O bezradności tolerancji…

[play=lektor 3.mp3]

Nierówności społeczne i bariery awansu społecznego, bieda czy skrajne ubóstwo moich rodaków są tą sferą życia społeczno-gospodarczego, w której wyżej cenię aktywność, czyli „organizację życia zbiorowego”, niż stagnację, czyli „stanie na straży” pokojowego współżycia. Tolerancja stosowana jako mechanizm wspomagający rozwiązywanie napięć społecznych między biednymi i bogatymi, między centrum władzy a prowincją (zacofaną?) sprawia wrażenie swoistego środka znieczulającego stosowanego w obliczu trudnych, czasami dramatycznych problemów. I która ze stron: wykształceni mieszkańcy metropolii, zamożni i bliżsi władzy czy mieszkańcy wsi, biedniejsi, gorzej wykształceni i oddaleni od centrum decyzyjnego są bardziej zobowiązani do przyjęcia postawy tolerancji?

Poszukiwanie mechanizmów zbawiennego wpływu tolerancji na społeczeństwo podzielone wedle kryterium miejsca zamieszkania to interesujący sposób wpisania poważnych problemów w nie do końca przekonującą konstrukcję intelektualną. Jest bowiem realnym problemem polityki społeczno-gospodarczej państwa wybór sposobów działania i wydatkowania środków budżetowych tak, by zależności centro-peryferyjne między różnymi regionami kraju miały charakter interakcyjny, zawierający mechanizmy dialogu i negocjacji między regionami, a nie dominacji centrum i podporządkowania peryferii.

Jest czymś zastanawiającym, że o ile dla większości elit opiniotwórczych oraz dla opinii publicznej identyfikującej się z „wielkomiejską, metropolitarną Polską” oczywistym jest, że obecność Polski w Unii Europejskiej oznacza prawo do korzystania z unijnej polityki spójności – czyli polityki partnerstwa i dialogu między państwami peryferyjnymi (jak Polska) i dominującymi (jak państwa starej Unii), o tyle stosowanie tej samej polityki wewnątrz kraju budzi gwałtowny sprzeciw. Te same mechanizmy na poziomie Unii są traktowane jako prawomocne i merytorycznie uzasadnione, a na poziomie III RP jako dysfunkcjonalne, nieuzasadnione i szkodliwe.

Ten zaskakujący przykład dwójmyślenia ma swoje historyczne i polityczne przyczyny. Z jednej strony centralizm i autorytaryzm PRL wytworzył nawyk, głównie wśród elit, uprzywilejowanego traktowania centrum, z drugiej zaś stereotyp „wolnego rynku”, który niewidzialną ręką sam rozwiązuje wszystkie ekonomiczne problemy płynnie zastąpił stereotyp „naukowego marksizmu”, który pełnił rolę pozadyskusyjnego kryterium podejmowania ekonomicznych decyzji. Można nawet żartobliwie zauważyć, że „niewidzialna ręka rynku” stanowi przykład derywacji (pozalogicznego elementu ludzkich zachowań wg V. Pareto) uzasadnianych wedle schematu „tak trzeba i tak należy”. W efekcie państwo polskie, w odróżnieniu od unijnej wspólnoty, uchyla się od prowadzenia polityki spójności i solidarności na terenie własnego kraju.

W dualizmie metropolie – prowincja, zaproponowanym przez organizatorów debaty VII, zderzono ze sobą dwa odmienne, obce sobie (?) światy, które, jak można domniemywać, winny we wzajemnych relacjach odwoływać się do cnoty tolerancji.

Czy jednak ta obcość czy odmienność są autentyczne i nieuchronne? Tak jak w Unii Europejskiej polityka spójności modyfikuje nadmierną polaryzację tempa rozwoju gospodarczego różnych państw i regionów, odwołując się do poczucia wspólnoty (europejskiej) – zarówno w wymiarze wartości i symboli, jak i interesów ekonomicznych – tak relacje metropolie – prowincja w Polsce obejmują przecież równie ważną, a może ważniejszą wspólnotę Polaków, czy jak kto woli – obywateli III RP. Jeżeli zakładamy wartość wspólnoty oraz przyjmujemy, że jesteśmy odpowiedzialni za całość, a nie tylko za sukces najsilniejszych i najbogatszych, to odwoływanie się do tolerancji jest w dużej mierze kontrproduktywne, bo paradoksalnie wzmacnia różnice i podziały.

