Kościół nie jest sam dla siebie

 
Tekst pochodzi z miesięcznika WIĘŹ nr 10/2010
 

Z biskupem opolskim Andrzejem Czają rozmawia Zbigniew Nosowski

 

Ludzie potrafią wybaczyć księdzu, że jest niedouczony, że kompromituje Kościół, że jest bierny, że miał romans z kobietą, że popadł w alkoholizm. Ale chamstwa i chciwości ludzie nie wybaczają. Te zachowania księdza są najbardziej odpychające. Niektórych odpychają od Kościoła również inne zjawiska w życiu księdza: brak głębi, słabość wiary, łatwe tłumaczenie swoich słabości, zaniedbań i grzechów. Inna rzecz, że jeśli się chce, to znajdzie się dziurę nawet w całym… 

 

 

Nosowski

Dla wielu ludzi kłopoty z Kościołem to przede wszystkim kłopoty z hierarchią kościelną: niezadowolenie z wypowiedzi biskupów czy kazań księży. Co Ksiądz Biskup na to?

Bp Czaja

Z jednej strony jest to wyraz braku dojrzałości wiary w nas. Mam na myśli wiarę podmiotową, którą znamionuje żywa więź z Jezusem. Bywa dziś nieraz tak, że dobrze znamy artykuły swej wiary, dobrze znamy Credo Kościoła i przyjmujemy je, ale żyjemy w „luźnym związku” z Bogiem. Wówczas nie umiemy sobie poradzić z grzesznymi sytuacjami w Kościele. To, co powinniśmy wiązać z konkretnym wiernym czy duszpasterzem, zapisujemy na konto całego Kościoła, czasem nawet na konto Pana Boga. Gorzkim owocem są nasze pretensje, płytkie opiniowanie, bolesne żądania, zagubienie, odejścia… Natomiast żywy związek z Jezusem daje głębsze wejrzenie. O wiele łatwiej przetrawić nawet bardzo gorszący grzech pasterza, ponieważ widzi się Jezusa, który miłuje każdego człowieka. Doświadczenie bliskości Pana owocuje pokojem w sercu, męstwem w nazywaniu zła po imieniu i zatroskaniem o grzesznika.

Ale jest też druga strona medalu – kłopoty katolików z hierarchią kościelną to wyraz faktu, że są dzisiaj w Kościele rzeczy gorszące, różne brudy, które mają prawo ludzi oburzać. Czasem nawet osoby ugruntowane w wierze się w tym gubią. Czy należy się temu dziwić? Nie. Po pierwsze, należy te sytuacje traktować jako wyzwanie. A po drugie, nie wolno zamiatać brudów pod dywan. Zło w Kościele trzeba nazwać po imieniu. Trzeba po pro-stu o tym mówić.

I tutaj mam pewne zastrzeżenia do nas, biskupów. Za słabo mówimy o pewnych rzeczach. Nie jesteśmy jednoznaczni w swoich wypowiedziach. Gubimy się też na poziomie komunikowania się z wiernymi. Wydajemy wspólne oświadczenie, choćby z obrad Konferencji Episkopatu Polski, a tuż potem jeden mówi to, a drugi co innego. To rodzi jeszcze więcej zamętu.

Nosowski 

Co zatem można radzić tym ludziom, których Kościół boli, którym trudno wytrzymać w Kościele?

Bp Czaja

Jeśli źródłem ich bólu jest grzech duchownego, to z pomocą przychodzą nam Chrystusowe wskazania z 18. rozdziału Ewangelii Mateusza. Pośród nich jest apel Jezusa o braterskie upomnienie, a to nic innego jak wołanie o to, byśmy się w Kościele wzajemnie wychowywali. Tego nam brakuje. Oczywiście jest to bardzo trudne w codziennych realiach. Jeśli jednak sami nie będziemy potrafili zdobywać się na to, kto to zrobi?

   Ankieta_ID=201818#

Jeżeli na przykład w parafii jest ksiądz, który sieje zgorszenie, i wszyscy to widzą, ale nikt nie potrafi podejść i powiedzieć mu o tym, to koniec końców dotrze to do biskupa, ale w formie albo zafałszowanej, albo spłaszczonej, albo wyolbrzymionej. Tymczasem można było już na początku pójść do niego i go upomnieć. Jeśli nie posłucha, wziąć sobie świadków. A jeżeli i wtedy nie posłucha – czytamy w Ewangelii – „donieść Kościołowi”. Rzecz jasna, nie chodzi o donos, zwłaszcza anonimowy, lecz o poinformowanie przełożonego jako swoisty gest bezradności, bo my już więcej nie możemy nic zrobić. Jeżeli i Kościoła nie posłucha, to ma być „jak poganin”, jak wykluczony z Kościoła.

