Duchowość ignacjańska

Kłopoty z nawróceniem

Kłopoty z nawróceniem

Dariusz Piórkowski SJ

Nawrócenie nabiera dla człowieka znaczenia dopiero wtedy, kiedy wstrząśnie nim paradoks ludzkiej wielkości i marności. Uświadomienie sobie przekraczającego go celu, do którego powinien dążyć, jak i ciągłej niedoskonałości życia na tyle, aby uznać je za ostatecznie spełnione, może zapoczątkować wewnętrzną przemianę w myśleniu, poznawaniu i uczuciach. Jednak to zaledwie pierwszy krok na tej drodze, gdyż każda próba zmiany stylu życia rodzi pewne zewnętrzne i wewnętrzne trudności.

Rozterka McMurphy’ego

Randall McMurphy, bohater Lotu nad kukułczym gniazdem – pospolity obwieś, szuler i zabijaka, aby uniknąć odsiadki, postanawia udawać wariata. Ląduje więc w szpitalu psychiatrycznym, który zrazu jawi mu się jako miejsce setnej zabawy. Niebawem spostrzega jednak, że pacjenci wiodą tutaj godne politowania i bezpłodne życie, pod kontrolą pozornie słodkiej, a w rzeczywistości zimnej, wyrachowanej i nad wyraz poprawnej Wielkiej Oddziałowej (Big Nurse). Niedoszły więzień powoli odkrywa, że zakład funkcjonuje wyjątkowo nienaturalnie, a poszczególne osoby zostały tutaj zredukowane do „zdalnie sterowanych” marionetek – do uległych we wszystkim, skarlałych „człowieczków”. Ku swemu zdumieniu Randall zauważa, że w chorych już dawno temu zanikły wszelkie odruchy naturalności, a ich indywidualność została skrzętnie wyrugowana i bezmyślnie poddana wszechwładnej siostrze Ratched. Pacjenci nie mają prawa marzyć, kochać, czuć, radować się. Za to ich zamknięta w granicach zakładu codzienność, rozgrywa się pod czujnym i sadystycznym okiem Big Nurse, która sama nadaje i wytycza podopiecznym kanony zachowań i postępowania. McMurphy, wyłamując się z obowiązujących reguł, za wszelką cenę pragnie wzbudzić w pacjentach poczucie wolności i otworzyć im drogę wyjścia z niewoli. Podsyca więc w chorych nienawiść przeciwko Wielkiej Oddziałowej, szykując równocześnie plan ucieczki. Chociaż między nim a współmieszkańcami zawiązuje się nić sympatii, Randalla ogarnia kolejne gorzkie rozczarowanie. Z czasem dochodzi on do wniosku, że większości „wychowanków” siostry podoba się owa nieludzka atmosfera, wykreowana przez bezduszną pielęgniarkę. Albowiem nie przebywają oni w szpitalu wbrew swojej woli, lecz raczej obawiając się świata poza murami zakładu, przyzwalają na bycie więźniami. Wielka Oddziałowa stanowi dla nich ostoję bezpieczeństwa, dlatego wolą chwalić własne kajdany, kosztem doznawania miałkich, aczkolwiek tak upragnionych korzyści, niż zdecydować na życie w prawdziwej wolności. McMurphy, który dotąd rozsiewał niechęć wobec siostry Ratched, nagle zdaje sobie sprawę, że aby opuścić szpital, sam musi „ukorzyć się” przed Wielką Oddziałową, która kiedyś w przypływie łaski może uznać go za „wyleczonego”.

Różnie można interpretować tę historię. Oczywiście, nie należy odczytywać jej zbyt dosłownie. Nie chodzi tutaj o to, aby przeciwstawiać Murphy’ego – jako ewentualnego wzoru do naśladowania – pozostałym mieszkańcom zakładu. Na opowieść tę można popatrzeć np. z punktu widzenia walki swobody i naturalności z szablonami narzuconymi przez nieczułe „cyborgi”, dla których świat jest jedynie wielką maszyną, składającą się z tysięcy trybików. Są i tacy, którzy w powieści tej widzą próbę ujęcia zepsutego od samych korzeni systemu totalitarnego. Każdy reżim zaspokaja bowiem jakieś absolutne „minimum” potrzeb ludzkich, niwelując przy tym odrębność i wyjątkowość jednostki. W zamian wymusza spłacanie przez nią daniny z własnej niezależności i żeruje na lęku człowieka przed odzyskaniem rzeczywistej wolności. W gruncie rzeczy opowieść tę można potraktować jako parabolę wewnętrznego zmagania człowieka, chociaż przeniesioną w niecodzienną scenerię, co służy tylko dobitniejszemu uwypukleniu subtelnych mechanizmów zniewalających człowieka. Osobiście pragnę uczynić ją tłem a zarazem punktem wyjścia dla rozważań o nawróceniu, ponieważ historię tę przenika pewien paradoks, właściwy poniekąd także dla procesu nawracania się.