Maria Ossowska [1] traktuje tolerancję jako jedną z „cnot miękkich” stojących, obok miłości bliźniego, życzliwości, opiekuńczości, humanizmu i braterstwa, na straży pokojowego współżycia. Dodajmy, że solidarność jest dla Ossowskiej cnotą służącą organizowaniu życia zbiorowego i ta socjologiczna typologia podziału cnót pokazuje przewagę cnoty solidarności nad cnotą tolerancji. Bowiem nierówności społeczne i bariery awansu społecznego, bieda czy skrajne ubóstwo moich rodaków są tą sferą życia społeczno-gospodarczego, w której wyżej cenię aktywność, czyli „organizację życia zbiorowego”, niż stagnację, czyli „stanie na straży” pokojowego współżycia. Tolerancja stosowana jako mechanizm wspomagający rozwiązywanie napięć społecznych między biednymi i bogatymi, między centrum władzy a prowincją (zacofaną?) sprawia wrażenie swoistego środka znieczulającego stosowanego w obliczu trudnych, czasami dramatycznych problemów.

Oczywiście jest w tolerancji także element dynamiczny, czyli określenie granic, których państwo nie powinno przekraczać, wywierając na obywateli przymus. Jednak ta kwestia dotyczy zwykle sfery wartości – w historii refleksji nad tolerancją głównie religijnych – co wydaje się dalekie od problemu metropolie – prowincja, jakkolwiek styl życia, wartości i tożsamość mieszkańców małych miast i wsi bliższe są Kościołowi. I tak ten element tolerancji nabiera dzisiaj nowego blasku – czy religijność, pobożność prowincji (np. wsi) stygmatyzuje osoby starsze, gorzej wykształcone, kobiety (!), przykładowo chodzące w moherowych beretach do Kościoła częściej niż raz w tygodniu? I która ze stron: wykształceni mieszkańcy metropolii, zamożni i bliżsi władzy czy mieszkańcy wsi, biedniejsi, gorzej wykształceni i oddaleni od centrum decyzyjnego są bardziej zobowiązani do przyjęcia postawy tolerancji?

Polska zróżnicowana; centrum – peryferie, miasto – wieś

Krytycyzm wobec postulatu wprowadzenia tolerancji do dyskusji nad relacjami centrum – peryferie nie kwestionuje potrzeby prowadzenia dyskursu nad centro-peryferyjnymi zróżnicowaniami Polski [2]. Przyjęcie do wiadomości informacji, że po przystąpieniu Polski do UE zróżnicowanie dochodów w Polsce nie zmniejsza się, lecz raczej utrwala, powinno być przesłanką do dyskusji, jak działać, by zmniejszać te dystanse. Rzecz bowiem nie tylko w tym, by mieszkańcy radomskiego podregionu byli bardziej tolerancyjni i serdeczni wobec mieszkańców stolicy (i z wzajemnością), ale by w Radomiu żyło się lepiej.

Może warto rozważać, co wynika z wiedzy o tym, że PKB per capita w Warszawie (301,9) [3] był w 2006 roku 2,5 razy wyższy niż w Łodzi (119,2) czy czterokrotnie wyższy niż w regionie radomskim (73,2). Podobne zróżnicowania spotykamy także w innych regionach. Dochód per capita w Krakowie wynosił w 2006 roku 160,2, dla województwa małopolskiego – 86,7, a dla podregionu nowosądeckiego – 58,7. Podobne różnice są między Poznaniem (201,7) a podregionem konińskim (76,3). Innymi słowy zróżnicowanie Polski wielkomiejskiej i prowincjonalnej na Polskę biedną i zamożną jest faktem, i to nie tylko wedle podziału Polska wschodnia – Polska centralna czy zachodnia. Te różnice są dostrzegalne w obrębie wszystkich regionów Polski. Czy takie problemy rozwiązuje się tolerancją?

Wróćmy jednak do klucza, zaproponowanego przez organizatorów debaty, czyli do „polskiej tolerancji”. Nie do końca co prawda rozumiem, czy istnieją obiektywne wskaźniki, które precyzują różnice pomiędzy polską, szwedzką, niemiecką czy hiszpańską tolerancją, ale rozumiem, że „polska” znaczy w tym wypadku: nasza, w naszym kraju, w naszym społeczeństwie i nic więcej.

Pozwolę sobie pokazać na konkretnym przykładzie siłę i trwałość stereotypu, który sprawia, że relacje metropolie – prowincja sprowadzone do relacji elity – wieś i rolnicy niosą w sobie tak ogromny ładunek braku tolerancji, że dla wielu stał się on obowiązującą normą. Ten stereotyp jest o tyle szczególny, że przez lata blokował rzetelny ogląd sytuacji ekonomicznej rolników, a w trakcie negocjowania warunków wejścia Polski do UE ujawnił się w skali niespotykanej w żadnym innym europejskim kraju.