To są teoretyczne zasady, których należy się trzymać. Problemy mogą do-tyczyć ich realizacji. Są też zasady, których powinni przestrzegać przeło-żeni – na przykład powinni nie ociągać się, nie czekać, aż sprawa ulegnie zaostrzeniu, lecz reagować szybko.

Z punktu widzenia przeciętnego katolika, ważne, żeby nie pozostawać biernym, jeśli widzi się problem. Zło w Kościele trzeba nazwać po imieniu, w tym sensie trzeba je napiętnować, dając też szansę grzesznikowi. To znaczy na przykład zdobyć się na odwagę, by nie działać za plecami: iść nie od razu do kurii ze skargą, ale najpierw do konkretnego księdza. Jeśli katechetka ma o coś pretensje do proboszcza, to powinna z tym przyjść nie od razu do biskupa, lecz najpierw powiedzieć to zainteresowanemu. Jeśli to nie poskutkuje, niech idzie wyżej.

Są też sytuacje, w których mówi się o problemie na przykład księdzu dziekanowi – i nie ma żadnej reakcji. Takie zamiatanie pod dywan czy bagatelizowanie spraw to poważna bolączka. Co wtedy wierny ma zrobić? Musi napisać (byle nie anonimowo) albo przyjść do biskupa.

Nosowski

Bardziej skomplikowane są chyba sytuacje, gdy złem, z którym sobie trud-no poradzić, nie jest łamanie moralnych zasad Kościoła, lecz problem zawężania Kościoła, czego wierny boleśnie doświadcza. Co zrobić, jeśli własny proboszcz publicznie prezentuje taką wizję Kościoła, w której człowiek zaczyna się nie mieścić?

Bp Czaja

To jest duży problem w naszym Kościele. Jeśli pojawiają się takie informacje, to przełożeni powinni reagować. Widzę olbrzymią pracę do wykonania na rzecz większego otwarcia duchownych. W wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” mówiłem, że potrzebna jest ewangelizacja proboszczów. Niektórzy się oburzyli, ale nie wycofuję się z tych słów. Tego nie trzeba się wstydzić, bo ewangelizacji wymaga stale każdy z nas – i biskup, i redaktor też.

Główne pytanie: jak się do tego zabrać, jak otworzyć drugiego człowieka? Odpowiadam: kluczem Ewangelii. Bo jak ja go zacznę otwierać własnymi kluczami, to stworzę jakąś ideologię. A nie chodzi o to, by kogoś związanego z polityką Radia Maryja przekabacić na katolewicę. Byłoby to przejście od jednej ideologii do innej ideologii. Chodzi o nawrócenie na Ewangelię, która domaga się otwarcia na drugiego człowieka. Tego nie da się oczywiście wykonać w szybkim tempie. Ale klucz jest właśnie taki: Chrystusowa Ewangelia stosowana z całym jej radykalizmem. Używanie tego klucza na każdym kroku stanowi w moim przekonaniu istotę i warunek dobrej realizacji biskupiej posługi, a czasem nam to ucieka. Co odpycha od Kościoła

Nosowski

A jak patrzy Ksiądz Biskup na ludzi, którzy w poczuciu bezradności zaczynają wybierać sobie kościół, do którego chodzą? Z angielskiego zjawisko to nazywane bywa churching, przez analogię do clubbingu, czyli wędrowania po różnych klubach nocnych. Czy katolik ma prawo poszukiwać kościoła, w którym będzie czuł się dobrze? Czy może w ten sposób „głosować nogami” (i portfelem)?

Bp Czaja

Jeśli motywem tych poszukiwań wiernych nie jest ułatwianie sobie życia, lecz doświadczane w macierzystej parafii rzeczywiste zacieśnianie przez księdza wizji Kościoła, to czemu tu się dziwić? Jeśli dotyczy to większej liczby osób, może to być jakaś droga służąca oczyszczeniu. Być może, gdy ksiądz zorientuje się, że jego sąsiad proboszcz ma na Mszy swoich i nie-swoich, bo przyszli posłuchać, jak dzieli się Słowem Bożym, a on uprawia propagandę polityczną – da mu to do myślenia i zweryfikuje swoją postawę?

Spójrzmy na to od strony biskupa. W takiej sytuacji, owszem, struktury parafialne doznają pewnego uszczerbku. Ale struktury nie są celem samym dla siebie, one mają służyć dziełu zbawienia człowieka. Gdy tak nie jest – podpowiada Benedykt XVI – trzeba mieć odwagę je udrożnić. Stąd jako biskup powinienem reagować. Gdy słyszę o sytuacji, że w jednym kościele ludzie się gromadzą, a z drugiego uciekają, muszę zadać sobie trud, by rzecz rozeznać i zapytać konkretnego księdza: „dlaczego od ciebie ucieka-ją?”. Trzeba najpierw go pobudzić do rachunku sumienia, powiedzieć w cztery oczy. Potem dopiero jest czas na upomnienie braterskie, następnie upomnienie kanoniczne. Jeśli to wszystko nie pomaga, pozostają już tylko środki dyscyplinarne, łącznie z suspensą, jeśli się nie dogadamy. Myślę, że wśród księży w Polsce nieco brakuje zdyscyplinowania.

