Zrozumieć kobietę

Rozważanie na Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny , rok C1
 

Gdy przygotowywałem dzisiejsze rozważanie, przez moją głowę przechodziły różne myśli i wątpliwości. Nie jestem teologiem, więc ciężko mi pisać o tym, jak należy postrzegać Maryję w Kościele, jakie ma ona dlań znaczenie itd. Nie chcę pisać banałów, że to Matka, pośredniczka łask itd., i też nie chcę wchodzić w jakieś zawiłe teologiczne wywody wielkich umysłów Kościoła na temat Matki Najświętszej. Mówiąc wprost, nie znam się na tym! Gdybym miał się skonfrontować z kimś, kto nie uznaje Maryi tak jak my katolicy, to szczerze mówiąc, poległbym. Myślę, że bardzo szybko straciłbym argumenty i zostałbym sprawnie wypunktowany.

Szczerze mówiąc, przez długi czas też sam miałem wątpliwości co do Maryi. Nie czułem tego, co mówi Kościół na temat Naszej Matki. Po prostu gdzieś mi się to, kolokwialnie mówiąc, kupy nie trzymało. Jakaś pośredniczka, jakaś opiekunka, jakaś pocieszycielka, orędowniczka. Za bardzo pogaństwem mi zalatywało. Przecież ja wierzę w Boga w Trójcy Jedynego – starczy przecież, nie? Po co mi pośredniczka, skoro mogę gadać z Bogiem Ojcem sam na sam? Po co mi pocieszycielka, skoro został mi posłany Paraklet? Muszę przyznać, że gdzieś to mi nie odpowiadało. Dusiło mnie to, nie dawało spokoju.

Jednak od jakiegoś dłuższego czasu czytam jako lekturę duchową „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” św. Ludwika Marii Grignon de Montforta. Po lekturze ponad połowy tego dzieła mam wrażenie, że Pan powoli daje mi poznać sedno nabożeństwa do Matki Najświętszej i zrozumieć jej tajemnicę. Wreszcie ktoś wyjaśnia mi dlaczego warto mieć swoje małe prywatne nabożeństwo do Maryi Panny. Tam znalazłem wyjaśnienia i stwierdzenia, które wskazują, że to Jezus jest celem, a Maryja ma nam służyć ku lepszemu i głębszemu poznaniu naszego Zbawiciela (zob. punkt 60). Czytając ten traktat i mając mniejsze, ale jednak wątpliwości w zrozumieniu tajemnicy, jaką jest Najświętsza Panna, zostałem wewnętrznie przymuszony do tego, abym spojrzał i wszedł w historię mojego życia. Gdy wszedłem w swoją przeszłość, zobaczyłem działanie Najświętszej Matki, jej pośrednictwo i opiekę. To moja przeszłość oraz fakty z mojego życia, a nie rozważania czy książki pomogły mi w części zrozumieć i w pełni pokochać Maryję. I dzisiaj tak myśląc nad tym, co pisać, po prostu chciałbym się z Wami podzielić moim intymnym doświadczeniem Mojej Najświętszej Maryi Matki.

Był rok 2011, gdy byłem na drugim roku moich studiów, będąc w totalnym rozbiciu po nieudanych próbach ułożenia sobie życia. Po bardzo dotkliwym odrzuceniu przez ludzi Kościoła i kobietę, w której nie widzieć czemu bardzo się zakochałem. Wtedy w takim stanie powiedziałbym nawet, że depresyjnym postanowiłem napisać do pewnego jezuity. W tym mailu wyżaliłem się na to, co mnie spotkało, co przeszedłem, jak bardzo jest mi po prostu źle i chcę odnaleźć wreszcie to moje powołanie i misję. Chcę sobie ułożyć życie. Ten jezuita o. Piotr tylko(!) podziękował(!) za maila i zaprosił mnie na spotkanie do Gdyni.

Miałem znajomą w Toruniu, z którą chciałem się zobaczyć. Pomyślałem sobie, że to spotkanie w Gdyni długo nie potrwa i w drodze powrotnej zahaczę o Toruń. No i też umówiłem się na spotkanie z tą kobietą. Spotkanie, które mówiąc wprost, miało mieć grzeszny charakter (wiecie, o co chodzi…). No i tak sobie pojechałem, porozmawiałem z o. Piotrem – to był krótki dialog, trwał może z 15 minut – byłem wkurzony, że to tak już!? Tyle się wlokłem w pociągu, by pogadać 15 minut? Swoją drogą później takich spotkań z o. Piotrem było kilka. Każde trwało max. 15 minut, a do Gdyni jechałem 5 godzin :).

Ten jezuita zrobił jednak genialną rzecz: zaprosił mnie do tego, abym został w Gdyni, bowiem wtedy odbywał się weekend dla studentów. Tak myślałem: zostać, nie zostać? W pociągu dostałem wiadomość, że ze spotkania w Toruniu nici, bo znajoma musi iść do pracy. No to zostaję, jak już tyle przejechałem. Zostałem i przeżyłem jeden z najpiękniejszych weekendów w moim życiu. Odżyłem na nowo i na duchu, i na ciele, przy okazji poznając fajnych ludzi. To było niesamowite doświadczenie miłości i bliskości Pana Boga, który wyłowił mnie, wziął do siebie i pozwolił zwyczajnie odpocząć.

