Miesięcznik " W drodze"

Śmierć od tyłu

Spread the love

Śmierć od tyłu

rozmowa z prof. Jackiem Kolbuszewskim

Już niemal pół wieku bada Pan Profesor cmentarze i przygląda się polskiej kulturze umierania. Dlaczego warto zastanawiać się nad śmiercią?

Dlatego, że „tanatis sumus i czeka nas humus”. Jest to oczywiście żartobliwe postawienie sprawy, ale tak czy owak kres naszej egzystencji jest wyznaczony.

Zagadnienie śmierci to niesłychanie trudna kwestia do rozstrzygania, zajmuje się tym bowiem obecnie i fizjologia, i medycyna, i psychologia, i teologia. Chociaż pojawiają się bardzo różne koncepcje, skąd bierze się terminalność życia ludzkiego, to jest ona faktem niezaprzeczalnym i nieuniknionym. Żyjemy w świecie, w którym chętniej ogląda się zjawiska związane z filozofią „mieć”, niż z filozofią „być”, co prowadzi prędzej czy później do dehumanizacji. Trudno świadomie zbudować swoje istnienie bez mniej czy bardziej wyraźnie zarysowanego wyobrażenia śmierci.

Kiedyś przy okazji ćwiczeń z poezji romantycznej, które prowadzę ze studentami, rozmawialiśmy na temat śmierci bohaterów i śmiertelności ludzkiej i gdy jedna z pań zareagowała dziwnym śmiechem, powiedziałem jej: „Przepraszam bardzo, proszę pani, ale pani też umrze”. Wiem, że to było brutalne, dla niej okazało się to za brutalne, dlatego też wstała, złapała torbę i więcej się na moich ćwiczeniach nie pokazała. W pewnym wieku nie chce się myśleć o śmierci, jednak to, że się o tym nie myśli, powoduje traumatyczne przeżywanie faktu śmierci drugiej osoby. Zajmowanie się problematyką tanatologiczną zmusza do głębszej autorefleksji, do podjęcia nie tylko pewnego wysiłku intelektualnego, ale nade wszystko emocjonalnego, aby tę traumę w jakiś sposób przezwyciężyć, oswoić. Jak powiedział kiedyś Leopold Staff: „Śmierci należy się uczyć, tak jak życia”.

A czy ten, dla wielu dość specyficzny rodzaj zainteresowań, zmienił jakoś u Pana Profesora spojrzenie na świat?

Powiedziałbym, że nawet w bardzo istotny sposób. Przede wszystkim z większym spokojem myślę o śmierci i reaguję na umieranie drugiego, a szczególnie bliskich. Widzę ją jako zjawisko naturalne i nieuniknione, jako coś, z czym nie należy walczyć, bo walka staje się kapitulacją. Oczywiście inaczej to wygląda w opiece paliatywnej, a jeszcze inaczej u osób terminalnie chorych. Gdy zastanawiamy się nad dramatem śmierci, to mimo wszystko łatwiej nam zrozumieć jej dramaturgię. Jest to bowiem trochę tak, jak pójść do teatru na sztukę Szekspira i coś wcześniej wiedzieć o tym, kim był Szekspir i na czym polegają rysy jego dramaturgii – jego poetyka, filozofia, sposób postrzegania życia. W tym momencie dokonuje się coś, co można by określić mianem oswajania śmierci.

Warto jednak pamiętać, że śmierć jest nieprzekraczalnie niepoznawalna. Jej historię piszą umierający, ale oni swoją wiedzę zabierają ze sobą. My możemy tylko opisywać pewne aspekty psychologiczne, społecznokulturowe, antropologiczne. Słowacki poeta Milan Růfus powiada bardzo mądrze, że „śmierć tylko z przodu jest straszna”. Ona jest straszna z perspektywy oglądającego czyjś zgon, a jaka ona jest z punktu widzenia tego, kto tę granicę przechodzi, nie wiemy.

Dzisiejszy świat chętniej mówi o witalności, nie chce zwracać uwagi na to, co jest nieuchronnym losem każdego z nas. Ale mamy również do czynienia z „pornografią śmierci”. Przechodzimy ze skrajności w skrajność. Co ten stosunek do śmierci mówi o nas i o naszej kulturze?

