Śmierć Przyjaciela w cieniu bliskiej wojny

 
Rozważanie na Niedzielę Palmową, rok B1

Rekolekcje2015_black.jpg

O zmaganiach z kruchością życia i zagrożeniem wojną

„Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie”.

(J 11, 25)

"Miłujcie nieprzyjaciół swoich i módlcie się za tych, którzy was prześladują".

(Mt 5, 44)

"Nieraz pokój jest możliwy tylko wtedy, gdy zabijemy pewną ilość naszych wrogów. I choć to wydaje się niemożliwe, zabijać ich trzeba bez nienawiści, z miłością właśnie".

Simone Weil, „Świadomość nadprzyrodzona”

 

Będzie to tekst dość osobisty. Tekst o kameralnej śmierci i bliskiej wojnie. Powiem o dwóch wydarzeniach, które w ostatnim czasie w sposób dramatyczny inspirują mnie do nawrócenia, a jedno z nich zarazem wzywa do przebudzenia całych narodów. Mam nadzieję, że ta refleksja wpisuje się w temat przewodni tegorocznych Rekolekcji Wielkopostnych Tezeusza, którym jest nawrócenia w kontekście osobistym i wspólnotowym.

Dwa miesiące temu zmarł mój bliski Przyjaciel. Mój rówieśnik, kolega ze szkolnej ławy, z którym blisko przeżyliśmy szmat czasu. Jego śmierć, choć jakoś spodziewana (od lat chorował i miał przeszczepiany narząd wewnętrzny), przyszła jednak nagle, wówczas gdy najgorsze minęło i pojawiła się nadzieja na zdrowsze dłuższe życie. Przyjaciel zgasł cichutko na sali szpitalnej podczas rutynowej rundy obserwacji medycznych. Dla mnie była to pierwsza śmierć bliskiej osoby spoza rodziny, pierwsza śmierć, z którą mogłem się utożsamić: to mogłem być i ja. Doświadczyłem całej gamy żałobnych uczuć: poczucia bezsensu i pustki, straty i opuszczenia, żalu i niezgody, buntu wobec śmierci i samego Boga, poczucia winy, że zrobiłem tak mało i tak słabo kochałem swego Przyjaciela. W dzień po pogrzebie, po raz pierwszy od wielu lat, zmagałem się z nieodpartą pokusą samobójstwa: pragnienie dzielenia losu Przyjaciela i poczucie całkowitego bezsensu życia bez niego było niezmiernie silne. Zupełna i czarna rozpacz. Radykalna bezsilność i bezbronność. I zupełna, bezbrzeżna samotność. A jednocześnie wszystko to przeżywałem z Bogiem, choć myślałem, że zupełnie mnie opuścił. Zwykle śmierć innych, zwłaszcza bliskich, budzi w nas poczucie lęku przed własną śmiercią. U mnie tak nie jest: wizja własnej śmierci, a nawet konkretne zagrożenia życia nie paraliżują mnie. Nie wiem dlaczego, ale perspektywy własnej śmierci doświadczam zasadniczo pozytywnie. A jednak śmierć innych, zwłaszcza niewinnych lub bliskich budzi we mnie silny sprzeciw, również wobec Boga jako dawcy Życia i Tego, kto śmierć dopuszcza.

Śmierć Przyjaciela postawiła przede mną pytanie o miłość. Najpierw moją miłość do niego, następnie do innych moich bliskich i przyjaciół, a ostatecznie do każdego człowieka. Jak pisał ks. Jan Twardowski: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Zrobiłem wnikliwy, odważny rachunek sumienia i byłem przerażony swoją niezdolnością do miłości. Pomyślałem o tych wszystkich chwilach, gdy mój Przyjaciel ciężko chorował czy umierał, a ja nie zawsze miałem czas, chęci i energię, by efektywnie pamiętać o nim, poświęcić mu chwilę uwagi, dobre słowo, zadzwonić, porozmawiać. A przecież był jednym z najbliższych. Ileż razy jego choroba irytowała mnie, nużyła, odrzucała, a cala taka egzystencja wokół choroby i mojej relacji wobec chorego Przyjaciela mroziła mnie nudą? Ileż razy ja sam, zdrowy i niezagrożony, zamiast cieszyć się życiem i dawać siebie innym, zamiast dziękować Bogu za dar życia i zdrowia, żyłem w czasie choroby i umierania mojego Przyjaciela beztrosko, marnowałem Boży dar życia na jałowe zajęcia, rozrywki, zaspokajanie własnego egoizmu, obojętność wobec potrzeb bliźnich i samego Boga? Cierpienie chorego Przyjaciela i jego śmierć pozwoliła mi doświadczyć mojej radykalnej niezdolności do miłości. Ale nawet tak nędznie – dzięki łasce Bożej, jak wierzę – ta przyjacielska miłość wzajemna istniała, przejawiała się i była dla nas obu ważna.

