Bóg Jest miłością

Te słowa z Biblii stały się dla mnie realne, żywe i prawdziwe już prawie 15 lat temu.

W poszukiwaniu szczęścia, miłości, akceptacji i dobra w życiu, (których tak bardzo potrzebowałem), błądziłem po tym świecie niczym ćma lecąca do światła. Lecz światło, wypatrywane przeze mnie było jakoś nieosiągalne, dalekie, ledwo, co wyczuwalne. Ale całym sobą wiedziałem, miałem nadzieję, że jest coś więcej, że nie może być tak, że człowiek żyje tylko po to, aby zaspakajać swoje potrzeby, ale że jest to coś, dlaczego warto żyć. Wychowałem się w rodzinie, gdzie chodź bieda była, jednak wartości typu nie kradnij, nie kłam, itp. wryły mi się głęboko w serce.
 
Moi rodzice byli już wiekowymi ludźmi, kiedy przyszedłem na świat mieli już prawie po 50 lat. Jako siódme dziecko w rodzinie słuchałem ojca, który często opowiadał o wojnie, o śmierci swego pierwszego syna, który skonał na jego rękach w wieku 3 lat. Słuchałem matki, która z trudem w czasie wojny uchroniła się gwałtom, najpierw Niemców, potem bolszewików. Trudne to czasy były i bardzo traumatycznie wpisały się w życie moich rodziców. Niestety wspomnieniami nie dało się układać mojego życia i pomimo szacunku dla rodziców (ze względu na ich wiek i “patriotyzm”) w czasie ogólnego poruszenia (1980 rok) rozumiałem w mojej 19 letniej głowie, że owszem wywalczona ta Polska była, że na pewno wiele oni przeszli i należy szanować to, co jest ważne w ich życiu, ale ja mam swoje życie (wielkie odkrycie maminsynka) i to ja muszę je przeżyć. Zawsze starałem się, aby nie przynosić wstydu rodzicom, uczyłem się wyśmienicie (po ich śmierci również), byłem pracowity, zadbany, odważny, i wydawało mi się, że żywcem powinienem, gdyby, co wejść do nieba, w czym utwierdzali mnie najbliżsi. Niestety zawirowania życia (śmierć matki, gdy miałem 20 lat, ojca, gdy miałem 24 lata) spowodowały, że nagle zrozumiałem, że jestem sam. Owszem była rodzina, byli przyjaciele, ale mimo wszystko zostałem sam. Pracowałem w przemyśle, chociaż nie cierpiałem tej pracy (tokarz), ojciec próbując wskazać mi drogę życia widział naszego sąsiada, zobacz on zbudował dom, dużo zarabia, to jest dobry zawód. Niestety w czasach społeczeństwa przemysłowego i w Polsce Gierka, robotnik to był gość. Nie miałem żadnych tradycji rodzinnych, aby piąć się dalej po szczeblach edukacji, pragnienie było, ale chyba strach jeszcze większy. Pamiętam jeszcze, że gdy przychodziła niedziela razem z matką wymykaliśmy się o 6,00 na autobus, aby pojechać do Kościoła na najwcześniejszą mszę, aby potem cały dzień mieć wolny. Pamiętam również przyjęcie, jak zgubiłem kartkę do spowiedzi, jednak pamiętam również, że to wszystko było dla mnie odległe i niemające wiele wspólnego z moim życiem. W rozmyślaniach nad własnym życiem, kiedy już zostałem sam i kiedy moje życie skupiało się nad drogą praca – dom – fucha – samotność.
Odkryłem, że jest mi źle i smutno na tym świecie, oczywiście koledzy, środowisko (dość marne) zadbało o to abym się nie nudził. Alkohol, dziewczyny, rodzące się disco, wiejskie zabawy (nieraz ciężko było wrócić, gdy zabawowe argumenty w dyskusjach spłycały się do pięści), to wszystko tylko rozdzierało mnie, gdyż szukałem czegoś, kogoś? Dość późno podjąłem decyzję, aby się dalej edukować, jako 28 latek podjąłem naukę w średniej szkole, może się uda. Jednak szybko okazało się, że strach miał wielkie oczy i bardzo dobrze radzę sobie w tym temacie. Pomyślałem, może edukacja, nauka to jest to? Niestety w miarę czytania różnych książek, literatury, poezji owszem moje wnętrze ubogacało się, moje myśli dostawały skrzydeł, ale rzeczywistość sprawiała, że i tak te skrzydła wlokłem po ziemi. Wraz z kolegami odkryłem, że niezłe zadowolenie z życia daje skąd inąd znany mi alkohol, piwko, wódka, wino tak lekko było, zapominało się o dniu powszednim, (chociaż na drugi dzień dawał on o sobie nieźle znać), ale chociaż przez chwilę, przez jakiś czas. Niestety, okazał on się zdrajcą, odkryłem to, gdy już zrozumiałem, że to on zaczyna mną rządzić, że nie potrafię już normalnie cieszyć się życiem, chociaż właściwie nie było, czym. Ale zrozumiałem, że mam wroga, który chce mnie usidlić, a pomimo to ja go lubię. Ta dychotomia sprawiła, że zdecydowałem się szukać odpowiedzi na moje pytania egzystencjonalne oraz szukać rozwiązania dla coraz bardziej lubianego trunku. Po ukończeniu szkoły i zdaniu matury wylądowałem 500 km od domu i zapragnąłem zmiany w moim życiu. W nowym środowisku zdawało mi się, że będę potrafił znaleźć to coś. Niestety zmiana miejsca zamieszkania niewiele dała, i tam był alkohol i tam byli osobnicy podobni do mnie, coraz bardziej widziałem swoją beznadziejność.
 