Możliwość i konieczność nawracania się

W każdym z nas, z grubsza rzecz ujmując, ścierają się nieustannie dwa przeciwstawne dążenia. Z jednej strony tęsknimy za pełnią życia, którą można by określić jako ciągłe bycie w drodze z otwartą przyłbicą, jako poruszanie się w obszarze szeroko rozścielonego horyzontu ducha, jako stałe wyczekiwanie i otwieranie się na coś nowego, wieczne nienasycenie oraz pęd ku odkrywaniu siebie i świata. Pełnia życia to w jakimś sensie rozpalanie w sobie pragnień i zgoda na ich niespełnienie, obecność egzystencjalnego niepokoju, którego iskrą zapalną jest możliwość ciągłego bycia zaskoczonym. Życie doskonałe to – w myśl Ortegi y Gasseta – „wędrówka na rozległej przestrzeni pod rozgwieżdżonym niebem autentycznego świata, głębokiego, strasznego, pełnego tajemnic, nieodgadnionego i niewyczerpanego, gdzie wszystko jest możliwe – i dobro, i zło”. Za Cervantesem można by z kolei powiedzieć, że człowiek jest istotą, dla której „droga zawsze jest lepsza od zajazdu”. Spełnienie tęsknot człowieka dokonuje się na tej ziemi w zmierzaniu krętym nieraz traktem do coraz doskonalszej wolności, ukierunkowanej na ustawiczny i świadomy rozwój. Jeszcze inaczej, każda osoba ludzka jest wędrowcem, którego wewnętrzne pragnienie pełni życia popycha w każdym momencie do osiągnięcia przekraczającego i jednocześnie pociągającego go celu.

Drugi, jakby przeciwny biegun ludzkiego serca, to dążenie charakterystyczne dla znudzonego i ociężałego pielgrzyma, któremu milszy jest zajazd niż droga. Pełnię życia zastępują wtenczas rozmaite namiastki, najróżniejsze formy miraży i cząstkowych dóbr, które skutecznie wtrącają człowieka w stan inercji i absorbują całą jego uwagę. Takiż wędrowiec miast krótkiego wytchnienia i pokrzepienia w gospodzie, po to, aby móc iść dalej, rozgaszcza się w niej na dobre. Rozsiada się, zaczyna jeść, bawić się i pić do nieprzytomności, tak jakby dotarł już do kresu swojej podróży, do którego przecież powinien zdążać. Co więcej, tak się przyzwyczaja i zżywa z tą nową sytuacją, że ani w głowie mu opuszczenie wygodnej karczmy, przez co poprzestaje na pozornie satysfakcjonującym go etapie drogi. Nie rusza dalej, bo i po co się trudzić dla mało uchwytnego i zamglonego celu, skoro na podorędziu można zadowolić się, co prawda, pomniejszymi, ale przynajmniej chwilowo łatwo dostępnymi pożytkami. Niestety, po niejakim czasie, obieżyświat spostrzega, że brakuje mu już pieniędzy, a ponieważ taka forma życia stała się dla niego niemal oczywistością, bez której trudno się obejść, zapożycza się od karczmarza, później od innych kompanów. Ale długi rosną i ciążą coraz bardziej, wierzyciele domagają się zwrotu. A ponieważ nie ma z czego oddać – trzeba teraz odrobić w znoju przepuszczony majątek. I tak z wędrowca przekształca się on w najemnego robotnika, a z czasem w niewolnika własnych brzemiennych w skutki wyborów i cudzych żądań. Wtedy dopiero zapuszcza się myślą w przeszłość i mówi sobie: „Czyż nie lepiej było iść dalej, niż zatrzymywać się aż tak długo w tym miejscu? Czy warto było rezygnować z nieprzewidywalnej wprawdzie, ale jednak wolności, na rzecz jedynie chwilowego zadowolenia?” Tę stronę wewnętrznego konfliktu człowieczeństwa symbolizują właśnie pacjenci, którym droższe było wynaturzone poczucie bezpieczeństwa i zdanie się na wolę despotycznej siostry, niż zdobycie się na ryzyko samodzielności oraz podtrzymywania w sobie godnych człowieka pragnień i tęsknot.

Zważywszy na ów obrazowo przedstawiony paradoks, który w różnym stopniu dotyczy każdego z nas, łatwiej – przypuszczam – wyjść naprzeciw wezwaniu Ewangelii do nawrócenia. Warto uświadomić sobie, że możliwość nawrócenia opiera się właśnie na tym, że jako istoty duchowo-cielesne spragnieni jesteśmy pełni i niemal nieograniczonej wolności. Gdybyśmy nie byli w stanie doświadczać owoców rzeczywistej wolności, gdybyśmy nie potrafili przekraczać siebie, bezpodstawnym byłoby nawoływanie licznych proroków oraz samego Jezusa do zmiany myślenia i postępowania. Życia ludzkie nie jest też nacechowane determinizmem, chociaż w drodze wolnego wyboru, człowiek może wepchnąć siebie samego w wyżłobione przez życie modele zachowań, które obdarzają go iluzorycznym poczuciem sytości i równocześnie stwarzają wrażenie monotonii. Dlatego konieczność nawracania się znajduje swoje usprawiedliwienie w tym, że łatwo lgniemy do byle czego, że jesteśmy podatni na duchowe skostnienie i zakrzepnięcie, na zawężenie człowieczeństwa do wąskich ram, które wyhamowują jego autentyczny rozwój. Wszyscy narażeni jesteśmy na pokusę zbaczania z naszej drogi i utknięcia w jakiejś oberży – zakątku, w którym upatrujemy nasze szczęście. Prawdą, do której dorastamy chyba przez całe życie, jest fakt, że na tym świecie nie ma takiego błogiego ustronia, choćbyśmy nie wiem jak tego pragnęli.

