Stare i nowe mogą się lubić

Rozważanie na II Niedzielę Adwentu, rok B2
 
 

„Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym” (Mk 1, 8).

Czym różni się Adwent od Wielkiego Postu? Motywami nawrócenia. Podczas przygotowania do Wielkiejnocy chrześcijanie mają powrócić do swych korzeni, przypomnieć sobie chrzest, odnowić to, co przykurzyło się i zmurszało. Sięgają do przeszłości, która tak naprawdę nigdy się nie skończyła.

Natomiast w Adwencie nawrócenie polega na skierowaniu uwagi ku przyszłym wydarzeniom, które również mają pobudzać chrześcijan do działania, do poddania się twórczemu napięciu, rodzącemu przemianę. Bo jak pisał św. Ireneusz z Lyonu, „bycie tworzonym jest istotą natury ludzkiej”. Człowiek, a więc także i świat, w zamierzeniu Boga, nie istnieją jeszcze w pełni. Są w drodze ku temu celowi. „W owym <pomiędzy>, dzielącym i zarazem łączącym pierwsze i powtórne przyjście Chrystusa (…) wszystko jest rozwojem” – jak zaznacza Yves Congar OP.

Interesujące, że nawrócenie, do którego nawołuje św. Jan Chrzciciel w dzisiejszej  Ewangelii, zorientowane jest na to, co dopiero nastąpi, czyli przyjście Mocniejszego. Jan traktuje swoje obecne dzieło jako coś przejściowego, w pewnym sensie prowizorycznego, jako środek, a nie cel,  jako pierwiosnek prawdziwej rewolucji. Wcale nie obstaje przy skostniałym radykalizmie, starych rytuałach, nie każe ludziom naśladować samego siebie: ubierać się w skóry, żyć na pustkowiu i jeść szarańczę; nie próbuje nawet  zakonserwować wszystkiego w formalinie teraźniejszości. Przez swoje rytualne działania wzywa do oczekiwania Tego, który chrzcić będzie Duchem Świętym. Co to znaczy?

Przede wszystkim, że nawrócenie związane jest z nadzieją. Według dzisiejszej Ewangelii stare i nowe styka się w chrześcijaństwie w przedziwnej symbiozie. Stare nie jest ukazane tutaj jako wróg nowego, lecz przygotowuje na przyjęcie tego, co nowe. Kiedy nowość nadchodzi, stare schodzi w cień. Gdy Chrystus się objawia, św. Jan Chrzciciel usuwa się ze sceny.  Z drugiej strony nowe w wielu aspektach przekracza stare, ale nie niweczy go zupełnie.

Chrzest Jana był bardziej znakiem wyrażającym wewnętrzne usposobienie osoby, niż nośnikiem łaski. Chrzest w Duchu Świętym nie zawiera odniesienia do grzechów, chociaż taka interpretacja narzuca się spontanicznie. Zazwyczaj myśli się tutaj o chrzcie świętym i zbyt jednostronnie podkreśla zmazanie grzechu pierworodnego, którego skutki nota bene i tak w sobie nosimy. To jednak zbyt wąska perspektywa. Chodzi raczej o pozytywne przyjęcie łaski, która przemienia.

Według św. Pawła, chrzest w Duchu Świętym to przede wszystkim zawiązanie wspólnoty wyrosłej na gruncie odmiennych języków, kultur i ras. Po drugie, to wylanie darów, które tę wspólnotę mają budować i podtrzymywać. Nawrócenie niewątpliwie zawiera w sobie element oczyszczenia, odrzucenia tego, co uwiera. Ale to jego negatywna strona.   O wiele bardziej istotniejsze jest przyjęcie daru, rozpoznanie tego, co się otrzymało, nazwanie posiadanych darów i ich pomnażanie.  

