O książce „Brudny róż” Kingi Kosińskiej.

 

 

Jestem chrześcijanką. Transpłciową chrześcijanką,

nawet jeśli dla kogoś jest to niedorzeczne, to ja jestem, żyję.

I myślę o Bogu.”

 

Kinga Kosińska

 

O osobach transpłciowych i zjawisku transpłciowości słyszymy coraz częściej w przestrzeni medialnej. Hasła takie jak transseksualizm, Gender, zmiana płci są z pewnością większości ludzi znane, ale nie zawsze właściwie rozumiane. Nie rzadko dyskusja o problemie transpłciowości, jeśli jest już podejmowana to opiera się na zredukowaniu pojęcia płci do płci biologicznej (często bez znajomości jej wszystkich kryteriów). Innym przypadkiem jest przyjmowanie podziału płci jako aksjomatu, czegoś oczywistego, bezspornego i niewymagającego ponownego przemyślenia. Identycznie wygląda dyskusja na temat transpłciowości w Kościele Katolickim. W dyskursie społecznym pomijane jest to co wydaje mi się najważniejsze, czyli życiowe doświadczenia konkretnych osób, nierzadko dramatyczne. Książka Kingi Kosińskiej Brudny róż. Zapiski z życia, którego nie było wydana przez wydawnictwo Nisza, to istotny głos w tej dyskusji. To opowieść o realnej osobie, o mierzeniu się z pogardą, o poszukiwaniu tożsamości i o trudnym procesie samoakceptacji.

 

Życie, które było.

Podtytuł książki Zapiski z życia, którego nie było jest trochę problematyczny lub nawet mylący. Czytelnikowi może się wydawać, że przeczyta zaraz historię zmyśloną. Tymczasem już po lekturze pierwszych stron czytelnik zaczyna rozumieć, że to historia oparta na faktach, historia autentyczna.

Kingę poznajemy jako chłopca, ucznia szkoły podstawowej. Już wtedy była tym „innym” dzieckiem a jak wiadomo, inność łatwo prowadzi do zostania kozłem ofiarnym. Tak też się stało w przypadku chłopca, którego imienia na stronach Brudnego różu nigdy nie poznamy. Dowiadujemy się o nękaniu ze strony rówieśników, o wyzwiskach i grożeniu pobiciem. Autorka opisuje te wydarzenia w taki sposób, że możemy sobie próbować wyobrazić co wtedy czuł chłopiec zaszczuty przez kolegów. Jak sama pisze: „Podstawówka była piekłem i nadal nim jest. Tkwi we mnie to, co tam się wydarzyło.”

Odrzucenie było tym bardziej dotkliwe, że towarzyszyło mu samotność i brak nadziei na pomoc ze strony nauczycieli. Hejt nie ograniczał się jedynie do szkoły. Obraźliwe słowa padały również ze strony sąsiadów i mieszkańców osiedla. Rodzice na początku nie rozumieli z jakimi problemami musi się mierzyć ich dziecko. Kinga jako chłopiec zaczęła się alienować ze społeczeństwa, można powiedzieć że zaczęła ukrywać się przed światem. Unikała zajęć z wychowania fizycznego, uciekała z domu. W końcu pojawiły się pierwsze próby samobójcze. To chyba jeden z najbardziej dramatycznych okresów w życiu autorki.

Okres szkoły podstawowej był czasem odkrywania własnej seksualności i poszukiwania tożsamości. Podobali się jej chłopcy. Fantazjowała o nich. Zadawała sobie pytanie kim właściwie jest. Jedną z odpowiedzi jaka się się nasuwała, było bycie gejem. Ludzie ze względu na delikatną, chłopięcą urodę często używali wobec niej słowa „pedał”. Jednak homoseksualna tożsamość nie była odpowiedzią właściwą. W tym czasie, będąc jeszcze chłopcem zaczęła rozumieć, że jest kobietą. „Skonfliktowaną z życiem, pełną bólu, namiętności kobietą.” Była wtedy jeszcze kobietą bez imienia. W jej pokoju stała gipsowa figurka św. Kingi, którą pewnego razu przywiozła z wycieczki szkolnej. Postanowiła, że będzie Kingą.

