, ,

Trudne pytania, czyli jak teolog z filozofem

W wyniku różnych plusów i minusów działalności portalu Tezeusz powstała wśród nas – twórców i współtwórców portalu – dyskusja o tym, czy jest to portal katolicki. Pojawiła się też prywatna rozmowa o tym, jakie w Tezeusz ma pełnić funkcje, jeśli uznamy, że działa na terenie Kościoła katolickiego, ale jednak bez zależności od struktur instytucjonalnych. Ciekawe i trudne rozmowy, prowadzone w kuluarach dyskusji publikowanych w Sieci, powinny czasem zostać zapisane, aby można było kiedyś do nich wrócić, coś podsumować, może wyciągnąć jakieś wnioski na przyszłość. Być może okaże się też, że do jedności w niektórych kwestiach jeszcze nam daleko, ale nie jest to przeszkodą do wspólnego działania i do wspólnego podążania ku Prawdzie.

Z Małgorzatą Frankiewicz, redaktor naczelną portalu Tezeusz rozmawia Jolanta Łaba

Jolanta Łaba: Gdy czasem czytam Twoje wypowiedzi, mam wrażenie, że nie do końca zgadzasz się z nauką Kościoła. O ile ja wiem, że to może tylko złudzenie wywołane prowokacyjnym tonem Twoich wypowiedzi, to czasem inni mogą mieć wręcz pewność, że naprawdę nie utożsamiasz się z nauką Kościoła.

Małgorzata Frankiewicz: Nie jestem teologiem i nie obiecywałam jak Ty, że wszystko, czego uczę innych, musi być zgodne z nauką Kościoła. Nie jestem też osobą konsekrowaną ani w żaden inny sposób zobligowaną do jakiejś szczególnej formy wierności nauce czy instytucji Kościoła. To typowa i przeciętna sytuacja osoby świeckiej, która chce pozostawać w katolickiej wspólnocie i w niej, poprzez nią, dzięki niej zbliżać się do Boga. Jeżeli jednak jesteśmy przy zobowiązaniach, to owszem, jako filozof składałam przysięgę doktorską, w której przyrzekałam poszukiwać zawsze prawdy. Nie wchodząc w szczegóły, powiem krótko, że dotychczas poszukiwanie prawdy nie doprowadziło mnie do żadnego poważniejszego konfliktu z nauczaniem Kościoła.

Nie nauczam w imieniu Kościoła. Chcę raczej zrozumieć, czego mój Kościół naucza i dlaczego naucza właśnie tego, a nie czegoś zupełnie innego. Nie zadowalam się gotowymi formułkami, powtarzanymi do znudzenia w setkach kazań, podręczników, dokumentów. Myślę, że pod tym względem jestem też typową osobą świecką, która nie posługuje się na co dzień teologicznym slangiem (choć z drugiej strony skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie znam dość dobrze profesjonalnego słownictwa teologii) i chce przełożyć sobie prawdy wiary na swój zwyczajny system pojęć. Dla niektórych oczywiście problemem czy zaskoczeniem może być to, że z moimi problemami świeckiego katolika, usiłującego samodzielnie myśleć, nie pozostaję w zaciszu domowym, lecz dzielę się moimi zmaganiami i wątpliwościami z innymi, zapraszając ich jednocześnie do wspólnych poszukiwań.

J. Ł.: Czy to oznacza, że dążenie do prawdy filozofa jest inne niż dążenie do prawdy teologa? A może dążenie do prawdy osób duchownych w Kościele ma inną wartość niż poszukiwania osób świeckich? Zaczynam przypuszczać, iż podejrzewasz teologię o brak myślenia i twórczego podejścia do prawd objawionych, zawartych w dogmatach i fundamentach wiary Kościoła katolickiego. Też jestem osobą świecką i to właśnie teologiczne wykształcenie skutkuje tym, iż dość często zadaję trudne pytania, podejmując rozmowy ryzykowne być może z punktu widzenia katolickiej ortodoksji. Nierzadko dokonuję tego publicznie. Ale zawsze najpierw sięgam do – jak to określiłaś –  „gotowych, powtarzanych do znudzenia formułek”, choćby po to, aby wyznaczyć jakieś granice. Gotowe rozwiązania, o jakich mówisz, często okazują się nowością dla większości rozmówców, pozbawionych elementarnej wiedzy na temat chrześcijaństwa.

M.F.: Podobnie jak ty ubolewam nad stanem wiedzy teologicznej, a także filozoficznej i religioznawczej wśród polskich katolików. Jeszcze bardziej martwi mnie, gdy ludzie odchodzą  z Kościoła katolickiego, bo nie znają jego bogactwa, bo zbyt łatwo kupują obietnice newage’owego pelagianizmu albo stają się ateistami czy agnostykami pod wpływem różnych redukcjonizmów rodem z popularnonaukowej literatury. Dlatego marzy mi się, aby w Tezeuszu było znacznie więcej teologicznych tekstów, a może nawet jakiś stały i systematyczne prowadzony dział, w którym kompetentne osoby przybliżałyby czytelnikom najważniejsze, najbardziej aktualne teologiczne zagadnienia.

Doceniam rolę teologów jako strażników tradycji. Nie odmawiam również teologom twórczego potencjału. Wręcz przeciwnie, uważam, że jest on niezbędny, aby właściwie reagować na coraz szybciej następujące w świecie zmiany. Metodologia filozofii, w której czuję się kompetentna, jest jednak inna niż metodologia teologii. Inaczej niż ty widzę więc swoje zadanie. Filozof jest trochę jak dzieciak w wieku ok. 5 lat, który bez końca pyta: „dlaczego?” Jako matka wiesz, że to bywa denerwujące, ale też zdajesz sobie sprawę, jak ważne jest udzielanie sensownych odpowiedzi… Filozof czyta mniej lub bardziej twórcze wywody teologów i nie za bardzo martwi się, czy przypadkiem nie pobłądzili w stosunku do nauki Kościoła. Zadaje raczej pytanie, czy stosują odpowiednio precyzyjne pojęcia, czy ich wywody są spójne i logiczne, czy sposób komunikacji odpowiada potrzebom współczesnego człowieka itp.

J. Ł.: Zatem pozwól, że dopytam – skoro nie nauczasz w imieniu Kościoła i w sumie nie masz chyba takich ambicji – po co jest Tezeusz i dlaczego tak bardzo upierasz się, aby jego tożsamość pozostała katolicka?

M. F.: Zacznijmy od tego, że to nie ja stworzyłam Tezeusza. Trafiłam na ten portal, szukając czegoś przez Google i od razu wydał mi się wyjątkowy w polskim Internecie. Wcześniej zazdrościłam francuskim czy niemieckim katolikom, że mają portale, w których mogą znaleźć teksty emanujące autentycznym religijnym przeżyciem i swobodnie porozmawiać właściwie o wszystkim, co niepokoi lub boli współczesnego katolika. Żartowałam nawet, że katolicyzm rozumiem po francusku, a po polsku ani trochę, choć francuski to mój język wyuczony. Razem z Tezeuszem sytuacja zmieniła się radykalnie: zaczęłam rozumieć katolicyzm w moim własnym języku. Dlatego ten portal traktuję również jako pewne osobiste zobowiązanie. Chciałabym, aby również dla innych był taką bezpieczną przystanią i ożywczym źródłem na ich duchowej drodze.

Tezeusz prowadzi pracę preewangelizacyjną, zapraszając ludzi do konkretnej wspólnoty, jaką jest Kościół katolicki. Działamy w Internecie. To naprawdę trudny misyjny obszar. Trzeba liczyć na własną pomysłowość i szybki refleks, trzeba uczyć się ciągle nowych rzeczy, ale też można na szczęście korzystać z bogatych doświadczeń Kościoła w zakresie inkulturacji. Między innymi te inkulturacyjne względy decydują o tym, aby nie szukać oficjalnej aprobaty Kościoła. Taką właśnie drogę uznaję w swoim sumieniu za najlepszą w obecnych okolicznościach. Ktoś napisał w Tezeuszowym komentarzu, że próbujemy przyciągać w ten sposób do Kościoła ludzi, którzy nie lubią księży. Gdyby tylko o to chodziło, to posiadając oficjalne imprimatur, jako osoby świeckie moglibyśmy nadal trafiać do tej grupy docelowej. Lecz oficjalna aprobata, jak wiesz, to także określone nakazy czy zakazy. A ludzie przychodzą do Tezeusza, bo wiedzą, że nie ma tu kościelnej cenzury czy oficjalnie narzuconej interpretacji i wytycznych. Tezeusz daje ludziom satysfakcję, że sami mogą przez różne chaszcze przedzierać się do Prawdy. Nie każdy to lubi, ale jest sporo wolnych duchów, którzy inaczej nie potrafią.

Tezeusz przyznaje czytelnikom naturalne prawo do wątpliwości i wyborów. Niech przychodzą, zaglądają, patrzą, co robimy, niech wypowiadają swoje opinie – i niech pozostają, jeżeli uznają, że jest to dla nich odpowiednie miejsce. To oczywiste, że znajdą się osoby, które nie zechcą zaufać, poczują się tutaj źle, odejdą… Nie wiem, czy Tezeusz pomoże komuś odnaleźć drogę zbawienia, choć bardzo tego pragnę. Jestem natomiast prawie pewna, że z powodu Tezeuszowych działań nikt nie odejdzie z Kościoła katolickiego ani nie oddali się od Boga. Najwyżej pojawią się osoby, które zaczną zadawać trudniejsze pytania swoim katechetom, proboszczom czy kierownikom duchowym.

