,

Kościół pcimski czy Kościół powszechny?

okladka-705.jpgPcim. Niektórzy, przejeżdżając zakopianką przez tę miejscowość, dziwią się, że istnieje naprawdę, a nie tylko jako symbol polskiej zaściankowości. Ja natomiast nigdy nie przypuszczałam, że przyjdzie mi tu kiedyś mieszkać. Tymczasem mieszkam już prawie dwa lata i kilka razy w tygodniu bywam na Mszy św. w tutejszym kościele, co siłą rzeczy kształtuje w jakiejś mierze moje widzenie Kościoła pisanego z dużej litery.

Lubię ten pcimski kościółek, przytulny, zadbany, z bardzo tradycyjną ludową pobożnością, która przypomina mi wakacje spędzane w dzieciństwie u babci na podkrakowskiej wsi. Trochę sentymentalnie. Żadne tam modernizmy. Na św. Błażeja święcone jabłka, a na św. Agaty święcony chleb. Kazania bez wątków filozoficznych i bez teologicznych zawiłości, czyli takie, jakie tutejsi ludzie cenią sobie najbardziej: z jednej strony karcące, a z drugiej wskazujące, jak żyć po Bożemu. I jeszcze na zakończenie Mszy św. modlitwa Piotra Skargi, zaczynająca się od słów: „Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać”…

Z takim duchowym przygotowaniem biorę do ręki lutowy numer „Znaku”, w którym tematem miesiąca jest władza w Kościele. Jedną z inspiracji do zajęcia się tą sprawą była ogłoszona w 2011 roku w Internecie deklaracja 200 katolickich teologów, którzy jeszcze przed abdykacją Benedykta XVI postulowali reformę Kurii Rzymskiej, przedefiniowanie roli papiestwa, większą kolegialność i współodpowiedzialność na wszystkich szczeblach życia Kościoła, wprowadzenie niezależnych ekspertów do Kongregacji Nauki Wiary, promowanie demokratycznych standardów w Kościele (tekst deklaracji jest dostępny w miesięczniku). Pontyfikat Franciszka rozbudził nadzieje na przeprowadzenie przynajmniej części postulowanych zmian, w tym na rozwiązanie kilku polskich problemów instytucjonalnych i personalnych w Kościele.

Zainicjowaną przez „Znak” dyskusję otwiera rozmowa z ks. Wacławem Hryniewiczem OMI, jednym z sygnatariuszy wyżej wspomnianej deklaracji. Ks. Hryniewicz zachęca do radosnego i pozbawionego obaw przyjmowania zmian w Kościele. Przypomina, że prawda jest symfoniczna, co może gwarantować zarówno otwartość, jak i ciągłość doktrynalnego przekazu. Sporo uwagi poświęca hierarchii prawd dogmatycznych w przekonaniu, że właściwe ujęcie tego zagadnienia może sprzyjać działaniom na polu ekumenicznym. Ważna jest także refleksja ks. Hryniewicza na temat pedagogii strachu, która malując wizje wiecznych piekielnych mąk, nie zdołała uchronić ludzi od ateizmu czy odchodzenia od wiary.

Tekst Józefa Majewskiego omawia z kolei funkcjonowanie Kongregacji Nauki Wiary i jej dwuznaczną rolę wobec teologicznego ożywienia, jakie nastąpiło po II Soborze Watykańskim. Z jednej strony gwarantowała ona poczucie ortodoksyjnego bezpieczeństwa części kościelnej hierarchii, która dzięki niej czuła się zwolniona od samodzielnych rozstrzygnięć, z drugiej jednak hamowała inicjatywę bardziej twórczych i dociekliwych umysłów. Skrupulatnie zebrane w tym opracowaniu fakty pokazują, że dokumenty Kongregacji Nauki Wiary nie odzwierciedlają wielości i bogactwa poglądów w Kościele powszechnym, co ostatecznie utrudnia rzeczywiste, a nie tylko deklaratywne dostosowanie tej instytucji do wymogów współczesnego świata oraz wypracowywanie takiej teologicznej argumentacji, która satysfakcjonująco odpowiadałaby na pytania współczesnego człowieka.