Myślę, że stosunek do śmierci jest jedną z fundamentalnych, podstawowych miar naszego człowieczeństwa, kultury, samoświadomości i tożsamości. Śmierć traktuje się dziś w dużej mierze jako osobistego wroga i osłabia poprzez ośmieszenie i zbanalizowanie. Pornografia śmierci pokazuje trywialność świeckiej świadomości, która lubi epatować rzeczami niebezpiecznymi, czyniąc z nich jednak „niebezpieczeństwo oswojone”. Potrafimy godzinami oglądać filmy przesycone śmiercią, morderstwami, ale to wszystko odbywa się bez emocjonalnych kosztów. Tylko pojawia się pytanie, jak długo ta zabawa jest nieszkodliwa? Rodzi się w nas pełen obłudy, a zarazem najlepszych intencji, sposób postrzegania tej problematyki – mamy jej świadomość, ale jednocześnie traktujemy ją jako niebezpieczną z punktu widzenia wychowawczego. To dlatego przy dzieciach nie mówi się o umieraniu i śmierci, nie zabiera się ich na pogrzeby albo tak, jak najczęściej odbywa się to w kulturze niemieckiej, nieboszczyka oddaje się do zakładu pogrzebowego, który wszystko za nas załatwia. Krótko uczestniczy się w uroczystości pożegnania zmarłego, a potem żałobnicy idą na kawę z ciasteczkami. To wszystko oczywiście zależy od siły zakorzenienia pewnych tradycji lokalnych. Na Litwie czy Wileńszczyźnie do dziś trumnę z nieboszczykiem zamyka się dopiero na cmentarzu, przed złożeniem do grobu. Ale to są już coraz bardziej enklawy kulturowe, do których nie przeniknął jeszcze wpływ tzw. silnych mediów. Tam bowiem, gdzie przenika, absolutnie eliminuje się tego rodzaju sceny i otwieranie trumny jest nie do pomyślenia – to jest nieestetyczne. Poza tym wszystkim, śmierć sama w sobie jest nieestetyczna. Dlatego w kulturze XIX wieku, ale nie tylko, kładziono nacisk na piękną śmierć świętych, wybranych przez Pana, wokół których roztacza się po zgonie odor sanctitatis.

Nasza kultura ma skłonność do bezemocjonalnego podchodzenia do śmierci. Nie chcemy za nią płacić. Jesteśmy na bardzo istotnym zakręcie kulturowym, w którym zanikają wskutek czynników społecznych i ekonomicznych tradycyjne postawy wobec śmierci i umierania. Zanika model śmierci rodzinnej, umierania w otoczeniu rodziny. Umiera się w szpitalu lub w jakiejś mniej czy więcej przygotowanej umieralni. Dostaję szału, gdy czytam, tego skądinąd mądrego Amerykanina, Geoffreya Gorera, który mówiąc o stylach umierania, wymienia „szpitalny styl umierania”. To nie jest styl! To jest determinacja! To jest tak, jak z Józiem powołanym do wojska. Czy on ma styl zachowania żołnierza? On nie ma stylu zachowania żołnierza, on ma styl, który mu narzucił rygor, regulaminy i przełożeni. Jego styl to jest wyjście przez dziurę w płocie jednostki i pójście na randkę albo na piwo, żeby się wyzwolić. Umieranie szpitalne jest nacechowane bardzo silną presją rutyny, dehumanizacji i najróżniejszych dewiacji, które dotykają służbę zdrowia.

To wszystko powoduje odsunięcie, nieobecność śmierci, a w związku z tym potęguje naszą nieumiejętność poradzenia sobie z nią. Dlatego tak chętnie ucieka się w stronę najróżniejszych form, powiedziałbym trochę ekstrawaganckich, jak trumny amerykańskie, tanatopraksja, czyli upiększanie nieboszczyka, wykorzystuje się trąbki nad grobem i tym należy tłumaczyć szalony rozwój tego przemysłu.

Podam jeszcze jeden przykład z naszej codzienności. „Gazeta Wyborcza” potrafi zorganizować z dużym rozmachem akcję rodzenia po ludzku, ale nie zdobędzie się na akcję umierania po ludzku. Nie zdobędzie się z tego względu – chociaż może nawet im takie pomysły przychodziły do głowy – że gazeta, która zajmuje się na poważnie umieraniem, od razu będzie miała zmniejszoną poczytność. Mówienie o śmierci jest najnormalniej w świecie nieopłacalne.