J. Ł.: Zastanawia mnie to, co napisałaś w portalu Salon24 w odpowiedzi na argumenty księdza Andrzeja Godynia: „Ksiądz doskonale wie, że uznawanie przez Kościół czynów homoseksualnych za grzech nie jest dogmatem, a jedynie tzw. ‘nauczaniem zwyczajnym’, któremu wierni powinni okazywać jedynie ‘uległość ducha’ (‘uległość woli i rozumu’), a nie uległość wiary. Inaczej mówiąc, nie mam obowiązku w to wierzyć, a jedynie starać się zrozumieć racje i w razie wątpliwości rozstrzygać zgodnie z moim sumieniem. Tak przynajmniej naucza Katechizm Kościoła Katolickiego (892) i Konstytucja Soboru Watykańskiego II Lumen Gentium (25)”.

M. F.: Wzięła świecka osoba katechizm swojego Kościoła do ręki, poczytała sobie jeszcze parę dokumentów, może czegoś dobrze nie zrozumiała do końca… I czego teraz taka świecka osoba ma prawo oczekiwać od teologa, a zwłaszcza od księdza? Żeby w ramach służebnej funkcji, jaką pełni w Kościele spokojnie, rzeczową i kulturalnie wyjaśnił, w którym miejscu swojego rozumowania taka świecka osoba popełnia ewentualnie błąd. A tymczasem w odpowiedzi czytam: „Pani kpi? Uległość ducha, woli i rozumu oznacza dla Pani, że nie ma obowiązku wierzyć? Otóż oznacza właśnie ten obowiązek. I to mnie zarzuca Pani manipulację! Jeśli św. Paweł twierdzi, że mężczyźni współżyjący ze sobą nie wejdą do Królestwa Bożego, to też nie musi Pani w to wierzyć, bo to nie dogmat?! Proszę Szanownej Pani. Nie podziela Pani tego, co uczy Kościół katolicki i ma Pani do tego prawo. Ale ma Pani prawa nazywać swych przekonań katolicyzmem ani sugerować tego innym”.

Ani spokojnie, ani rzeczowo, ani kulturalnie. I to jest dosyć typowy sposób traktowania osób świeckich przez księży polskiego Kościoła katolickiego. „Ja wiem lepiej i niech mi się tu jakiś głupi świecki, a zwłaszcza świecka nie wymądrza. A jak się nie podoba, to wynocha z Kościoła”. Nie obrażam się. Pytam tylko i będę pytać uparcie w imieniu własnym oraz innych świeckich osób, które bywają traktowane podobnie: Czy duchowni mojego Kościoła są po to, aby służyć, czy po to, aby w arogancki sposób demonstrować swoje poczucie władzy?

Jeżeli natomiast chodzi o jedną z kwestii merytorycznych tej dyskusji, czyli o hierarchię prawd w Kościele katolickim i rozstrzygnięcia sumienia odnośnie do nauczania zwyczajnego, ty jako teolog możesz w tej sprawie wypowiedzieć się bardziej kompetentnie. Dodam, że właśnie rzetelna wiedza na ten temat jest nam, świeckim niezwykle potrzebna. Najczęściej bowiem ludzie popadają w dwie skrajności: albo bez skrupułów interpretują nauczanie Kościoła zbyt swobodnie i w oderwaniu od złożonego teologicznego kontekstu, albo obawiając się powiedzieć cokolwiek własnymi słowami, milczą lub sztywno powtarzają wyuczone mantry. Na więcej uwagi zasługuje więc w Tezeuszu tematyka sumienia i jego autonomii. Nie myślę tu tylko o filozoficznych czy psychologicznych analizach, choć one również mogą być przydatne. W przyszłości, zapraszając do dyskusji teologów, trzeba będzie zastanowić się, jak daleko może sięgać wolność sumienia katolika i czego dokładnie nauka Kościoła wymaga od nas w kwestii posłuszeństwa, a co bywa tylko uzurpacją poszczególnych jego przedstawicieli. Zwłaszcza pewne uporządkowanie tej ostatniej kwestii wydaje mi się szczególnie przydatne dla katolików.

J. Ł.: Myślę, że kwestia wierzących homoseksualistów, którzy nie chcą akceptować Magisterium na swój temat jest bardzo trudną w Kościele sprawą. Wielu ludzi czuje zagrożenie ze strony rewolucji seksualnej i jej owoców, do których należy m.in. zastanawianie się nad tym, czy to, co przez wiele lat było patologią i zboczeniem, nagle okazać się może chorobliwą dolegliwością i nieszczęściem jakiegoś niedużego procentu ludzkiej populacji, czy – co gorsza – normą, jeśli nauka dotrze do dowodów stwierdzających, że homoseksualizm leży w naturze człowieka. Póki co nie ma na to dowodów. Dlatego nie dziwi mnie reakcja ks. Godynia, ale też nie dziwi Twoje oburzenie na jego słowa. Obydwoje wpadliście w pułapkę p.t. „temat jest bardzo gorący”. I w aktualnej nauce Kościoła coraz bardziej obecny. Hierarchia prawd w Kościele, o której wspomniałaś, to osobny wątek na inną rozmowę. Mam nadzieję wrócić do tego przy kolejnej okazji, a tymczasem… skoro już jesteśmy przy temacie homoseksualistów, mam inne pytanie.

Mój mąż, też teolog, zwrócił uwagę na Twoje wypowiedzi na temat homoseksualizmu, które czytałam pod tegorocznym manifestem niemieckich teologów. Są osoby, które uważają, że tego rodzaju wypowiedzi znajdują się na granicy nauki Kościoła albo lekko za nią.

M. F.: Czujność Twojego męża jest jak najbardziej uzasadniona. W dyskusji pod przypomnianym przez Ciebie tekstem napisałam między innymi:  „Odpowiedzialność za drugiego człowieka w jakimkolwiek związku wydaje mi się szczególnie istotna. Odważyłabym się nawet powiedzieć, że jest istotniejsza niż to, w jaki sposób ludzie odbywają stosunki seksualne i czy w ogóle je odbywają. Znacznie więcej w każdym razie mówi się w kontekście grzechu o seksie przedmałżeńskim, małżeńskim, pozamałżeńskim itp. niż o odpowiedzialności i jest to na pewno błąd. A przecież brak odpowiedzialności za drugiego człowieka to dopiero grzech! Inna rzecz, że łatwiej określić, co jest stosunkiem seksualnym, niż co jest nieodpowiedzialnością”.

Na pierwszy rzut oka widać, że nie jest to dziś oficjalne nauczanie Kościoła katolickiego. Powtarzam jednak: ja nie nauczam w imieniu Kościoła, ale pokazuję trudne problemy, które moim zdaniem mogą i powinny zostać przemyślane przez katolickich teologów. Co więcej, znajomość historii Kościoła podpowiada mi, że oficjalne nauczanie Kościoła w kwestiach moralnych ulegało różnym przeobrażeniom wraz z przemianami społecznymi, gospodarczymi, demograficznymi itp. Dziś Kościół dyscyplinuje wiernych głównie w kwestiach seksualnych, a może kiedyś ważniejsze staną się pozaseksualne, społeczne, psychologiczne czy duchowe jakości międzyludzkich relacji. Dotyczy to zresztą nie tylko związków homoseksualnych. Zapytam przekornie (i znów nie całkiem w myśl nauki Kościoła): dlaczego stosunek homoseksualny dwojga ludzi żyjących od kilku lat w zgodnym związku jest uznawany za grzech ciężki, a facet, który przepija pensje, nie płaci alimentów albo robi jedno i drugie naraz, dostanie rozgrzeszenie bez większych problemów?

Moim zdaniem nauka Kościoła nie przetrawiła jeszcze rewolucji seksualnej, która miała miejsce na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. I nie chodzi o to, żeby Kościół unowocześniał się, przyjmując bardziej liberalne rozwiązania. Kościół jednak musi brać pod uwagę fakty: rozpad tradycyjnego modelu rodziny, detabuizację sfery seksualnej, oddzielenie seksu od prokreacji przez upowszechnienie środków antykoncepcyjnych itp. To się może podobać lub nie. Można te zjawiska z oburzeniem potępiać. Są one jednak nieodwracalne i tak mocno obecne w naszej rzeczywistości, że nie sposób ich ignorować, zastanawiając się nad słusznością moralnych zakazów czy nakazów. Jedną z oznak tego, że mówimy teraz o kwestiach nieprzepracowanych jeszcze w Kościele, jest rosnące zainteresowanie teologią ciała, której tak wiele uwagi poświęcał Jan Paweł II. Tutaj ciekawostka dająca sporo do myślenia: polscy homoseksualiści domagający się uznania swoich związków przez Kościół (co niekoniecznie znaczy: sakramentalnych małżeństw) powołują się chętnie na pisma Jana Pawła II, zwłaszcza na „Miłość i odpowiedzialność”, znajdując tam sensowne potwierdzenie swoich duchowych intuicji…

J. Ł.: Nie zauważyłam w Twoich wypowiedziach niczego podejrzanego, ponieważ znam naukę Kościoła na temat wymienionych przez Ciebie kwestii. Według mnie Kościół sporo uwagi poświęca współczesnym problemom, o których wspominasz, ale niestety w kazaniach niedzielnych rzadko o tym mowa. Stąd może wrażenie, że Kościół się tym nie zajmuje. Choćby Katechizm Kościoła Katolickiego dość szczegółowo traktuje grzechy przeciwko czystości i to w różnych miejscach. „Kwestie homoseksualne” są też zasygnalizowane i to chyba radykalność tych pierwszych sygnałów rozprawiania się z problemem stanowi wyzwanie. Dla jednych to zamknięcie ust do rozwijania tematu, dla innych wręcz przeciwnie.