Brak radości z życia, tęsknota za czymś, czego nie mogłem odnaleźć w życiu. Wszyscy mówili weź się w garść, tak wiele potrafisz, masz tyle do przeżycia, jesteś fachowcem, dobrze się czujemy w twoim towarzystwie (jestem sangwinistycznym cholerykiem), co z  tego gdy ja chodziłem z pustką w sercu. Ani przelotne miłości do kobiet, ani praca zawodowa, ani przyjaciele, ani Kościół, ani rodzina nie dawały mi radości życia. To wszystko było takie puste, na zewnątrz wyglądałem fajnie, zadbany, z kasą. Radosny, ale to wszystko było tylko fasadą, wnętrze natomiast cierpiało. Kiedy przygnębienie i brak chęci do dalszego rozwoju brały górę nad wrodzonym optymizmem sprowadzały nawet myśli samobójcze (patrząc z wiaduktu kolejowego zastanawiałem się, może gdzieś po śmierci byłoby lepiej?). Zacząłem się bać, że pogrążę się w jakieś matni, że (mieszkałem wówczas w hotelu robotniczym) skończę jak starzy kawalerowie, mieszkańcy hoteli mający po 50 lat, których sensem istnienia stała się fabryka i kasa oraz oczywiście hulanki. Wzrastała we mnie frustracja i niemoc, nie potrafiłem niczego zmienić. Starałem się, przyrzekałem sobie, tak od nowego miesiąca zacznę inaczej żyć, ale nic to nie pomagało nie umiałem. Chciałem studiować, mieć wspaniałą żonę, dzieci, dom, przyjaciół, ale to było jakby poza moim zasięgiem. Przełom przyszedł w 1993 roku, w Sylwestra pamiętam miałem niesamowite przekonanie, że nastąpi w moim życiu coś, co całkowicie je odmieni. Nie wiedziałem co, ale byłem pewien, że to coś całkowicie mnie odmieni. Rok ten zaczął się dla mnie bardzo źle, dwa razy wylądowałem w szpitalu z zatruciem alkoholowym, rodzina przyjechała z daleka, aby mnie pocieszyć, a ja nie mogłem uwierzyć, że jeszcze komuś na mnie zależy, pamiętam jak poszli, jak płakałem, ale nie potrafiłem niczego zmienić. Z pracy o mało, co mnie nie wyrzucono, z fachowca stałem się osobą, na którą trzeba uważać, bo sobie popija i nie ma już też tej precyzji, co kiedyś.
 
Miałem 32 lata a wydawało mi się, że mam 70. Jednak, kiedy chodziłem do pracy, po drodze przechodziłem koło pewnego Kościoła, na tym Kościele były trzy nagie krzyże, jeden większy i dwa mniejsze, pamiętałem, że Jezus, że łotr. A właściwie, dlaczego Jezus musiał zginąć? Pamiętałem słowa jednego ze szwagrów, który twierdził, że Jezus był największym frajerem. Co to ma do mojego życia? Zacząłem kupować i czytać horrory, podobało mi się, ale coś mi mówiło, że ten świat duchowy istnieje i że on jest tuż tuż. Kupiłem książkę „Życie po życiu”, „Ludzie jak bogowie”, fascynowała mnie historia ludzi, którzy mieli przeżycia po śmierci i wrócili i to co tam przeżywali. Bałem się śmierci i te książki dawały jakieś nadzieje. Największym szokiem w tym czasie była przyjaźń z sąsiadem z hotelu w 2 pietra. Dziwny chłopak, wrócił dopiero co z wojska, pracował na tym samym dziale co ja, ale dostawał odpowiedzialną pracę, dużo zarabiał, przypominał mi mnie samego sprzed 10 laty. Ale był dziwny nie pił, nie chodził na dyskoteki, nie podrywał dziewczyn i ciągle gdzieś chodził. Chodził z uśmiechem na twarzy, był dziwny nie pasował do tego hotelu ni jak. Chciałem z nim pogadać, ale jakoś nie miałem odwagi, aż pewnego razy przyszedł do mnie na pogaduchy. Opowiadałem mu o sobie, o braku motywacji do życia, jak to jest wszystko źle i niedobrze, jak to wszyscy są beznadziejni. A on powiedział mi rzecz prozaiczną, że on kocha Jezusa i to Jezus daje mu siłę do życia. Pomyślałem Świadek Jehowy, zapytałem, odpowiedział nie, jak już to świadek Jezusa. Zamurowało mnie to, jak to, przecież ja jestem wierzący, to nic, że nie praktykujący za bardzo ale ……. Ten jedyny, prawdziwy Kościół, a on chodzi gdzieś tam i mówi, że jest chrześcijaninem, a ja to niby co? Pewnie kociarz pomyślałem (nie wiedząc w ogóle co to znaczy). Postanowiłem się z nim podroczyć, idąc pewnego dnia z  imprezki widząc go po drugiej stronie ulicy zawołałem głośno, jak tam idziesz do swojego fanklubu (miałem na myśli kościółek do którego chodził), a on się spytał – a ty wracasz ze swojego? Bardzo mnie to uderzyło, jakich kolegów ja mam, z kim się zadaję?
 