Miejscem, po którym widać nasz zewnętrzny stosunek do śmierci, jest cmentarz. Czym jest cmentarz dla współczesnego Polaka?

Nade wszystko przestrzenią sakralną. Ciało ludzkie jest świątynią Boga, ciało ludzkie jest święte, więc zbiorowisko ciał świętych staje się przestrzenią sakralną niezależnie od tego, czy została ona w sensie formalnym sakralizowana przez poświęcenie lub inne akty świadomie temu patronujące. Charakterystyczne, że do tej sakralności od samego początku społeczeństwo polskie przywiązywało niesłychanie dużą wagę i kiedy zakładano cmentarz na Powązkach w Warszawie czy Rakowicki w Krakowie, to ludzie buntowali się przeciwko „pochówkowi psiemu”, czyli w niepoświęconej ziemi. Stąd właśnie ta rytualizacja przestrzeni cmentarza ze strony Kościoła, polegająca na stawianiu kaplic, na uroczystym święceniu. Proszę zwrócić uwagę na to, że na wielu cmentarzach komunalnych kapłan w trakcie pogrzebu święci grób, krzyż i wieńce. A z tej sakralności wynika szacunek wobec drugiego człowieka – to jest wprawdzie trup, ale to był człowiek, wobec tego zasługuje na szacunek. Stąd bardzo silna tendencja do prawnej ochrony nekropolii.

Cmentarz jest również przestrzenią pamięci. Selma Lagerlöf, noblistka z 1910 roku, powiedziała że „kultura to jest coś, co pozostaje po tym, co było”. Jeżeli się pozbędziemy pamięci o nieboszczykach, jeżeli ją skutecznie wykarczujemy, to zubożymy poczucie naszej tożsamości. Ujmując inaczej, powiedziałbym, że ten, kto wywraca nagrobki, pokazuje brak swojej tożsamości. To, że ta refleksja pamięci nie zawsze wchodzącemu na cmentarz się nasuwa, to już jest sprawa indywidualnej wrażliwości, dyspozycji psychicznych, przygotowania intelektualnego, a wreszcie zanurzenia w kulturę.

Cmentarz to również przestrzeń patriotyczna – dziejów i historii, gdzie ginie kategoria wroga.

A czy cmentarz jest również miejscem kultury?

Jednym z najważniejszych. Nekropolia jest znakiem stosunku żyjących do umarłych. Ale to jest też tak, jak powiada Zygmunt Bauman, że „ciągłość tradycji dbania o groby wynika w dużej mierze z ludzkiego egoizmu”. Jeśli ja zadbam o grób mojego przodka, to mój potomek zadba o mój. Ludzie bronią się przed pochówkiem, który skazywałby ich na zapomnienie.

Cmentarz może być także świadectwem dehumanizacji, ponieważ ona jest jednym ze składników kultury. Na pewno czym innym jest zakopiański Cmentarz Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku, a czym innym Katyń. W jakiś sposób Katyń jest tekstem historii, ale bardziej jest tekstem kultury, który pokazuje nam dehumanizację. Bardzo symptomatyczne jest to, że pomordowanych tam ludzi, z pozycji zdegradowanych nieboszczyków, poprzez ekshumację i godne pochowanie, niejako rewindykuje się dla kultury.

To właśnie z kulturowego pojmowaniu cmentarza bierze się tendencja do jego semantycznego i estetycznego wyposażenia. Budowania go takim, żeby był ładny. Przy czym kryterium piękna jest oczywiście w tym wypadku zupełnie subiektywne. Powtarzam moim studentom – możecie się śmiać z każdej grafomanii, ale proszę, nie śmiejcie się z grafomanii zobaczonej na cmentarzu i na grobie, dlatego że tam trzeba stosować inną miarę. To jest bowiem twórczość i sztuka dobrej woli. I to wszystko będzie mniej czy bardziej udane, ale nie śmieszne, ponieważ podmiot mówiący wyraża tutaj swoje najgłębsze, dramatyczne myśli, którymi żyje. Stąd wynika oczywiście ta zwykle kiczowata estetyzacja cmentarzy, ale to właśnie kicz jest najczęstszym sposobem oswajania śmierci.