Myślę, że warto w Tezeuszu umieścić więcej tekstów na ten temat, takich, które rozwieją wątpliwości co do tego, że Kościół bagatelizuje sprawę. Albo przynajmniej wyposażą czytelników w wiedzę do rzetelnej rozmowy w miejsce niepotrzebnych emocjonalnych sporów o bliżej nieokreślonym celu.

A tymczasem – jakie widzisz rozwiązanie dla wierzących homoseksualistów w Kościele?

M. F.: Pozwól, że odpowiem na to pytanie tylko częściowo. Pominę mianowicie kwestię homoseksualistów duchownych w Kościele, gdyż do wypowiadania się na ten temat nie czuję się ani kompetentna, ani uprawniona. Natomiast co do homoseksualistów świeckich, to na dzień dzisiejszy i przy obecnym nauczaniu Kościoła widziałabym tutaj prostą analogię: homoseksualiści powinni być w Kościele traktowani podobnie jak osoby żyjące w związkach niesakramentalnych. Należy im się życzliwa duszpasterska opieka i szacunek. To, że ktoś jest homoseksualistą, nie zmniejsza jego potrzeb religijnych. Co więcej, wierzący homoseksualiści znajdują się w dramatycznej sytuacji: jako chrześcijanie nie są akceptowani przez główny nurt ruchów gejowskich, w których dominują osoby o poglądach lewicowych i ateistycznych, a jako geje nie są akceptowani w Kościele katolickim.

W maju tego roku w Berlinie Europejskie Forum Chrześcijan LGBT przyjęło List do papieża Benedykta XVI, opracowany w pierwotnej wersji przez polską grupę „Wiara i Tęcza”. Znamienne, że w tym dokumencie tęczowi chrześcijanie proszą papieża w pierwszej kolejności „o potępienie aktów przemocy wobec lesbijek, gejów, osób biseksualnych i transpłciowych”, a dopiero dalej „o zmianę nauki Kościoła na temat związków jednopłciowych i osób transpłciowych”. Solidaryzuję się z tym wyważonym tekstem, podobnie zresztą jak z mającym mu towarzyszyć Listem do Episkopatu Polski – listem wysyłanym przez członków grupy „Wiara i Tęcza” z nieśmiałą nadzieją, że nie zostanie dyplomatycznie przemilczany, nie ugrzęźnie gdzieś w odmętach kościelnej biurokracji i doczeka się odpowiedzi.

J. Ł.: Przeczytałam ten list i również mam nadzieję, że doczeka się odpowiedzi ze strony Papieża i Episkopatu Polski. Dodam tylko jeszcze, że znalazłam w liście do Papieża kilka zdań, które według mnie przekłamują rzeczywistość, np. „Ponieważ nauka określiła homoseksualność jako wariant prawidłowej seksualności, apelujemy aby ta wiedza została uwzględniona w nauczaniu Kościoła”. To nie jest prawdą. Nauka jeszcze nie stwierdziła jednomyślnie, iż homoseksualizm jest normą czy też wariantem, ponieważ na razie trwa proces ustalania, czym tak naprawdę jest homoseksualizm. Mam nadzieję, że autorzy listu liczą się z konsekwencjami podejmowania prowokacyjnego tonu (bo tak dla mnie osobiście brzmi ta prośba) wobec Benedykta XVI – osoby, która jest naukowcem z krwi i kości, i to jednym z najbardziej cenionych w Kościele umysłów teologicznych współczesnych czasów. 

Kościół jasno określa, że homoseksualiści nie są poza nim. Może jednak inne wrażenie sprawia nauczanie „ograniczające” z ambon i w prasie katolickiej?

M. F.: Oczywiście, że oficjalne nauczanie Kościoła, niejednokrotnie przedstawiane zresztą przez Ciebie w Tezeuszu, nie wyrzuca homoseksualistów poza ramy Kościoła. Jeżeli jednak idę do Kościoła i na kazaniu słyszę, że pederaści (między innymi) są winni nieszczęściom naszego kraju, jeżeli dowiaduję się, że w Krakowie już niemal tradycyjnie jak co roku młodzi polscy nacjonaliści, w większości wychowankowie Kościoła katolickiego brutalnie zaatakowali marsz gejów, to widać, że nie tylko istnieje rozdźwięk między nauczaniem oficjalnym, zawartym w dokumentach, a nauczaniem oficjalnym, płynącym z ambon, ale także między jakąś wersją nauczania oficjalnego i nauką Ewangelii. Nawiasem mówiąc, kilka odwołujących się do tej samej Ewangelii wyznań chrześcijańskich traktuje homoseksualizm znacznie mniej surowo niż Kościół katolicki.

J. Ł.: I to kolejny dowód na to, że z wiedzą o nauce Kościoła w samym Kościele kiepsko. Może dlatego ludzie (według mnie zazwyczaj o przeciętnej wiedzy religijnej) tak się upierają, żeby dać aktywnym homoseksualistom sakramenty i „poluzować” stanowisko w kwestii homoseksualizmu? 

M. F.: Niewątpliwie masz rację, że ludzie domagający się małżeństw homoseksualistów widzą ten problem wycinkowo, w oderwaniu od całokształtu nauczania Kościoła katolickiego na temat małżeństwa i rodziny. Nie zdają sobie sprawy, że dopuszczenie do czegoś, co uważają za rytualną zmianę, musiałoby wiązać się z przedefiniowaniem podstawowych dla etyki chrześcijańskiej pojęć. Nie jest to niemożliwe, ale w obecnej chwili nie wydaje mi się konieczne. Nie widzę w tym nic złego, że jakiś ksiądz odprawia mszę w intencji szczęśliwego wspólnego życia dwóch panów czy dwóch pań, ale sakrament małżeństwa w jego obecnym rozumieniu powinien zostać zarezerwowany wyłącznie dla osób heteroseksualnych. 

J. Ł.: Pozwól, że dodam w tym miejscu, dlaczego ja widzę coś nieprawidłowego (złego to złe słowo) w odprawianiu mszy w intencji par homoseksualnych. Pomijając już to, że para taka żyje w związku niesakramentalnym. Intencje mszalne są modlitewnym skierowaniem pewnego zamiaru, usiłowaniem i prośbą skierowaną ku Bogu, czego celem jest osiągnięcie błogosławieństwa od Stwórcy. Prośba o błogosławieństwo dla osób, które nie chcą żyć według zasad wiary, jest tutaj nie na miejscu, przeczy logice wzrostu duchowego. To tak jakby prosić: „Boże pobłogosław złodzieja, żeby mu się kradzież udała” (prośba do Boga, aby pobłogosławił człowieka w nieprzestrzeganiu Dekalogu). Kiedy Adam i Ewa przekroczyli zakaz w Raju, Bóg ich nie opuścił, obiecał pomoc, ale zastosował karę – zakazał wstępu do Ogrodu i skazał na konsekwencje za taką, a nie inną decyzję. Tak to właśnie działa. Przynajmniej dopóki Kościół trwa przy obecnej nauce na temat związków małżeńskich. 

M. F.: Powiedziałam o mszy w intencji szczęśliwego wspólnego życia dwóch osób jednej płci, a nie w intencji ich udanego współżycia seksualnego. Nie chodzi tutaj o słowa. Podkreślam to, ponieważ twoja wypowiedź pokazuje wyraźnie najistotniejszy element, odróżniający nasze stanowiska w tej sprawie. Ty – wierna wobec obecnej nauki Kościoła – uważasz, że najważniejszy jest sposób uprawiania seksu i jeżeli ludzie nie robią tego tak, jak nakazuje Kościół albo robią tak, jak Kościół zabrania, to zasługują na karę. Ja natomiast ufam, że Kościół nie powiedział jeszcze w kwestii homoseksualistów ostatniego słowa i że dostrzeże w ich związkach także pozaseksualne wartości. 

Powiedziałam, że sakrament małżeństwa powinien być zarezerwowany dla osób heteroseksualnych. Inną sprawą są cywilne związki partnerskie. Kościół katolicki skłania wiernych, aby wypowiadali się przeciwko tego rodzaju związkom. Jest to działanie wynikające logicznie z nauki Kościoła. Mamy tu jednak do czynienia ze wspomnianym wyżej „nauczaniem zwyczajnym”, co znaczy, że katolik powinien rozważyć racje Kościoła i rozstrzygnąć w swoim sumieniu, czy np. zagłosować w referendum przeciwko tego rodzaju związkom albo czy sprzeciwiać się ustawie na ich temat. 

Jeżeli już odpytujesz mnie z moich osobistych przekonań, to przypomnę, że wielokrotnie wypowiadałam się za cywilnymi związkami partnerskimi dla osób homo- i heteroseksualnych. Moim zdaniem tego rodzaju związki nie powodują demoralizacji, a mogą przyczyniać się do sprawiedliwości w wypadku rozmaitych skomplikowanych międzyludzkich relacji. Znam dość dobrze środowisko homoseksualne i spotkałam się z przypadkami, gdy para gejów czy lesbijek mieszkała i pracowała wspólnie przez dziesięć, dwadzieścia lat, potem jeden z partnerów umierał, a rodzina bezlitośnie wyrzucała drugiego z mieszkania czy pozbawiała go prawa do zgromadzonego wspólnie ze zmarłym majątku. We Francji pakt cywilny (PACS), którego wprowadzenie spotkało się z naturalnym sprzeciwem środowisk katolickich, obowiązuje od 1999 roku. Moim zdaniem jest to modelowe rozwiązanie w kwestiach cywilnoprawnych. 