Może przypomnijmy doświadczenia rolników z transformacją systemową 1989 roku. Znaną konsekwencją tych zmian było bezrobocie lat 90. W pierwszej kolejności ofiarami dostosowywania się polskiego przemysłu do warunków rynkowych byli tak zwani „dwuzawodowcy”, czyli osoby łączące pracę w gospodarstwie rolnym z pracą zawodową w przemyśle i usługach. Zwalniano ich jako pierwszych, bo mieli gospodarstwa, do których mogli stosunkowo bezboleśnie wrócić. Dane spisowe z lat 1988 (NSP) i 1996 (PSR) [4]  pokazują, że w tym okresie liczba zatrudnionych w indywidualnych gospodarstwach rolnych zwiększyła się o 633 000. Oznacza to, że bezrobocie ukryte w czasach PRL w nierentownym przemyśle i usługach zostało przesunięte do rodzinnych gospodarstw rolnych, tworząc w nich poważne nadwyżki siły roboczej. W 1996 roku zarówno osób „zbędnych” w rolnictwie indywidualnym, jak i rejestrowanych jako bezrobotne było wśród mieszkańców wsi łącznie, zdaniem I. Frenkla, ponad milion (1 065 000) [5].

Kolejne 643 000 mieszkańców wsi popegeerowskich straciło w latach 1988-1995 [6] pracę w wyniku przekształceń własnościowych PGR. Stopa bezrobocia w regionach, gdzie PGR-ów było najwięcej, sięgała poziomu 35-37%. Wobec tej grupy społeczno-zawodowej byłych pracowników PGR-ów nie zastosowano praktycznie żadnej (!) osłony socjalnej. Jedynym rozwiązaniem, które wprowadzono w ramach osłony społecznej, był KRUS (Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego) powołany w styczniu 1991 roku przez rząd T. Mazowieckiego (z L. Balcerowiczem i A. Balazsem w składzie). Bezrobotni wracający do swoich gospodarstw rolnych zostali objęci ubezpieczeniami i systemem emerytalnym, a budżet państwa zwolniono z obowiązku wypłacania zasiłków.

Wieś potraktowano instrumentalnie, a rolników jak grupę, z którą trzeba się liczyć, bo produkuje żywność i – co w demokracji jest bardzo ważne – wybiera posłów, ale która musi sobie w procesie transformacji radzić sama. I kiedy ta sama wieś stanęła przed wielką szansą wejścia do UE, potraktowano ją bardzo podobnie. Polskie media i eksperci wspierali stronę unijną, przekonując, że polscy rolnicy „nie zasługują” na płatności bezpośrednie i unijną politykę rolną [7] .

Negocjacje warunków wejścia polskiego rolnictwa w obszar oddziaływania Wspólnej Polityki Rolnej, czyli domaganie się przez polskich negocjatorów wysokiej kwoty mlecznej i dopłat bezpośrednich dla rolników, denerwowało wielu dziennikarzy [8] , komentatorów i specjalistów. Dlaczego, pytali, ważny cywilizacyjny proces budowania europejskiej wspólnoty sprowadzany jest do dopłat, kwot, i limitów? Dlaczego narażamy interesy Polski (!?) dla jednej, wąskiej (?!) grupy zawodowej? Dlaczego, pytał wybitny profesor, dopłaty przysługują rolnikom, a nie krawcom lub naukowcom? Inny profesor i wicepremier zarazem żądał rezygnacji polskich rolników z dopłat, uważając pomysł wspierania rolnictwa za antyrynkowy, a przyznanie unijnych dopłat polskim rolnikom nazwał „pyrrusowym zwycięstwem rolników i otwartą klęską dla kraju” [9].