Gdzieś na początku maja pamiętnego roku 1993 podjąłem decyzję, że musi się zmienić moje życie, akurat nadszedł mój sąsiad z pytaniem czy chcesz aby się twoje życie odmieniło – powiedziałem że tak, i rzeczywiście tak myślałem i tego chciałem, byłem gotowy na wszystko.
 
W Zielone Święta zaproponował mi wyjazd w góry, nigdy tam nie byłem, chociaż było blisko z miejscowości w której teraz mieszkałem na dni skupienia. Nie miałem pojęcia co to było, zaprowadził mnie do jednego człowieka, który miał ze mną jechać. Dziwny on był wytatuowany, mówił prostym językiem (nawet prostackim), ale był zadbany, czysty, mieszkanie lśniło czystością. Gdy mi oświadczył, że oprócz smoły i lepiku pił wszystko w swoim życiu, ile to nie przesiedział we więzieniui że jeszcze trzy lata temu w tym mieszkaniu była melina, gdzie chodziły po pijakach szczury, a oni sami turlali się w swoich fekaliach, nie mogłem uwierzyć. Byłem ciekaw, jak on to zrobił, że jego życie się zmieniło, odpowiedział, że to Jezus zmienił jego życie. Jezus i Jezus, czy oni nie mają o czym mówić, narzekać na pogodę, rząd, Polaków obojętnie a oni o Jezusie. W głębi jednak serca wiedziałem, że coś w tym jest, że są autentyczni, nie są hipokrytami. Pojechałem na dni skupienia i ze zdziwieniem słuchałem ludzi, którzy bez skrupułów opowiadali o swoim życiu, że kradli, pili, oszukiwali, cudzołożyli szaleńcy pomyślałem, tak publicznie się negliżować. Każdy jednak mówił o tym, w czasie przeszłym, że to było a teraz jest miłość, szczęście, radość, połączone rodziny, praca. A sprawcą wszystkiego dobra według tych dziesiątek osób, które mówiły o swoim życiu był Jezus. Myślałem również, że to aktorzy, jakoś dziwnie ich historie pasowały do mojej, pewnie się dogadali a teraz specjalnie tak mówią aby mnie zwerbować. Ale jakiś głos mi mówił, kim ty jesteś, aby przed tobą ktoś takie rzeczy robił. Im dłużej się przyglądałem tym ludziom tym bardziej widziałem ich świętość, nie z nich ale gdzieś promienieli szczęściem, które mieli z zewnątrz. Docierało do mnie, że mówią prawdę, że Jezus ich uzdrowił, że dał nowe życie. Porównując się z nimi, wiedziałem, że ja dość dobrze jeszcze wyglądam, że tyle zła nie uczyniłem, że tak nisko nie upadłem jak niektórzy z nich.
 
Ale odczuwałem również, że nie mogę stamtąd wyjechać, jeśli czegoś nie zrobię, że oto dostałem szansę, że jest wśród nich miłość, która nazywa się Jezus i czeka na mnie, kiedy zawołam do Niego i poproszę o przebaczenie o łaskę, o miłość o nowe życie. Przekonanie takie narastało we mnie z minuty na minutę i kiedy ewangelista zaczął zwiastować Słowo Boże, czystą ewangelię, wodę życia, która napełniała moje serce, nie mogłem dłużej czekać, ale na wezwanie do modlitwy o zaproszenie Jezusa do swojego życia pierwszy zgłosiłem się aby się o mnie modlono. To co przeżyłem w czasie modlitwy jest ciągle żywe w mojej pamięci, to było niewyobrażalne . Dwóch prostych ludzi w pokorze przed Bogiem modliło się, by Bóg zlitował się nade mną a ja płakałem, szlochałem i wołałem do tej miłości, której od zawsze szukałem do Jezusa, aby mi wybaczył, aby mnie przygarnął, aby dał nowe życie, aby mnie zbawił, aby poprowadził mnie swoją drogą przez życie. Wiedziałem już, że to ja zepsułem sam sobie życie, że już nic sam nie mogę, ale On mnie kocha i w tej chwili przytulił mnie do siebie i wyszeptał synu mój jestem, kocham cię. Moje wnętrze wypełniło się cudownym szczęściem, miłością, radością . Wiedziałem, że Ojciec Niebiański mnie przyjął, że krew Chrystusa mnie obmyła z grzechów, stałem się jakby o 100 kg lżejszy, a mój wiek zacząłem szacować na 12 lat.
 