Po uświadomieniu sobie kobiecej tożsamości pojawia się pragnienie dostosowania płci psychicznej do płci biologicznej. Cechy męskie, które zaczynają się ujawniać u chłopców w okresie dojrzewania zaczynają Kindze doskwierać. Nie akceptuje siebie jako mężczyzny. Zaczyna się ubierać jak kobieta. Przełomem jest wyznanie swojej matce prawdy o sobie. Razem postanawiają szukać pomocy u specjalisty. Dalej na łamach książki możemy przeczytać o długiej i trudnej walce o korektę płci w oparciu o operację i terapię hormonalną. Proces zmiany płci nazywany jest tranzycją. Szkoda, że autorka na łamach książki nie wyjaśnia tego słowa. Mniej wtajemniczeni mogą się tylko domyślać jego znaczenia. Zaskakujące, a czasem oburzające może być podejście lekarzy, psychologów i seksuologów do problemu korekty płci. Kinga nie może liczyć na takie jakiego oczekuje. Korekta płci kończy się zmianą imienia. Konieczne w tym celu jest orzeczenie sądu a przedtem wymagane przez prawo, jakże upokarzające pozwanie swoich rodziców. Proces samooakceptacji jest trudny i długotrwały. Dowiadujemy się, że transkobiety często cierpią na depresję. Zmiana danych osobowych i zabiegi operacyjne nie rozwiązują w pełni problemu. Według Kingi Kosińskiej dla transkobiet „…najważniejsze jest mozolne odkrywanie siebie. Konfrontowanie naszych wyobrażeń, naszych marzeń o tym jakie chciałybyśmy być, z tym jakie jesteśmy”. Wydawać się może, że proces samooakceptacji osób transpłciowych tak naprawdę nigdy się kończy.

 

Kinga i rodzice.

Czytając książkę nietrudno zauważyć, że bardzo ważni w życiu autorki są rodzice. Byli dla niej wsparciem od samego początku i są nadal. Wychowywali ją w sposób, który nie ograniczał swobody. Oto jak autorka Brudnego różu wspomina postawę swoich rodziców w okresie, gdy była chłopcem: „Jestem wdzięczna rodzicom, za to że mnie nie tresowali. Owszem, wymagali ale była w tym jakaś przestrzeń i wolność. Dawali dom, w którym mogłam się poczuć bezpiecznie i budować swój świat. Nie mając tego azylu i tego luzu, czułabym się absolutnie zagubiona. Oni oprócz tego, że dali mi życie ratowali mi je przez cały czas, bardziej lub mniej świadomie”.

Transpłciowość córki była dla jej rodziców z pewnością wielkim wyzwaniem. W matce miała wsparcie o samego początku. Ojciec potrzebował więcej czasu, żeby zrozumieć i zaakceptować egzystencjalną sytuację córki. Rodzice znają Kingę najlepiej. Kochają ją bezwarunkowo. Jest to miłość odwzajemniona. Na jednej ze stron Kinga pisze o swojej mamie i tacie: „Bóg ich wybrał na moich rodziców. Nie sądzę, by ktokolwiek zdołał udźwignąć to tak dobrze jak oni. Nikt nie wie, ile ich kosztowały moje nastroje, doły klęski, wymówki, złość. Przerobili ze mną pełny zestaw przykrości, a mimo to nadal jestem ich ukochaną córeczką. Stoją za mną murem. Boli mnie to, że nie dam im wnuków, że nie mam jak wypełnić ich starości”.

 

Duchowość osoby transpłciowej.