Tytuły artykułów prasowych roiły się od dobrych rad udzielanych naszym negocjatorom przez dziennikarzy: „Za dużo rolników”, „Upierać się tylko przy najważniejszym”, „Trzeba pamiętać, że przyjdzie moment, kiedy nie będzie wolno się już upierać, bo Unia zdecyduje się na rozszerzenie bez nas”, „Trzeba będzie się pogodzić z uzyskaniem tylko części dopłat”, „Nie tupać pod tą ścianą” itd. Część [10] dziennikarzy zdawała się powstrzymywać naszych polityków przed skutecznymi, twardymi negocjacjami. Dzisiaj, po upływie 5 lat od akcesji, trudno uwolnić się od przypuszczenia, że taki ton mediów był próbą „propagandowego” przygotowania Polaków do referendum akcesyjnego, na wypadek gdyby polscy negocjatorzy nie uzyskali dla rolników wystarczająco dobrych warunków akcesji. Nie potrafię wytłumaczyć tak brutalnego rozbijania wspólnoty polskiego społeczeństwa, antagonizowania miasta przeciwko wsi i rolnikom inaczej niż w ten właśnie sposób. Jeśli „przegrani” w negocjacjach rolnicy i mieszkańcy wsi zdecydowaliby się w referendum głosować „nie”, to mobilizacja miast miała przeważyć wynik na „tak” pomimo, a nawet wbrew protestom mieszkańców wsi.

Dla wielu autorytetów medialnych cel negocjacji był najwyraźniej niemożliwy do zrozumienia. Krystyna Kofta w „Przeglądzie” (5 I 2003) pisała: „Żebym nie była źle zrozumiana – ja chłopu nie zazdroszczę, niech sobie przepije 7 tysięcy rocznie, co mu z nieba spadły, jak manna. A dlaczego inteligent nie dostanie nic? Bo inteligent jest jednym z najbardziej pomiatanych bytów w Polsce”.

Także profesor B. Łagowski („Przegląd” 5 I 2003) deklarował: „Gdyby na polskiej wsi zachowała się jakaś tradycja, jakiś obyczaj zasługujący na kultywowanie, gdyby istniały jakieś formy życia warte ochrony, przeniesienie tej polityki (WPR) do naszego kraju byłoby wprawdzie taką samą niedorzecznością jak na Zachodzie, ale miałoby także takie samo jak tam uzasadnienie socjalne i kulturalne. Tymczasem polska wieś nie jest taka biedna, jak się o niej pisze, nie reprezentuje obecnie niczego wartościowego pod względem obyczaju, kultury czy moralności. Przeciwnie jest widownią moralnego rozkładu i lumpenproletaryzacji”.

Druga strona, i nic w tym dziwnego, także szukała innych, niż „tolerancja” rozwiązań. W 2001 roku do polskiego sejmu „lud” wybrał swoich przedstawicieli tak licznie jak nigdy wcześniej po 1989 roku. Można powiedzieć, że polska wieś w wyborach 2001 roku, głosując na PSL i Samoobronę [11] , zabrała glos w tej medialnej debacie tak, jak potrafiła, reagując na bagatelizowanie znaczenia rolnictwa w procesie integracji z UE.

Jeśli w 1991 roku PSL Sojusz Programowy i Porozumienie Ludowe otrzymały łącznie 14% głosów wyborców, a w 1993 roku, rekordowym dla PSL, poparcie dla tej partii wyniosło 15,4%, to wynik z 2001 roku, gdy PSL i Samoobrona łącznie uzyskały poparcie 19,1% wyborców, (Samoobrona: 10,2%) pokazuje determinację rolników i mieszkańców wsi. W efekcie sporów „wolnych od tolerancji”, tak jak wolny był od niej język A. Leppera, K. Kofty, J. Majcherka czy B. Łagowskiego, negocjacje zakończyły się korzystnym kompromisem, zaś po akcesji Polski do UE polska wieś znakomicie poradziła sobie z absorpcją unijnych środków, a rolnicy z wnioskami o płatności, z inwestycjami w gospodarstwa, z tworzeniem nowych, pozarolniczych źródeł dochodów, z programami wzmacniającymi kapitał społeczny etc[12].

Począwszy od 1 maja 2004 roku do 31 grudnia 2008 roku polscy rolnicy otrzymali w ramach unijnych środków 8,5 mld euro (przy 26,5 mld euro dla Polski oraz 12,4 mld euro składki płaconej przez Polskę do unijnego budżetu). Co piąty rolnik skorzystał z programów PROW, płatności bezpośrednie trafiają do ok. 1,5 miliona gospodarstw. Ekonomiści zwracają uwagę na rosnące, podwajające się z roku na rok saldo handlu zagranicznego produktami rolno-spożywczymi (do 2003 roku było ujemne), które trafia w większości na unijny rynek. Dawną dominację surowców żywnościowych zastąpiła po akcesji żywność przetworzona: kazeina, mleko w proszku, a nawet sery dojrzewające i makarony [13].