Nosowski

Krok dalej jest już nie tyle szukanie sobie miejsca w Kościele, ile porzuca-nie Kościoła. W Niemczech częstą metodą „radzenia sobie” z tym problemem jest wypisywanie się z Kościoła poprzez rezygnację z płacenia po-datku kościelnego. U nas nie ma podatku, więc sprawa nie jest tak widoczna. Czy nie ma jednak i u nas „cichej apostazji”?

Bp Czaja

Jest i cicha, i jawna. Nie jest to zjawisko masowe, ale zdarzają się prośby o oficjalny akt wypisu z Kościoła. Do jednego z naszych proboszczów w Opolu latem tego roku, po wydarzeniach wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, przyszło paru młodych ludzi z żądaniem, by ich wypisać z Kościoła.

Dużo więcej jest jednak cichej apostazji. Na przykład: chodzę do kościoła w niedzielę, daję na tacę, uważam, że jestem w porządku i nikt nie ma prawa ode mnie wymagać niczego więcej. Każda najmniejsza uwaga, że w chrześcijaństwie chodzi o coś więcej, spotyka się z agresją albo pretensją: „co on będzie mi tu mówił!”.

Nosowski

Ale przecież każdy proboszcz wystawi takiemu katolikowi zaświadczenie, że jest wierzący i praktykujący!

Bp Czaja

Nie twierdzę, że to jest już apostazja, ale bardzo do niej blisko. Bo jeśli ten proces będzie dalej prowadził w tym kierunku, to właściwie mamy do czynienia z martwym chrześcijaninem. Martwym, jeśli chodzi o życie duchowe. Takie tkwienie w ramach struktur eklezjalnych, jeżeli jest puste, można porównać ze stanem rakotwórczym. Natomiast apostazją de facto jest sytuacja, gdy człowiek na co dzień żyje po swojemu, wbrew zasadom Kościoła – nawet jeżeli w niedzielę był na Mszy, ale świadomie i konsekwentnie żyje po swojemu i wbrew Bożemu przykazaniu.

Nosowski

Czy zjawiska cichej apostazji, zdaniem Księdza Biskupa, mogą być zawinione bardziej przez sam Kościół niż przez daną osobę?

Bp Czaja

Może do tego dochodzić. Przykładowo, jeśli chodzi o ludzi światłych i wykształconych, bardziej zorientowanych w prawdach i wartościach wiary, bardzo raniące mogą być dla nich sytuacje, w których ksiądz uprawia na ambonie swoistą ideologię ignorancji. To może dziwnie brzmi. Chodzi mi o pełne demagogii gadanie księdza, w sytuacji gdy nie zna bądź nie jest pewien nauczania Magisterium Kościoła; podnosi ton i wypowiada się w taki sposób, jakby to, co mówi, stanowiło co najmniej dogmat wiary i domagało się bezwzględnego respektowania pod karą ekskomuniki. Tego typu krzewienia zawinionej ignorancji nie można tolerować. Zdarza się, że ludzie reagują na tego typu oburzające zachowania księdza odwracaniem się od Kościoła.

Nosowski

Jeden z częstych dziś publicystycznych zarzutów wobec Kościoła w Polsce to stwierdzenie, że część wiernych jest odpychana od Kościoła. Czy jest w tym coś na rzeczy?

Bp Czaja

Na pewno są sytuacje, przez które swoją posługą możemy odpychać ludzi. Gdy jako wykładowca KUL prowadziłem ćwiczenia z eklezjologii, na koniec zajęć proponowałem co roku swoisty osąd nad księdzem w Polsce. Był adwokat, prokurator, sędzia, ławnicy i widownia. A ja siedziałem na środku, zastrzegając, że na samym końcu chcę mieć jeszcze słowo obrony. Było takich spotkań kilka i zawsze wychodziło z nich jednoznacznie, że tym, co najbardziej odpycha od księży i od Kościoła, są chamstwo i chciwość.

Ludzie potrafią wybaczyć księdzu, że jest niedouczony, że kompromituje Kościół, że jest bierny, że miał romans z kobietą, że popadł w alkoholizm. Ale chamstwa i chciwości ludzie nie wybaczają. Te zachowania księdza są najbardziej odpychające. Niektórych odpychają od Kościoła również inne zjawiska w życiu księdza: brak głębi, słabość wiary, łatwe tłumaczenie swoich słabości, zaniedbań i grzechów. Inna rzecz, że jeśli się chce, to znajdzie się dziurę nawet w całym… Kościół dla grzeszników

Nosowski

Skoro mowa o pokusie łatwego wykluczania z Kościoła, to spytam teologa-specjalistę od eklezjologii, co to w ogóle znaczy: być w Kościele? Jakie są granice Kościoła? Kto w nim jest, a kto nie?

