Opowieść o zagubionych owieczkach

 
Rozważanie na Wtorek II tygodnia Adwentu , rok A2

tezeusz_adwent_2013.jpg

Dobry pasterz zostawia całe stado, żeby pobiec za tą jedna, która się zagubiła. A jeśli pogubi się ich sporo? Co wtedy robić? Może jakoś zbiorowo zorganizować poszukiwania? Potrzeba wielu pasterzy, ale przynajmniej jeden musi być przekonany, że każdą owieczkę poranioną i słabą trzeba wziąć na ramiona i zanieść do domu.

Będzie to opowieść prawdziwa. Opowieść o jednej owcy i jej rodzinie, ale dobrze wiemy, że takich owiec jest naprawdę sporo.

Była sobie młodziutka owieczka, która się pogubiła i żaden pasterz nie był tym zainteresowany. Samotnie tułając się po manowcach, popadła w alkoholizm. Urodziła małe owieczki. Kochała je bardzo, a w dodatku troszkę się odnalazła, bo Opieka Społeczna łożyła na ich utrzymanie i jakoś szło. Małe jagniątka podrastały i poszły do szkoły. Miały trudności w nauce, bo nikt nie umiał im pomóc, a program szkolny zakładał, że każde uczące się jagniątko ma dobre warunki do nauki, mnóstwo encyklopedii (a z czasem Internet), mądrych rodziców i połowę materiału nadrobi przy ich pomocy w domu.

Szło coraz gorzej. Dzieci powtarzały klasy. Wytykano je palcami. Zaczęły uciekać ze szkoły. Manowce były tuż tuż. Pogubiona mama nie ogarniała tego wszystkiego, nie potrafiła sobie z tym poradzić – i nie miała żadnej konkretnej pomocy (oprócz paczek żywnościowych raz w miesiącu). Któregoś dnia zniknęła z domu, zostawiając dzieci same. Bez pieniędzy, bez jedzenia, chore. Pasterzy akurat nie było w pobliżu, przelotni turyści troszkę pomogli, ale wreszcie wziął się za to Pasterz Państwowy i zabrał malców do Domu Dziecka. I otrzepał ręce, bo przecież z założenia jest to miejsce, gdzie sami dobrzy pasterze nad owieczkami sprawują pieczę.

Mama rozpaczała i najpierw pojawiała się często, a potem coraz rzadziej… Miała przypływy miłości (i poczucia winy) naprzemiennie z odpływami alkoholowymi. Dzieci były w tym wszystkim nieźle pogubione. Dopiero co jako tako nauczyły się dawać sobie radę z tym, co działo się w domu, a oto musiały przystosować się szybko do nowych reguł: unikać starszych, silniejszych kolegów, pilnować swoich rzeczy (nie było kluczy do pokoi), nie narażać się zbytnio wychowawcom, siedzieć kilka dni z rzędu w zamknięciu za karę, podczas gdy przedtem całe miasto było ich. Wiele jeszcze pożytecznych zasad musiały sobie przyswoić, a nie szło to ani szybko, ani bezboleśnie. Bidul to bidul, żeby nie wiem co.

Starsze rodzeństwo (brat i siostra) było gwałtowne i harde. Mieli oboje mocno rozbudowane, a poranione poczucie godności – więc się stawiali. Mieli też dobre serca i swoiste poczucie sprawiedliwości, więc gdy widzieli jakieś nieprawidłowości lub wydawało im się, że widzą, walczyli o młodsze rodzeństwo i o innych pokrzywdzonych. Oczywiście robili to, jak umieli – lżąc, wyzywając, strofując inne owieczki i pasterzy, a słownictwo w tym zakresie mieli bogate. Ręce ich też szybko reagowały – szybciej niż myśl. Podwójny błąd. Odnotowano go jako krnąbrność, agresywność i demoralizowanie młodszych.

Dzieci popełniły pierwsze przestępstwo: brały duże drugie śniadania do szkoły, szły na wagary, do mamy i dawały jej kanapki. Trudno było jej znaleźć pracę, a pieniądze z Opieki zniknęły razem z dziećmi. Starszaki bały się o nią, a jednocześnie spragnione były swobody, toteż uciekały ze szkoły coraz częściej.