J. Ł.: No tak, z punktu widzenia prawno-cywilnego to może dobrze wyglądać i wydawać się słuszne czy nawet sprawiedliwe, ale z punktu widzenia wspólnoty religijnej, która nie akceptuje związków homoseksualnych wygląda to bardzo źle i wedle logiki nauczania Kościoła – jak słusznie zauważasz – jest to raczej nie do przyjęcia. Wyobraź sobie, że katolicy głosują za uznaniem cywilnych związków jednopłciowych, mimo że Kościół zaleca innego rodzaju reakcje na zjawisko cywilnych związków takich par. Załóżmy, że w wyniku „postępu” w tym zakresie być może wkrótce nastąpi powszechna oddolna akceptacja związków homoseksualnych i związane z tym przyzwolenie (prawne) dla uwzględniania konsekwencji wspólnego życia i prowadzenia majątków. Co wtedy z prawdą – czy Kościół powinien zmieniać naukę, bo chce tego większość wspólnoty? Czy Kościół powinien naginać naukę do aktualnych trendów? Według mnie Kościół słusznie zaleca np. sprzeciwianie się związkom homoseksualnym, bo doskonale wie, jaka destrukcja obyczajowa w wymiarze globalnym może nastąpić w wyniku złagodzenia wymagań w kwestiach moralnych – bo tego właśnie dotyczyłaby ewentualna zmiana Magisterium na ten temat. Poza tym jest jeszcze nadprzyrodzona konsekwencja… 

M.F. Toteż podkreślam, że w kwestii cywilnych związków partnerskich zajmuję swoje prywatne stanowisko, inne niż oficjalne zalecenia Kościoła, przedstawiam swoje racje, ale nikogo nie namawiam, aby mnie naśladował. Dla katolika to jest właśnie kwestia sumienia, o którym już tu trochę mówiłyśmy. A co do nauki Kościoła to wierzę w jego wielowiekową mądrość. Niejednokrotnie w historii Kościół miał już do czynienia z dość istotnymi obyczajowymi przemianami i wybierał mądre rozwiązania, najczęściej będące kompromisem między wcześniejszym moralnym nauczaniem i dalekowzrocznie, wieloaspektowo widzianymi potrzebami wspólnoty. Poczekajmy! Jeśli chodzi o nadprzyrodzoną konsekwencję, to jestem przekonana, że w sercu Boga jest miejsce dla homoseksualistów… 

J. Ł.: Dlaczego z równą siłą nie promuje się rozwiązań takich jak ośrodki ewangelizacyjne dla homoseksualistów (np. „Odwaga” z Lublina)? 

M. F.: Przede wszystkim takie ośrodki powinny same dbać o swoją promocję, jeżeli są przekonane o słuszności swoich działań. Przygotowując debatę o homoseksualizmie w ramach cyklu „Polska tolerancja”, chcieliśmy zaprosić przedstawicieli lubelskiej „Odwagi” lub kogoś innego, zajmującego się tzw. terapią reparatywną. Spotkaliśmy się z odmową wyrażoną w sposób, który przekonał redaktorów Tezeusza, że zwolennicy tego typu rozwiązań najlepiej czują się na własnym podwórku i nie zamierzają raczej poszerzać kręgu swojego oddziaływania o nieco trudniejsze środowiska. 

J.Ł.: Uczciwie byłoby dodać, że nie zgodzili się dlatego, iż obok ich wypowiedzi znalazłby się teksty dość kontrowersyjnych osób jak na katolickie czy nawet chrześcijańskie gusta, np. Roberta Biedronia. Wiem, że tego typu postawa „nie weźmiemy udziału w rozmowie, bo będzie w niej uczestniczył Pan X” może wzburzyć krew, ale skoro była szansa na zaprezentowanie czytelnikom rozwiązań katolickich, i to skutecznych, to chyba można było to przełknąć, zamiast stawiać na zawsze chętnych do publicznych występów lobbystów homoseksualizmu. Według mnie – teologa współpracującego z Tezeuszem – straciliście okazję do zaprezentowania, co się dzieje na podwórku zwolenników terapii reparatywnej. Tego typu decyzje, tak na marginesie, mogą zniechęcać do działań Tezeusza. Sama dość aktywnie włączyłam się w batalię przeciwko jednostronnemu prezentowaniu tego tematu w debacie, bo stwierdziłam, że skoro „Odwagi” zabrakło, to trzeba jakoś temat zrównoważyć. Ale wróćmy do terapii homoseksualistów. 

M.F. Współcześni psychologowie odnoszą się z dużą rezerwą do terapii reparatywnej uznając, że orientacja seksualna nie może ulec zmianie. Moje doświadczenie życiowe podpowiada mi, że jest w tym co najmniej dużo racji, a próby „naprawiania” homoseksualistów mogą prowadzić do osobistych tragedii: ich samych i osób płci przeciwnej, z którymi wskutek takiej terapii decydują się zawrzeć związek małżeński. Mimo tych zastrzeżeń promowaliśmy jednak niedawno na facebookowej stronie Tezeusza książkę Wstyd i utrata przywiązania. Praktyczne zastosowanie terapii reparatywnej. Trzeba dać ludziom wybór. Może dla kogoś ta książka okaże się pomocna. 

J. Ł.: Dlaczego jest według Ciebie takie parcie na akceptację homoseksualistów i ich praw do wspólnego życia sakramentalnego w ramach Kościoła katolickiego? 

M. F.: Nie podoba mi się słowo „parcie”. To brzmi trochę tak, jak gdyby jakieś zewnętrzne siły chciały Kościołowi narzucić coś, co jest mu z gruntu obce. Powiedziałabym raczej, że polscy homoseksualni katolicy zaczynają mówić własnym głosem i upominać się o swoje prawa. Zanim mogło do tego dojść, o homoseksualizmie zaczęto w ogóle otwarcie mówić w mediach, w szkole, w rozmowach towarzyskich. Ty tego nie pamiętasz, ale wierz mi, że 20 lat temu w Polsce był to naprawdę temat tabu, a elementarnej wiedzy medycznej czy psychologicznej z tego zakresu nie miały nawet średnio wykształcone osoby. O jakichś coming outach nie było mowy, bo oznaczałyby one śmierć cywilną. Teraz jest inaczej. Podczas dorocznych gejowskich parad spotykają się także geje katolicy. Skoro już ujawniają publicznie swoją orientację seksualną, to chcą również żyć z nią otwarcie, bez zakłamania w swoim Kościele. 

J. Ł.: Słowa „parcie” użyłam celowo, bo właśnie tak miało to zabrzmieć – uważam, że zewnętrzne świeckie środowiska, wpływając na członków wspólnoty religijnej, próbują zmusić hierarchię do zmiany stanowiska wedle reguł pozornej demokracji. Garstka ludzi uważa, że większość się zgadza, więc podburzają i głosują przeciwko nauce Kościoła, mając nadzieję, że może w końcu jacyś biskupi też coś z tym zrobią i jakoś się to potoczy. Dlatego czasami frapuje mnie tego typu metoda zachęcania do zmiany poglądu, do czego również może przyczyniać się działalność portalu. Przyznam też, że w tym kontekście zastanawia mnie obecność Tomka Szóstka w Tezeuszu. Czym kierowałaś się, zapraszając czynnego homoseksualistę do świadectwa wiary? 

M. F.: To, że Tomek Szóstek chce u nas pisać, uważam za duży zaszczyt dla Tezeusza. Jest przecież wiele innych miejsc, może bardziej naturalnych dla osoby o jego orientacji seksualnej i poglądach na sprawy społeczne. Mimo to czuje się w Tezeuszu dobrze, bezpiecznie i chce jeszcze pozostać. Super! Tomka zaprosiłam osobiście jako „geja z ludzką twarzą” – tak chyba sam określił tę swoją Tezeuszową rolę w jakiejś naszej rozmowie. Dlaczego zależało mi na jego obecności? Po pierwsze, taka już jestem gejmama, że gdzie się tylko pojawię, to od razu każdego (no, prawie każdego) geja przygarniam do serca. A po drugie, jestem przekonana, że obecność Tomka w Tezeuszu daje sporo do myślenia zwłaszcza osobom o bardziej konserwatywnych poglądach i rozbudza ewangeliczną wrażliwość tych osób. Tobie i nie tylko Tobie życzę w przyszłości wielu owocnych rozmów z Tomkiem. Z redaktorskiego punktu widzenia już się na nie cieszę. 

J. Ł.: I tu Ci przyznam rację, wirtualne rozmowy z Panem Tomaszem skłoniły mnie do wielu przemyśleń, czego skutkiem są artykuły poświęcone kwestiom nauczania Kościoła co do homoseksualizmu. A najważniejsze – do zwiększenia aktywności modlitewnej w intencji moich sióstr i braci, niosących bardzo ciężki krzyż doświadczenia odmienności seksualnej. 

Przejdźmy teraz do antyklerykalizmu. To mi, przyznam – bardzo przeszkadza – ale to chyba raczej chodzi o słowo. W gruncie rzeczy ja nie widzę antyklerykalizmu w Tezeuszu, ale w wypowiedziach Twoich i Andrzeja Miszka ten zwrot często się pojawia. Nie chodzi mi tu o poprawność polityczną, tylko o Twoje rzeczywiste nastawienie. Czy naprawdę Tezeusz jest antyklerykalny, czy powinien być? Co to w ogóle znaczy, kiedy mówisz – antyklerykalny? 

