Ta miłość uwolni cię od lęku

Rozważanie na Środę II tygodnia Adwentu, rok B2
 
 
 

Są takie fragmenty Pisma Świętego, które przynoszą ukojenie i niezłomną pewność, że Bóg czuwa nad nami i się o nas troszczy. Czytając je, ma się wrażenie, że oto zawitał do nas przyjaciel, na którego ramieniu będziemy mogli złożyć głowę pełną problemów i trosk. Bo wielu z nas jest znękanych – boimy się o przyszłość, o zdrowie, martwimy się o naszych bliskich. Czasami nie przemierzamy życia, ale przez nie brniemy – zmęczeni, bezsilni, pozbawieni złudzeń i marzeń.

Pochyla się nad nami Chrystus, który mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. To słowa niezwykłe, które dają nadzieję i pozwalają wierzyć w lepsze jutro. Bóg chce nas wspomóc i dodać nam sił – nie jesteśmy więc sami! Przyjmowanie tych słów przychodzi nam łatwo, bo każdy z nas czasami czuje się utrudzony i obciążony. Nie dziwne – w końcu jesteśmy pielgrzymami, cały czas w drodze do niebiańskiej ojczyzny. Jednak Chrystus nie tylko dodaje nam otuchy, ale też jasno określa, jak postępować, by odnaleźć spokój serca. Jego wskazówki są proste i przejrzyste, nie cieszą się jednak popularnością we współczesnym świecie.

Jesteśmy utrudzeni i obciążeni, ale starcza nam sił, by krzyczeć, podnosić głos na bliskich, wyzywać kogoś, kto nadepnął nam na nogę w autobusie. Bywamy agresywni, brakuje nam cierpliwości, złościmy się, gniewamy. Daleko nam do ideału, a ten jest cichy i pokorny sercem. Tymczasem my niewiele mamy wspólnego z pokorą, bo ta kojarzy się ze zwykłym naiwniactwem, a naiwniak to człowiek niezaradny życiowo, który daje się wykorzystywać. Nie chcemy być tak postrzegani. Jesteśmy więc pewni siebie, aroganccy i przebojowi, nie kierujemy się zasadami, a sprytem.

Chrystus nie mówi, że oto w magiczny sposób zlikwiduje nasze problemy i troski. Daje raczej wskazówki, jak odnaleźć spokój serca, a tym samym drogę do Niego – bo tylko w jedności z Nim jesteśmy w stanie znieść wszystko, co przyniesie nam los. Jednak owo zjednoczenie jest wynikiem relacji – pielęgnowanej i pogłębianej każdego dnia. Na tym polega żywa wiara – wiara, która nie wypływa z przekonania czy tradycji, a z nas samych, z miłości do Boga. Taka wiara staje się podwaliną naszego życia, jego najważniejszym elementem, skałą, na której budujemy. Codzienna modlitwa wycisza, codzienne czytanie Pisma Świętego pozwala nam z innej perspektywy spojrzeć na obowiązki, naszą pracę czy na naszych bliskich. W pewnym momencie bliskość Boga staje się dla nas czymś naturalnym, a Jego przykazania jedyną słuszną drogą. Żywa wiara jest jak wiecznie bijące źródło – pozwala powstawać po największych upadkach, dodaje sił, umacnia. Wiara, która polega na tym, że odmawiamy pacierze w momencie, gdy jest nam źle, jest tylko pustym frazesem i elementem naszej kultury.

Mawia się, że Amerykanie chodzą do psychoterapeutów, a Polacy jeszcze do tego nie dorośli, chodzą więc do spowiedzi. I faktycznie czasami tak bywa, że trafiamy do Kościoła w momencie, gdy potrzebujemy pomocy i wsparcia. Jesteśmy „utrudzeni i obciążeni”, szukamy jednak nie Chrystusa, a księdza, który coś doradzi albo jakiejś organizacji, która mogłaby nam pomóc materialnie. Trudno nam uwierzyć, że jeśli zainwestujemy czas i otworzymy nasze serce, Bóg nie tylko przemieni nasze życie, ale też nasze wnętrze.

Na kartach Pisma Świętego Stwórca wielokrotnie zapewnia, że nie zostawi swoich wiernych bez opieki („On odpuszcza wszystkie twoje winy, On leczy wszystkie twe niemoce”). Wiele się mówi o miłosierdziu Boga, o Jego łasce. Jednak przy tym wszystkim trzeba pamiętać o tym, że Bóg nie tylko obiecuje, ale też wymaga. Wymaga konkretnej postawy, która ma być wzorem dla innych. Łatwo ulec „pokusie” schronienia się w Chrystusowych ramionach – zdarza się, że ucieczka od rzeczywistości w sferę sacrum jest dla niektórych sposobem radzenia sobie z problemami. Tymczasem sztuka polega na tym, by nie uciekać od kłopotów, a stawiać im czoła i radzić sobie z nimi w duchu chrześcijaństwa, bowiem Chrystusowe jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie.

„Ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły: biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą” – to zdanie z Księgi Izajasza stanowi doskonałe podsumowanie mojego rozważania. Wystarczy zaufać. Jeśli prawdziwie kochamy, to ufamy. Jeśli ufamy, jesteśmy wolni od lęku i możemy w pełni korzystać z tego, co przynosi nam każdy dzień.

pokrzepienie.jpg 

Rozważania Rekolekcyjne

 

Komentarz

  1. manissimus

    „Mawia się, że Amerykanie

    "Mawia się, że Amerykanie chodzą do psychoterapeutów, a Polacy jeszcze do tego nie dorośli, chodzą więc do spowiedzi."

     

    A może to bywalcy gabinetów psychoterapeutycznych "nie dorośli" do tego, by przy kratkach konfesjonału stanąć (a raczej – klęknąć) w prawdzie – prawdzie o sobie samym? To bardzo wygodna postawa – walnąć się na kozetce i usłyszeć: "Zdradzasz żonę? To dlatego, że w dzieciństwie nie dogadywałeś się z matką. Bijesz dzieci? Ani chybi jest to projekcja twojego lęku przed ojcem. Kradniesz? To efekt upływającego w biedzie dzieciństwa." Itd., itp… A co nam powie spowiednik? Spowiednik powie, że za nasze podłości i nieprawości odpowiedzialność ponosimy my – my sami. Nie kolega, który w zamierzchłej przeszłości napluł nam do herbaty, nie popełniający błedy wychowawcze rodzice. Konfesjonał nie usprawiedliwi zła, które wyrządziliśmy, "okolicznościami przyrody" – konfesjonał zmusi do przyznania się do błędów i wzięcia za nie odpowiedzialności. Na kozetce psychoterapeuty konsekwencjami naszego postępowania obciążone zostanie sumienie innych.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code