Rozmowa Dominiki Kozłowskiej z ks. Andrzejem Szostkiem MIC skupia się na problemie wolności sumienia, czyli na jednym z najbardziej drażliwych zagadnień, z jakim musi się zmierzyć katolik w swoim życiu duchowym. Już pierwsze pytanie może wzbudzić dreszcz emocji: „Komu bardziej ufać: własnemu sumieniu czy biskupom?” Sumienie w tym tekście jawi się jako twór niezwykle cenny, ale zarazem bardzo kłopotliwy – zarówno dla jego posiadacza, którego może poprowadzić w nieznane, nawet poza obręb Kościoła, jak i dla kościelnej hierarchii, która traktuje jego wolność jako zagrożenie utratą kontroli nad wiernymi. W dodatku ani sądy sumienia, ani orzeczenia Kościoła nie są niezmienne. Stąd zresztą największa płynąca z tej rozmowy nadzieja: zarówno pojedynczy człowiek, jak i Kościół mogą wciąż dojrzewać.

Blok tematyczny „Znaku” kończy erudycyjny esej Tadeusza Zatorskiego, który wydaje się udowadniać tezę, iż twórcze i zgodne z naukowymi standardami uprawianie teologii przyczynia się do demontażu religii. Takie zagrożenie jest możliwe do uniknięcia tylko wówczas, gdy teologia pozostanie pod kontrolą Kościoła i będzie mu służyła jako narzędzie intelektualnego samoograniczenia. Czy tak rzeczywiście przedstawia się sytuacja teologii? Osobiście wątpię. Jeżeli jednak taka wizja pojawiła się w głowie nieteologa, świadczy to niezbicie o tym, że teologia w wielu swoich poszukiwaniach odeszła daleko od doświadczeń i potrzeb ludzi zwyczajnie wierzących, a niezajmujących się profesjonalnie sprawami religii.

Po tym krótkim omówieniu zagadnień ważnych niewątpliwie dla Kościoła powszechnego zapraszam z powrotem do Pcimia (albo do innej wioski przycupniętej spokojnie gdzieś przy polskich drogach). A Watykan za górami, za lasami. O watykańskich sprawach wiadomo głównie z sensacyjnych medialnych doniesień. Nominacjami biskupimi zainteresowano by się chyba tylko wtedy, gdyby biskupem został ktoś z sąsiedztwa. Miejscowi księża łącznie z proboszczem przybywają i odchodzą według zasad prawie tak niezgłębionych dla przeciętnego parafianina jak te, które rządzą zmianami pogody. Echa postanowień Kongregacji Nauki Wiary czy innych watykańskich urzędów – mimo coraz szybszych kanałów komunikacyjnych – dotrą tu zapewne dopiero po paru latach, przemielone przez kościelne młyny na pożywną papkę prostych nakazów i zakazów.

Jest tu na pewno ogromny potencjał wiary, modlitwy, miłosierdzia i praktyki chrześcijańskiej, o jakim mówił niedawno papież Franciszek do polskich biskupów. Wiary, która nie rości sobie pretensji, żeby wiedzieć lepiej, a z reguły nawet nie chce wiedzieć zbyt wiele, bo wystarczy jej odpowiedni emocjonalny klimat i ucieczka od wolności pod skrzydła księżowskiego autorytetu. Tu nawet przypadkiem nie narodzi się żadna herezja i niemal ze stuprocentową pewnością można powiedzieć, że ewentualne konflikty między parafianami i księżmi będą dotyczyły wyłącznie doczesnych spraw. Bo też myśl o tym, że Pan Jezus, Panna Maryja i jeszcze kilku wybranych świętych pomogą choremu, bezrobotnemu, umęczonemu nałogami itp., częściej sprowadza ludzi do kościoła niż jakaś nieokreślona potrzeba wiecznego zbawienia.