Gdzie tu Matka Boża? A no tu, że ten weekend odbywał się w dniach 13-15 maja. Do Gdyni jechałem w piątek 13 maja we wspomnienie objawień Najświętszej Maryi Panny w Fatimie. Jadąc tam, nie myślałem, który to dzień miesiąca ani tym bardziej, jakie wtedy przypada wspomnienie. Dopiero tam na miejscu wieczorem dotarło do mnie to, co się wydarzyło. Jestem przekonany o tym, że to zasługa Najświętszej Matki, że mogłem zostać i spotkać Boga, a nie, mówiąc bez ogródek, skurwić się – przepraszam za to wyrażenie, ale tak właśnie by było. To, że to spotkanie miało się odbyć 13 maja, to, że dostałem tego SMS-a. W ogóle to, że napisałem do jezuitów. Dla mnie to nie był przypadek, tylko bardzo logiczne prowadzenie i opieka Matki.

Tak zaczęła się moja przygoda z zakonem jezuitów. Później w sierpniu wyraziłem chęć wstąpienia do Towarzystwa Jezusowego, a w swoje 21 urodziny, czyli 13(!) grudnia podjąłem ostateczną decyzję; tak, chcę być jezuitą.

Po drodze miałem różne myśli, czasami byłem przekonany o słuszności wyboru, a czasami targały mną różnie wątpliwości i pytania. Dotrwałem jednak w decyzji do rozmów, od których miała zależeć moja ewentualna przyszłość w zakonie.

Rozmowy miały odbyć się w dniach 11-13…. – tak, maj 2012 roku. Wynik rozmów jest powszechnie znany. Nie mogłem zostać jezuitą przez moje problemy ze zdrowiem. Jednak nikt nie zna okoliczności, w jakich zostały podjęte te jakże ważne dla mnie decyzje. W pierwszy dzień, w sobotę 12.05 po rozmowach byłem niemal pewien tego, że wszystko idzie po mojej (niestety, mojej) myśli i zostanę przyjęty. Jednak w niedzielę 13.05 wszystko się zmieniło. Jedna rozmowa z jednym z ojców (były prowincjał) wywróciła wszystko do góry nogami. Sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Komunikat był jednoznaczny: mimo najszczerszych chęci nie przyjmą mnie ze względu na moje zdrowie. Światło nadziei jeszcze się tliło, bowiem nie było ostatecznej decyzji, którą miałem otrzymać kilka dni później.

Muszę powiedzieć, że byłem i nadal jestem bardzo zafascynowany jezuitami, to im zawdzięczam między innymi lepsze poznanie siebie, swojej misji, zrozumienie swojej przeszłości. Można powiedzieć, że ich kochałem, bo mnie bardzo dobrze po ludzku traktowali. Nie czułem się jak w urzędzie, lecz jak w rodzinie. Kiedy więc przyszła ostateczna odmowna decyzja, bardzo ją przeżyłem.

Jednak życie toczyło się dalej, niedługo potem obroniłem licencjat, wybrałem studia magisterskie, przyszły wakacje i dość krótko to wszystko przeżywałem. Jednak zrozumienie tego, dlaczego nie zostałem wtedy przyjęty, przyszło dość niedawno. To wszystko teraz wydaje się jasne. W ubiegłym roku za tym, abym został przyjęty do nowicjatu, było pięciu jezuitów, a dwóch było przeciwnych. Według słów znajomego scholastyka (kleryk jezuicki) dla duszpasterza powołań byłem najpoważniejszym kandydatem do przyjęcia. Tak więc cudem jest to, że nie zostałem przyjęty! Jestem głęboko przekonany, że wtedy Matka Najświętsza również wmieszała się, aby wyszło na wolę Bożą, a nie na moją. Bo gdybym został wtedy przyjęty, nie mógłbym robić tego co teraz. Nie mógłbym napisać książki, prowadzić akcji społecznej. Nie mógłbym pomóc tylu ludziom, ilu pomogłem w minionym roku.

Ten ojciec, były prowincjał powiedział też, że on widzi mnie jako świeckiego apostoła. Wtedy tego nie rozumiałem. Dziś już rozumiem. Rozumiem i pełnię misję świeckiego apostoła, i jestem szczęśliwy! A Matka Boża czuwa nad tym’ abym tę misję i powołanie pełnił według woli Najwyższego! Daje siły i strzeże przed złem.

Tamten roczny okres rozpoczęła Maryja i Maryja go zakończyła. To był cudowny czas mimo tego, że na końcu pozornie przegrałem. A w rzeczywistości wygrałem i wybrałem wolę Bożą. A wybierając wolę Bożą, wybrałem szczęście. Dzięki Matce Bożej, jej czujności i opiece.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłem tym kawałkiem mojej historii, który pozwolił mi pokochać Matkę Najświętszą. Owszem, Matkę Bożą i jej miejsce w Kościele, te wszystkie dogmaty i zdania teologicznie pewne czasem trudno zrozumieć. Wielu z nich i ja nie rozumiem. Nie rozumiem do końca jej tajemnicy i pewnie nigdy nie zrozumiem.