Liczne badania [14] pokazują, że po 2004 roku zachodzą na wsi i w rolnictwie ważne zmiany: dezagraryzacja wsi, dywersyfikacja źródeł dochodów, wzrost dochodów rolniczych oraz zmiany stanu świadomości mieszkańców wsi. Już tylko co trzecie wiejskie gospodarstwo domowe posiada użytki rolne o powierzchni 1 ha i więcej. Przed akcesją w ciągu trzech lat (1999-2002) liczba mieszkańców wsi użytkujących ziemię o powierzchni powyżej 1 ha spadła o 1 punkt procentowy, z 53% do 52%, zaś po akcesji, w ciągu kolejnych pięciu lat spadła aż o 14 punktów procentowych, do 37,6%.

Nastąpiła pewna poprawa zamożności mieszkańców wsi, lecz w największym stopniu objęła ona wiejskie elity złożone z kadry kierowniczej i pracowników administracji. Poprawa dotyczy też gospodarstw rolnych o powierzchni 11 ha i więcej oraz gospodarstw najmniejszych, jeśli ich właściciele czerpią dochody z pracy poza rolnictwem.

Nie oznacza to jednak wyraźnego awansu rolników w strukturze społeczno-ekonomicznej mieszkańców wsi. Polska bieda nadal ma najczęściej wiejskie oblicze, różne w zależności od regionu Polski.

Szczególnie ważna wydaje się edukacyjna rewolucja na polskiej wsi. Wzrósł odsetek mieszkańców wsi z wykształceniem wyższym, tej poprawie sytuacji towarzyszy wysoki, podobny do „miejskiego” poziom aspiracji edukacyjnych. W roku 2007 aż 71,3% użytkowników gospodarstw rolnych (i 67,9% mieszkańców wsi) chciałoby, by ich dzieci zdobyły wyższe wykształcenie na poziomie magisterskim, a dodatkowe 7,7% rolników (i 8,6% mieszkańców wsi) zadowoliłoby się licencjatem lub dyplomem inżyniera. Podobnie kształtują się edukacyjne aspiracje wszystkich Polaków; 74,5% pragnie dla swoich dzieci dyplomu magistra, a 8,3% dyplomu licencjata.

Jednak realizacja tych aspiracji jest na wsi trudniejsza. Dzieci rolników dwukrotnie rzadziej korzystają z korepetycji, także dodatkowe zajęcia są udziałem głównie dzieci miejskich. Ponad 80% rodziców z wyższym [15] wykształceniem, dobrze sytuowanych i mieszkających w miastach zapewnia swoim dzieciom udział w płatnych zajęciach edukacyjnych i ogólnorozwojowych. Podobne szanse stwarza swoim dzieciom tylko 9% rolników i 24% mieszkańców wsi. Jednak edukacyjnym aspiracjom rodziców mieszkających na wsi towarzyszy przekonanie, że mimo trudności ich dzieci zdołają w podobnym procencie jak dzieci miejskie skończyć wyższe studia na poziomie magisterium lub co najmniej licencjatu.

Jednak najbardziej interesującym elementem obrazu polskiej wsi jest dzisiaj widoczna poprawa nastrojów i samopoczucia jej mieszkańców. Te nastroje są lepsze niż realny wzrost dochodów i poprawa obiektywnych wskaźników warunków życia na wsi. Przewaga zadowolenia (39,8% mieszkańców wsi i 33,1% rolników) nad niezadowoleniem (24,3% mieszkańców wsi i 27,2% rolników) jest w społecznościach wiejskich zdecydowanie nowym zjawiskiem. Jest to o tyle interesujące, że w 2002 roku na pytanie, czy za 4-5 lat będzie się Panu(-i) żyło lepiej czy gorzej niż obecnie, aż 36% mieszkańców wsi i 43% rolników wybrało odpowiedź „gorzej”. Nadzieję na poprawę losu deklarowało tylko 13% mieszkańców wsi i 10% rolników [16]. Ale mimo tego znaczącego sukcesu, o którym Polacy zdają się niewiele wiedzieć, nie zmienił się kształt debaty publicznej. Nadal dominuje narracja rodem z PRL.