Dopilnowanie wypełnienia ich obowiązku szkolnego spadło na placówkę. A nie byli jedynymi uciekinierami i wagarowiczami. Sporo było w Domu takich owieczek, co zamiast do szkoły, zaglądały stęsknione do swoim mam, gdzie według prawa nie powinny zaglądać, bo często były to meliny. Wagarowały nagminnie, gdy tylko było ciepło, bo wszystkie zgromadzone w tym Domu tęskniły za przestrzenią, wolnością, ruchem, przygodą. Nikt nie potrafił temu skutecznie zaradzić; kary nie pomagały, nagród chyba nie było.

Nieumiejętność radzenia sobie w codzienności Domu Dziecka (a kto to potrafi?), niezrozumienie niezawinionych krzywd, lęk o matkę – wszystko to sprawiało, że w dzieciach wzrastał żal, poczucie niesprawiedliwości, głuchy bunt, agresja. Popadały w częste konflikty ze wszystkimi.

Założono im sprawy w Sądzie dla nieletnich owiec: klną, biją innych, uciekają ze szkoły. Szła sprawa za sprawą. Sąd dla nieletnich, policja w Domu Dziecka – przywykały.

Wreszcie starszaki zaczęły uciekać z Placówki. Życie tutaj odbierały jako pasmo udręk. Większość pasterzy narzekała na małe zarobki (co zgodne jest z prawdą), za duże obciążenie pracą (co zgodne jest z prawdą), więc nie angażowała się w dziecięce tragedie. Większość, bo zdarzały się wyjątki: byli dobrzy, kochający pasterze, którzy jak mogli, starali się pomóc; byli specjaliści od traum dziecięcych i od tego, żeby nauczyć tych ciągle zbaczających z drogi powrotu do stada. Wszystko to jednak było nieskuteczne. I wszyscy o tym wiedzieli. Niektórzy widzieli potrzebę sporych reform, ale reformy nie było od nich zależne. Baca naczelny zapracowany, zajęty setką spraw i papierów, finansami i decyzjami, kontrolami i innymi zabiegami nie był w stanie wgłębiać się w każdą tragedię i rozpatrywać każdy przypadek, choć po swojemu próbował. Działy się tez ukryte, podziemne sprawy między samymi podopiecznymi, w których nikt nie mógł pomóc. Poza tym dzieciaki nie wytrzymywały częstego zamykania w granicach budynku (za karę). Więc postanowiły zwiać. Szukała ich policja, szukali inni, ale znaleźć nie mogli.

By temu zapobiec i dopełnić szkolnego obowiązku, postanowiono ich przenieść do Ośrodka Socjoterapeutycznego. Mamie dano do podpisania zgodę na ich przeniesienie zapewniając, że w przeciwnym wypadku pojadą do Poprawczaka… Przestraszyła się i podpisała. Po powrocie z którejs ucieczki-giganta zakuto je w kajdanki i w nocy zawieziono do pobliskiego Ośrodka. Stamtąd też uciekły. Wreszcie wysłano je (tym razem komfortowo, samochodem osobowym) do Ośrodka bardzo odległego, z którego już nie będą mogły uciekać, bo nie ma jak. Zrobiono to „dla ich dobra”. Niestety, nie potrafiły tego docenić, bo nie rozumiały. Zareagowały rozpaczą.

A w Ośrodku jak w Ośrodku – ostro: reżim i dyscyplina. Osobne piętra dla owieczek i baranków, więc rodzeństwo rozdzielono. Odgradzały je zamykane na klucz drzwi między piętrami. Widywały się tylko na śniadaniu i obiedzie. Nieustanny dokuczliwy hałas w domu i w szkole, brak intymności i brak kontaktu wzajemnego sprawiły, że stawały się coraz bardziej zrozpaczone, nerwowe i agresywne. Coraz więcej też otrzymywały kar. Poza tym, gdy jakakolwiek owca coś przeskrobała – karano wszystkie. Zamknięciem.

Nasza dwójka tęskniła za wolnością, za małym bratem i siostrą, za mamą, która nieustannie gubiła się i odnajdywała, potykała i wstawała, zapadała w dół i wygrzebywała z niego. Bardzo się o nią martwiły.

