Gdy wyzwanie staje się nadzieją

 

W pewien niedzielny poranek tuż po godzinie 8 zadzwonił do mnie kolega, z którym przez dłuższy czas nie utrzymywałam kontaktu, ale sprzed dwudziestu mniej więcej lat pamiętałam go jako znanego w krakowskim środowisku artystycznym geja. Pora na odnawianie kontaktów wydała mi się dość zaskakująca, ale nie było to największe z zaskoczeń. Otóż rozmówca postanowił udzielić mi ostrej reprymendy na temat tego, co napisałam kilkakrotnie w Tezeuszu o problemach homoseksualistów. Jego myśl przewodnia była taka, że odbieram homoseksualistom nadzieję. Dlaczego? Ano zakładając, że homoseksualizm to trwała orientacja seksualna, której nie można zmienić. Tymczasem kilku naszych wspólnych znajomych gejów ożeniło się i mają wspaniałe dzieci…

Wiedząc skądinąd, że mój rozmówca nie założył rodziny, w pierwszym odruchu miałam ochotę zapytać, jak tam teraz jest u niego z seksualnymi potrzebami. Powstrzymałam się jednak, przypomniawszy sobie, że oboje zbliżamy się już do wieku, gdy niezależnie od wcześniejszych przygód i doświadczeń każdy pan ma prawo uchodzić za czcigodnego seniora, a każda pani za szacowną matronę, co to dawno zapomnieli, że posiadają narządy płciowe. Może właśnie data urodzenia i związane z nią zmiany hormonalne były w tym wypadku ukrytym wprawdzie, ale najpoważniejszym merytorycznym argumentem?

Ta trochę śmieszna, a trochę straszna historyjka przyszła mi na myśl, gdy przeczytawszy książkę „Wyzywająca miłość. Chrześcijanie a homoseksualizm”, byłam jeszcze pełna świeżej radości i uznania dla jej twórców – aż tu nagle trafiłam na recenzję pani Bogny Białeckiej pod złowieszczo brzmiącym tytułem: „Tęczowe duszpasterstwo katolickie – pragnienie niemożliwego”. W tekście recenzji znalazłam takie mianowicie zdanie: „Za podstawowy problem książki, jako psycholog, uważam odbieranie ludziom nadziei na zmianę i straszenie, że jeśli człowiek nie uzna skłonności homoseksualnych za rzecz kluczową dla tożsamości – będzie cierpiał jeszcze bardziej niż dotąd”.

Ja tam psychologiem nie jestem. Prosta gejmama jestem tylko. Miałam takie szczęście, że kilka homoseksualnych osób, a dokładniej kilku homoseksualnych mężczyzn zaszczyciło mnie swoją  przyjaźnią, zwierzając mi się ze swoich problemów i pozwalając wspólnie z nimi nieść ciężar ich rozmaitych życiowych niedogodności. Dlatego bliskie mi jest spojrzenie na sprawę homoseksualizmu przez pryzmat indywidualnego doświadczenia, rozmowy i empatii, a nie w świetle takiej czy innej naukowej teorii, próbującej wyjaśnić genezę zjawiska ani nie w kategoriach takiej czy innej terapii, która łatwo może stać się ideologią i prowadzić do manipulacji. Tego rodzaju odpowiadające mi stanowisko prezentują we wstępie, a dalej konsekwentnie realizują redaktorzy książki: Katarzyna Jabłońska i Cezary Gawryś.

W artykule „Wyzywająca miłość”, który użyczył tytułu całej książce, Jacek Bolewski SJ napisał: „Homoseksualizm, jako miłość dla wielu wyzywająca, problematyczna, prowokująca do protestu, domaga się rozważenia w relacji do Boga i Jego miłości, dalekiej od oczywistości, dlatego stanowiącej też istotne wyzwanie…” Wydana przez „Więź” książka pokazuje przede wszystkim różne dramatyczne drogi poszukiwania miłości: między osobami tej samej płci, między rodzicami i ich homoseksualnymi dziećmi, a przede wszystkim miłości Boga. Czytając tę książkę, która dotyka niekiedy bardzo trudnych i bolesnych spraw, nie miałam ani przez chwilę wątpliwości, że „największa jest miłość” (1 Kor 13, 13).

Zamieszczone w książce reportaże, a także wypowiedzi duchownych dowodzą, że ogromne wyzwanie, jakim dla osób homoseksualnych oraz dla ich otoczenia jest homoseksualizm przeżywany w perspektywie wiary, może jednocześnie stać się szansą rozwoju. Nie chodzi tutaj o prostą samoakceptację i akceptację osoby homoseksualnej jako wartościowego członka rodziny czy Kościoła. Promowany jest raczej taki model wzajemnych relacji, który sprzyja lepszemu zrozumieniu, szacunkowi, odpowiedzialności, pogłębianiu życia duchowego, czyli krotko mówiąc, wzrastaniu i dojrzewaniu.