By nie być gołosłowną, pozwolę sobie zacytować sformułowania użyte trzy lata po akcesji na łamach „Polityki” przez redaktora Cezarego Łazarewicza w artykule „Chłop w zaniku” (nr 38/2008). Rzecz nie w merytorycznej argumentacji, bo różnice zdań są w nauce i w demokracji sprawą normalną, lecz w stylu, z jakim ważny tygodnik opiniotwórczy opisuje rolników i mieszkańców wsi. Oto kilka cytatów z artykułu: „chłopi i quasi-chłopi”, „quasi-chłopi to klasa ludzi zbędnych”, „4 miliony zbędnych chłopów”. „quasi-chłop jest wielkim hamulcowym”, „chłopi jako balast”, „chłopi jako tykająca bomba społeczna”, „chłopi muszą zniknąć, w sensie socjologicznym chłop przestanie istnieć”, „chłop to facet w gumofilcach stojący pod sklepem geesu”, „rolnicze niedobitki na wymarciu”.

   Ankieta_ID=201839#

Język oraz stan debaty publicznej wokół problemów wsi i rolnictwa to ważny i niestety, trudny do podważenia dowód, jak dalece relacje miasto – wieś, metropolie – prowincja zdominowane zostały przez stereotypy utrudniające merytoryczną dyskusję. Stronnicze i pozamerytoryczne dyskusje wokół KRUS, tworzenie ustawy metropolitarnej i spór o rolę „trwałego i zrównoważonego rozwoju”, a także dyskusja wokół wydatkowania unijnych środków na wsparcie terenów peryferyjnych są tego kolejnym dowodem.

Obawiam się, że tolerancja nie jest żadną receptą ani żadnym rozwiązaniem tego problemu. Znacznie ważniejsze wydają się solidarność, poczucie wspólnoty i odpowiedzialności oraz etos egalitarny – fundament demokracji, który wymaga traktowania ludzi wedle równej godności i równego prawa do walki o własne interesy. Podobnie jak ważniejsze od tolerancji jest praktykowanie przez polskie państwo realnej, a nie deklaratywnej polityki spójności. A tolerancja, jak każda miękka cnota stojąca na straży pokojowego współżycia, jest oczywiście ważna, ale jako uzupełnienie, a nie podstawa relacji metropolie – wieś.

Przypisy:

[1] M. Ossowska, Normy moralne. Próba systematyzacji, PWN, Warszawa 1970.

[2] Por. T. Zarycki, Peryferia. Nowe ujęcia zależności centro-peryferyjnych, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2009.

[3] Por. R. Bolonek, Dywergencja rozwoju regionalnego Polski jako uwarunkowanie technologicznej modernizacji gospodarki [w:] Nierówności społeczne a wzrost gospodarczy, nr 16, Uniwersytet Rzeszowski, Katedra Ekonomii i Stosunków Międzynarodowych, Rzeszów 2010.

[4] Za: M. Błąd, Rolnictwo jako „przechowalnia” nadwyżek siły roboczej w okresie transformacji [w:] J. Wilkin (red.), Wielofunkcyjność rolnictwa. Kierunki badań, podstawy metodologiczne i implikacje praktyczne, IRWiR PAN, Warszawa 2010, s. 184-189.

[5] Tamże, str. 189.

[6] Tamże, tab. 1, str. 185.

[7] Por. K. Górniak, Wizerunek wsi i rolnictwa w kontekście przystąpienia Polski do UE. Analiza materiałów prasowych, [w:] B. Fedyszak-Radziejowska (red.), Proces demarginalizacji polskiej wsi. Programy pomocowe, liderzy, elity i organizacje pozarządowe, ISP, Warszawa 2005.

[8] Por. E. Szot, Satyra na leniwych chłopów, Rzeczpospolita 17 I 2003.

[9] Prof. L. Balcerowicz cytowany przez B. Fedyszak-Radziejowską; Wieś w polityce i debacie publicznej [w:] „Wieś i Rolnictwo” 1/2002, IRWiR PAN, Warszawa.

[10] Por. K. Górniak, Wizerunek wsi i rolnictwa w kontekście przystąpienia Polski do UE. Analiza materiałów prasowych [w:] B. Fedyszak-Radziejowska (red.), Proces demarginalizacji polskiej wsi. Programy pomocowe, liderzy, elity i organizacje pozarządowe, ISP, Warszawa 2005.

[11] B. Fedyszak-Radziejowska, Wieś polska w wyborach: radykalizacja nastrojów [w:] Przyszłość polskiej sceny politycznej po wyborach 2001, Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2002.

[12] Por. raporty: Polska wieś 2010, Polska wieś 2008, Polska wieś 2006, FDPA, Warszawa.

[13] A. Kowalski, Rola i specyfika rolnictwa – mit czy racja stanu. Kilka refleksji polemicznych [w:] B. Fedyszak-Radziejowska (red.), Wieś i rolnictwo w debacie publicznej – stereotypy, polityka, wiarygodność, Kancelaria Prezydenta RP, Warszawa 2010.