I wreszcie ta ręka i karność, z której lepiej nie wypuszczać… A jak by się wypuściło, to tylko kłopot, bo zaraz liczba dominicantes i communicantes zacznie gwałtownie spadać. Sumienia formują się naturalnie – mniej więcej tak jak głosy miejscowych organistów. Przekonanie o tym, jak żyć należy, kształtuje się raczej w rodzinach, a później w środowisku rówieśniczym i sąsiedzkim, w rytmie chrztów, ślubów i pogrzebów, nie na lekcjach katechezy. Na pytanie „Komu bardziej ufać: własnemu sumieniu czy biskupom (a że biskup daleko, więc proboszczowi, wikaremu)?” odpowiada się w trybie roboczym, czyli tak, jak jest w danej sytuacji najwygodniej…

Piszę o tym nie po to, aby krytykować prostą, ludową pobożność czy polską parafialną przeciętność. Podkreślam raz jeszcze: to ogromny duchowy potencjał i skarb. Coraz częściej mam jednak wrażenie, że w dyskusjach o przyszłości, o reformach instytucjonalnych, o palących teologicznych problemach dotyka się jakiejś zupełnie innej rzeczywistości niż ta, którą spotykam na porannych nabożeństwach w pcimskim kościółku. A to przecież rzeczywistość dziesiątków tysięcy ludzi, tych najwierniejszych Kościołowi, często wciąż ślepo wiernych. Rzeczywistość nieoszlifowanych klejnotów, lecz niepozbawiona swoich problemów i duchowych zagrożeń.

Piszę, aby przestrzec koleżanki intelektualistki oraz kolegów intelektualistów przed brakiem empatii dla tej cichej i pokornej pobożności, która ani nie ma ambicji sprawowania w Kościele jakiejkolwiek władzy, ani nie wypowie się w mediach we własnym imieniu, ani nawet nie uświadamia sobie, że mogłaby albo nawet powinna zawalczyć o swoją podmiotowość. Jeżeli w naszym myśleniu o przyszłości Kościoła zapomnimy o ludziach z Pcimia czy innych podobnych parafii, to za kilka, najdalej kilkanaście lat może się okazać, że nasze dzisiejsze postulaty i dyskusje posłużyły jedynie formowaniu się elit, odgrodzonych murem samozadowolenia od najistotniejszych problemów większości katolików.

 

Komentarze

  1. elik

    Intelektualiści, elity i pobożni na ludowo

    @Małgorzata – jestem zaskoczony i zdumiony Pani postawą wobec koleżanek i kolegów intelektualistów, lecz również opisem, charakterystyką tych, co mogą nie dostąpić zaszczytu empatycznego traktowania, przez nich.

    Z jednej strony przestrzega Pani, że może intelektualistom zabraknąć owej empatii, dla tych, co są cisi, pokorni i pobożni, oraz nie mają ambicji sprawowania władzy w Kościele, także tzw. parcia na szkło tj. chęci wypowiadania się w TV, czy innych mediach, a nawet nie posiadają pożądanej świadomości, aby upomnieć się, czy zawalczyć o swoją podmiotowość. Jeśli mają walczyć, to ewentualnie z kim?……

    A z drugiej strony identyfikując się z nimi (jeżeli w naszym myśleniu, czy zapomnimy) – wyraża Pani troskę nie o teraźniejszość, lecz przyszłość Kościoła, ale którego?……, oraz chyba obawy o własną pozycję, również postulujących i dyskutujących, lecz jedynie uformowanych elit , choć odgrodzonych murem samozadowolenia. 

    Czyżby w/w intelektualistom i elitom rzeczywiście brakowało tylko owej empatii?……

    Jeżeli tak, to proszę uprzejmie jeszcze wyjawić czytajacym – jakie są wg. Pani lub w/w elit owe najistotniejsze problemy większości katolików?……może wspólnie będzie łatwiej je zlikwidować. 

    Szczęść Boże!