Ale istnieje jeszcze inny niezwykle ważny, jeśli nie najistotniejszy, argument przemawiający za niezbędnością nawrócenia. W życiu ludzkim nie chodzi tylko o samodoskonalenie się i samorealizację czy, co gorsza, zażywanie niczym nieskrępowanej wolności. Sobór Watykański II w Konstytucji o Objawieniu Bożym pisze, że „przez objawienie Bóg niewidzialny (por. Kol 1, 15; 1 Tm 1, 17), w nadmiarze swej miłości zwraca się do ludzi jak do przyjaciół (por. Wj 33, 11; J 13, 14-15) i obcuje z nimi (por. Bar 3, 38), aby ich zaprosić do wspólnoty z sobą i przyjąć ich do niej”. W suwerennym i pełnym życzliwości wyjściu Boga ku człowiekowi, który w dziejach odsłania mu się na różne sposoby i pragnie zadzierzgnąć z nim więź zażyłości, spoczywa sedno i cel ustawicznego nawracania się. To nie tyle zadośćuczynienie określonym przykazaniom czy zewnętrznym praktykom ma być głównym motorem i osią nawrócenia, co raczej wejście w komunię i pielęgnowanie trwałej i świadomej relacji z Bogiem. Jednak to nie Bóg musi dosięgnąć miary ludzkiej, lecz to człowiek powoli i w sposób wolny ma dojrzeć do boskiej miary. Już św. Ireneusz z Lyonu pisał, że człowiek w chwili stworzenia „był dzieckiem i trzeba było, aby wzrastając doszedł do doskonałości”. Ta prawda o człowieku nie zmieniła się nawet po jego upadku, chociaż obecnie nawiązanie żywego dialogu z Bogiem stało się niewątpliwie trudniejsze, aczkolwiek nie przestało być możliwe. Stąd Pismo Św., mówiąc o nawróceniu, często używa czasowników: szukać Pana i Jego oblicza, pytać o Niego, pragnąć Pana, skłonić swe serce ku Niemu, zawrócić, odwrócić się od czegoś, porzucić coś. Używając tych form, Biblia uwydatnia cechę powtarzalności w nawróceniu. Dlatego nie tyle chodzi o nawrócenie, co o nawracanie się, chociażby ze względu na to, że umieszczony w czasie człowiek przechodzi dosłownie i duchowo z etapu dzieciństwa, poprzez młodzieńczość do dorosłości, a także wskutek nie wygasającej w nim skłonności do błądzenia.

Biorąc pod uwagę całość powyższych refleksji, na czele z wewnętrzną sprzecznością rozdzierającą serce człowieka, nie należy się zbytnio dziwić, jeśli napotykamy w sobie trudności i bariery, przeciwstawiające się ochoczej odpowiedzi na zaproszenie Ewangelii. Nie biorą się one znikąd. Nasze opory pokazują nam najpierw, że nawrócenia nie da się sprowadzić do jakiegoś niewymyślnego, kosmetycznego upiększenia duszy. Ukryty sprzeciw wobec nawracania się wskazuje raczej na to, że jego apel odwołuje się do samego rdzenia, a nie do obrzeży naszego człowieczeństwa. Jak z pewnością wiemy, o wiele łatwiej dokonać jakiegoś zewnętrznego retuszu, niż szczerze poddać się autentycznej przemianie od środka. Nawracanie się to proces o wiele bardziej złożony, wielobarwny, obejmujący wszystkie sfery człowieczeństwa, przechodzący przez różne stadia i zawirowania. Jezus określa nawrócenie raz jako radykalny zwrot ku Bogu, owocujący zupełnym odwróceniem kierunku życia. ( Zamiast rzucania się w objęcia jakiejkolwiek postaci Wielkiej Oddziałowej, Jezus zaprasza do wolnego oddania się kochającemu Ojcu, który szanuje naszą indywidualność i odrębność). Innym razem dopomina się wyczulenia i „korekcji” naszych uszu, oczu, dotyku, serca, aby móc widzieć i rozumieć nie tylko zewnętrzną powłokę wydarzeń, lecz ich utajone przesłanie. Gromiąc Piotra pod Cezareą Filipową, upomina go, aby nie myślał tylko o tym, co ludzkie, lecz przede wszystkim o tym, co boskie (por. Mt 16, 23). W końcu przekonuje, że człowiek zwracający się całym sobą ku Bogu, wyzbywa się lęku i niepotrzebnych trosk, i otwiera przystęp takim uczuciom jak: solidarność, współczucie, sympatia i empatia, troska o innych, zaufanie itd.

ak widać, nawracanie się obejmuje zarówno rozum, żywione przekonania oraz sposoby poznawania, jak i całą sferę uczuciową, nie wyłączając cielesności. Naszą drogę wędrowca wyznacza sukcesywne przyjmowanie za swoje takiego sposobu myślenia, czucia, sądzenia, decydowania, reagowania – jakiego ideał mamy w Jezusie, przez którego zbliżamy się do Ojca. Spróbujmy zatem pójść jeszcze dalej i zastanówmy się bardziej wnikliwie nad sercem człowieka, zwłaszcza nad negatywnym wpływem przepoławiającej je dialektyki, która utrudnia bardziej wspaniałomyślne otwarcie się na przychodzącego do nas Boga. Przyjrzymy się nieco dokładniej wybranym właściwościom naszej natury związanym z poznawaniem rzeczywistości i działaniem uczuć. Pomiędzy odpowiednim używaniem naszego intelektu i zrozumieniem roli uczuć w kształtowaniu naszych przekonań, a możnością i jakością nawracania się, zachodzi – moim zdaniem – ścisła zależność.

