalizacji twierdzi, że przyczynia się ona do powstawania społeczeństwa wielbiącego zysk dla zysku, kierującego się niemal wyłącznie przesłankami ekonomicznymi. W oczywisty sposób kontrastuje to z wartościami eksponowanymi przez Kościół. Jak to zderzenie przezwyciężać? Czy ludzie wierzący mogą na przykład bez najmniejszych oporów pracować dla globalnych kolosów, chociaż codzienna praktyka funkcjonowania takich koncernów bywa bardzo odległa od wartości chrześcijańskich?

Nie jestem pewien, czy można twierdzić, że takie firmy nie mają nic wspólnego z wartościami chrześcijańskimi. Zbyt łatwo przedstawia się obraz globalnego systemu gospodarczego w bardzo ciemnych barwach. Niezwykle łatwo też o fałszywe interpretowanie tak skomplikowanych zjawisk jak gospodarka światowa czy nawet jej poszczególne części. A mówimy przecież o wzajemnych relacjach czy ekonomicznych wyborach dokonywanych codziennie przez miliardy ludzi, w ramach niesłychanie skomplikowanych systemów. I nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak one zachowają się za kilka tygodni, nie wspominając już o perspektywie kilku lat… Trzeba jednak pamiętać, że zarówno wielkie międzynarodowe korporacje, jak i gospodarki narodowe zawdzięczają swój rozwój temu, że ludzie chcą, żeby się rozwijały. Spełniają marzenia konsumentów, zaspokajają ich potrzeby i pragnienia. Stwarzają mechanizm, dzięki któremu za naszą pracę dostajemy pieniądze umożliwiające nam z kolei zaspokajanie naszych pragnień. Nie wolno również zapominać, że ten system odniósł – pod wieloma względami – oszałamiający sukces. Przecież nigdy przedtem w dziejach nie zaspokajano potrzeb tak wielkiej liczby ludzi. Niekoniecznie więc musi być tak, że działania wielkiej korporacji są w dłuższej perspektywie nie do pogodzenia z wartościami chrześcijańskimi. Wprost przeciwnie, jeśli zgodzimy się, że na przykład szalenie ważną wartością dla katolików jest życie, to powinniśmy też docenić obecny system gospodarczy, gdyż umożliwia życie większej liczby ludzi aniżeli kiedykolwiek przedtem w historii naszej planety. Statystycznie rzecz biorąc, nigdy też przedtem tak wielu ludzi nie żyło równie dostatnio jak dziś.

Jest też prawdą, że bardzo wielu ludzi wcale nie żyje dostatnio …

Tak, ale pamiętajmy, że nie żyjemy w świecie sprzed dwustu lat. Warunki życia przez ten czas trochę się jednak poprawiły. Klasycznym wskaźnikiem jest globalny spadek śmiertelności niemowląt.

Ale to jeszcze nie wytrąca broni z ręki krytykom globalizacji. Ostatnio na Wyspach głośnym echem odbił się publiczny wykład nowego anglikańskiego arcybiskupa Canterbury, Rowana Williamsa, który z pasją mówił o zagrożeniach ery globalnej. Mówił o zastępowaniu społeczeństwa obywatelskiego społeczeństwem konsumenckim, o narastającej niemocy rządów, kurczeniu się ich sfery wpływów, wyrzekaniu się odpowiedzialnościTakie warunki stwarzają chyba poważne wyzwanie dla misji Kościoła?

Warto zastanowić się nad tym wyzwaniem. Bo rzecz ciekawa, że w publicznych wypowiedziach polityków, charakteryzujących globalną machinę ekonomiczną, kładzie się świadomie nacisk na konsumpcję. Jednocześnie ukrywa się fakt o wiele ważniejszy dla większości z nas, mianowicie to, że musimy produkować dobra, towary i świadczyć usługi na potrzeby innych. A zatem system podkreśla wartość konsumpcji, ale niejako ukrywa przed nami to, że większość z nas przez większość czasu skupia się na wytwarzaniu, na produkcji. W tym kontekście myślę, że misja Kościoła w znacznej mierze polega na uświadamianiu nam wartości i godności ludzkiej pracy. Na pokazywaniu, że w pierwszym rzędzie jesteśmy ludźmi, którzy „pracują nad światem”, zmieniają jego oblicze i opierają się pokusie postrzegania siebie wyłącznie jako konsumentów (w tym miejscu rzeczywiście widzę negatywy systemu globalnego). Kościół musi nam przypominać, że życie poświęcone konsumpcji jest w ostatecznym rozrachunku puste, że musimy postrzegać proces produkcji i interakcji z innymi ludźmi jako wartość samą w sobie, a nie tylko konsumpcyjnie motywowane zaspokajanie czyichś potrzeb.