O kim bardziej mówią cmentarze – o żyjących czy o zmarłych?

Napis na grobie „Ignacy Krupa, księgowy” nie przekazuje wielu informacji. Jeżeli jednak widzę, że grób Ignacego Krupy, księgowego, jest bardzo ładnie utrzymany, że stoi na nim gustowna rzeźba, a kwiaty są pod kolor, to możemy już wiele powiedzieć na temat jakości czy wysokości poziomu kultury kogoś, kto o ten grób dba. Cmentarze zdecydowanie więcej mówią więc o żyjących. Przynajmniej w trzech aspektach. Pierwszy to zaniedbanie, co w jakiś sposób świadczy o zerwaniu więzi. Drugi to standard kultury lastryko – statystyczny Polak dąży do tego, żeby grób jego bliskiej osoby wyglądał ładnie, ale nie ma pieniędzy na kaukaskie marmury. I wreszcie trzeci to jest historyczna pozostałość po kulturze baroku, tendencja do przepychu, do pokazania się przez wystawność nagrobka. Bywają cmentarze, na których tę rywalizację łatwo dostrzec.

W XVIII wieku relegowano cmentarze poza miasto. Zaczęły wtedy powstawać wielkie pozamiejskie nekropolie – PčreLachaise, Rossa, Powązki, likwidowano natomiast cmentarze przykościelne, osadzane według reguł soboru rzymskiego z 1059 roku, który nakazywał, aby zmarli spoczywali w fizycznym cieniu kościoła. Rewolucja wyrzucająca ze względów higienicznych cmentarze za miasto pociągnęła za sobą niezwykle istotne konsekwencje kulturowe. Jaki jest obecny wpływ Kościoła i naszej religijności na kształt cmentarzy?

To piekielnie trudne pytanie. Oczywiście socjologowie religii badają ten wpływ na prawo i lewo, ale wiarygodność odpowiedzi jest tutaj dosyć relatywna, vide dyskusja o religii w szkole. Trudno odpowiedzieć jednoznacznie, w jakiej mierze cmentarze są świadectwem polskiej religijności dlatego, że symbolika religijna jest na nich obecna powszechnie i stale, różny jest tylko stopień jej nasilenia. Trudno wyrokować, czy ten, kto umieścił obrazek lub figurkę Matki Bożej, ma akurat głębszy sposób przeżywania wiary. Poza tym pojawia się tutaj relatywizm odbioru. Miałem to szczęście, że swoją karierę pisarską o cmentarzach zacząłem od książki Wiersze z cmentarza, którą poświęciłem współczesnej epigrafice nagrobnej. Wzbudziła dość duże zainteresowanie, miała wiele recenzji – inna rzecz, że działo się to w czasach komuny, kiedy recenzje pisywało się namiętnie – i niesłychanie mnie rozbawiło, gdy przeczytałem w jednym z czasopism katolickich, że ta książka jest świadectwem głębokiej religijności Polaków, a autor ma ten wielki plus, że to zauważył. Natomiast w „Gazecie Robotniczej”, organie Komitetu Wojewódzkiego PZPR we Wrocławiu zachwycano się tym, że ta książka pokazuje bardzo wyraźnie proces laicyzacji, dowodzący spadku zainteresowań religijnych u Polaków. Jednak niezależnie od sposobu czytania tego tekstu religijności polskiej, nie ulega wątpliwości, że rola Kościoła jest bardzo znacząca. Na wielu cmentarzach polskich w okresie Polski Ludowej próbowano wprowadzić instytucję świeckich mistrzów ceremonii pogrzebowej, fantazyjne kapelusze, fioletowe kapy. I pamiętam, jak strasznie ci ludzie się szamotali, nie wiedząc, jak uczynić zadość odpowiedniej rytualizacji tego obrzędu. Silna laicyzacja obrzędu pogrzebowego osłabia ekspresję obrzędowości i może dlatego chętnie sięga się wtedy do środków, które określiłbym mianem peryfrastycznych – hejnalista, salwy, korowody żałobnych panienek… To się oczywiście może podobać, ale to jest próba wypełnienia luki, która powstaje po wyparciu elementu rytualizacji związanej z religią. To przecież ryt podnosi o cały diapazon, o całą klasę rangę obrzędu.