Sztuczki rozumu

Jest rzeczą zrozumiałą, że aby poruszać się i orientować w tym świecie, nie obejdziemy się bez jakiegoś fundamentu i punktów odniesienia. Nie sposób wyobrazić sobie człowieka, który wchodząc w kontakt z otaczającą go rzeczywistością, nie tworzy sobie i nie żywi związanych z nią przekonań oraz nie wyrabia w sobie mniej lub bardziej solidnych poglądów i stanowisk. Człowiek, w przeciwieństwie do zwierząt, ma przed sobą bezkresne pole doświadczania i wychodzenia ku temu, co znajduje się na zewnątrz niego. Na dodatek, każda osoba ludzka szuka i potrzebuje jakiegoś minimum zabezpieczenia i pewności. Pomimo tego, niebezpiecznym zabiegiem (także w odniesieniu do wiary i relacji z Bogiem) jest dopuszczenie do pojawienia się pewnego rodzaju pasywności umysłu i poznawania, wskutek której człowiek, świadomie lub nie, zadekretowuje ostateczną ważność i niepodważalność raz zdobytych pojęć oraz odniesień do świata. Jedną z głównych przyczyn tego stanu jest przerost potrzeby rozporządzania i poczucia pewności, w której nie ma już miejsca na zaufanie, przez co człowiek broniąc się przed utratą stabilności, kostnieje w swoim myśleniu i reagowaniu na rzeczywistość. Umysł ludzki chciałby również uchwycić się takiego punktu zaczepienia, który gwarantowałby względną niezmienność i stałość, co tylko częściowo jest możliwe. Wszelako tego typu bierność paraliżuje samodzielne myślenie, pozbawia umysł rzutkości niezbędnej do tego, aby otworzyć się na takie doświadczenia, spostrzeżenia i obserwacje, które pozwolą mu lepiej rozpoznać prawdę.

W dziedzinie poznania chodzi raczej o podtrzymywanie i ćwiczenie w sobie takiej trzeźwości umysłu, dzięki której uczymy się postrzegać spadające na nas problemy i wyzwania w ich wieloaspektowości, otwierając się tym samym na pełniejszą prawdę. W świetle tego wymagania przybliżanie się do prawdy suponuje nierzadko zawieszenie na chwilę swych własnych lub potocznych wyobrażeń, wspartej na zaufaniu rezygnacji z kalkulacji i wyolbrzymionej przezorności, wstrzymania się z pochopnym wydawaniem sądu, opartym często na słabo ugruntowanych przekonaniach. Mogą one być już nieaktualne lub winny być uzupełnione o nowe doświadczenia i dane. Dalej, rozpoznawać prawdę to podjąć trud wsłuchania się, bezstronnego przypatrzenia się czemuś z różnych punktów widzenia. Wiele naszych opinii nie znajduje swego uzasadnienia w rzetelnym przemyśleniu czy zwykłym zdrowym rozsądku, lecz ma swoje źródło w obiegowych i powierzchownych mniemaniach. Bierze się to też po części stąd, że za żadne skarby nie jesteśmy w stanie ogarnąć mnogości napierających na nas informacji (kwestia tzw. „higieny informacyjnej”), dlatego nie podejmujemy nieraz wysiłku zrozumienia jakiejś myśli, lecz od razu próbujemy wtłoczyć ją we własne utarte koleiny i przez ten pryzmat odczytujemy komunikat, jaki płynie do nas z nowej myśli. Jest to jeden z największych błędów, jaki popełniamy. Przy czym dla jasności trzeba nadmienić, że szukanie prawdy nie oznacza, że rezygnujemy z ferowania jakichkolwiek sądów i rozpływamy się w relatywizującej wszystko nieokreśloności. Jednak zanim coś definitywnie stwierdzimy, powinniśmy podejść do siebie z  dystansem i postawić sobie pytanie: „ A może jest w tej czy innej myśli i doświadczeniu coś słusznego, prawdziwego, cennego, zaskakującego, nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku sprzeciwia się to moim twierdzeniom, ukutym pojęciom i zdobytym doświadczeniom”?