M.F.:  Zacznijmy od definicji klerykalizmu. „Klerykalizm jest postawą redukującą realną wspólnotę Kościoła do jego duchownych, zwłaszcza w zakresie religijno-moralnej kompetencji i władzy”. Tak napisał Andrzej Miszk w tekście Czy klerykalizm da się leczyć? W tym sensie antyklerykalizm jest działaniem przeciwko takim postawom i wynikającym z nich mechanizmom czy formom relacji, zwłaszcza między duchownymi i świeckimi. Tezeuszowy antyklerykalizm nie jest ani sprzeciwem wobec duchownych jako takich, ani próbą kultywowania wiary poza instytucją Kościoła, ani tym bardziej nie należy go utożsamiać z jakąkolwiek formą ateizmu. Jest to sprzeciw wobec istniejących w Kościele katolickim patologii. 

Mówiąc w tonie trochę bardziej pozytywnym, jesteśmy antyklerykalni, ponieważ domagamy się współodpowiedzialności świeckich za Kościół. Polecam zresztą na ten temat bardzo ciekawą wypowiedź biskupa Tadeusza Pieronka Zejście z piedestału w najnowszym „Tygodniku Powszechnym”. Biskup Pieronek przypomina dokonania Synodu Metropolitalnego, który został zwołany przez kardynała Wojtyłę w 1971 roku w Krakowie. Skóra cierpnie, gdy się to czyta, bo gdyby owoce tego Synodu rzeczywiście wykorzystywano w Polsce w okresie pontyfikatu Jana Pawła II, to działania Tezeusza byłyby dzisiaj wywarzaniem otwartych drzwi. Tymczasem my tu sobie uprawiamy niemalże partyzantkę w sprawach, które czterdzieści lat temu, zaraz po Soborze Watykańskim II przyszły papież uznał za oczywiste dla życia Kościoła. 

Jeżeli natomiast chodzi o sferę odczuć, to nie dziwię się, że Tobie czy innym osobom blisko związanym z Kościołem katolickim może przeszkadzać na przykład pokazywanie jego niedostatków, czy problemów. To jest bardzo zdrowy objaw miłości do Kościoła, lecz miłość, aby nie była tylko zauroczeniem, nie może być bezkrytyczna. 

J.Ł.: Dodam w tym miejscu, że mnie osobiście nie niepokoi wskazywanie na niedostatki i problemy w obrębie Kościoła czy odnoszące się do autorytetu duchownych. Podobnie jak Ty uważam, że miłość do Kościoła nie może być pozbawiona zdrowego krytycyzmu. Jednak czasem przeszkadza mi sposób, w jaki to się robi w różnych miejscach wymiany poglądów, także w Tezeuszu. Prowokacja intelektualna to tylko jedna z form wskazywania wagi problemu, a mam wrażenie, że na Tezeuszowym podwórku jest to metoda najczęściej stosowana. Przeciętny czytelnik może czasem zostać porażony (czy wręcz przerażony i zgorszony) tonem czy sposobem prowadzenia wypowiedzi osób wiodących prym w portalowych dialogach na tematy kontrowersyjne z hierarchią kościelną w nagłówku. Myślę, że warto o tym pamiętać, decydując się na jakąś formę krytyki czy wytykania palcem problemów wspólnoty chrześcijańskiej. Redakcja portalu – przynajmniej tak mi się wydaje – powinna nadawać ton i poziom w dyskusji. 

M.F.: Inny aspekt dyskomfortu może dotyczyć stosunku do autorytetu duchownych. Jak wiesz, gościmy chętnie w Tezeuszu księży, chcemy korzystać z ich wiedzy, czytać ich rozważania na tematy teologiczne czy duchowe. Traktujemy ich jednak po partnersku, na równych prawach jako współpracowników czy dyskutantów. To też może się nie podobać komuś zarażonemu bakcylem klerykalizmu. Ale tego rodzaju zdrowy układ powinien panować w całym Kościele, za który świeccy i duchowni mają być współodpowiedzialni. Wypracowujemy nowe wzorce, więc siłą rzeczy musimy narażać na dyskomfort tych, którzy przywykli do starych sposobów funkcjonowania. 

Wreszcie sprawa stosunku do nauki Kościoła. Tezeusz chce przyzwyczaić swoich czytelników świeckich i duchownych, że zadawanie pytań w kwestiach wiary, a tym bardziej wyrażanie wątpliwości i niepokojów w kwestiach rozstrzygnięć moralności katolickiej nie jest od razu wrogością wobec Boga czy Kościoła. Oczywiście, że trzeba te wypowiedzi jakoś monitorować, porządkować, od czasu do czasu podsumowywać. Tezeusz nie jest Hyde Parkiem. Biskup Pieronek powiedział w cytowanym przeze mnie wywiadzie: „Trzeba ludzi wysłuchać, nawet jeśli nie mają racji”. Nasz portal daje przestrzeń, w której ludzie mogą się wypowiadać, nawet jeśli nie mają racji. Ich głos zostaje zarejestrowany. Może kiedyś będzie również wysłuchany przez kościelną hierarchię. 

J.Ł.: I to jest właśnie cenne w Tezeuszu. Bo mimo różnych niedostatków jest to jednak bardzo ważny głos w Kościele katolickim. Mam nadzieję, że nasza rozmowa również pokazuje, jak różnie te same sprawy można widzieć i mimo to zdecydować się na współpracę, której celem jest ewangelizacja. Myślę, że ludzie skupieni wokół prac, jakie trwają w Fundacji Tezeusz – bez względu na to, czy świeccy, czy duchowni, będą dawać świadectwo dialogu. Myślę tu o trudach dialogu ze współczesnym światem i jego ogromnymi problemami czy wyzwaniami, z jakimi boryka się Kościół. I jeszcze o niełatwym dialogu osób tworzących drogi Tezeusza – właśnie ze względu na różne podejście do tych samych spraw poruszanych w Kościele. 

Dziękuję za rozmowę i cieszę się już na następną. Mam nadzieję, że owoce naszych przemyśleń staną się zarzewiem podejmowania nowych – zgodnych z nauką Kościoła – wyzwań ewangelizacyjnych.

 

Komentarze

  1. dorota.bialachowska

    Drogie Panie, nuda…

     Właściwie, to Panie, o czym? Tak długi tekst, ( piszę po przeczytaniu połowy), lecz nudny. Lecz i “Tezeusz” jest nudny. Przewidywalny, i nudny. Do “bólu” przewidywalny, i “ułożony”, co pewno w intencji prowadzących innym ma być. A jak rozumiem, ma być twórczy. Tak zapytam, dla kogo ten portal? Mnie brak tu indywidualności, poza panami “Misjonarzem’ i “Elikiem” , oraz kilku nazwiskami, co przyciągać mają, “flaki z olejem”. Taka “Niedziela” wspak.  Niestety…

     
    Odpowiedz
  2. misjonarz

    Dzięki za poparcie , ale ,

    Dzięki za poparcie , ale , (ja zawsze mam jakieś "ale") może być pewien problem.

    Powstaje pytanie – kiedy człowiek jest twórczy ? Myślę, że można założyć iż twórczość powstaje w wyniku radości.

    No a co to jest radość ? – najprościej ujmując sprawę to jest uczucie. Tak jest ale może być też inna sytuacja, gdzie "radość powstaje w wyniku pocieszenia duchowego" – (co to jest to odsyłam do CD w/g Ignacego z Loyoli).

    W takiej sytuacji człowiek wyraża swoją radość na zewnątrz, ale być może – również coś tworząc. To oczywiście jest dobre, ale "nie do końca" . Św Ignacy zalecał aby używać radości roztropnie [nawet wprowadził takie pojęcie – "caritas discreta" (miłość roztropna) ]. – ten uśmiech to wynik tych nawiasów.

    Ok. kontynuuję. Św Ignacy mówił aby dziękować za pociechę duchową ale też aby "uniżać ile się da". O co mu chodziło ? Ignacy zakładał, że pociecha pochodzi od Boga, ale pociecha to jest proces i w którymś momencie do tego procesu pociechy duchowej może "dołączyć się zły duch". Tak więc zjawisko, które jest pozytywne może przemienić się w nie pozytywne, a nawet szkodliwe.

    Chyba czasem przesadzam ? No i powstaje problem – gdzie tu jest dobro ?

    Powiem po swojemu – "uczę się tego" – uczę się to rozróżniać i korzystać z tych dobrodziejstw, które podsuwa mi Pan Bóg, no a ta nauka może być w formie negatywnej, czyli "na błędach".

    Także przyznam się – proszę patrzeć na to moje pisanie również krytyczne, bo napewno popełniam błędy, które są np. wyrażane w błędach językowych – nie mówiąc o gramatyce .

    Ok. pozdrawiam.

     
    Odpowiedz
  3. elik

    Obecność patrona i dobrego pasterza.

    @All

    Redakcja, twórcy i współtwórcy portalu "Tezeusz", co nie trudno dostrzec nie stanowią wspólnoty, ani istotnej jedności, lecz w miarę reprezentatywny konglomerat przedstawicieli różnych wyznań, religii i światopoglądów, także poprawności politycznej, który absolutnie nie pretenduje, do miana katolicki (powszechny), bo nie reprezentuje wyłącznie działałności, ani doktryny i nauczania Kościoła katolickiego.

    Status i zależności członków redakcji "Tezeusza" są raczej znane, a pozostałych osób często bliżej nie określone. Natomiast w tym środowisku wg. mnie zdecydowanie brakuje nie tylko autorytetów i wiarygodnych świadectw, czy pożądanej dyskusji, autentycznego dialogu, a nawet koniecznego sporu na argumenty, lecz również dobroczynnej i znaczącej obecności gospodarza portalu, czy patrona i dobrego pasterza np: charyzmatycznej osoby duchownej.