Bp Czaja

Najbardziej ogólnie można powiedzieć, że granicą między Kościołem a nie-Kościołem jest wiara w Jezusa Chrystusa. Ostatni sobór mówi, że Kościół to „zgromadzenie tych, co z wiarą spoglądają na Jezusa” (KK 9). Ta granica oczywiście nie pokrywa się z granicami zbawienia, co jest już innym problemem teologicznym. Na pytanie, co znaczy być w Kościele, odpowiadam: być Chrystusowym, mieć Jego Ducha. Jest to pięknie powiedziane w soborowej konstytucji dogmatycznej o Kościele: „Wszyscy bowiem, którzy są Chrystusowi, mając Ducha Jego, zrastają się w jeden Kościół i zespalają się wzajemnie ze sobą w Chrystusie” (KK 49). Ciekawie pisał też o tym kard. Joseph Ratzinger: „Kościół najbardziej jest nie tam, gdzie się organizuje, reformuje, rządzi, tylko w tych, którzy po prostu wierzą i w Nim przyjmują dar wiary, który staje się dla nich życiem”. Początkiem naszego bycia w Kościele jest Boży dar; otrzymane na chrzcie życie Boże.

Nosowski

Jeśli granicą Kościoła jest wiara, to ktoś może powiedzieć, że bez Kościoła też można wierzyć.

Bp Czaja

Tak, ale… Kościół ma struktury widzialne, ale jest też niewidzialny. Poza widzialnymi strukturami kościelnymi można wierzyć, ale czy wtedy na pewno nie tworzy się Kościoła? Sądzę, że autentyczna wiara w Jezusa Chrystusa – nawet nieświadomie – włącza człowieka w Kościół, czyli wspólnotę życia z Jezusem i z tymi, którzy pozostają z Nim w żywej więzi. To może być nieuświadomione, ale wiara jest eklezjotwórcza. W tym sensie nie da się wierzyć poza Kościołem, choć można wierzyć poza strukturami kościelnymi.

Nosowski

W swoim Traktacie o Kościele, który został wydany w ramach „Więzio-wej” Dogmatyki, pisał Ksiądz, że wierzyć w Kościół jest trudniej niż wie-rzyć w Boga. Skoro dziś jest Ksiądz biskupem, to nasuwa się pytanie, co można zrobić, by ułatwić tę wiarę w Kościół?

Bp Czaja

Trzeba przede wszystkim ukazywać niepodważalną wartość Kościoła. Tą wartością nie są najpiękniejsze nawet świątynie ani salki katechetyczne, ani szkoły katolickie. Wartością Kościoła jest nade wszystko jego Głowa – Chrystus, który żyje w Kościele. Nie jest nad Kościołem, lecz jest w Kościele. Wartością Kościoła jest Boży Duch, który jest zasadą jego życia. Niestety, zdarza się często, że my, kapłani – ludzie, przez których przy-chodzi nadprzyrodzona łaska – przez swoją słabość zaciemniamy to, co w Kościele boskie, co transcendentne, co naprawdę wartościowe.

Po drugie, należy jasno pokazywać, co jest misją Kościoła; że Kościół ze swej istoty nie jest Kościołem sam dla siebie, że ma wyraźnie służebny charakter – służy zbawieniu człowieka. Dlatego główną misją Kościoła jest jednanie człowieka z Bogiem. To musi dotrzeć dzisiaj do duszpasterzy. Nie możemy budować Kościoła dla Kościoła. Nie chodzi o Kościół silnych struktur, żebyśmy się mogli chwalić, jak potężnym jesteśmy Kościołem w Polsce w porównaniu z resztą Europy. W ogóle nie o to chodzi. Kościół ma nieść Boże życie światu, każdemu człowiekowi w tym świecie. I jeśli to robi – nie na zasadzie „cel uświęca środki”, lecz zgodnie z Ewangelią – to spełnia swoją funkcję. Wtedy można powiedzieć, że to jest Kościół Chrystusowy.

Trzecią kluczową sprawą jest uznanie, że grzech i grzesznicy w Kościele to norma. Kościół nie jest dla ludzi, którzy są purytańsko bezgrzeszni. Wręcz odwrotnie. To jest wspólnota, która służy grzesznikowi, aby mógł – razem z wszystkimi kroczącymi za Chrystusem, wspieranymi mocą i światłem Bożego Ducha – dojść do domu Ojca. Oczywiście nie obywa się bez walki z grzechem: i osobistym, i ujawnionym, i skrytym, i strukturalnym. Ważne, że Kościół jest święty świętością Boga. Nie ma światła w sobie, lecz świeci światłem odbitym, tak jak księżyc.