Spotkanie Jana Chrzciciela z Chrystusem obrazuje więc niegasnące napięcie między tradycją a nowoczesnością. Takie są prawa rozwoju. Próba całkowitego odrzucenia tradycji wiedzie na manowce. Z kolei zamrożenie tradycji i przeszłości w teraźniejszości – tamuje rozwój życia. Napięcie to z całą mocą uwidacznia się również w Kościele, zwłaszcza tam, gdzie pojawiają się nowe charyzmaty. Zwykle z niemałym trudem torują sobie drogę przez gąszcz ociężałości i zakrzepnięcia w statyzmie. Przykład wielu świętych pokazuje, jak niełatwo było im przetrzeć szlak. Napotykali na mur hierarchii, która strzeże, konserwuje, chwilami jest zachowawcza i ostrożna, bo takie jest jej zadanie. Ale ostatecznie prawdziwa nowość, w przeciwieństwie do nowinki kształtowanej przez kaprysy i gusta, znajduje miejsce w Kościele, chociaż nie obywa się bez bólów rodzenia.  

W medialno-politycznej nomenklaturze Kościół od lat próbuje się ująć w widełkach liberalizmu i konserwatyzmu. Mówi się też nagminnie o Kościele zamkniętym i Kościele otwartym. Konserwatysta chwyta się pazurami tego, co sprawdzone, stare, często nie rozróżniając w tym hierarchii priorytetów. Z kolei liberał bądź zwolennik Kościoła otwartego zazwyczaj kładzie nacisk na niemalże bezkrytyczne uwzględnienie ducha czasu zakładając, że pewne rzeczy już dzisiaj nie działają i są przeżytkiem. Spór toczy się jednak o te „pewne rzeczy”. Co jest ponadczasowe, a co chwilowe? Za pomocą jakiego kryterium odróżnić sprawy istotne, których utrata z miejsca przekreśla tożsamość, od  historycznych uwarunkowań, przypadłości, zmiennych form, których przeobrażenie nie narusza samego jądra?

Najczęstszą przeszkodą w przyjęciu nowego jest zachowawczość, lęk przed ryzykiem i zwykłe ludzkie przyzwyczajenie. Wiemy z historii, jak często Kościół uparcie bronił swojej pozycji społecznej, wpływów, takich a nie innych sformułowań prawa, systemu monarchicznego, majątku. Przypomnijmy sobie chociażby trudny wiek XIX, owo zderzenie z rodzącymi się demokracjami, rozkwitem nauki, utratą władzy doczesnej. Chociaż Pius IX walczył zażarcie o utrzymanie status quo, zmiany i tak nastąpiły. Bardziej dotyczyły one jednak sposobu obecności Kościoła w świecie, niż stanowiły rewolucję w dogmatycznych prawdach i wierze.

Skądinąd wiemy, iż Jan też miał wątpliwości co do mesjańskiej tożsamości Chrystusa. Działania Jezusa nie pasowały do wyobrażeń Chrzciciela. Ta konfrontacja z nowością   nie była dla niego pestką. W przejściu tej drogi pomogła mu jednak wydatnie pokora oraz uznanie, że nie on jest pępkiem świata, że nie wszystko rozumie, że nie ma kontroli nad rzeczywistością. Wielu pozornych rewolucjonistów Kościoła padło na placu boju, bo zabrakło im tych cnót. Uwikłali się w błąd niecierpliwości. Chcieli, aby wszyscy wokół działali pod ich dyktando. I to natychmiast. Tak samo błądzili i ci spośród rewizjonistów, którzy  bronili zewnętrznej formy, absolutyzując ją do granic możliwości, jakby Duch Święty nic innego nie potrafił już wymyśleć.

Prawdziwy chrześcijanin jest więc zarówno konserwatywny jak i liberalny. Żyje przeszłością i przyszłością, ale w teraźniejszości. Musi wytrzymać w sobie napięcie wynikające z rozwoju. Czekanie na Chrystusa nie oznacza  więc bezczynne gapienie się w okno i nieróbstwo. Przeciwnie, mając na względzie nadejście nowości, powinniśmy mnożyć talenty, wydawać owoce, robić to, do czego zostaliśmy wezwani i uposażeni mocą „chrztu w Duchu Świętym”.

duch.jpg

Rozważania Niedzielne

Rozważania Rekolekcyjne

 

Komentarz

  1. jorlanda

    Wytrzymać napięcie

    "Wytrzymać napięcie wynikające z rozwoju…"

    Dziękuję za to rozważanie. Zwłaszcza akapit o zapomnianej pokorze rewolucjonistów.

    Życzę odwagi jeszcze większej.

    Pozdrawiam JŁ

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code