To było niesamowite, słuchałem Słowa Bożego, świadectw, pieśni przez kolejne dwa dni i płakałem, wyznawałem Bogu moje grzechy, wychodziłem do modlitwy ilekroć było takie wezwanie. To było jak sen, rano po pierwszym dniu kiedy się obudziłem pomyślałem, że wszystko może mnie boleć, wszystko mogę stracić, ale tego wewnątrz mnie czegoś nie mogę. Kiedy zajrzałem do swego wnętrza, ta miłość niezależna ode mnie była, to uczucie obecności Boga we mnie trwało, a pewność tego, że On jest we mnie narastało. To był przełom w moim życiu, nowonarodzenie. Kiedy wróciłem do hoteliku, wiedziałem już na pewno, że chcę żyć dla Jezusa, że On jest dla mnie wszystkim. Zerwałem znajomości z dziewczynami ze starego życia, aby czasem która nie wciągnęła mnie do łóżka, wiedziałem, że Bóg ma dla mnie żonę i że w odpowiednim czasie mi ją da, i tylko od Niego chciałem ją otrzymać. Zrobiłem wreszcie porządek w moim pokoiku, kolegom powiedziałem koniec imprezek, koniec picia, palenia itp. Oczywiście wszyscy rozumieli, że zgłupiałem, oprócz sąsiada, który się bardzo cieszył. On dał mi pierwszy Nowy Testament, który czytałem dniem i nocą, list miłosny od ukochanego Pana, każde Słowo stawało się pokarmem, życiem, płakałem nad Jego śmiercią, przeżywałem kamienowanie Szczepana, razem z Pawłem wędrowałem po Azji, razem z Tymoteuszem przyjmowałem rady Pawła.
Już kilka dni po tych przeżyciach zostałem zabrany z misją do szpitala, gdzie śpiewaliśmy pieśni , gdzie składane były świadectwa osobom uzależnionym od alkoholu, pamiętam jak lider misji powiedział w moim kierunku, ty kolego powiedz, co się dzieje w twoim życiu. Byłem zszokowany, co mam powiedzieć, ale wiedziałem jedno – nie umiałem tak ładnie mówić jak oni, ale powiedziałem – wiem, że Jezus Jest moją rzeczywistością, że mieszka we mnie bo Go zaprosiłem, i że chcę żyć już tylko dla Niego. To było moje pierwsze świadectwo. Czytałem Biblię, jeździłem z misją, modliłem się (słyszałem jak inni się modlą, po prostu rozmawiali z Bogiem jak z przyjacielem) te modlitwy to były rozmowy z Panem, czułem ciągle Jego namacalną obecność, Jego Świętość, nieraz kuliłem się ze strachu, kiedy uświadamiałem sobie swoją grzeszność przed moim Panem, ale on leczył moje rany, uzdrawiał moją psychikę, wspierał mnie. Czegoś jednak mi brakowało, tych ludzi, którzy tak kochali Jezusa i tak mu ufali. Poszedłem do pierwszego z brzegu Kościoła, słuchałem, patrzyłem na ludzi starałem się odczuć coś duchem… to już znałem – brak życia.
 
Z nieukrywanym zażenowaniem wybrałem się pierwszy raz do "zboru", nawet nie wiedziałem dlaczego to tak się nazywa. Ktoś mi później wytłumaczył, że jest to staropolski język, miejsce zborne czyli spotkań, dom modlitwy, kościół, jakkolwiek by nie nazywać, tam ludzie, którzy kochają Jezusa spotykają się aby Go wielbić i aby słuchać Jego Słowa. Kiedy zaczęli się modlić, śpiewać to moja dusza poszybowała, łzy popłynęły mi po policzkach, wiedziałem Pan jest pośród nich, mój ukochany Pan przechadza się, dotyka. Modlitwa sama płynęła mi z ust, jak umiałem , nikt nie zwracał uwagi na to że płaczę, na to że wołam do Pana, wszyscy rozumieli i sami również cieszyli się obecnością Jezusa. Teraz rozumiałem, że przyszedłem na wesele, gdzie Pan zastawia stół i karmi swoim Słowem swoje dzieci. Wszyscy się uśmiechali, pozdrawiali mnie, ściskali rękę nie rozumiałem skąd tyle serdeczności. Po kilku miesiącach czytając Biblię, doszedłem do wniosku, że jak pisze w ewangelii Marka, kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony, te proste słowa spowodowały, że zapragnąłem się ochrzcić. Nikt mnie nie namawiał, nikt nic nie sugerował, kiedy zgłosiłem się do Pastora z taką prośbą stwierdził, że ma jeszcze 4 osoby do chrztu, a więc za miesiąc się odbędzie. Chwała Bogu, rozprawiłem się wraz z Jezusem z nałogiem papierosów do tego czasu i z czysty sercem przyjąłem chrzest jako pieczęć mojej decyzji pójścia za Jezusem.
 