    Rzeczywiście tekst jest nie tylko wyjątkowo obszerny, a rozmowa Pań nie koniecznie zajmująca, czy zbyt absorbująca, natomiast znamienne i wymowne są proponowane tagi: sumienie, Sobór Watykański II, księża, klerykalizm, homoseksualizm, antyklerykalizm.

    Sz. Panie interlokutorki – czy to są najbardziej żywotne zagadnienia, doniosłe i istotne kwestie dotyczące katolików i chrześcijan, także współczesnych grzeszników i ludzi dobrej woli?…..

    Pani Doroto dziękuję za dotychczasowe wyjątkowe zaangażowanie – współtworzenie portalu i wyróżnienie m.in. mojej aktywności w tym środowisku, choć mam świadomość, że jest to Pani subiektywna ocena, a bycie we wspólnocie indywidualistą nie zawsze jest chlubą i zaszczytem.

    Szczęść Boże!

    Z poważaniem Zbigniew.R.Kamiński

     

     
    Odpowiedz
  4. Anonim

    osobowości

    Mnie brak tu indywidualności, poza panami “Misjonarzem’ i “Elikiem” ,

    Jeszcze ja jestem. O. Terlikowski był tu postacią wyrazistą tez. Jacek Święcki.

     

     
    Odpowiedz
  5. rzusto

    kara za rozmowę

    Ja bym napisał – brawo drogie Panie. Tekst mi się bardzo podoba. Nie tylko dlatego, że zostaję w nim wymieniony bezpośrednio, choć nie ukrywam, że to łechce – co widać również po reakcji na komentarz Pani Doroty.

    Dlaczego brawo? Bo wywiad zderza dwie osobowości dwa horyzonty, które często się wykluczają. To przykład wzorowego dialogu. Wywiad nie kończy się określeniem tego jak jest lub jak być powinno. Dla każdego/każdej z nas jest inaczej. Czasami to inaczej wyklucza się nawzajem i istnieje obok siebie. Dziwne? – a jednak.

    Ja sam toczyłem boje z Panią Jolantą, bo tak jak widać z wywiadu jest ona twierdzą katolicyzmu na portalu. Wiem, że ona nigdy nie zgodzi się ze mną w niektórych sprawach. Czasami nawet wkurza mnie ona strasznie, ale trudno. Dziwi mnie to, że po tym wywiadzie została wrzucona w ten sam worek co Małgorzata. Za co – nie za poglądy przecież. Zdaje mi się, że za sam fakt rozmowy z Małgorzatą. Za próbę konfrontacji poglądów.

    Nie lubię udzielać porad – ale tym razem nie mogę się powstrzymać. Drodzy komentatorzy, uważajcie abyście nie zostali potraktowani tak samo jak potraktowaliście Panią Jolantę, za sam fakt uczestnictwa w społeczności portalu Tezeusz. Ktoś może nie chce słuchać o czym tutaj tak naprawdę mówicie.  

     
    Odpowiedz
  6. elik

    Prośba.

    Pani Jolanto w związku z ostatnim komentarzem Pana Tomasza, zostałem zobligowany, aby prosić Panią o zweryfikowanie swoich wcześniejszych sformułowań i zaniechanie rozpowszechniania, czy forsowania fałszywych tez i dezorientowania wybranych czytelników "Tezeusza".

    To, co jest artykułowane i udostępniane na forum "Tezeusza" nie zawsze jest "głosem w Kościele katolickim", a tym bardziej "głosem ważnym", ani Jego "ewangelizacją", czy "współpracą", współdziałaniem wspólnoty na rzecz dialogu i jedności, także wsparcia, rozwoju i doskonalenia Jego Kościoła.

    Ponadto to przede wszystkim "wspólczesny świat", a nie Kościół katolicki "boryka się"…., lecz nie z Jego "wyzwaniami", a swoimi skłonnościami i sabościami, do czynienia zła.

    Szczęść Boże!

     
    Odpowiedz
  7. quasar

    Pani Jolanta dla mnie osobiście jest najprawdziwszym głosem

    Tezeusza. Zawsze dąży do zażegnania sporów, poszukuje dobra i tego co łączy. Przemilczeć to co dzieli jest czasem ważniejsze od konfrontacji, bo jak choćby w rozmowy Pań widać, nie zawsze można cołkowicie sie pogodzić.

    Być dobrym, dla człowieka znaczy wiele więcej niż posiadać wiedzę.

     
    Odpowiedz
  8. jorlanda

    Zajmujące…

    … że tak się wyrażę niefrasobliwie.

    Widzę, że tylko Pan Tomasz i Pan Tomasz jak na razie doskonale zrozumieli, o co chodzi w tej arcynudnej rozmowie.

    Przepraszam, że tak teologicznie to potraktuję, ale odbieram to jako niezwykły znak czasów. Już nie będę nawet mówić o skojarzeniu z Tomaszem biblijnym…

    Posłucham jeszcze trochę zanim skomentuję szczegółowo powyższe wypowiedzi.

    Pozdrawiam

     
    Odpowiedz
  9. elik

    Prawdziwe człowieczeństwo.

    @Tomasz Zapora

    Prawdziwe człowieczeństwo i właściwe bytowanie, współistnienie, a nawet porozumiewanie się z innymi chyba nie ogranicza się, do "zażegnywania sporów", czy ciągłych ustępstw i uległości, a tym bardziej przemilczania tego co dzieli.

    Bo to co dzieli nie jest innością, ani odmiennością poglądów, lecz ewidentnym lub ukrytym, zawoalowanym złem i znaczącą przeszkodą w poszukiwaniu razem prawdy. Ponadto absolutnie nie służy osiąganiu zgody, pojednania, także wspólnego dobra (dobrostanu).

    Konfrontacja zwykle kojarzy się z prawdą i dobrem, oraz fałszem i złem, a tutaj nie ma miejsca na kompromisy, czy jakiekolwiek "przemilczanie" – uniki, bądź ustępstwa.

    Dobroć u św. Pawła jest słowem, które chętnie przypisuje samemu Bogu, a stawać się dobrym i serdecznym człowiekiem to naśladować Jezusa Chrystusa i być darem Boga, dla swych bliźnich.

    A zatem Pana życzliwe słowa wobec Pani Joli nie wyjaśniają, ani nie rozstrzygają w/w i innych istotnych kwestii, które są lub mogą być przedmiotem ubogacającej dyskusji.

    Pozdrawiam Pana serdecznie – Zbigniew

     
    Odpowiedz
  10. quasar

    @ElikNic nie mówiłem o

    @Elik

    Nic nie mówiłem o ograniczaniu się do zażegnywania sporów. "CZASEM WARTO PRZEMILCZEĆ TO CO DZIELI"

    Dyskusje są niezbędne, nie ma wątpliwości. Dyskusje to wysiłek – tym większy im trudniejszy problem. Wysiłku paniom nie da się odmówić i samo to już czyni dyskusję wartościową. Jeśli nie owocną to już nie wina dyskutantów, bo zrobili co w ich mocy.

    Wysiłek jest KONIECZNY. Ale co gdy jak w powyższej rozmowie obie strony chcą pozostać przy swoim? I gdy włożony wysiłek nie prowadzi do porozumienia? Są dwie drogi, skłócić się, jak to robią np politycy, albo uznać nawzajem prawo do własnego osądu. Wraz z uznaniem tego prawa rozumieć konieczność przemyślenia dyskusji, wyciągnąć z niej wnioski i po wyklarowaniu sobie udoskonalonego, opartego o wnioski z dyskusji, stanowiska powrócić do niej.

    W dyskusji chodzi nie tyle o to by przekonać dyskutanta do własnych racji ale poznać jego racje i wyciągnąć z nich wnioski dla siebie. Tak więc gdy pisałem "czasem warto przemilczeć to co dzieli" miałem na myśli właśnie danie sobie czasu na przemyślenie sprawy, zamiast podnoszenia głosu z powodu irytacji powodowanej niezrozumieniem moich racji przez stronę przeciwną.

    W świetle tak rozumianej debaty widać jak trudne są tematy podjęte przez panie. Jak katolik ma zrozumieć racje homoseksualistów, jak homoseksualiści mają zrozumieć racje katolików? Sprawy płciowości są głęboko zakorzenione w naturze, co z drugiej strony nie znaczy że powinno się akceptować wszystkie jej przejawy. O sprawach tak głębokich dla człowieka bardzo trudno rozmawiać dlatego wymagają one szczególnej cierpliwości i poświęcenia.

    Jak z tego widać zasadniczo nie różnimy się w opinii o roli dyskusji.

    "Bo to co dzieli nie jest innością, ani odmiennością poglądów, lecz ewidentnym lub ukrytym, zawoalowanym złem i znaczącą przeszkodą w poszukiwaniu razem prawdy. Ponadto absolutnie nie służy osiąganiu zgody, pojednania, także wspólnego dobra (dobrostanu)"

    Zgadzam się z Panem. Chciałem natomiast położyć nacisk na inną kwestię. Chciałbym, by częściej dyskutanci na forum włączali się w rzeczową argumentację i częściej powstrzymywali od nic nie wnoszących osądów nad autorami artykułów, blogerami.

    "A zatem Pana życzliwe słowa wobec Pani Joli nie wyjaśniają, ani nie rozstrzygają w/w i innych istotnych kwestii, które są lub mogą być przedmiotem ubogacającej dyskusji"

    Nie, nie rozstrzygają, nawet nie śmiem się o to pokusić. Potrzeba mi jeszcze wiele dyskusji bym to rozstrzygnął.