Cóż to ma jednak wspólnego z nawracaniem się? Bardzo dużo. Nie może przecież umknąć naszej uwadze fakt, że nawrócenie zakłada gruntowną zmianę myślenia i poznawania. W jakiż zatem sposób Bóg miałby roztoczyć przed nami swoją perspektywę i bogatsze rozumienie rzeczywistości, jeśli zamarłaby w nas naturalna ciekawość i chłonność umysłu? Jak mielibyśmy pojąć złożoność i głębię Bożych myśli, gdybyśmy z naszego umysłu uczynili warowną twierdzę, do której zażarcie bronimy dostępu wszelkim niepożądanym intruzom? Jak miałaby dotrzeć do nas istotna treść Ewangelii, która, by tak rzec, góruje nad nami, ale zarazem pociąga nas do ciągłego stawiania pod znakiem zapytania naszych być może słusznych, ale zbyt wąskich horyzontów, jeśli nasz umysł nie zachowałby najmniejszego pola manewru? Nie będziemy wiernie naśladować Jezusa, jeśli nie wejdziemy w nurt oddziaływania Jego myślenia, jeśli nie zadamy sobie trudu stopniowego wyostrzania naszych zmysłów, demaskowania i uwalniania się od „sztuczek” umysłu, które nas krępują i zaciemniają ogląd rzeczywistości. Jakże często Jezus zaskakiwał swoich oponentów zbijającym z tropu postrzeganiem spraw bosko-ludzkich, wielością ewentualności oraz niekonwencjonalnością posunięć, które często wykraczały poza obręb sztywnych kategorii poznawczych Jego adwersarzy. Działo się tak nie tylko z tego powodu, że Jezus posiadał boską wiedzę, niedostępną ludzkiemu pojmowaniu. Rozległość i wnikliwość wiedzy Chrystusa zakorzeniona była także w Jego ludzkiej zdolności poznawczej, która stale nakierowana była na poznanie prawdy i nigdy nie przestała się rozwijać. Podobna głębia może być podarowana również nam, jeśli zachowamy w sobie lotny, świeży i giętki umysł. Jezus wielokrotnie, aczkolwiek zawsze jako dobry pedagog, wyrzucał uczniom otępiałość umysłu (por. np. Mk 8, 17 -18 ) – jakąś ślepotę, wyłaniającą się z nadmiernego skoncentrowania się na sobie. Oznacza to, że człowiek może rozwinąć w sobie i zachować żywotny oraz bystry umysł. W przeciwnym wypadku, Chrystus nie domagałby się tego od nas.

Tymczasem, to właśnie z uporczywego obstawania przy swoim zdaniu, z niedoboru poznawczej elastyczności, z własnej labilności intelektualnej, ze zrozumiałej częściowo potrzeby obwarowania siebie niezbitymi i niepodatnymi na pogłębienie przekonaniami, z szukania stuprocentowej pewności, wypływa nieumiejętność spoglądania na rzeczy w ich wielorakich uwarunkowaniach i zróżnicowanym kontekście. Takie nastawienia zagradzają nam drogę do niektórych doświadczeń, do uważniejszego wsłuchiwania się w „mowę” Boga, dla którego cała rzeczywistość może być przekaźnikiem Jego woli. Częstą pokusą, nie omijającą wielu z nas jest ocenianie rzeczy pod kątem jednego lub nawet dwu aspektów. Naturalnie, nikt z nas nie jest w stanie dokonać takiego wglądu w daną myśl lub problem, który ogarniałby wszystkie jego aspekty. Jednakże właśnie szukanie prawdy – szukanie Boga domaga się wzbudzania w sobie niepokoju i dokładania większych starań, aby coś poznać – jak chociażby w momencie poznawania jakiegoś miasta położonego w dolinie: „Czy rzeczywiście stanąłem już na wszystkich wierzchołkach gór, z których mogę rzucić okiem na leżącą w dolinie miejscowość? Czy aby nie trzeba prócz tego pójść do tego miasta, wejść między jego uliczki, domy, piwnice, ogrody i parki, porozmawiać z mieszkańcami?” Jednakże człowiek, jak widzimy to na przykładzie faryzeuszów w Ewangelii, może tak uczepić się jakiejś wizji, iż wcale nie ma zamiaru wypuścić jej łatwo z rąk. Daje mu ona złudne poczucie bycia panem i zarządcą rzeczywistości. Słowem, wszelka forma hermetyczności i „nieprzepuszczalności” umysłowej spowalnia, jeśli nie uniemożliwia, lepsze zrozumienie złożonej rzeczywistości, a także czyni niewrażliwym i bardziej odpornym na wkroczenie tego, co boskie w historię naszego życia.

Siła uczuć

Nie tylko nasz umysł płata nam najrozmaitsze figle, odwodząc od postępowania naprzód i nęcąc do osiadania na laurach. Jedynie intelektualistyczne podejście do poznania i nawrócenia okazałoby się poważnym okrojeniem człowieka, jeśli można się tak wyrazić. Dodatkową perturbacją, z jaką borykamy się w poznaniu i szukaniu Boga, tudzież jaka komplikuje nam opuszczenie, redefinicję lub pogłębienie żywionych przekonań i idei, które pozwalają nam żyć i rozwijać się, jest wpływ uczuć. Wypada jednak przy tym podkreślić znamienny fakt. Człowiek nie jest rozumną istotą, w której uczucia kłębią się chaotycznie jak we wrzącym kotle. Nie są one też kulą u nogi, którą wleczemy za sobą, lecz głównie siłą napędową i jedną z form ekspresji człowieczeństwa. Kto pomija i lekceważy uczucia w poznawaniu i wyrażaniu własnych poglądów, ten w pewien sposób odziera człowieka z jego istotnego wymiaru. Nie poznajemy tylko czysto intelektualnie. Nie poznajemy też wyłącznie za sprawą samego pragnienia wiedzy, tak jakby było ono oderwane od całości egzystencji człowieka. Nasze idee nie są z kolei li tylko abstrakcyjnymi pojęciami krążącymi bezwiednie w naszym umyśle. Oczywiście dla celów metodycznych i naukowych dokonujemy takiego rozróżnienia. W praktyce jednak nigdy nie spotykamy się z przypadkiem wyrażenia jakiejkolwiek opinii bez związania jej z jakimś uczuciem, czyli ze swoistą energią, która doczepia się do naszych przekonań. Siłą rzeczy, w zależności od wyczucia rangi naszego przekonania, od stopnia zżycia się z nim, ta uczuciowa komponenta może być większa lub mniejsza. Niepodobna też przedstawić sobie wcielania jakiejś idei i zgodnego z nią postępowania bez przynajmniej śladowego zaangażowania uczuciowego. Gdzie wobec tego pojawia się tutaj przeszkoda, jeśli zasadniczo uczucia pełnią w nas rolę wspierającą i motywującą do działania, jeśli są one wyrazem naszej woli, bez której nie można zdefiniować człowieka? W jakim sensie niektóre uczucia mogą stać się zaporą na drodze nawracania się?