W 1995 roku po powrocie z misji ze Syberii postanowiłem iść drogą Bożego powołania bardziej odważnie. Odczuwałem, że Bóg chce abym powrócił do starego miejsca, skąd przybyłem, lecz wiedziałem że Bóg na tych terenach jeszcze chce abym trochę pobył, lecz przeniosłem się do Wrocławia. Tego wielkiego i pięknego miasta, tam pierwszy raz trafiłem do zboru Kościoła Zielonoświątkowego, to było cudowne to uwielbienie Boga, służba z narkomanami, pijakami, więźniami. miałem tyle zajęć, pracowałem i służyłem, awansowałem na stanowisko kierownicze w pracy i zobaczyłem, że pracując oddaję Bogu chwałę, że całe moje życie jest jednym wielkim oddaniem Bogu. Wiele wówczas się nauczyłem.
W tym dużym zborze (wówczas ok. 500 osób), poznałem pewną siostrę, która ze wzajemnością zapałała miłością do mnie. Wiedziałem, że oto Bóg daje mi prezent, swoją córkę dla mnie na żonę. To był kolejny szok ona 25 dziewczyna z rodziny naukowców, ja 34 letni osobnik, z dziwną przeszłością. Ona na ostatnim roku magisterki filologii, ja na pierwszym teologii. Ale Pan jest dobry, w 1996 roku ślub, zamieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu i tak oczekiwaliśmy co dalej. Żona zaszła w ciążę, cieszyliśmy się jak małe dzieci. Ale odczuwaliśmy, że Pan chce abyśmy wyruszyli do miasta, z którego pochodzę ok. 400 km od Wrocławia w 1997 r. podjąłem studia na Pomorzu, teologia i misja, latem decyzja wyjeżdżamy, mieliśmy trzy torby i w brzuchu żony dziecko. Ale czuliśmy przynaglenie, żeby wyjeżdżać, teściowie dziwnie na nas patrzyli, ale my wiedzieliśmy, że nie możemy zwlekać ani chwili. Gdy wylądowaliśmy na Pomorzu, okazało się, że tam gdzie mieszkaliśmy było 5 m wody wielka powódź, Bóg ochronił moją żonę i dziecko od tego kataklizmu.
 
Nasza wdzięczność do Boga wzrastała z każdym dniem. Urodziła nam się córka, piękna, cudowna. Kontynuowałem studia a żona podjęła działalność gospodarczą, wiedzieliśmy że Pan chce nas błogosławić finansowo i trzeba założyć i rozwijać firmę edukacyjną. Służyłem w Kościele całym swoim sercem. Podjąłem kolejne studia, pedagogikę piękne studia, tak się cieszyłem. Kiedy odbierałem dyplom magistra z oceną 5 nie mogliśmy uwierzyć, że Bóg jest tak łaskawy i że dał abym swoje najskrytsze marzenia zrealizował. Urodziła nam się druga córka a niedawno trzecia.
Dziś jestem pastorem Kościoła Zielonoświątkowego, rozkochanym w Panu Jezusie, to doświadczenie jakie przeżyłem już prawie 15 lat temu jest żywe i Bóg jest moją realnością. Kochamy nasze córeczki, kochamy teściów, rodzinę a przede wszystkim owce, które Pan nam powierzył w Jego Kościele. Troszczę się o nie jak umiem i kocham je. Mamy piękne mieszkanie, kilka dni temu kupiliśmy piękny dom w centrum miasta. Prowadzimy dużą firmę edukacyjną, która przynosi nam wiele zadowolenia nie tylko finansowego. Kocham moją żonę a ona mnie, 11 lat małżeństwa to ciągłe poznawanie się i odkrywanie. Było oczywiście wiele trudnych spraw, trudnych chwil, ale wiemy jedno, że z Panem zwyciężymy, że On nas prowadzi. Że gdy wypełniamy Jego wolę, to jest to największym szczęściem dla nas. Wiemy również, że jesteśmy pod Jego skrzydłami i że On nas bezgranicznie kocha.
 
