Złe światy i nieczytane książki

 

fot. LearningLarkPowieść My Eugeniusza Zamiatina (1921) przez wiele lat była książką zakazaną w ojczyźnie pisarza. Wersja rosyjska została wydana dopiero w 1989 roku. My to opowieść o świecie matematycznej doskonałości rządzonym przez wszechmocnego Dobroczyńcę – o Państwie Jedynym, którego mieszkańcy żyją w domach ze szkła, przestrzegają wspólnego planu codziennych zajęć, chodzą ubrani w identyczne junify, a zamiast nazwisk mają numery. Dążą do całkowitej unifikacji. W Państwie Jedynym istnieją przedmioty w kształcie książki. Ale po co czytać klasykę, skoro emocje przedstawiane w „kretyńskich starożytnych książkach” są całkowicie niezrozumiałe? Jedynym tematem, który interesuje Δ-503, głównego bohatera, jest matematyka. Sonet „rzadkiej urody i głębi” zatytułowany Szczęście, w którego lekturze się zatraca, jest poświęcony tabliczce mnożenia i brzmi: „W wiecznej miłości dwa razy dwa / Wiecznie w namiętnym cztery się splata. / To najżarliwsi z kochanków świata – / Nierozerwalne dwa razy dwa…”. Najwspanialszym zabytkiem literatury starożytnej jest natomiast Rozkład jazdy kolei, czytany już w szkole przez każde dziecko.

 
Istnieje nieskończona liczba słów bądź liczb, które mogą przybrać postać książki. Ale czy to znaczy, że w Państwie Jedynym one tak naprawdę istnieją? Pytanie, jakie można by tutaj zadać, jest iście piłatowskie: „Quid est liber?”.

W świecie przedstawionym w Orwellowskiej dystopii (Rok 1984, 1949) druk nie stanowi problemu. Nad tym, by treść tego, co opublikowane, zawsze była zgodna z preferencjami władzy, czuwa Ministerstwo Prawdy, którego pracownicy dopisują, usuwają, kompilują fragmenty wszelkich możliwych dokumentów. (Nota bene, Orwell zapewne sobie nie wyobrażał, bo i nie mógł, jak stosunkowo łatwe byłoby zrealizowanie jego wizji w cyfrowej rzeczywistości). Dzieła literackie tłumaczone są na nowomowę. Jako że zapoznanie się z treścią oryginału musi prowadzić do myślozbrodni, nie sposób w trakcie przekładu nie zmienić sensu dzieł literackich. „Pełny przekład mógłby być wyłącznie przekładem ideologicznym (…) Proces tłumaczenia był powolny i żmudny; przewidywano, że zakończy się nie wcześniej niż w pierwszym lub drugim dziesięcioleciu dwudziestego pierwszego wieku. (…) To właśnie głównie dlatego, chcąc dać czas na wstępne opracowanie przekładów, ostateczny termin wprowadzenia nowomowy wyznaczono dopiero na rok 2050”. Książki jako przedmiot w Oceanii zostaną, bo – jak i w Zamiatinowskim My – to nie ich warstwa zewnętrzna stanowią zagrożenia. Czy nadal będzie można je określić tym mianem? Czemu nie. W końcu i dzisiaj wszystko to, co znajduje się w księgarniach, niezależnie od zawartości nadal chętnie nazywamy książkami.

Najsłynniejszą dystopią podejmującą temat książek i cenzury jest 451 stopni Fahrenheita Raya Bradbury’ego (1953). W świecie przedstawionym przez autora nie ma miejsca na refleksję, która towarzyszy lekturze. Bradbury przedstawia społeczeństwo konsumpcyjne, zajęte wyłącznie oglądaniem swojej ściany telewizyjnej, oddające się rozrywce, pogrążone w bezmyślności. Tempo życia wzrasta, nie ma sensu tracić czasu na naukę czegoś „poza naciskaniem guzików”. Czytanie książek może zburzyć wypracowany spokój, może rozwiać złudzenie powszechnej identyczności. Książka jest niebezpieczna – książka to naładowana broń w sąsiednim domu. Priorytetem w przedstawionym świecie jest wygoda. Nie ma tam miejsca na kontrowersje. To, co budzi kontrowersje, należy zniszczyć. „Murzyni nie lubią książki Mały czarny Sambo? Spal ją. Białym ludziom nie podoba się Chata wuja Toma? Spal ją. Ktoś napisał książkę o tytoniu i raku płuc? Fabrykanci papierosów płaczą? Spal ją. Zadowolenie, Montag. Spokój, Montag. Wyrzuć swe troski za okno. A najlepiej do spalarni”.

W Gileadzie, świecie, któremu po przewrocie politycznym nowa władza nadała postać kobiecego – choć nie tylko kobiecego – piekła, nie tylko książki są przedmiotem niedostępnym dla większości społeczeństwa. Z takich przywilejów jak własna biblioteczka (legalna) i wyprawa do lokalu „U Jezebel” (nielegalna) korzystają tylko uprzywilejowani mężczyźni. Komendant, u którego mieszka główna bohaterka, nie jest jednak zachwycony stanem rzeczy, do którego doprowadził między innymi i on. Freda jest zapraszana na nocne schadzki (nielegalne), jednak nie w celach seksualnych (nieoficjalne kontakty erotyczne są zakazane), ale po to, by między innymi grać w scrabble (co, jeśli tylko ktoś by o tym pomyślał, zapewne także byłoby zakazane). Kobieta, którą władza redukuje wyłącznie do roli państwowego potencjalnego inkubatora, z zafascynowaniem przygląda się pokojowi Komendanta, miejscu, które przypomina jej codzienność sprzed lat. „Pod ścianami, wszędzie półki. Pełne książek. Książki i książki, i jeszcze raz książki, dostępne dla wzroku, bez żadnego zamknięcia, bez szafek. Nic dziwnego, że nam tu nie wolno wchodzić, do tego zakazanego przybytku. Usiłuję się nie gapić”. W świecie przedstawionym przez Margaret Atwood w Opowieści podręcznej (1985) kobieta o statusie podręcznej nie może mieć nic ponad wyznaczone minimum. W owym minimum nie mieści się, oczywiście, ani brzytwa, dzięki której można na dobre uciec od życia w piekle, ani książka, dzięki której można uciec choć na chwilę. (…)

Cenzura nie stanowi najlepszego sposobu na zniechęcenie ludzi do określonych książek, ponieważ często odnosi skutek odwrotny do zamierzonego. Mimo to cenzura to metoda stosowana nierzadko przez tę czy inną realną władzę, bo jej wprowadzenie jest banalne. Władza doskonała, bo jedynie wyimaginowana – władza dystopijna i antyutopijna – ma w zanadrzu wiele skuteczniejszych sposobów na doprowadzenie do pożądanego stanu rzeczy. Nie zawsze bowiem chodzi o to, by książki fizycznie nie było. Czasami ma ona stać się jedynie niewidzialna, a co się z tym poniekąd wiąże – niepotrzebna. Zostanie wówczas sporo miejsca czy to na pogrążanie ludzi w otchłaniach strachu przed grozą świata w celu ich skutecznego podporządkowania, czy to na naścienne płaskie ekrany z wszechobecnymi, takimi czy innymi, „ciotkami” i „wujkami” – swoisty must-have każdej szanującej się i troskliwie pielęgnującej głupotę mieszkanek i mieszkańców rzeczywistości. Naszej rzeczywistości, ma się rozumieć, nie wyłączając.

 

fot. LearningLark, rozszerzona wersja tekstu dostępna jest na O dystopiach

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code