Mój czas z Panem Bogiem nie jest łatwy teraz. Choć często się modlę, przyjmuję Eucharystię, staram się żyć w zgodzie z sumieniem i przykazaniami, wciąż towarzyszy mi jakiś głęboki smutek i żal. Można powiedzieć, że cicho wojuję z Bogiem. Nie mogę się pogodzić z absurdem cierpienia i śmierci. Czas żałoby okazuje się być też czasem ufnego czekania w ciemnościach wiary. Przez ten bunt moja miłość do Boga wydaje się osłabiona. Wyzwaniem dla mojego osobistego nawrócenia jest obecnie zgoda na śmierć moich bliskich, ich cierpienie, a zarazem nierezygnowanie z wiary i miłości Boga. Ale też chodzi o to, aby nie popaść w rozpacz zarówno z powodu "niepotrzebnej" śmierci bliskich, jak i mojej niezdolności do kochania i poczucia radykalnej winy. Wiara w zmartwychwstałego Jezusa pozwala mi wierzyć, że mój Przyjaciel żyje, że spotkamy się niebawem i żyć będziemy razem na zawsze.

Drugim wyzwaniem moralnym, jakiego doświadczam od pewnego czasu coraz silniej, jest kwestia zagrożenia mojej Ojczyzny ze strony Rosji. Stawiam pytanie, jaką postawę zająć mam ja sam, mój naród i świat wobec zagrożenia wojną na Ukrainie i jej implikacjami dla Polskich oraz innych narodów, dla milionów ludzi na świecie. Miłość do własnej ojczyzny, przyjaźń do innych narodów jest ważnym wymiarem miłości naturalnej i chrześcijańskiej. A jednocześnie wiadomo, że miłość do własnej ojczyzny może łatwo przeradzać się w nienawiść czy pogardę do innych narodów. Miłość do ojczyzny stawia przed nami również pytanie – zwłaszcza w sytuacji realnego zagrożenia wojną – o mój, nasz stosunek do przemocy i zabijania. Czy w obronie ojczyzny mamy prawo, a może obowiązek, aby pozwolić innym zabijać i samemu zabijać? Czy mamy prawo życzyć naszym nieprzyjaciołom klęski, niepowodzeń i strat, a nawet cieszyć się ich porażkami? Kim są dla mnie moi bliźni Rosjanie, uwielbiający w większości swego przywódcę Putina, którego ja uważam za zbrodniarza i nieobliczalnego wojennego agresora? Czy jako chrześcijan mam prawo popierać wojnę obronną Ukrainy przeciw agresji Rosji, wspierając zbrojenia oraz pomoc armijną i militarną Zachodu, w tym Polski, dla Ukrainy, dla dobra samej Ukrainy i aby powstrzymać imperialne zapędy Rosji Putina? Te pytanie mają wymiar nie tylko osobisty i indywidualny, ale też wspólnotowy: są pytaniami "sumienia zbiorowego" Polaków, polskich katolików i chrześcijan. Są pytaniami Polaków jako narodu do Boga: Co mamy czynić, by bronić ojczyzny, a jednocześnie pozostać wierni Tobie i Twojemu przykazaniu "Nie zabijaj!"?