Zaprosiliśmy Go do naszego życia, do życia naszych córek i On jest wierny, zawsze jest naszym nr 1. Wiemy i wierzymy, że "Bóg Jest miłością" tak jak apostoł Jan o Nim się wypowiadał, On jest miłością i w Jego miłości odnajdujemy sens istnienia, w Jego miłości jesteśmy w stanie wybaczać i dostąpić przebaczenia, On poszedł na krzyż Golgoty aby nas uratować od wiecznego potępienia i śmierci. Pan , jedyny, wspaniały Jezus Chrystus. KJ
 
 

12 Comments

  1. Anonim

    Panie Kazimierzu, czy uwaza

    Panie Kazimierzu, czy uwaza pan, ze kontakty, jak pan ma z Adwentystami, to cos dobrego dla pana zboru? Jaki byl pana kontakt z katolicyzmem?

     
    Odpowiedz
  2. Kazimierz

    Panie Olku, cieszę się,

    Panie Olku, cieszę się, że Pan wie o moich (naszych) kontaktach z Adwentystami Dnia Siódmego. Zapewne domyslam się o co Panu chodzi w Pana pytaniu – czy “to coś dobrego dla pana zboru”, uważam, że na pewnym poziomie funkcjonowania tak. Wiem i nie zgadzam się, z niektórymi tego Kościoła konserwatywnymi poglądami (sabat, wybranie, podejście do KK), mimo to jednak, uważam, że jest tam wielu ludzi oddanych Bogu, którzy nie do końca znają lub też utożsamiają się z tego typem konserwatyzmu – przykładem może być dotychczasowy Pastor (niestety został przeniesiony na zachód), z którym mieliśmy bardzo dobre relacje. Nasze kontakty polegają na wspólnych spotkaniach modlitewnych (które oststnio przymarły), podnajmowaniu sali na większe uroczystości oraz na wspólnych obchodach np. dnia reformacji. Nie wchodzimy w rozmowy, które dzielą, nie staramy się ich nawracać, ani też oni nas. Nasi zborownicy wiedzą o różnicach i o błędach jakie naszym zdaniem popełniają Adwentyści. Jednak troska o miasta w naszych okolicach oraz wsiach, która wyraża się modlitwą powoduje, że pragniemy aktywizować różne wspólnoty , kościoły z okolicznych miast właśnie w modlitwie.

    Co do drugiej części pytania to nie wiem czy Panu chodzi o mój osobisty kontakt kiedyś tam, czy też jako Pastora teraz. Jeśli chodzi o teraz, to poznałem się z księdzem jednym z mojej miejscowości ale jakoś nic się nie rozwinęło. Mam kolegę księdza, który w innej miejscowości służy (już chyba rok się nie widzieliśmy), ale cenię sobie tą znajomość. Jeśli chodzi o kontakty naszych kościołów to są one żadne, co prawda zapraszaliśmy proboszczów na święto reformacji, ale bez odzewu. Niestety zauważam, że księża katoliccy w dużej mierze traktują nas jak konkurencję, zdarzało się, że młodzież przynosiła nam wieści, że z ambon płynęły przestrogi o nas, że jesteśmy traktowani jak sekta. Nawet do tego dochodziło (dowiedziałem się przypadkiem), że zakonnice modliły się usilnie, abyśmy odeszli z miasta. Jest to dla mnie nie zrozumiałe, ale staram się błogosławić KK, bo wiem że i w tym Kościele jest wiele cennych ludzi, którzy szczerym sercem kochają Jezusa. Moja żona, często wspomina, że swoje pierwsze doświadczenia z Jezusem miała na Oazie katolickiej, cieszę się, że Duch Święty nie uznaje ludzkich podziałów i wieje gdzie chce. Miałem swego czasu również przyjaciół w odnowach i innych ruchach (nawigatorzy)poznałem (inne niż znałem ze starego mojego życia) ludzi kochających Boga. Wiem, że wiele (jeśli chodzi o tradycję, kulty itp. ) nas dzieli, ale na pewno możemy wspólnie się modlić, wspólnie dzielić swoją wiarą w Jezusa, budować się na wzajem i żyć w bardzo dobrych relacjach. Apostoł Paweł pisze, że w Chrystusie nie ma ani Żyda, ani Greka itp. I uważam, że różnice w danych denominacjach, czy wyznaniach chrześcijańskich nie powinny być polem do bitew (takowe zawsze możemy staczać ze Świadkami Jehowy), ale miejscem do poznawania się i akceptacji (nie mówię tu o całkowitej akceptacji wszystkiego) swojej inności oraz ubogacania się.

    Pozdrawiam KJ

     
    Odpowiedz
  3. Anonim

    Dziekuje za odpowiedz, mnie

    Dziekuje za odpowiedz, mnie tylko dziwi, ze nie przeszkadza Panu w tych kontaktach (a wiem o nich co nieco i o ich zazylosci) ich wiara w Ellen White, ktora uznaja za prorokinie, w przeciwienstwie do Chrystusa. Szczegolnie ten zbor Adwentystow ma upodobanie do Ellen White.

    Jesli chodzi o katolikow, to szkoda, ze nie mial Pan kontaktu z gleboko wierzacymi katolikami, bo jak rozumiem, Pana zona zmienila kosciol pod pana wplywem?