Nosowski

Słuszne stwierdzenie, że grzech i grzesznicy w Kościele to norma, łatwo przekształcić w grzeszne struktury wzajemnego wspierania się i ukrywania. Czy nie powinno być więcej jawności w życiu Kościoła? Na przykład, czy nie powinniśmy dowiedzieć się (choćby bardzo ogólnie), czy w roku 2001 watykańska komisja uznała zarzuty wobec abp. Paetza za w jakikolwiek sposób uzasadnione?

Bp Czaja

Bez cienia wątpliwości odpowiadam twierdząco. Transparencja jest po-trzebna i wiąże się ona ściśle z dobrą komunikacją ze światem. Nie możemy przemilczać trudnych problemów, zwłaszcza jeśli są to sprawy omawiane publicznie, które poruszyły społeczeństwo, a dotyczą Kościoła. Wręcz w interesie nas samych jest mówienie o sobie uczciwie i w porę, tak żeby świat nas nie uprzedzał. Bo gdy inni mówią o nas, to nawet bez złej woli potrafią wiele zniekształcić, nie znając natury Kościoła i jego misji.

To jest również problem naszego współdziałania z mediami. Wciąż się tego w Kościele nie nauczyliśmy. Powinniśmy na każdym kroku wypracowywać informacje dla mediów. I nie chodzi mi tylko o sytuacje gorszące czy kryzysowe, ale o nasze codzienne życie. Należy mediom podawać dobrze sporządzone notatki. Jeśli jest problem z zapłodnieniem in vitro, to eksperci powinni wypracować dokument, który będzie opublikowany jako stanowisko Kościoła. Wtedy unikałoby się sytuacji, w których łatwo stwierdzić, że biskup jest niedouczony, choćby w zakresie najnowszych osiągnięć medycznych. Kościół jako pielęgniarka

Nosowski

Przed trzema laty pisał Ksiądz w WIĘZI (2007 nr 7): „Kościół w swoim duszpasterstwie – terapii dusz – nie może stawać ani na pozycji sędziego, ani nawet lekarza. Powinien dbać o to, by być jak najlepszą pielęgniarką”, czyli nie leczyć samemu, lecz przyprowadzać ludzi do Boskiego Lekarza. Czy to myślenie pozostaje aktualne?

Bp Czaja

Jak najbardziej. Mamy jednego lekarza, jeśli chodzi o nasze wnętrze. Jest nim Jezus Chrystus. Od Niego trzeba wszystko przyjąć i rozdawać innym. Taką wizję wyraziłem w swoim zawołaniu biskupim: Astarecoram Te et Tibiministrare, zaczerpniętym z Drugiej modlitwy eucharystycznej („Trwać przed Tobą i Tobie służyć”). Ja sam nie mam nic, co mógłbym ludziom dać, myśląc o ich zbawieniu. Muszę dobro zbawcze zaczerpnąć od Boga, następnie pielęgnować je w sercu, rozwijać i potem rozdawać. Dłuższy wywód Benedykta XVI na ten temat streszczam w prostej formule: być chrześcijaninem to Boga przyjąć, Boga nosić i Boga dawać. W takiej kolejności, a nie innej!

Dlatego najważniejszym zadaniem księdza (również kluczową formą duszpasterstwa) jest modlitwa. Inaczej grozi nam aktywizm – sytuacja, w której wywieszamy szyld „Wszystko dla Jezusa”, ale mam wątpliwości, czy robimy to „z Jezusem”. Jeśli zaś czynimy coś dla Jezusa, lecz bez Jezusa, to jesteśmy na poziomie humanizmu, filantropii, akcji charytatywnej czy raczej humanitarnej. Tymczasem chrześcijaństwo domaga się naszego bycia „Teo filem”, przyjacielem Boga. Znacząco wyraża to Markowy opis ustanowienia Dwunastu: „aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki…” (Mk 3,14).

Czyli najpierw mam być przy Chrystusie. Jak wierny giermek przy swoim rycerzu – bo to Chrystus niesie światu zbawienie, a my jak giermkowie mamy Go nie odstępować ani na krok. Jak pielęgniarka przy lekarzu – bo to On wypisuje receptę, a ja od Niego otrzymuję dyspozycje i staram się zgodnie z nimi służyć człowiekowi. Jest wreszcie kwestia właściwego stosunku Kościoła do świata. W ferworze polemik zdarza się czasem, że biskupi zajmują miejsce arbitra. Ale to nie my mamy być sędziami. Arbitrem jest Bóg, arbitrem jest Ewangelia, a my mamy być jej stróżami. Nie możemy na świat patrzeć z góry jako sę-dziowie. Kto dał nam prawo do takiego bycia arbitrem? Zwłaszcza że od samego początku chrześcijaństwa było inaczej. To świat opiniował Kościół, a nie odwrotnie. Kościół starał się nade wszystko przyprowadzać ludzi do Jezusa przykładnym świadectwem życia, na miarę Ewangelii.