Cały czas oglądały się za dobrym Pasterzem, który je stamtąd zabierze i na ramionach zaniesie do wyśnionego i dobrego DOMU, gdzie mieszkają razem z młodszym rodzeństwem, mama nie pije, ale pracuje, a potem bawi się i śmieje z nimi, razem oglądają telewizję; widują się z przyjaciółmi, chodzą razem do parku, śmieją się, zakochują, broją… i chodzą do normalnej szkoły, w której uczą się zawodu. Tęsknota ich była ogromna. Traumy w Ośrodku i lęk o mamę coraz intensywniejsze, ból oddzielenia od bliskich coraz dotkliwszy. A tak się złożyło, że nawet wówczas, gdy były dni wolne i inni wyjeżdżali z Ośrodka do domów, po nie nikt nie przyjeżdżał. Nie mogły same pojechać do mamy, bo orzeczono, że są opóźnionymi owieczkami i w drodze się zagubią. A dbano przecież o to, żeby się nie zagubiły.

Bardzo chciały przyjechać do swojego miasta na Wszystkich Świętych, chciały odwiedzić groby bliskich. Wszystkie dzieci z Ośrodka wyjechały, a po nich nikt nie przyjechał. Rozpacz, poczucie beznadziejności i tęsknota wzrastały. I nadal rosną.

Ta historia nie ma zakończenia. Nie jest też klarowna i jasna. Kto jest zagubiony? Kto jest ze stadem, a kto samotny? I choć wielu jest pasterzy, a niekiedy i pastuchów, pytanie się na usta ciśnie: gdzie jest Dobry Pasterz?

JEST, jest na pewno! Ale On prosi o nasze ramiona, nasz czas, nasze siły i pieniądze. On bowiem jest także każdą z tych pokrzywdzonych, cierpiących owieczek i prosi, żebyśmy to MY byli dla nich – dla Niego – Dobrymi Pasterzami. Mamy Go naśladować.

UWAGA!

To się dzieje teraz. Konkret jest taki, ze trzeba by po dzieci pojechać do Ośrodka i przywieźć do rodzinnego miasta.

Dyrektor DD obiecał wcześniej, że przyjedzie po nich 20-go grudnia. Wtedy wszyscy podopieczni wyjeżdżają z Ośrodka. Zaczęli odliczać dni do 20-go. A na Mikołajki dostali w prezencie wiadomość, że pojadą dopiero 22-go (niedziela). Dwa dni będą sami w ogromnym Ośrodku. Cztery miesiące nie widzieli rodziny. I niemało wycierpieli się przez ten czas także z innych powodów. I są zdeterminowani, żeby uciec wcześniej, bo ich cierpliwość się wyczerpała. Nie wiem, czy uda się ich powstrzymać… Być może nikt z DD nie może po nich przyjechać 20-go, ale jak im to wytłumaczyć?

PS nr 1. Gdyby znalazł się jakiś Dobry Pasterz, z samochodem, gotów poświęcić swój czas i środki, proszę, niech do mnie napisze…

PS nr 2. Mama właśnie się powoli odnajduje. Poszła na terapię i do pracy. Chce urządzić Święta dla swoich dzieci. Proszę wszystkich o modlitwę, żeby wytrwała.

Rekolekcje Adwentowe Tezeusza 2013

Wykurz.jpg

Rozważania Rekolekcyjne

 

Komentarz

  1. beszad

    Być juhasem…

     Opowieść poruszająca – tym bardziej, że z życia wzięta – wymagająca konkretnych i doraźnych działań. Piszesz, Jolu: "Ta historia nie ma zakończenia. Nie jest też klarowna i jasna. Kto jest zagubiony? Kto jest ze stadem, a kto samotny?" I własnie te słowa stanowią tu chyba jedno z ważnych przesłań tego tekstu. Bo tak łatwo nam przychodzi systematyzować świat – tu są pasterze, tam owieczki. Pasterz (Baca) jest oczywiście tylko jeden, ale my możemy być jego juhasami*. Daj mi, Panie, abym potrafił być dobrym juhasem…

    ___________________

    *Juhas (za Wikipedią) – młodszy pomocnik bacy podczas wypasu owiec w Tatrach. Słowo pochodzi z języka węgierskiego juhász – owczarz.
     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code