Jeszcze przed kilkunastu laty trudno byłoby nawet marzyć w Polsce o takiej publikacji. Samo jej powstanie budzi już więc nadzieję na dalsze pozytywne zmiany. Tylko w obszarze mentalności, dobrych obyczajów i sposobów międzyludzkiej komunikacji sporo jest na tym polu do zrobienia. Wyzwanie, jakie miłość stawia samym osobom homoseksualnym oraz nam wszystkim, ich siostrom i braciom w wierze, może jeszcze doprowadzić do wielu zaskakujących, pięknych i twórczych rozwiązań…

Na koniec drobne zastrzeżenie co do podtytułu książki, który moim zdaniem powinien brzmieć: „Katolicy a homoseksualizm”. Chrześcijańskie spektrum problemu nawet na gruncie polskim jest jednak znacznie szersze, niż zostało to przedstawione w omawianej książce. Są wyznaniowe wspólnoty surowsze wobec homoseksualizmu niż Kościół katolicki, ale też takie, w których osoby homoseksualne znacznie łatwiej znajdują zrozumienie i duszpasterską pomoc. Może w przyszłości ktoś zechce podjąć ten ważny i ciekawy temat w innej książce.

 

Komentarze

  1. drmouse2

    Nadzieja na „wyleczenie”?

     Tak, nie wolno wywierać presji na nikogo. Ale nie ma pojęcia "wyleczenie" z homoseksualności. Jest jedynie możliwośc lepszego poznania siebie i ewentualnego odkrycia jakiegoś stopnia zdolności do związania się z osobą płci przeciwnej. Takie poznawanie siebie powinno przebiegać w warunkach spokojnych, neutralnych, pozbawionych presji w jakąkolwiek stronę. W praktyce – w obecności psychologa znającego temat LGBT, życzliwego i najlepiej bez etykietki "psycholog chrześcijański". Z założeniem – każde odkrycie będzie na swój sposób dobre. Przy innych założeniach nieomal każdy jest gotowy wmówić sobie "wyleczenie".Skutki – rozpad zakładanych rodzin. Mamy w Wierze i Tęczy sporo ludzi po takich przejściach… Dlatego tak ważne jest uznanie – także w kościołach, wielkiej wartości związków jednopłciowych. Dopiero wtedy wybory mogą być prawidłowe, co jest dobrem dla zainteresowanego i dla wszystkich wokół (brak falszywie zawieranych małżeństw i ucieczkowych "powołań" do stanu duchownego).

     

     
    Odpowiedz
  2. kudron

    Orientacja na prywatność

    Małgosiu

    Nie znam osobiście geja, chociaż mogę nie wiedzieć,  że znam. Uważam,  że tak samo jak kiedyś kobiety nie miały prawa do demokratycznego głosu  w wyborach i to już się zmieniło, to każdy (jeżeli nie robi krzywdy nikomu) ma prawo do własnych wyborów. Jestem już tylko trochę zmęczona przerostem dyskusji  w różnych mediach na temat gejów i ich praw. Czasami chciałabym, żeby tak obszernie i głośno upominano się o moje prawa kobiety i matki.  

     

    Przypominam sobie francuzką komedię o tym jak w firmie,  która planowała  zwolnienia,  jeden z pracowników zaczyna udawać homoseksualnego, aby stać się chronioną mniejszością i zastraszyć pracodawcę  groźbą zarzutu o dyskryminację ze względu na orientację. Powoduje to wiele komediowo zabarwionych sytuacji jak to, że inny bohater – firmowy macho odkrywa w sobie nową stronę osobowiści i zaczyna adorować głównego bohatera.

     

    Mam nadzieję, że dla kolejnych pokoleń taki film będzie śmieszny jedynie dlatego, że w ich świecie sprawa orientacji jest naturalną prywatną kwestią i  nikt nie musi niczego udowadniać ani nie może tego wykorzystać do własnych celów.

    Pozdrawiam

    Maria

     

     

     

     
    Odpowiedz
  3. zefir

    Gdy wyzwanie staje się nadzieją.

     Dziękuję pani Małgorzato za tę recencję. Sam tytuł recencji jest bardzo trafny. Wielu katolickich gejów i lesbijek wyraża głęboka nadzieję na zmianę ich położenia w Kościele jako wspólnocie  i w tym sensie jest to naprawdę trudne, wyzywające wyzwanie. O tym jak trudne, niech świadczą wysokie statystyki odejść z Kościoła lub całkowitej utraty wiary w Boga wśród wierzących gejów, lesbijek i osób biseksualnych. Czytałem ciekawą pracę na ten temat i zamierzam opisać ten problem na blogu.

    Pani Mario, z jednym gejem może Pani dyskutować wirtualnie na Tezeuszu. A to już coś 🙂 

    Chciałbym jeszcze krótko odnieść się do "leczenia" homoseksualizmu. W moim przekonaniu nie jest możliwe i przede wszystkim nie jest to potrzebne. Potrzebne są natomiast terapie pomagające zaakceptować własny homoseksualizm. Ewentualne przykłady udanych zmian geja w heteroseksualistę w moim rozeznaniu dotyczą nie gejów czyli mężczyzn homoseksualnych, lecz biseksualistów. Problem w tym, że Kościół nie posługuje się takim terminem jak biseksualność. A jest to duzy błąd. W przypadku biseksualności można w pewnym zakresie wzmacniać lub zmniejszać popęd do wybranej płci, ale wątpliwa jest długotrwałość tego procesu. Mało tego – czasem biseksualizm zmienia się sam, w naturalny sposób. Z tej przyczyny możemy mówić o "cudownie nawróconych" gejach, którzy w naturalny sposób lub jak tłumaczą w nadprzyrodzony zmienili się w heteryków, mają dzieci i żony. Jest tylko ważna rzecz w tych historiach do weryfikacji: czy byli faktycznie gejami czyli homoseksualistami, czy jednak biseksualistami określającymi się jako geje. Niestety rzadko kiedy ktoś o to pyta.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code