Nosowski

Skąd ta zmiana w naszych czasach?

Bp Czaja

Powiem szczerze: nie mam jeszcze dobrej odpowiedzi na to pytanie. Ta myśl przyszła mi niedawno do głowy i to mnie drąży. Być może mamy jakiegoś ulanego cielca, którego czcimy? Może jest nim Ecclesia perfecta z czasu walki z komunizmem? Ciągle przecież odwołujemy się do do-świadczenia Kościoła w PRL, podkreślając, że był to wielki triumf Kościoła w Polsce, podczas gdy wokół nas w Europie Środkowej różnie bywało. Wciąż odwołujemy się do tego, co było. Kiedyś jakoby było idealnie, a dziś…

Tymczasem nie możemy tego, co było wcześniej, traktować jako idealny wzorzec, do którego mamy się obecnie dostosowywać. Warto w tym kontekście przywołać spostrzeżenie o. Yves’a Congara z książki Prawdziwa i fałszywa reforma w Kościele. Pokazuje on, że reformację XVI wieku przy-gotowały wieki XIV i XV, które próbowały dokonać odnowy Kościoła, ale za kryterium przyjęły „złoty wiek” XIII, a nie Ewangelię. My natomiast za kryterium budowania Kościoła w wieku XXI przyjmujemy okres wspaniałego oparcia się Kościoła komunizmowi. A to nie może być kryterium na dzisiaj.

Do tego niektóre środowiska katolickie uparcie powtarzają, że z Kościołem w Polsce wszystko jest w porządku i nie trzeba niczego naprawiać. Jeśli mowa o jakichś słabościach Kościoła, to winien jest za to tylko zewnętrzny świat, który atakuje Kościół. Czyli znajdujemy się w oblężonej twierdzy. Niestety, niektóre środowiska medialno-kościelne – myślę, że trzeba wprost powiedzieć: głównie Radio Maryja i „Nasz Dziennik” – lansują tę tezę na tyle mocno, że i niejeden biskup w nią zaczyna wierzyć.

W takiej sytuacji musimy się liczyć z gorzkimi konsekwencjami. Młode pokolenie, które nie zna minionych doświadczeń, które nie ma nawet do-świadczenia stanu wojennego, będzie się czuło coraz bardziej obco w społeczności naszego Kościoła i będzie się mu coraz trudniej w naszym Kościele znaleźć. Trzeba więcej otwarcia na novum, które przyszło i przychodzi. A kryterium odnowy może być tylko jedno i jest pewne: Ewangelia.

Nosowski

Trzeba zatem pytać o aktualną wizję dla Kościoła w Polsce. Czy ją mamy? Czy potrafimy odpowiedzieć na pytanie, po co to wszystko?

Bp Czaja

To bardzo ważna kwestia. Z jednej strony wizje trzeba mieć, a z drugiej strony trzeba je wciąż na nowo kształtować. Istnieje bowiem w Kościele wymiar wertykalny, który jest pewny i niezmienny, oraz wymiar horyzontalny, który jest zmienny, bo zmienia się rzeczywistość, w której żyjemy. Na tę zmienność świata trzeba być ciągle otwartym, co dziś nazywamy czytaniem „znaków czasu”, a II Sobór Watykański wypromował słowem aggiornamento.

W Polsce pod tym względem, mam wrażenie, jesteśmy pogubieni i nawet sobie tego dobrze nie uświadamiamy. W ostatnich latach, zwłaszcza po śmierci Jana Pawła II, reagujemy głównie na to, co nam świat wyrzuca i o co nas oskarża. To jest wizja apologetyczna i polemiczna, mało pozytywna. Za dużo czasu, energii i sił poświęcamy polemikom, a za mało zajmujemy się orędziem Ewangelii, tym, co przekazał nam Jezus, i aggiornamento.

Apologia jest potrzebna, bo my nie tylko mamy prawo, ale i obowiązek się bronić, gdy jesteśmy atakowani. Chrześcijaństwo pierwszych wieków również się broniło, pisano apologie. Jak zauważył Benedykt XVI, jedną z zasadniczych form dialogowania Kościoła ze światem już od czasów Jezusa była polemika. Tego nie możemy się bać. Ale gdybym uprawiał tylko apologię, polemizował i moralizował, to ludzie ciągle by pytali: ale jak mam żyć i co znaczy być chrześcijaninem?

Jeżeli chodzi o wizję Kościoła, to mamy naprawdę wiele do zrobienia. Bu-solą jest ostatni sobór i nauczanie papieży Jana Pawła II i Benedykta XVI.