     
    Odpowiedz
  2. Malgorzata

    nikt mnie nie sponsoruje, niestety

    Panie Zbigniewie,

    cieszy mnie Pańskie zdziwienie, bo to odczucie oczyszczające i twórcze… Iluż ludzi wiele dałoby za to, żeby jeszcze móc się czymkolwiek w życiu zdziwić? 

    Tak, przestrzegam przed brakiem empatii dla cichej i pokornej pobożności, ale chyba pod tym określeniem rozumiemy trochę co innego. Mnie chodzi o ludzi, którzy wierzą jak ojcowie i dziadkowie, traktują wiarę jak nieodzowny składnik egzystencji, nie poddając się przy tym za bardzo żadnym zawłaszczającym katolicyzm ideologiom.

    Ja nie piszę, że ci ludzie nie mają parcia na szkło ani chęci występowania w TV. Nie wiem, czy mają, czy nie mają. Przypuszczam, że jeśli mają, to kieruje się ona raczej na teleturnieje, statystowanie w filmach itp., a nie na manifestowanie swojej religijności czy refleksję na jej temat. Chodzi mi o prostą rzecz: ci ludzie nie mają pomysłu na samodzielne występowanie w mediach (tworzenie mediów) ani odpowiedniego profesjonalnego przygotowania. Co do walki, to nie mam na myśli walki z konkretnym wrogiem czy w ogóle z jakimkolwiek wrogiem. Chodzi mi raczej o taką postawę, gdy człowiek rozpycha się łokciami albo pokrzykuje, żeby go w ogóle zauważono.

    Tak, identyfikuję się z intelektualistkami i intelektualistami. Biorąc pod uwagę moje wykształcenie i dokonania, które mam w CV, udawanie, że jest inaczej, byłoby po prostu nieszczere i dość zabawne.  Mentalnie bliżej mi do autorów "Znaku" czy "Więzi", niż do moich sąsiadów z kościelnej ławki w Pcimiu czy Kasince Małej – to fakt, którego nie zmienię. 

    A czy wyrażam obawy o własną pozycję? Węszę tu jakąś przykrą insynuację, ale mimo wszystko postaram się być miła. I po raz nie wiadomo który powtórzę, że nie jestem sponsorowana przez żadne wrogie siły. I nawet nikt nie chce mnie zasponsorować…

     

     

     
    Odpowiedz
  3. modem1990

    Dziękuję za ten tekst!

    Dziękuję za ten tekst!

    Pewnego razu napisałem tekst "Otwartość po mojemu" (http://nowy.tezeusz.pl/blog/203863.html), pisałem tam min tak: "Otwartość to codzienna uprzejma rozmowa intelektualisty z sąsiadem pracującym przy kładzeniu kostki brukowej."

    Często otwartość jest elitarnym gronem w którym każdy musi być czysty, pachnący, pluć na o.Rydzyka, moherowe babcie i właśnie "wiejską" wręcz "wsiurową" religijność. Gdzie tu Ewangelia? Gdzie naśladowanie Jezusa? Chciałbym tylko przypomnieć, że Jezus nie chodzi tylko do wielkich miast ale także "od wsi do wsi". Nie rozmawiał tylko z mądrymi faryzeuszami lecz także z "wieśniakami"!! Pamiętajmy o tym!

    My w Polsce czy na świecie ubzduraliśmy sobie, że np. sukces w dotarciu ze Słowem Bożym do ludzi to głoszenie w Krakowie, Warszawie, Poznaniu przed setkami osób, a czy Jezus zawsze głosił Słowo tysiącom? Owszem kilka razy tak, jednak też nauczał w każdej synagodze! Był niemal wszędzie i to jest sukces!

    Moim marzeniem nie jest przebicie z moim przekazem do Krakowa, Warszawy, Poznania, moim marzeniem jest zjechać ten kraj wzdłuż i wszerz! Do każdej zabitej dechami dziury i powiedzieć: "Jest nadzieja, więc warto żyć!" Jeśli tak zrobię to wtedy będzie sukces!
     

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code