Zresztą kto z nas, facetów rozumie kobiety? Ileż to my się natrudziliśmy, aby je zrozumieć, marnowaliśmy na to czas, pieniądze, wątroby…, ale i tak nic z tego. Nie znam żadnego mężczyzny, który by rozumiał kobiety! Za to znam mnóstwo, którzy nie rozumieją, ale kochają. Sam się do nich zaliczam.

Tak jak kobiet nie należy rozumieć, lecz kochać, tak nie musimy zrozumieć Maryi. Wystarczy, że ją pokochamy. Kochajmy i wraz z Matką Bożą uwielbiajmy Boga, wyśpiewując Magnificat!

wniebowziecie__1_.jpg

 

Komentarze

  1. elik

    Matka Boża Nieustającej Pomocy

    @ Wojtek T. Jałoszyński – Twoja historia wg. mnie  jest przede wszystkim fascynująca i ujmująca, bo szczera i prawdziwa, a nie wydumana, czy celowo spreparowana. A końcową konkluzję odnośnie Matki Bożej i wielu kobiet będących matkami chyba można uzupełnić jeszcze dodatkowym zaleceniem.

    Matkę nie tylko trzeba kochać, lecz również zawsze szanować, oraz warto uważnie słuchać i korzystać z Jej wyjątkowej serdeczności, dobroci, troski tj. uwag, poleceń, rad itp., czy nawet roztropnych i serdecznych upomnień.

    Polecam Tobie Wojtku i wszystkim bliźnim, jako przedmiot regularnej medytacji – ikonę Matki Bożej Nieustającej Pomocy, która sama jest ołtarzem, oraz zapewne owocem pokuty i modlitwy jej twórcy. Ponadto punktem spotkania tajemnicy Boga z rzeczywistością ludzką tj. czymś więcej, niż zwykłym obrazem – przedstawieniem wydarzeń, czy osób.

    Pozdrawiam Ciebie serdecznie – Zbigniew

    Szczęść Boże!

     
    Odpowiedz
  2. Halina

    Panna czy zona?

    " Wreszcie ktoś wyjaśnia mi dlaczego warto mieć swoje małe prywatne nabożeństwo do Maryi Panny." 

    Czy swiadomosc zbawienia, istnienia Boga Zbawiciela, Boga ktory odpowiada na nasze modlitwy wplywa na nasze postrzeganie rzeczywistosci, terazniejszosci i przyszlosci nie wystarcza?

    A slowa Marii: Niech mi sie stanie wedlug slowa twego. Czy to nie brzmi podobnie do pozniejszych slow Jezusa: … wszakze nie jako ja chce, ale jako Ty (Mat. 26,39)? Czy nie dostrzegamy tu wplywu wierzacej matki na takie, a nie inne uksztaltowanie duchowe syna? Zastanawiam sie, jakie wzorce zachowan przejma od nas nasze dzieci…

    A przy okazji, dlaczego Marie ciagle okresla sie "Panna", skoro jak czytamy byla "zona" Jozefa.?

    Podkreslanie ustawicznego dziewictwa jako czegos swietego jest niebiblijne i nie przystajace do idealow tamtych czasow i tamtej kultury. Biblijny ideal kobiety to zona i matka:
     

    A gdy Jozef obudzil sie ze snu, uczynil tak, jak mu rozkazal aniol Panski i przyjal zone swoja. Ale nie obcowal z nia dopoki nie powila syna, i nadal mu imie Jezus (Mat. 1, 24.25).

    Mezowie milujcie zony swoje, jak i Chrystus umilowal Kosciol i wydal zan samego siebie… Dlatego opusci czlowiek ojca i matke swoja i polaczy sie z zona swoja, a tych dwoje bedzie jednym cialem. tajemnica to wielka, ale ja odnosze to do Chrystusa i jego Kosciola. (Efez. 5,25.31-32).

    Maria wskazuje na Jezusa.
    " A trzeciego dnia bylo wesele w Kanie Galilejskiej i byla tam matka Jezusa. Zaproszono tez Jezusa wraz z jego uczniami na to wesele. A gdy zabraklo wina, rzekla matka Jezusa do niego: Wina nie maja. I rzekl do niej Jezus: Czego chcesz ode mnie, niewiasto? Jeszcze nie nadeszla godzina moja. Rzekla matka jego do slug: Co wam powie, czyncie! (Jana 2,1-5).

     
    Slowa samej Marii niedwuznacznie wskazuja, iz z wszelkimi problemami powinnismy zwracac sie bezposrednio do Jezusa i sluchac tylko jego polecen. Maria jest w tym fragmencie jakby w tle, a nie w centrum wydarzen, pragnie wywyzszenia nie siebie, a Jezusa.

    Maria jest dla wspolczesnego chrzescijanina wzorem wiary, gotowosci do poswiecen, wzorem radosci i mocnego osadzenia w Slowie Bozym. Dla wspolczesnej kobiety zas moze byc ponadto wzorem matki i zony.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code