[14] Por. B. Fedyszak-Radziejowska], Wieś i rolnicy w cztery lata po akcesji – początek procesu transformacji [w:] K. Zagórski (red.), Życie po zmianie. Warunki życia i satysfakcje Polaków, CBOS, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2009.

[15] Komunikat CBOS Aspiracje i motywacje Polaków 1993 – 2009, BS/70/2009.

[16] B. Fedyszak-Radziejowska, Wieś i rolnictwo w cztery lata po akcesji, op. cit.

 

Zobacz też teksty pozostałych autorów:

Izabella Bukraba-Rylska , Polska wieś – poza zasadą tolerancji

Wojciech Łukowski , Metropolia w miasteczku, miasteczko w metropolii

 

Alberto Magnaghi , Wielkomiejska wioska

 

POL_TOLERANCJA_debata07.jpg

 

7 Comments

  1. quqzar

    “Dlaczego, pytał wybitny

    "Dlaczego, pytał wybitny profesor, dopłaty przysługują rolnikom, a nie krawcom lub naukowcom?"

    No właśnie. Dlaczego ? Pytanie zupełnie serio.

    Żeby nie było wątpliwości – jestem jednakowo przeciwny dopłatom rolnym zarówno w skali całej UE, jak i w samej tylko Polsce.

     

    Nie mam nic przeciwko próbom poprawy sytuacji mieszkańców wsi. Ale dążenie do takiej poprawy nie może przesłaniać oczywistych faktów: w Polsce mamy za dużo rolników, którzy w dodatku w większości nie umieją na siebie zarobić i muszą być utrzymywani przez resztę społeczeństwa. Ten stan rzeczy należy wg mnie jak najszybciej zmienić, z przyczyn tak ekonomicznych, jak i moralnych. Nie należy go konserwować poprzez odgórnie stosowane dopłaty, instytucje czy regulacje. I jest doprawdy nieistotne, czy pochodzą one od UE, od panstwa, czy od samorządów. Efekt jest, z grubsza rzecz biorąc, taki sam.

    Pozdrawiam

     
    Odpowiedz
  2. Malgorzata

    Kto ma przyjąć postawę tolerancji?

    Która ze stron: wykształceni mieszkańcy metropolii, zamożni i bliżsi władzy czy mieszkańcy wsi, biedniejsi, gorzej wykształceni i oddaleni od centrum decyzyjnego są bardziej zobowiązani do przyjęcia postawy tolerancji?

    To bardzo ważne pytanie. Myślę jednak, że nie należy tak od razu poddawać się sugerowanej przez nie odpowiedzi. Owszem, to na mieszkańcach metropolii wydaje się spoczywać większa odpowiedzialność zgodnie z zasadą, że komu więcej dano, od tego więcej wymagać się będzie. Również w metropoliach zapadają najważniejsze decyzje w zakresie planowania, polityki społecznej, budżetu itp.

    Gdy mówimy o tolerancji, nie chodzi jednak o wielkie strukturalne rozwiązania, ale raczej o mentalność i postawy.A tutaj moim zdaniem co najmniej nieufność widać po obydwóch stronach. 

    O grzechach mieszkańców miast przeciwko tolerancji była już mowa w tej debacie nieraz. Ale wieś też potrafi być nieprzyjazna wobec obcych: hermetyczna, zamknięta w świecie znanych od dziada pradziada układów i przyzwyczajeń, wyśmiewająca wszelką odmienność, patrząca na obcego z miasta jako na okazję zysku i wyzysku itp. Nie zawsze tak jest, ale tak bywa.

    A przecież szansa prowincji tkwi właśnie w tym, że stanie się otwarta na dobre kulturowe i mentalnościowe wzorce płynące z metropolii – i na konkretnych przynoszących te wzorce ludzi… 

     
    Odpowiedz
  3. jadwiga

    Małgorzato

    Gdy mówimy o tolerancji, nie chodzi jednak o wielkie strukturalne rozwiązania, ale raczej o mentalność i postawy.

    To racja, tyle, że te mentalnosć i postawy  kształtują własnie te strukturalne rozwiazania. Prawda jest – niestety,  – ze "byt kształtuje świadomość".