Jeśli nosimy w sobie pewną wypracowaną siatkę pojęć i przekonań, które z natury rzeczy nie są jedynie wolnymi elektronami, lecz drogowskazami, punktami oparcia, „latarniami morskimi” umysłu, podług których orientujemy nasze wybory, postępowanie i odniesienia do rzeczywistości, to zawsze, by powtórzyć to raz jeszcze, wspomaga je specyficzna energia uczuciowa. Dzięki niej uzyskujemy wspomniane już wcześniej poczucie pewności i zakotwiczenia  w zamieszkiwanym przez nas świecie, w którym nagle się pojawiliśmy. Dlatego jeśli nagle zostaniemy skonfrontowani z doświadczeniami i przekonaniami rozbieżnymi z naszymi poglądami, w pierwszym momencie stajemy przed murem innego ujęcia rzeczywistości, ale także przed apelem skierowanym do naszych uczuć. (Nie mam tutaj na myśli wszystkich przekonań, lecz te, które decydują i rozstrzygają o naszym „być” lub „nie być”). Nasze uczucia, pełniące też funkcję energii wzmacniającej nasze przekonania, wyzwane są w takiej chwili jakby na pojedynek. To tak jakby ktoś próbował oderwać nas od korzeni i pozbawić życiodajnych soków, mocą których żyjemy. Zmiana poglądów, poszerzenie horyzontów myślowych, wzbogacenie dotychczasowego ujęcia rzeczywistości o jakiś nowy aspekt, zakłada bez wątpienia metamorfozę uczuć, z którymi de facto sprzężone są nasze „stare” pojęcia. A wiadomo, że nie da się w człowieku wywołać na zawołanie głębokich uczuć dotykających fundamentów jego egzystencji. Istnieją bowiem takie uczucia, które rodzą się w nas z potrzeby chwili: jako przejaw naszego instynktu samozachowawczego, jako obrona przed zagrożeniem lub śmiech wywołany zabawną sytuacją lub dowcipem. Tego rodzaju uczucia gasną w nas tuż po zaniknięciu bodźca, który je spowodował. Natomiast nie jesteśmy w stanie wzbudzić w sobie na poczekaniu szlachetnej miłości do kogoś lub porzucić coś, co bardzo lubimy. Uczucia, które przynależą do naszych kluczowych przekonań, nie doznają przemiany za pstryknięciem palcem, bo ich źródło jest silniejsze i trwalsze. Dlatego wzbraniamy się i lękamy przed tym, co inne lub nowe, gdyż nie jesteśmy automatem, który bez wahania reaguje we wszystkich swych sferach na zasadzie „bodziec – reakcja”. W takich sytuacjach obawiamy się, że nagle utracimy coś, co funduje i podtrzymuje naszą egzystencję. Toteż wolimy nieraz pozostawać przy wycinkowym i szczątkowym poznaniu jakiejś myśli, problemu, siebie samych itd. Dokonujemy tutaj mniej lub bardziej świadomej decyzji, bo przecież nie jest łatwo ot tak zrezygnować z jakiegoś żywionego przekonania lub określonych schematów poznania, gdyż zdaje nam się wówczas jakbyśmy opadali w jakąś przepaść, ziejącą zatrważającą niepewnością. Nieraz takie rozstrzygnięcie może zachować swoją ważność nawet przez całe życie, jeśli nie nastąpi jakiś wstrząs i wytrącenie ze zdobytej równowagi.