    Pozdrawiam również

     
    Odpowiedz
  11. quasar

    No tak, mówiłem o zażegnywaniu sporów ale chodziło mi raczej o

    spory wynikające z ograniczenia się do "własnego podwórka". Nie miało to znaczyć, że jakiekolwiek spory trzeba ułagadzać kosztem racjonalnej wymiany poglądów.

     
    Odpowiedz
  12. elik

    Jaki język, takie myślenie i działanie.

    @Tomasz Zapora

    Dziękuję szczególnie za to, że usiłuje Pan w dyskusji poznać, zrozumieć i uznać argumenty interlokutorów, a nawet stara się z nimi porozumieć.

    Też uważam, że podstawą dyskusji, czy owocnego dialogu jest m.in. roztropność, odpowiedzialność za słowa i wzajemna  dobra wola,  także  kultura osobista  i rzczowa argumentacja.  A w przypadkach trudnych, czy kwestiach kontrowersyjnych zamiast nadmiaru emocji, czy pośpiechu i odniesień personalnych zdecydowanie  lepszym, a nawet koniecznym jest rozsądek tzn. czas, do namysłu.

    Ps. Życzę Panu wiele sukcesów edytorskich, także istotnych rozstrzygnięć w dyskusji na forum "Tezeusza" – Zbigniew

     
    Odpowiedz
  13. quasar

    Wahałem się czy podjąć jeszcze temat ale temat jest tyle ważny co niedoceniany więc podejmuję jeszcze raz.
    @Elik
    Jako że nie ma w moich wypowiedziach jakiejś widocznej polemiki z powyższym tekstem, czy znaczących odniesień do niego, dlatego Pańskie słowa zabrzmiały mi ironicznie. Jednak można też odnieść wrażenie, że chce Pan faktycznie zgodzić się z moimi słowami. Więc wahanie też dotyczyło tonu Pańskiej wypowiedzi. Ostatecznie jednak doszedłem do wniosku, że to ironia jest motywatorem Pańskich słów.
    Tak więc. Nie miałem i nie mam zamiaru podejmować polemiki z paniami Małgorzatą i Jolantą w sprawach, w których uważam je za wiele bardziej kompetentne. Ograniczyłem się więc w tej kwestii do roli słuchacza. Nie podjąłem dyskusji na forum dopóki nie uderzyło mnie pustosłowie zeń płynące, ponieważ odstrasza ono osoby, które mogą powiedzieć coś wartościowego. Na tą kwestię ukierunkowana była moja reakcja.
    Tezeusz chce podejmować bardzo ważne dla ludzkości problemy (jak by to nie zabrzmiało), a są to problemy bardzo trudne. Niestety osoby żyjące w swoim zamkniętym świecie, uważające wszystkich inaczej myślących, przeciwników w dyskusji, która mogłaby się narodzić za mniej inteligentnych i niezasługujących na uwagę, niszczą ten potencjał i tłumią go u podstaw.
    Mam pani Jolanto cora mniej nadziei, że nie jest to znak czasów.
    Pozdrawiam

     
    Odpowiedz
  14. elik

    Co inspiruje, a co zniechęca w dyskusji?…..

     

    Panie Tomaszu jeszcze zbyt mało się znamy, dlatego Pana ostrożność, czy ograniczone zaufanie, a nawet domysły, czy przypuszczenia wydają się czymś naturalnym. Jednak oświadczam, że w życiu codziennym, także w dyskusji na forum staram się szanować innych i raczej nie posługiwać "ironią", ani szyderstwem, czy kpiną. Natomiast zwykle uważnie czytam wybrane teksty, dlatego dość często odnoszę się w sposób krytyczny, do cytowanych fragmentów tekstu autora, czy sformułowań interlokutora. Ponieważ uważam, że pisanie na forum musi być możliwie rozważne i odpowiedzialne, a wyrażane myśli jednoznaczne i prawdziwe, najlepiej formułowane wg. zasady "tak – tak lub nie – nie"

    Co inspiruje, a co zniechęca w dyskusji?…..

    Z moich obserwacji wynika, że stajemy się bardziej wymowni, czy skłonni dyskutować, kiedy rozważamy cudze myśli, czy opisujemy zdarzenia, przedstwiamy cierpienie, ból lub nieszczęście albo dostrzegamy czyjeś mankamenty, błędy.

    Natomiast wyjątkowo czujemy się ograniczeni, bądź skrępowani w słowach, kiedy przychodzi nam mówić, pisać np: szczerze o sobie, czy tajemnicy chrześcijańskiej radości. Chyba wielu z nas musi nadal prosić Boga o dar prostoty serca (szczerości) i autentycznej radości, a nawet uczyć się cnoty odczuwania radości?…..

    A oprócz pustosłowia chyba odstrasza, czy zniechęca potencjalnych uczestników dyskusji postawa (osobowość, mentalność, brak dobrej woli i kultury) autorów testów tj. ich sposób artykułowania myśli, czy prezentowania własnych poglądów, przekonań, doświadczeń, odczuć, doznań etc.

    Szczytem "intelektu" w wielu środowiskach jest dziś myślenie inaczej, także poddawanie prawd wiary w wątpliwość nawet, przez ludzi Kościoła. Za to mają zapewniony aplauz w mediach, także nagrody, granty, odznaczenia etc. A przecież mieliście być Znakiem Sprzeciwu. Mieliście " raczej podobać się Bogu niż ludziom". Groby pobielane.

    Szcześć Boże!

     
    Odpowiedz
  15. jorlanda

    Po kolei…

    @Elik
    Sz. Panie interlokutorki – czy to są najbardziej żywotne zagadnienia, doniosłe i istotne kwestie dotyczące katolików i chrześcijan, także współczesnych grzeszników i ludzi dobrej woli?

    Nie są może najważniejsze, są chyba jednak istotne. Czy to od razu oznacza, że nie należy się nimi zajmować? Skoro tak wzburzają krew to oznacza, że warto tym się zająć. Czy ja Panu wyznaczam, o czym ma Pan pisać i co komentować? Kieruje Pan swoją uwagę tam, gdzie chce, i tak samo my zrobiłyśmy rozmawiając o różnych kwestiach "Tezeusza". Dla mnie najważniejsze potrzeby w Kościele polskim na obecny czas to: dobrzy katecheci, dobre duszpasterstwa i dobre nauczanie Kościoła (chodzi mi o metodę). Pierwszą potrzebę realizuję pracując w szkołach i na uczelniach, drugą – starając sie wzmacniać pracę duszpasterską kapłanów przy mojej parafii (zaangażowanie we wspólnocie), a trzecią – m.in. na terenie "Tezeusza", ale nie tylko. Kościół jest wielką szkołą kształcącą robotników w winnicy Pana. Ale Kościół to nie tylko osoby duchowne, ale też świeccy. I poruszone przez nas zagadnienia dotyczą problemów świeckich ludzi. Może Pan założy wreszcie jakiś sensowny blog i zacznie pisać o palących tematach w Kościele, skoro uważa Pan, że czegoś tu nieustannie brakuje?

    @Misjonarzu brawo, przeczytałam Twój drugi wpis w blogu, czekam na kolejne Widzisz jak ładnie i owocnie się nawzajem można motywować w naszej ukochanej katolickiejj wspólnocie?

    Pani Jolanto w związku z ostatnim komentarzem Pana Tomasza, zostałem zobligowany, aby prosić Panią o zweryfikowanie swoich wcześniejszych sformułowań i zaniechanie rozpowszechniania, czy forsowania fałszywych tez i dezorientowania wybranych czytelników "Tezeusza". To, co jest artykułowane i udostępniane na forum "Tezeusza" nie zawsze jest "głosem w Kościele katolickim", a tym bardziej "głosem ważnym", ani Jego "ewangelizacją", czy "współpracą", współdziałaniem wspólnoty na rzecz dialogu i jedności, także wsparcia, rozwoju i doskonalenia Jego Kościoła. Ponadto to przede wszystkim "wspólczesny świat", a nie Kościół katolicki "boryka się"…., lecz nie z Jego "wyzwaniami", a swoimi skłonnościami i sabościami, do czynienia zła.

    Nikt Pana nie obliguje do niczego. Proszę mi tylko wyjaśnić o co Pan mnie prosi, bo nie zrozumiałam. Chodzi mi o to czego mam zaniechać, czego mam nie forsować (fałszu – jakiego?) i w jaki sposób dezorientuję, plus – kim są "wybrani czytelnicy"?

    Uważam, iż to, co jest artykułowane w "Tezeuszu" jest głosem w Kościele, może czasem niezgodnym z linią nauki Kościoła, ale na pewno cennym. Współczesny świat – to też podkreślę – to miejsce, w którym istnieje też Kościół – święta wspólnota grzeszników. Dlatego nadal podtrzymuję, że skoro świat się z czymś "boryka", to i Kościół się "boryka". Myślę, że teraz Pan na pewno zrozumiał, o czym piszę.

    @Tomasz Szóstek
    Drodzy komentatorzy, uważajcie abyście nie zostali potraktowani tak samo jak potraktowaliście Panią Jolantę, za sam fakt uczestnictwa w społeczności portalu Tezeusz. Ktoś może nie chce słuchać o czym tutaj tak naprawdę mówicie.

    No nie pozostaje mi nic innego niż przyklasnąć, brawa zwłaszcza za "sam fakt uczestnictwa". Mnie już nic nie zdziwi w tej kwestii.

    @Tomasz Zapora
    Chciałbym, by częściej dyskutanci na forum włączali się w rzeczową argumentację i częściej powstrzymywali od nic nie wnoszących osądów nad autorami artykułów, blogerami.