     
    Odpowiedz
  4. p.radzynski

    solidarność wobec wsi jest w interesie miasta

    Czy unijna pomoc dla rolników to przejaw tolerancji czy też może solidarności metropolii z prowincją? Wydaje mi się, że na dopłatach skorzystali wielkoobszarowi rolnicy, których w ogóle nie mamy na myśli, gdy mówimy o dysproporcjach między wsią a miastem. Są to na ogół wielcy przedsiębiorcy, którzy więcej czasu spędzają w metropoliach niż na prowincji; poważni biznesmeni zasiadający w radach powiatów, sejmików wojewódzkich, posłowie i senatorowie. Nie chcę powiedzieć, że to źle, że struktura polskiego rolnictwa ewoluuje w tę właśnie stronę – profesjonalnego, ekologicznego, dającego pracę mieszkańcom wsi. Ale czy to jest przejaw solidarności?

    Zgadzam się z Panią Doktor, że rolnikom zawsze pod górkę. Praca na roli jest zajęciem trudnym, bardzo często nieopłacalnym, ze wszech miar uzależnionym od kaprysów pogody. Niechęć młodych do takiej pracy jest zrozumiała. Nie chcę dramatyzować, ale w interesie mieszczuchów jest wspieranie polskiej wsi, żeby za jakiś czas nie okazało się, że każdy kartofel i cebula jest "made in China"…

     
    Odpowiedz
  5. quqzar

    Bezinteresowność miasta

    "Nie chcę dramatyzować, ale w interesie mieszczuchów jest wspieranie polskiej wsi, żeby za jakiś czas nie okazało się, że każdy kartofel i cebula jest "made in China"…"

    Nie zgadzam się. Jeśli patrzeć na to tylko z punktu widzenia interesów, to dla mieszczucha znacznie lepiej jest kupić tanio cebulę od rolnika chińskiego, niż kupić ją dużo drożej u rolnika z pobliskiej miejscowości. Wspieranie wsi w jej obecnej postaci nie jest więc korzystne dla miasta. Ale oczywiście w ekonomii nie chodzi tylko o doraźne korzyści – liczą się również bardziej abstrakcyjne wartości, takie jak solidarność międzyludzka. Musimy się zatem zastanowić, w jaki sposób pomagać wsi mądrze. Obawiam się, że na dłuższą metę będzie to wymagało ograniczenia nakładów na rolnictwo w Unii oraz pogodzenia się z perspektywą importu tej części żywności, której wytwarzanie na miejscu w Europie jest o wiele za drogie. No, chyba że nadejdzie jakiś istotny przełom technologiczny…

    Pozdrawiam

     
    Odpowiedz
  6. p.radzynski

    najpierw jakość, potem cena

    "Jeśli patrzeć na to tylko z punktu widzenia interesów, to dla mieszczucha znacznie lepiej jest kupić tanio cebulę od rolnika chińskiego, niż kupić ją dużo drożej u rolnika z pobliskiej miejscowości."

    Nie zgadzam się. W interesie konsumenta (zwłaszcza jeżeli chodzi o artykuły spożywcze a w tym warzywa i owoce) jest nie tylko możliwie najniższa cena. Powinniśmy przede wszystkim interesować się jakością spożywanych produktów – zgodnie z zasadą "jestem tym, co jem". Świeże warzywa i owoce mają krótki termin przydatności do spożycia – transport z Chin czy krajów Ameryki Południowej powoduje, że produkty te muszą być "okraszone" różnymi środkami pomagającymi dłużej zachować im dobry wygląd i pozorną świeżość.

    Poza tym każdy dietetyk powie, że o wiele zdrowsze dla Polaka jest rodzime jabłko niż egzotyczny banan. Nasz organizm lepiej przyswaja warzywa i owoce wychodowane w tej samej strefie klimatycznej, w której żyjemy.

     
    Odpowiedz
  7. quqzar

    Ja płacę, on zjada

    Słuszna uwaga. Ale wystarczy podstawić w miejsce "tańszej" w moim poprzednim wywodzie "lepszą i tańszą", by zachować jej sens niezmieniony. Generalna zasada jest dokładnie taka sama – albo produkty wsi są dla miasta znacząco lepsze/tańsze/zdrowsze niż produkty zagraniczne (i wtedy wieś nie potrzebuje wsparcia – sama na siebie zarobi), albo takie nie są (i wtedy wspieranie rolników nie leży w interesie mieszczucha).

    Jeśli ktoś ze względów dietetycznych woli polskie jabłka, proszę bardzo – niech je kupuje i zjada na zdrowie. Ale niech nie zmusza całej reszty społeczeństwa do finansowania tych jabłek poprzez dopłaty dla rolnictwa. Dlaczego ja mam płacić za czyjeś jabłko ?

    Pozdrawiam

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code