     
    Odpowiedz
  4. Kazimierz

    Nie wiem, czy wiara, że

    Nie wiem, czy wiara, że dziś istnieją ludzie, którzy prorokują jest “w przeciwieństwie do Jezusa”. Dary Ducha Świętego dziś funkcjonują tak jak za czasów pierwszego Kościoła. To normalne, że ludzie prorokują, modlą się na językach, modlą się o uzdrowienie i bywają ludzie uzdrowieni, o napełnienie Duchem Świętym. Ludzie miewają sny prorocze, wyganiane bywają demony w imieniu Jezusa itp. Normalne życie Kościoła. Co do Ellen to traktuję ją z dystansem, zapewne można się zauroczyć nauką jakieś osoby, i należy zapamiętać, że tylko Jezus głosił Prawdę, bo sam Nią był i Jest.
    Co do mojej żony, skąd takie przypuszczenie? Poznałem ją w zborze, jest dłużej wierząca niż ja, ani ona ani ja nie musieliśmy na siebie wpływać. Jest nam dobrze w tym Kościele. Wybór Kościoła tak w jej wypadku, jak i moim był pochodną nawrócenia, poszukiwania wspólnoty, która całym sercem idzie za Jezusem, w której Chrystus jest obecny, namacalnie i życie z Nim jest najważniejsze. Tak w moim przypadku, jak i jej nie odnaleźliśmy się w KK.
    KJ

     
    Odpowiedz
  5. Kazimierz

    Jednak myślę, że tak nie

    Jednak myślę, że tak nie jest. Skąd taka opinia? Co prawda nie znam za bardzo jej książek, trochę kiedyś poczytałem, ale zdaje się, że przesadza Pan. W moich kontaktach przynajmniej, nigdy (3 lata) nawet nie miałem cienia takiego podejrzenia, a jestem dość wnikliwą osobą.

    Według mojej oceny, Chrystus jest tam na należnym Mu 1 miejscu.
    Pozdrawiam serdecznie KJ

     
    Odpowiedz
  6. Anonim

    1 Koryntian

    1 Koryntian 13:8-13
    8 Miłość nigdy nie zawodzi. Ale czy są DARY PROROKOWANIA – ZOSTANĄ USUNIĘTER, czy języki ? ustaną, czy poznanie ? będzie usunięte. 9 Mamy bowiem częściowe poznanie i po części prorokujemy, 10 ale gdy nadejdzie to, co zupełne, wówczas to, co częściowe, zostanie usunięte. 11 Kiedy byłem niemowlęciem, mówiłem jak niemowlę, myślałem jak niemowlę, rozumowałem jak niemowlę; ale teraz, skoro stałem się mężczyzną, pozbyłem się cech niemowlęcia. 12 Gdyż obecnie widzimy w mglistym zarysie za pomocą metalowego zwierciadła, ale później ? twarzą w twarz. Obecnie znam częściowo, ale później poznam dokładnie, jak i ja jestem dokładnie poznany. 13 Teraz jednak pozostaje wiara, nadzieja, miłość ? te trzy; lecz z nich największa jest miłość.

     
    Odpowiedz
  7. Anonim

    1 Koryntian

    1 Koryntian 13:8-13
    8 Miłość nigdy nie zawodzi. Ale czy są DARY PROROKOWANIA – ZOSTANĄ USUNIĘTE, czy języki ? ustaną, czy poznanie ? będzie usunięte. 9 Mamy bowiem częściowe poznanie i po części prorokujemy, 10 ale gdy nadejdzie to, co zupełne, wówczas to, co częściowe, zostanie usunięte. 11 Kiedy byłem niemowlęciem, mówiłem jak niemowlę, myślałem jak niemowlę, rozumowałem jak niemowlę; ale teraz, skoro stałem się mężczyzną, pozbyłem się cech niemowlęcia. 12 Gdyż obecnie widzimy w mglistym zarysie za pomocą metalowego zwierciadła, ale później ? twarzą w twarz. Obecnie znam częściowo, ale później poznam dokładnie, jak i ja jestem dokładnie poznany. 13 Teraz jednak pozostaje wiara, nadzieja, miłość ? te trzy; lecz z nich największa jest miłość.

     
    Odpowiedz
  8. Anonim

    “uważam, że różnice w

    “uważam, że różnice w danych denominacjach, czy wyznaniach chrześcijańskich nie powinny być polem do bitew (takowe zawsze możemy staczać ze Świadkami Jehowy)”

    Czy wojny ze Świadkami Jehowy chce Pan toczyć w imię miłości?

    Jana 13:34, 35

    34 Daję wam nowe przykazanie, żebyście się wzajemnie miłowali; tak jak ja was umiłowałem, żebyście wy też miłowali się wzajemnie. 35 Po tym wszyscy poznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli będzie wśród was miłość?.