    O to, to. Rzeczowe argumenty, tego mi zabrakło w wypowiedziach Pani Doroty, Elika i Misjonarza. A faktycznie wyrazisty Smok Eustachy chyba zbyt głęboko schował pointę między wersami…

    @Tomasz Zapora
    Tezeusz chce podejmować bardzo ważne dla ludzkości problemy (jak by to nie zabrzmiało), a są to problemy bardzo trudne. Niestety osoby żyjące w swoim zamkniętym świecie, uważające wszystkich inaczej myślących, przeciwników w dyskusji, która mogłaby się narodzić za mniej inteligentnych i niezasługujących na uwagę, niszczą ten potencjał i tłumią go u podstaw. Mam pani Jolanto cora mniej nadziei, że nie jest to znak czasów.

    "Miejcie nadzieję, nie tę lichą marną…" Zawsze tak było, jest i będzie, że ludzie toczą boje o słowa, poglądy i przekonania. Jezus nieustannie dyskutował. Zamknięte światopoglądy mają to do siebie, że dają poczucie bezepieczeństwa, i ja to doskonale rozumiem. 26 lat swego życia spędziłam w ten sposób. Apostołowie również żyli sobie spokojnie i bez stresu dopóki ich Jezus nie wyciagnął z domów, z łodzi, z miejsc, w których byli zamknięci. Światopoglądy ugruntowane, ale czasem wybiegające na "inne podwórka" mogą wydawać sie niebezpieczne i mało rozsądne dla zamkniętych na tego typu ciągotki. I nawet jeśli jest im po drodze do Królestwa niebieskiego, boją się siebie nawzajem. Odważni boją się zamknietych, żeby ich nie ograniczali, zamknięci boją się odważnych, żeby przypadkiem ich nie wciągnęli w jakąś niebezpieczną przygodę. Skoro jednak żyjemy w tym samym domu – w Kościele – to może jednak warto przestać warczeć na siebie i nie bać się tak bardzo jedni drugich.
    Nie ma co tracić nadziei, trzeba sie pogodzić z tym, że ludzie są jacy są. A rezygnacja i utyskiwania na "tych wrednych innych, co to nic nie rozumieją" nie jest chyba dobrą metodą na rozpoczęcie czy kontynuowanie dialogu.

    Dla wszystkich – prezent z okazji moich imienin: Miejcie nadzieję

     
    Odpowiedz
  16. misjonarz

    Wow !!!! , ktoś w końcu

    Wow !!!! , ktoś w końcu mnie poparł :-).  Ok. napiszę kolejne blogi – będą to po kolei II  III  IV tydzień i synteza.

    Ale .  Mogę przeskoczyć od razu do III tygodnia ? Piszę tak specjalne bo dopiero na nim zrozumiałem rzeczy podstawową – narazie nie zdradzę :-). 

        Przeskoku też nie zrobię – będę pisał o II i o okresie po nim. Będą w nim bardzo trudne wątki i napewno w jakiś sposób znowu "oberwie się Tezeuszowi" .

    Także  "już się bójcie" – to oczywiście żartem, ale w tym żarcie jest trochę prawdy.

     

    dobranoc

     
    Odpowiedz
  17. quasar

    Cenna nauczka

    "Kwiatek do lufy wetknął mi ktoś"

    @Elik przepraszam i dziękuję za niezasłużoną wyrozumiałość.

    @JŁ nauczka dla mnie. Cieszę się że trafiłem tutaj.

     
    Odpowiedz
  18. jorlanda

    A czego mamy się bać?

    …@Misjonarzu?

    Prawdy o tym, że Jezus nas zbawił i wyzwolił z grzechu?

    Treścią drugiego tygodnia ćwiczeń ignacjańskich jest wejście na  drogę oświecenia czyli "spokojne i uważne wpatrywanie się w Jezusa, wzrokiem pełnym przyjaznego zainteresowania i miłości" (z wprowadzenia do "Ćwiczeń"). Nic w tym strasznego…

    Wiesz, może ja też kiedyś podzielę się w "Tezeuszu" moim doświadczeniem z ćwiczeń…?

    J.

     
    Odpowiedz
  19. misjonarz

    Jest też prawda, że:

    Jest też prawda, że: "szatan przebiera się za anioła światłości, idzie za duszą pobożną, wzbudza myśli pobożne i święte i stawia na swoim" i to się dzieje właśnie najczęście w II tygodniu i okresie po nim.

     
    Odpowiedz
  20. elik

    Replika.

     

    Pani Jolu dziękuję przede wszystkim za kolejne "wyróżnienie" na forum "Tezeusza", tym razem Pani. To chyba nie jest przypadek, że Pani Małgosia dotychczas nie odblokowała mojego konta z foto i nazwą Zibik, a Pani ma do mnie pretensje, że nie mam bloga i "uważam" inaczej, niż Pani np. w takiej kwestii: – "Odmienność seksualna", a ściślej odmienność wyboru, upodobań i współżycia seksualnego wybranych osób absolutnie nie jest "doświadczaniem krzyża", raczej co najmniej negacją, dewiacją, czy profanacją tego, co szczególne, wyjątkowe, piękne, subtelne i naturalne u ludzi.

    Mnie nie w trakcie czytania Pani wypowiedzi, czy zadanych pytań, lecz dopiero podczas dyskusji nt. rozmowy, czy wywiadu z Panią Małgosią zastanowiły i skłoniły do połębionej refleksji takie kwestie:

    Co współtwórcy poratu "Tezeusz" – zdeklarowani katolicy również tacy, jak Pani świadomie i dobrowolnie wybierają, tolerują, a nawet akceptują, ferują i narzucają innym?…..także to: – dlaczego ma być artykułowany również w "Tezeuszu" tzw. antyklerykalizm tj. sprzeciw nie wobec patologii, lecz braku pożądanego dobra i istniejącego zła – grzechów i win tylko w Kościele katolickim?…..

    O ile dobrze zrozumiałem Pani intencje, także ostatni wpis adresowany, do mnie jest Pani m.in. rzeczniczką nie tylko źle pojmowanej wolności tj. swawoli i dowolności wypowiedzi na forum "Tezeusza", lecz również osobą skłonną chyba w imię tolerancji, bądź kompromisu uznać (zaakceptować) świadomie i celowo narzucaną problematykę, czy narrację, przez Panią Redaktor, czy innych aktywnych współtwórców portalu.

    Czy akurat to:  To, co jest artykułowane i udostępniane na forum "Tezeusza" nie zawsze jest "głosem w Kościele katolickim", a tym bardziej "głosem ważnym", ani Jego "ewangelizacją", czy "współpracą", współdziałaniem wspólnoty na rzecz dialogu i jedności, także wsparcia, rozwoju i doskonalenia Jego Kościoła. Ponadto to przede wszystkim "wspólczesny świat", a nie Kościół katolicki "boryka się"…., lecz nie z Jego "wyzwaniami", a swoimi skłonnościami i słabościami, do czynienia zła.naprawdę nie jest zrozumiałe i wymaga jeszcze dodatkowego wyjaśniania?

    Pozdrawiam Panią serdecznie, a z okazji imienin życzę dalszych sukcesów w życiu osobistym i rodzinnym, także w teologii, katechizacji, duszpasterstwie, oraz pedagogice (nauczaniu i wychowywaniu) Kościoła katolickiego i właściwej formacji na forum "Tezeusza" wielu ludzkich sumień.

    Szczęść Boże

     
    Odpowiedz
  21. elik

    Sprawa istotna.

     

    @All zainteresowani

    Przepraszam za dygresję, lecz sprawa wg. mnie wydaje się nie tylko istotna, dla Redakcji portalu i wszystkich osób szczerze zatroskanych dalszym losem fundacji "Tezeusz", który chyba ma nadal aspiracje być nie koniecznie poprawnym politycznie, lecz zdecydowanie i jednoznacznie katolickim portalem?……

    Orzeczenie Sądu Okręgowego w Toruniu "…może wywołać wiele niepokoju wśród różnych fundacji czy stowarzyszeń. Wygląda na to, że "zgodnie z prawem" będą funkcjonowały tylko organizacje poprawne politycznie, takie jak organizacja Palikota, która – jak się okazuje – mogła zbierać pieniądze na swoje stowarzyszenie. Sąd nie kwestionował ich działalności. Jak widać, minister spraw wewnętrznych i administracji takim organizacjom pozwala na obecność w przestrzeni publicznej, a tym, które nie są poprawne politycznie, mówiąc wprost – katolickim, już nie."

    Fragment z wywiadu mec. Waldemara Kosińskiego obrońcy o. T.Rydzyka

    http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=112425

    Szczęść Boże!

     
    Odpowiedz
  22. jorlanda

    Są też trzy prawdy

    wg góralskiej teorii przytaczanej czasem przez ks. Tischnera – Misjonarzu: "Są w życiu tylko trzy prawdy: święta prawda, tysz prawda i gówno prawda".

    Tylko którą z nich reprezentuje Elik/Zibik/itd. to nie wiem. Zgubiłam się w Pana retoryce, więc nie będę się chyba więcej biedzić nad obnażaniem i prostowaniem manipulacji, które Pan uskutecznia m.in. z moim słowem pisanym. Skoro nie może Pan się bardziej wysilić intelektualnie i duchowo – trudno, widocznie nam nie po drodze. Szkoda mojego czasu na bezsensowne wytłuszczanie fragmentów tekstu i tłumaczenie, co autor miał na myśli. Żegnam więc czule.

    A czas pokaże, czy święta prawda, czy g… prawda przemawia przeze mnie i przez nas u zebranych.

     

     

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code