W swojej książce mówi Pan o niebezpieczeństwie zniewolenia konsumentówproducentów. Czy można w takim razie twierdzić, że wolność każdego z nas jest zagrożona przez globalizm?

W jakimś sensie tak, ponieważ wraz ze wzrostem naszych potrzeb i konsumpcyjnych pragnień wzrasta również potrzeba ich natychmiastowego zaspokajania. Pośrednim skutkiem tego zjawiska jest więc zwiększanie dyscypliny nakładanej na producentów wytwarzających towary, których się domagamy, a to w konsekwencji odbija się na nas. Bo cóż to oznacza? Że zwiększając nasze oczekiwania jako konsumentów, zwiększamy je także wobec siebie jako producentów. Sam to obserwuję w szkolnictwie jako nauczyciel akademicki. Jako rodzic mam wysokie oczekiwania wobec szkoły, do której uczęszczają moje dzieci, chciałbym wiedzieć, jak wypada ona w porównaniu z innym szkołami, oczekuję, że sprawnie będą w niej działać mechanizmy oceny pedagogów… Dlatego, patrząc na to od drugiej strony, uważam, że nie mam prawa uskarżać się, jeśli wobec nauczycieli akademickich ktoś próbuje wprowadzić ten sam rodzaj dyscypliny. A zatem wzrost oczekiwań konsumenckich powoduje, że wzrastają też obciążenia i dyscyplina producencka. Mamy coraz więcej pracy i coraz mniej czasu na to, by się zastanowić, kim naprawdę jesteśmy.

i>A kim jesteśmy? Albo kim powinniśmy być, żeby sobie dawać radę z takimi dylematami?

Po pierwsze, musimy o wiele lepiej rozumieć siebie pod względem politycznym. Sądzę, że pojęcia obowiązujące we współczesnej polityce, koncepcje, w obrębie których się dziś poruszamy, są w znacznej mierze przestarzałe. Ciągle myślimy w kategoriach państw narodowych, które odgrywają jakieś role na światowej scenie, współzawodniczą ze sobą, handlują, w skrajnych przypadkach wdają się ze sobą w otwarte konflikty, toczą wojny itd. Ale prawda jest taka, że w ubiegłym wieku międzynarodowy system gospodarczy stał się tak skomplikowany i wzajemnie powiązany, że pojedyncze państwa nie są już atomami, z których ten system się składa.

Globalny system żyje swoim odrębnym życiem, mając też znaczących graczy w postaci ponadnarodowych koncernów, często większych od państw. Państwa natomiast nie kontrolują już tak znacznego obszaru działalności jak dawniej. Ale mimo to domagamy się, żeby nas postrzegano jako obywateli konkretnych państw. Z uporem obstajemy przy przynależności do konkretnej części świata, podczas gdy nasza działalność gospodarcza – zarówno „producencka”, jak i „konsumencka” – prawdopodobnie wywiera większy wpływ na życie ludzi z innych części świata niż na naszych współziomków z sąsiedniego miasteczka. Nie wydaje mi się, abyśmy wypracowali koncepcje czy instytucje polityczne, które pojmowałyby te wzajemne zależności na poziomie wyższym od narodowego czy krajowego, co widać nawet na przykładzie nieustających sporów w obrębie Unii Europejskiej…

Czy zalecałby Pan w odpowiedzi na to wyzwanie swoiste obywatelstwo jeszcze szerszej ponadnarodowej instytucji?

Mam wrażenie, że przede wszystkim potrzebna jest nam nowa koncepcja rozwoju świata zarówno w kategoriach politycznych, jak i gospodarczych. Koncepcja obejmująca pojęcie dorastania ku czemuś, dążenia w jakimś kierunku: do unii albo współzależności wyrażanej w jakiejś innej formie instytucjonalnej, a przy tym łączącej ludzi, którzy, historycznie rzecz biorąc, wywodzą się z różnych państw. Ale to nie wyczerpuje odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy, ponieważ kryje się w nim nie tylko aspekt polityczny, ale również religijny czy eklezjalny. Kościół zaś stawia przed nami wyzwanie jak najszerszego postrzegania siebie jako obywateli świata. Ogólnoświatowe państwo jest wprawdzie mrzonką, o tym jestem przekonany, ale z drugiej strony – poprzez wiarę – do czegoś zobowiązuje mnie pojęcie obcowania świętych. To zaś znaczy, że w ostatecznym rozrachunku musimy rozumieć siebie jako część wspólnoty wszystkich istnień ludzkich, złączonych w relacji triumfu i cierpienia. A taką perspektywę zapewnić może tylko Kościół.

Publikujemy za uprzejmą zgodą Redakcji miesięcznika Znak

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code