    Mateusza 5:43-48

    43 ?Słyszeliście, że powiedziano: ?Masz miłować swego bliźniego i nienawidzić swego nieprzyjaciela?. 44 Ja jednak wam mówię: Miłujcie swych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, 45 żebyście się okazali synami waszego Ojca [Jehowy-LK], który jest w niebiosach, ponieważ on sprawia, że jego słońce wschodzi nad niegodziwymi i dobrymi, on też sprawia, że deszcz pada na prawych i nieprawych. 46 Bo jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, jaką macie nagrodę? Czy tego samego nie czynią także poborcy podatkowi? 47 A jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż nadzwyczajnego czynicie? Czy tego samego nie czynią także ludzie z narodów? 48 Macie zatem być doskonali, tak jak wasz Ojciec [Jehowa-LK] niebiański jest doskonały.

     
    Odpowiedz
  9. Kazimierz

    Witam Luke, oczywiście, że

    Witam Luke, oczywiście, że to była alegoria, cytując wersety o miłości ma Pan rację, nie chodzi mi o takie bitwy, ale Świadkowie zawsze są chętni do bojów o słowa, interpretację Biblii itp.
    Jeśli jest Pan Świadkiem, to sam Pan wie, jak jesteście zadziorni wobec innych wyznań.

    KJ

     
    Odpowiedz
  10. Anonim

    Tak, jestem Świadkiem

    Tak, jestem Świadkiem Jehowy.
    Logika, zdrowa logika i żelazna logika, którą posługiwał sie Chrystus podpowiada mi, iż prawda na dany temat jest tylko jedna. Na świecie jest około 37.000 religi chrześcijańskich, blisko 2 mld ludzi odmawia modlitwę ‘Ojcze nasz’. Niestety, zamęt panujący na świecie jest m. in. wynikiem błedych poglądów religijnych, których trzymają się wyznawcy różnych religii. Uważam, iż nie można budować miłości na kłamstwie. Te dwa pojęcia są sobie przeciwstawne. Wykluczają się. W najlepszym wypadku ktoś będzie miał niepełną wiedzę, i będzie krzywdził innych. Nieświadomie, ale nadal krzywdził. Sama gorliwość, wiara, miłość nie wystarcza. Konieczne jest ‘dokładne poznanie’.

    Dzieje Apostolskie 8:1-3; 9:1, 2

    Saul zaś pochwalał zamordowanie go.

    “Owego dnia rozpoczęło się wielkie prześladowanie zboru w Jerozolimie; wszyscy oprócz apostołów rozproszyli się po różnych rejonach Judei i Samarii. A bogobojni mężczyźni ponieśli Szczepana, by go pogrzebać, i wszczęli nad nim wielki lament. Tymczasem Saul zaczął się pastwić nad zborem. Wdzierał się do jednego domu po drugim, wywlekał zarówno mężczyzn, jak i kobiety i przekazywał ich do więzienia.”

    “A Saul, wciąż zionąc groźbą i żądzą mordu przeciwko uczniom Pana, poszedł do arcykapłana i poprosił go o listy do synagog w Damaszku, żeby każdego, kogo by znalazł należącego do Drogi ? zarówno mężczyzn, jak i kobiety ? mógł przyprowadzić związanego do Jerozolimy.”

    Ówcześni Żydzi zapewne uważali, iż Saul jest wzorem gorliwość, wiary i miłości. Saul zmienił się, gdy ‘dokładnie poznał’ ‘tego którego prześladował’.

    Czy Jezus Chrystus chciał, aby jego nauki wprowadzały zamęt wśród jego uczniów?

     
    Odpowiedz
  11. Kazimierz

    Litera i tzw. logika zabija,

    Litera i tzw. logika zabija, Duch ożywia. Duch Święty drogi Panie w którego wy nie wierzycie, ba nawet w Chrystusa nie wierzycie jako Boga i twierdzi Pan, że wy macie rację? I tylko wy, no właśnie takie nastawienie i mędrkowanie jest nie do obrony.

    Pisze Pan konieczne jest dokładne poznanie, tak poznanie przychodzi od Boga, od Jezusa – poznacie prawdę a prawda was wyzwoli ot i co.
    Jezus jest Zbawieniem i życiem wiecznym i to jest prawda fundamentalna, nie ma w nikim innym zbawienia.

    Paweł znaczy Saul wcześniej, zgadza się był tak gorliwy przed jak i po nawróceniu, tylko po poznaniu Jezusa wiedział kto jest prawdą.

    Zapewne Jezus nie chciał aby w Jego Kościele były rozdwojenia, czy podziały, ale tak jest, już od najwcześniejszych czasów. Jeden mówił jestem Pawłowy inny Apollosowy, jest to problem nasz ludzi, nasze skażonej natury. Ale w Chrystusie ludzie odrodzeni duchowo są jedno i to wiedzą i czują, bo są tego samego Ducha Św.

    Pozdrawiam KJ

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code