Do tego, co czytamy o Kościele w gazetach czy widzimy w telewizji, mogliby się odnosić teologowie. Również apologetycznie i polemicznie. Inna jest rola biskupa, pasterza. On ma utwierdzać braci w wierze i jednać, być budowniczym pomostów. Tę różność zadań doskonale uchwycił w swoim życiu obecny papież. Inaczej zachowywał się jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, a inaczej teraz, jako Benedykt XVI. I nie można się temu dziwić, bo inne są zadania prefekta kongregacji doktrynalnej, a inne papieża.

Nie tropić wrogów

Nosowski

To pięknie powiedziane, że biskupi mają jednać. Na samym początku so-borowej konstytucji Lumen gentium czytamy, że Kościół ma być niejako sakramentem jedności całego rodzaju ludzkiego. A Jan Paweł II zachęcał, aby Kościół był dla świata „szkołą komunii”. Gołym okiem widać jednak, że polscy biskupi nie są zjednoczeni. I jak tu aspirować do bycia „szkołą komunii”?

Bp Czaja

Owszem, między biskupami istnieją różnice. Nie jest prawdą, że są podziały i frakcje w episkopacie, jak się czasem czyta w prasie, ale występują różnice zdań, niekiedy dość duże. W pewnym sensie jest to zrozumiałe, bo każdy z nas jest inny, ma inny świat doświadczeń, na którym buduje i z którego wyrasta. Wyraźnie jednak potrzebujemy w gronie episkopatu większego zintegrowania. Potrzebujemy po prostu poważnej debaty nad podstawowymi sprawami. Powinniśmy przede wszystkim uzgodnić nasze stanowisko w sprawach o znaczeniu fundamentalnym, jak ewangelizacja Kościoła w Polsce, katechizacja, rodzina – jak jej pomóc. A mam wrażenie, że my się troszkę rozmieniamy na drobne. Czasem nawet funkcjonujemy trochę jak maszynka do głosowania. Przypomina mi to uniwersytecką radę wydziału. Owszem, głosować też musimy, ale od czasu do czasu powinny się odbywać dodatkowe posiedzenia, na których byśmy nie głosowali, tylko podjęli wielką debatę na ważki temat.

Nosowski

Co może zrobić młody, niespełna 47-letni biskup w szacownym gronie episkopatu – poza oczekiwaniem, aż będzie starszy?

Bp Czaja

Nie chcę być tylko słuchaczem i czekać na odpowiedni wiek, bym mógł wejść na mównicę. Zamierzam zabierać głos i prezentować swój punkt widzenia. Liczę się z tym, że mam mało doświadczenia, że być może nie-które moje myśli zweryfikuje życie. To jak z pisaniem podręcznika z eklezjologii – niektóre rzeczy napisałbym już nieco inaczej. Myślę też, że potrzeba w episkopacie trochę świeżego spojrzenia, jeszcze niestępionego twardymi doświadczeniami życia. Potrzeba też głosu biskupów, którzy są żółtodziobami i mają jeszcze marzenia. Rzecz nie będzie prosta; potrzeba męstwa i mądrości, a nade wszystko przywoływania Bożego Ducha.

Moim zdaniem, potrzebne są też spotkania biskupów w mniejszych gremiach. Podobnie jest na niższym szczeblu. Jeśli dobrze funkcjonują zespoły wikariuszy w jednym mieście, to zupełnie inaczej wygląda duszpasterstwo tego miasta. Tak samo, gdy są zespoły proboszczów czy dobry zespół katechetyczny. Biskupi też mogliby spotykać się nie tylko na plenarnych posiedzeniach episkopatu, ale również w mniejszych gremiach, by wypracowywać wspólne stanowisko i wspólne projekty.

Nosowski

A co z kwestią przywództwa w polskim Kościele? W bardzo ciekawym wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” z czerwca br. powiedział Ksiądz Biskup: „To jest jeden z tych punktów, który widzę inaczej, odkąd zostałem biskupem, niejako od środka”. Co się zmieniło?

Bp Czaja

Pisząc podręcznik do eklezjologii, podkreślałem w duchu II Soboru Waty-kańskiego, że każdy biskup lokalny jest głową powierzonego mu Kościoła i ma być samodzielny. Nie wycofuję się z tego, ale dostrzegam potrzebę uzupełnienia. Nie chodzi mi wcale o sprawowanie przez przewodniczącego konferencji episkopatu jakiegoś formalnego zwierzchnictwa. Ale myślę, że w praktyce przydałby się nam duchowy przywódca, który wyrażałby wspólne stanowisko i kierował wypracowywaniem wizji. Oczywiście, po-winien on mieć ciała doradcze, również nieformalne, ale sam powinien wziąć na siebie brzemię przedstawiciela Kościoła. Może nawet nie tyle chodzi tu o sprawowany urząd, ile o posiadany autorytet. Tego mi obecnie brakuje.