Na co powinniśmy zwracać uwagę, kiedy jesteśmy na cmentarzu? Jak go odczytywać?

Kwestia kultury osobistej i wrażliwości emocjonalnej. Tu na pierwszy plan wysunąłbym oczywiście wartość przeżycia religijnego związanego z wiarą. Łatwiej i sensowniej wchodzi się na cmentarz komuś, kto jest głęboko wierzący. Nie będę ryzykował, mówiąc o procentach, ale nie ulega wątpliwości, że bardzo wiele osób, które chodzą na cmentarz, chodzi tam zupełnie bezrefleksyjnie.

Cmentarz wiele mówi na temat gustów, obyczajów, skłonności społeczeństwa. Nie myślę teraz o historycznym czytaniu cmentarza – że tutaj leży Chałubiński, a tam Makuszyński – ale o oglądzie socjologizującym, który pozwala na uchwycenie, czy społeczność danej miejscowości przywiązuje większą wagę do ochrony pamięci o swoich zmarłych czy nie, sposobów jej zróżnicowania etnicznego. To spojrzenie daje nam możliwość uzyskania odpowiedzi na bardzo interesujące pytanie dotyczące populacji, stanu zamożności społeczeństwa – czy to jest kultura marmuru czy lastryko. Wreszcie istotna jest tutaj funkcja układu przestrzennego cmentarza, drogi, położenia poszczególnych pól i sektorów. To mówi niesłychanie wiele o obyczajowości żyjących. Górka Anielska dla dzieci czy kwatera specjalnie dla nich przeznaczona pokazuje charakterystyczny kult dziecka, który wyraża się właśnie poprzez wyodrębnienie tych grobów i jednocześnie silną tendencję pewnej unifikacji. Gdy wchodzi się na taką kwaterę, to widać powtarzający się napis: „Powiększył grono aniołków”, i właściwie, kiedy znajdzie się on na trzech pierwszych grobach w rzędzie, to nikt nie ma ani chęci, ani odwagi, żeby się z tego wyłamać.

A najpiękniejszy cmentarz dla Pana Profesora?

Śliczna jest Rossa, zdegradowany jest Łyczaków, podniszczony jest cmentarz w Grodnie, nierówne są Rakowice, ładne, ale nie do szaleństwa, są Powązki. Natomiast jeśli miałbym powiedzieć o najładniejszym, jaki widziałem, to mimo swego zapuszczenia jest to greckokatolicki cmentarzyk wiejski w miejscowości Radruż na Roztoczu, z charakterystycznymi białymi prymitywnymi krzyżami. Paradoksalnie jego niesamowita uroda polega trochę na zniszczeniu i zarośnięciu. Bardzo nie lubię wysterylizowanych cmentarzy.

Gdybym miał sobie wyobrazić własny nagrobek, to marzy mi się taki podhalański z Jezusem frasobliwym…

…i koniecznie jakiś skalniak, i dużo zieleni, bez żadnych marmurów. Jeśli jeszcze dodałby pan do tego widok na góry, to moglibyśmy leżeć obok siebie. A moim ideałem jest to, żeby mnie po chrześcijańsku skremowano i rozsypano gdzieś w górach, co wiąże się z moim sceptycyzmem nie tyle wobec mojej rodziny, ile wobec kwestii ludzkiej pamięci.

rozmawiał Jarosław Borowiec

 

  • JACEK KOLBUSZEWSKI ur. 1938, literaturoznawca, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się historią literatury polskiej XIX i XX wieku, dziejami literatur zachodniosłowiańskich oraz zjawiskami kulturowego pogranicza, zwieńczeniem jego kilkudziesięcioletnich badań nad cmentarzami i problematyką śmierci są książki: Wiersze z cmentarza (1985), monografia Cmentarze (1996), antologia polskich wierszy nagrobnych Co mnie dzisiaj, jutro tobie (1996) oraz praca poświęcona współczesnemu nekrologowi prasowemu Z głębokim żalem… (1997).

    Nr 11 (411) 2007

     
  • Skomentuj

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

    *

    code