Miłość do Ojczyzny oraz konsekwencje, jakie ona rodzi, też wymagają nawrócenia osobistego i wspólnotowego. Kwestia wojny rosyjsko-ukraińskiej, zagrożenia Polski, krajów nadbałtyckich oraz reszty Europy Wschodniej ze strony odradzającego się imperializmu i militaryzmu Rosji nie jest kwestią tylko polityczną czy militarną, ale w pierwszym rzędzie etyczną, a dla wierzących religijną. Wojna i jej straszliwy potencjał zabijania, zniszczenia, zbrodni zawsze stawiała ludzi wobec fundamentalnych pytań, wobec zła, dobra, miłości, wiary w człowieka i samego Boga. Dla wierzących jest to pytanie: czego chce od nas Bóg w tym konkretnym momencie historycznym? Wojna i jej bliskie zagrożenia budzi nas z drzemki pokoju, a jak zawsze, tak i dziś staje się dla mnie i dla ciebie kwestią nawrócenia: jak kochać ludzi i Boga w świecie wojny i zbrojeń? Aby uczestniczyć w wojnie sprawiedliwej czy przygotowywać się do niej, polscy chrześcijanie, jeśli nie chcą stracić w niej nie tylko ojczyzny, ale też swych sumień i wiary, nie tylko życia doczesnego, ale też życia wiecznego, powinni prosić dobrego Boga o ducha wiary mężnej oraz miłości nieprzyjaciół, nawet gdy przyjdzie ich zabijać lub pozwalać na zabijanie. Trzeba też będzie wyczerpać wszelkie możliwości dialogu z wrogiem oraz pokojowej i bezprzemocowej obrony Ojczyzny i narodu. Dla tego etapu też potrzeba wiele łaski miłości cierpliwej i przebaczającej, choć nie naiwnej i bezbronnej. Zmartwychwstały Jezus udziela nam mocy, by przezwyciężyć rozpacz lęku przed wojną i w jej koszmarze dostrzec nadzieję Krzyża Chrystusa, który zwycięża śmierć i wojnę. On jest zwiastunem pokoju tu i na wieki.

W śmierci Przyjaciela i w wojnie na Ukrainie objawił mi się Bóg. Co do mnie mówi?

Czytaj również:

Wojtku, dziękujemy Ci za Twoje życie… Przemówienie na pogrzebie Wojtka Jażownika 28 stycznia 2015

 

Pieklo-Jezus.jpg

Rekolekcje Wielkopostne 2014

Rozważania Rekolekcyjne

Rozważania Niedzielne

 

Komentarze

  1. eskulap

    Śmierć Przyjaciela w cieniu bliskiej wojny

    >>” [wojna] … nie jest kwestią tylko polityczną czy militarną, ale w pierwszym rzędzie etyczną…”

    Myślę, że to spostrzeżenie, świadomość, zrozumienie głębi tego zdania jest kluczem do pokoju.
    Prawda tego stwierdzenia dotyczny nie tylko agresora, lecz dotyka także zaatakowanego. I czasami jest jedyną świadomością, która mogłaby łączyć dwie strony.

     
    Odpowiedz
  2. zk-atolik

    Zagrożenie największe, dla człowieka i…..

    Panie Andrzeju – proszę przyjąć wyrazy współczucia z powodu utraty w doczesnym bytowaniu obecności przyjaciela. 

    Wieczne odpoczywanie racz śp. Wojtkowi dać Panie, a światło z wiekuista niechaj mu świeci na wieki wieków – Amen

    Po uważnym przeczytaniu i rozważeniu treści Pana tekstu – pytam:

    • Czy może być lub jest większe zagrożenie, dla człowieka bytującego na ziemi, niż podstępna i niezwykle inteligentna szatańska pokusa?…..
    • Jakie następstwa i konsekwencje powoduje człowieka nieposłuszeństwo wobec Boga i postępowanie wbrew Jego woli?….

    Ponadto przypominam: Pismo Święte uświadamia, że największym zagrożeniem, dla człowieka jest trwanie w grzechu śmiertelnym.

    Natomiast miłość Ojczyzny i patriotyzm nie są, ani być nie mogą zagrożeniem, dla kogokolwiek, bo nie są ideologią, czy partyjniactwem i poitykierstwem tj. inter-nacjonalizmem, czy szowinizmem.

    A dla nas tj. większości Polaków i ukochanej Ojczyzny wg. mnie nie są największym zagrożeniem Rosjanie, ani Niemcy, czy choćby obcokrajowcy z wielkim kapitałem, lecz zbyt wielu rodaków mentalność, a zatem również postawa i zachowanie w sprawach doniosłych i brzemiennych w skutkach.

    Efektem w/w postawy nagannej i coraz powszechniejszej obojętności, bierności dorosłych obywateli w RP, a szczególnie w życiu publicznym są m.in. fatalne wybory decydentów i ważne decyzje, np: stanowione prawa, czy nadal tolerowane przestępstwa, afery w państwie albo skandaliczne i gorszące innych sprawy, czy  obyczaje w społeczeństwie.

    Skoro człowiek, a szczególnie chrześcijanin znajduje swoje życie i szczęście jedynie w Bogu, to poza Nim powinien spodziewać się zdecydowanie większej potworności – niż  wszystko, co najgorsze może sobie wyobrazić, a w życiu doczesnym rejestrować zmysłami i odczuwać sercem.

    • A czy tak jest?…….

    Szczęść Boże!

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code