Tymczasem, chociaż sądzimy, że pójście dalej oznaczałoby naszą zgubę, pojawiająca się niepewność i lęk to reakcja obronna, na dodatek o wiele głębsza niż zwykły odruch – to sygnał, jaki przesyłają nam uczucia, ale też stojąca za nimi wola przetrwania i ustrzeżenia własnej tożsamości. Pobudzeni tymi uczuciami mamy wrażenie, że coś się w nas rozpada. I być może tak istotnie jest. Jednak wydaje się, że to odczuwane przez nas totalne „rozmontowywanie” naszego wnętrza, jest w rzeczywistości tylko częściowym rozerwaniem lub nadwątleniem jakiejś uczuciowo-intelektualnej struktury. Dzięki temu emocjonalnemu nadszarpnięciu wewnętrznego ustroju, który jakże często nieświadomie rejestrujemy w chwili zetknięcia się z nowością, podkopującą nasz system przekonań, dokonuje się w nas pewne otwarcie, a może raczej zaproszenie do otwarcia. Tutaj właśnie w sposób szczególny ujawnia się ryzyko, do którego podjęcia jesteśmy zaproszeni. Warunkiem zmiany myślenia jest przełamanie tak przedziwnie wyrażającego się egzystencjalnego lęku – dłuższej lub krótszej niepewności – uaktywnionego nagłym „podminowaniem” jakiegoś ważnego przekonania lub całego ich zbioru. Ten wzrost napięcia to w rzeczy samej symptom zmiany ukierunkowania strumienia energii uczuciowej. W pośrodku tego procesu następuje oderwanie się energii uczuciowej od przekonania, które jeszcze nie straciło znaczącego wpływu na nasze życie i złączenie jej z nowym, które jeszcze nie zostało do końca przyswojone. Innymi słowy, energia ta po prostu przemieszcza się z jednego ośrodka „starej treści” do powstającego ośrodka „nowej treści”. Ten moment, jakby zawiśnięcia w próżni – jako uboczny skutek „przeskoku” energii – objawia się często uczuciem pustki i egzystencjalnego zagubienia. (Jak gwałtownie może przebiegać to przejście i przeobrażanie uczuć, widać na przykładzie wielu nawróceń świętych, duchowych oczyszczeń, wkraczania na kolejne etapy życia wewnętrznego). Właśnie to poczucie, podważające stabilność – siłę naszych przekonań, stawia nas przed szansą stworzenia bardziej wszechstronnych pojęć i idei, śladami których pójdą nowe zachowania i postawy.

Zwykle jest tak, że nie każda nowość rozsypuje w pył cały nasz świat pojęć i przekonań. W normalnym toku to, co nowe, raczej je rozszerza, pogłębia, częstokroć oczyszcza. Trudno byłoby ostać się człowiekowi, z którego nagle wypreparowanoby wszystkie jego przekonania i uczucia. To zakładałoby też, że w całości są one złe i nieprawdziwe. Jakkolwiek czasami mogą one być wykoślawione, nigdy jednak nie jest tak, że cały człowiek od stóp do głów utkany jest z fałszu i iluzji. Wówczas nie można by nawet mówić, że taką istotę godzi się nazwać człowiekiem. Osoba ludzka już przez to, że powołana została do istnienia, niesie w sobie niejako w zalążku, rezerwuar wlanych i przyswojonych z zewnątrz słusznych przekonań. Otworzyć się na nową myśl to zaufać, że ona nie zniszczy do szczętu samego jądra naszych najgłębszych przekonań. Nowa, odmienna, czasami nawet na pierwszy rzut oka szokująca lub oburzająca nas myśl, może wzbogacić nasz wewnętrzny świat. Właśnie zdolność dystansowania się wobec pojęć i przekonań, którymi na co dzień się posługujemy i odnosimy do świata, to wejście w ryzyko chwilowej utraty psychiczno-duchowego balansu, to zgoda na zakwestionowanie siebie i tego, o czym dotąd byliśmy słusznie przeświadczeni. Kiedy zaakceptowana przeze nas nowa myśl wniknie do naszego świata intelektualno – uczuciowego, nie tylko będziemy mieli wrażenie, że coś się rozjaśniło, lecz na dodatek w miejsce niepewności i zagrożenia pojawi się jeszcze bardziej wzmożona pewność. Ta myśl usadawia się jakoś w dotychczasowym schemacie, chociaż nieraz może się zdarzyć, że wypchnie lub ukruszy jakieś przestarzałe pojęcie, które w oparciu o nowe poznanie niejako samo przestanie być aktualne i okaże się nieadekwatne w stosunku do tego, co zasymilowaliśmy.

Boga wzywaj, a ręki przykładaj

Biografie licznych świętych dowodzą, że zwrócenie się ku Bogu i podążanie drogą Ewangelii, chociaż może okazać się tymczasowym i bolesnym szokiem, nigdy nie przekreśla zupełnie osobowości i wewnętrznego uposażenia człowieka. Bóg, jeśli tak można powiedzieć, nigdy nie powala człowieka na łopatki, nie wydziera mu darów, które już uprzednio w nim złożył, nie doprowadza go na taki skraj bezradności i pustki, gdzie pozostałoby mu już tylko wydanie się na łup rozpaczy. Podanie w wątpliwość naszych przekonań i uczuć jest konieczne w celu przeorientowania życia, ocknięcia nas ze śpiączki, uchronienia zawczasu przed zejściem na manowce. Bez wątpienia, nawrócenie przeformułowuje hierarchię wartości i priorytetów w życiu, natomiast nigdy nie dezawuuje słusznych ludzkich przekonań, uczuć, talentów. Wplata je w dojrzalszy sposób w nową logikę i nadaje im nowy, właściwszy kierunek: nie do siebie, lecz ku Drugiemu. Z całości zarysowanych pokrótce refleksji, moglibyśmy wysnuć wniosek, że prawdziwe nawrócenie jest przedsięwzięciem ponad ludzkie siły. Może zrodzić się w nas wątpliwość, czy aby Bóg nie oczekuje od nas zbyt wiele? Czy jesteśmy władni przezwyciężyć w sobie zastałe struktury i oprzeć się narosłym przez lata najrozmaitszym poznawczo-uczuciowym mechanizmom? Czy w końcu znajdziemy w sobie moc, abyśmy nie przerazili się złożonością własnych problemów, gmatwaniną wewnętrznych impulsów i przyzwyczajeń?