Nie podważam tu eklezjologii Kościołów lokalnych. Owszem, potrzeba dyskusji teologicznej nad interpretacją znaczenia konferencji episkopatu. Nie patrzę na to jednak jak na problem teologiczny, lecz praktyczny – z punktu widzenia czytelności i przejrzystości. Nie do końca się zgadzam z tym, że kardynał Wyszyński był dobry na tamte czasy, a dzisiaj trzeba inaczej funkcjonować. Myślę, że choćby w sytuacji zapętlenia, które się wy-tworzyło wokół krzyża przed Pałacem Prezydenckim, gdyby był taki wy-raźny duchowy przywódca, który potrafiłby stanąć i jasno wyrazić stanowisko Kościoła, byłoby prościej, bardziej czytelnie i jednoznacznie.

Nosowski

Brak wyraźnego lidera można by zrekompensować – bo może po prostu nie być odpowiedniej postaci – tym, żeby kolegialnie udało się wypracować wspólną wizję, później konsekwentnie realizowaną.

Bp Czaja

Tak, ale to jest bardzo trudne w sytuacji wielogłosowości. Dużo łatwiej chyba wykreować z własnego grona jeden autorytet niż kolegialnie mówić jednym głosem.

Nosowski

Która strategia duszpasterska lepiej odpowiada potrzebom dzisiejszych czasów: „Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam” czy „Kto nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”?

Bp Czaja

Myślę, że – rozumiejąc je dosłownie – ani jedna, ani druga. Pierwsza wzmagałaby w nas kompleks oblężonej twierdzy, zachęcając do szukania i tępienia wrogów. Druga z kolei może prowadzić do zagubienia tożsamości oraz indyferentyzmu. A nam powinno chodzić o połączenie własnej mocnej i klarownej tożsamości z otwartością. Zasadą powinno być Chrystusowe: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”. W owym nakazie misyjnym jest podstawa naszej katolickiej tożsamości.

Chcąc skutecznie otwierać się na świat i docierać doń, nie możemy jednak widzieć w nim wyłącznie zła. Nasze bycie znakiem sprzeciwu wobec jego przejawów nie może też polegać na ciągłym tropieniu wroga i okopywaniu się. Mamy przecież nade wszystko głosić Dobrą Nowinę! A w niej ujawniają się wyraźnie trzy poziomy: najpierw Boża obietnica, potem Boża oferta i wymagania. W ten też sposób – i w tej kolejności – powinniśmy prezentować Ewangelię. Zaczynać nie od wymagań, lecz od wspaniałości obietnic i propozycji, które nam przedkłada Bóg.

 

Zobacz też teksty pozostałych autorów debaty specjalnej:

Jerzy Sosnowski, Wiara bez Kościoła?

Andrzej Miszk, Kościół jako krzyż

 

Inni autorzy debaty "Kochać Kościół mimo wszystko" w październikowej WIĘZI:

Ks. Tomáš Halík , Kocham Kościół mimo wszystko

Anna Karoń-Ostrowska, Miłość postawiona pod ścianą

Krzysztof Dorosz, Konrad Sawicki, Ukryci przed Bogiem w Kościele?

Ks. Grzegorz Strzelczyk, Wierzyć „pomimo” Kościoła

Stefan Swieżawski, Miłość Kościoła, krytyka Kościoła

Kosciol_mimo_debata_specjal_2_.jpg

 

Komentarze

  1. kosaw

    Kościół jako arbiter

    Świetna rozmowa! Bardzo zaciekawił mnie wątek, w którym bp Czaja nie daje Kościołowi prawa stawania wobec świata w roli arbitra, sędziego. Arbitrem jest Bóg i Ewangelia, a Kościół – stróżem. To kolejne po pilęgniarce niespotykane porównanie Kościoła. Byłbym bardzo zainteresowany rozwinięciem tego tematu.

     
    Odpowiedz
  2. jadwiga

    to ciut inaczej

    Ludzie potrafią wybaczyć księdzu, że jest niedouczony, że kompromituje Kościół, że jest bierny, że miał romans z kobietą, że popadł w alkoholizm. Ale chamstwa i chciwości ludzie nie wybaczają. Te zachowania księdza są najbardziej odpychające.

     

    Chamstwo i chciwosc tez jest do wybaczenia. Kazdy jest tylko człowiekiem. Natomiast nie można przejsc do porzadku dziennego nad donosicielstwem oraz zamiataniem pod dywan tych spraw przez władze koscielne. I to nalbardziej boli i odpycha ludzi od koscioła. I to nie nawet ten grzech ten upadek danej osoby, która doniosła i zgrzeszyła na skutek takich czy innych uwarunkowan. Ale stosunek do tego całej hierarchii traktowanie jak gdyby nigdy nic i zamiatanie z calutkim pietyzmem pod ten przysłowiowy dywan. Tutaj tkwi problem a nie w poszczególnym grzechu danego duchownego.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code