W wezwaniu Jezusa do stałego nawracania się tkwi także afirmacja potencjału człowieka; zachęta do tego, aby uwierzył, że zmiana stoi przed nim otworem. Jednym z celów Ewangelii jest wskazanie na drzemiące w człowieku, dostępne na wyciągnięcie ręki, możliwości jego rozumu, psychiki, zmysłów, które dane mu są po to, aby nie zadowalał się w życiu namiastkami, lecz wciąż dążył i przedzierał się do rzeczywistego Dobra. Nie oznacza to, że sami dysponujemy mocą, którą wystarczy ożywić, aby dokonało się natychmiastowe przeobrażenie naszej natury. Siła sprawcza przemiany nie leży w naszej gestii. Nasza odpowiedzialność w nawracaniu się polega na przygotowaniu „przedpola”, ułatwianiu przystępu, odwracaniu uwagi od rzeczy nieistotnych, wyrażaniu zgody na przepływ odnawiającego strumienia łaski Chrystusa. To, rzecz jasna, pociąga za sobą określone akty i czynności. Wszelako zawsze pełnią one, jeśli można tak powiedzieć, rolę propedeutyczną dla Bożej interwencji, ale też wprawiają w ruch uśpiony potencjał człowieka, zdolny do współpracy z nadprzyrodzoną działaniem. Niewiele słów pojawiło się w tym artykule na temat roli wolności w nawracaniu się. Myślę jednak, że to, jak ona się w nim przejawia, można wyczytać między wierszami. Na ogół nawrócenie dokonuje się w naszym życiu małymi kroczkami, właśnie z racji mniej lub bardziej wielkodusznego zaangażowania naszej wolności i delikatnego dostosowywania się Boga do naszego rytmu i możliwości.

Dodatkową pociechą i umocnieniem niech będzie dla nas i to, że w sumie nawrócenie wypływa z uprzedzającej inicjatywy Boga. Św. Łukasz w słynnych przypowieściach o miłosierdziu, ukazuje Boga jako pierwszoplanowego aktora i głównego inspiratora procesu nawrócenia. O dziwo, to sam Bóg przejmuje tutaj aktywną rolę: zostawia stado owiec i ratuje z tarapatów tę jedną jedyną; wymiata cały dom, aby znaleźć zgubioną drachmę; wygląda młodszego syna i wybiega mu naprzeciw. Już w Starym Testamencie Bóg porównywał siebie do pasterza, który sam szuka zagubionej owcy, zabłąkaną sprowadza z powrotem, opatruje skaleczoną, umacnia chorą i ochrania tłustą i mocną ( por. Ez 34, 16). Bóg nie należy bynajmniej do tych, którzy stawiają innym wygórowane żądania, a sami nie chcą ich ruszyć palcem. Na różne sposoby próbuje nas „sprowokować” do otwarcia Mu podwojów naszego serca, rozumu, zmysłów: puka, kołacze, wysyła różne sygnały i znaki, wyprawia z misją różnych ludzi, budzi uczucia. Szkopuł w tym, czy my te zabiegi dostrzegamy i jak na nie odpowiadamy. W naszej codzienności zdarza się mnóstwo momentów lub bardziej długotrwałych doświadczeń, przez które Bóg próbuje „przebić się” do naszego wnętrza i wprowadzić tam nieco twórczego zamieszania. Być może zwłaszcza te sytuacje, myśli, wydarzenia, które budzą w nas negatywny oddźwięk, są czasem szczególnym darem, który przeoczamy lub co rusz odrzucamy. Warto więc przebadać i „zmodyfikować” swoje myślenie, poznawanie i uczucia. Może trzeba tam wzniecić jakąś małą rewolucję? Jeśli przychodzi nam to z trudem, to może należałoby częściej prosić Boga o pomoc, chociażby w duchu pięknej modlitwy Rabindranatha Tagore:

„Gdy stwardnieje i wyschnie me serce, spłyń na mnie deszczem miłosierdzia.
 Gdy łaska ujdzie z mojego żywota, spłyń na mnie orkanem pieśni.
 Gdy zewsząd otoczy mnie hałaśliwy zamęt pracy i oddzieli mnie od tamtąd, spłyń ku mnie,
 O Panie milczenia, spłyń z swym spokojem i ciszą.
 Gdy żebracze me serce przykucnie zamknięte w kąciku, rozewrzyj bramę mój Królu, i w królewskim zjaw się majestacie.
 Gdy żądza oślepi mi duszę złudą i pyłem, spłyń na mnie, Ty święty, Ty czuwający, błyskawicą i gromem”.

Dariusz Piórkowski SJ

Dodaj komentarz

NAWRÓCENIE – inne teksty dot. nawrócenia
kard. Joseph Ratzinger, Nowa ewangelizacja
Bernadetta Galas, Paradoks nawrócenia
Andrzej, Jak wierzący może pomóc nawracajacym się?

PRZEKONANIA – inne teksty
ks. Krzysztof Kaucha, Chrześcijanin wobec wielości religii
Richard Rorty, Świadomość, intencjonalność i filozofia umysłu
Darek, Pokusa doskonałości

UCZUCIA – w tym temacie
Krzysztof Osuch SJ, Medytacja ignacjańska
Wiara i życie w dzisiejszych czasach
Jola, poczucie własnej wartości jako wartość sama w sobie

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code