Ostatnią rzeczą, która zwróciła moją w czasie lektury Brudnego różu szczególną uwagę jest duchowość autorki jak osoby transpłciowej. Wiele opracowań wskazuje, że odsetek ateistów wśród osób transpłciowych jest znacznie większy niż u heteroseksualnych, czy nawet homoseksualnych. Nieuprawione jest jednak stereotypowe podejście, według którego każdy trans, to osoba nieuduchowiona. Skoro wśród osób transpłciowych są osoby wierzące, ma to poważne implikacje dla Kościoła, zwłaszcza w dziedzinie duszpasterstwa. Historia Kingi Kosińskiej, jej poszukiwanie Boga i znajdowanie w Nim oparcia mocno kłóci się z oficjalną nauką Kościoła Katolickiego deklarowaną w oficjalnych dokumentach. A jaka jest to nauka? Nauka, w której więcej jest teoretyzowania na temat transpłciowości i wykorzystywania w swoich teoriach współczesnej genetyki niż pochylenia się nad sytuacją, każdego, niepowtarzalnego transpłciowego człowieka z osobna. Nauka, w której Chrystusowe przesłanie miłości i współczucia ustępuje miejsca filozoficznym aksjomatom płci. Z Brudnego różu dowiadujemy się o głodzie duchowości, o głodzie Boga. Trzeba zrozumieć, że ten głód jest bardzo silnie związany z tożsamością wierzącej osoby transpłciowej. Wiara w Boga pomaga Kindze przypomnieć sobie kim jest, jakie są jej duchowe korzenie. Pomaga odpowiedzieć na pytanie co się liczy w życiu. Jest to prawda, rodzice, świadomość, wewnętrzne ciepło. A to wszystko pochodzi ze źródła jakim jest Chrystus.


Czego nauczyła mnie historia Kingi Kosińskiej?

Poznając historię Kingi Kosińskiej nauczyłem się widzieć człowieka w człowieku. Być może jest to na przekór zamysłowi autorki, która większą część życia poświęciła temu, aby inni widzieli w niej kobietę. Zobaczyć człowieka w osobie transpłciowej to nie lada wyzwanie dla osób wykształconych przyrodniczo. Pozbycie się redukcjonizmu biologicznego wcale nie jest łatwe. Dzięki Kindze stało się to możliwe. Bez poznania jej historii, pewnie nadal patrzyłbym w sposób mocno ograniczony na osoby transpłciowe.

Brudny róż. Zapiski z życia, którego nie było to książka godna polecenia ludziom, którzy w pewnym momencie swojego życia spotykają na swojej drodze osobę transseksualną. Może być cenną pomocą dla rodziców, których dzieci mają problem z tożsamością płciową. Przeczytać powinni tę książkę nauczyciele i wychowawcy, zwłaszcza ci którzy odpowiadają za walkę z przemocą w szkole. Przeczytanie Brudnego różu polecam również duszpasterzom z nadzieją, że odnajdą w niej wskazówki do właściwej posługi duszpasterskiej osobom transpłciowym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze

  1. januszek73

    to skomplikowane :-).

      Kurcze, normalnie nie rozumiem :-), albo inaczej, rozumiem sytuację psycho – biologiczną ale nie rozumiem tego duchowo :-). Już wyjaśniam :-). Tak istnieją osoby, które zewnętrzne cechy są przeciwne do płci biologicznej a takie osoby, często zachowują się przeciwnie do swoich "genów".

        Naoglądam się w aquaparku takich osób a przykuła kiedyś moją uwagę pewna osoba – dziewczyna, która taka była. Z cech żeńskich posiadała ta dziewczyna jedynie włosy :-), wszystko inne wraz z zachowaniem to po prostu "chłopak, nastolatek", nawet chodziła i biegała ta dziewczyna jak chłopak. Bary jak chłop, prawie zero piersi, no i wszystko umieśnione, tylko ta twarz taka inna :-). W końcu nie wiedziałem czy to chłopak, czy dziewczyna :-), ale się domyśliłem.

      No i jest problem i  z pewnością takie osoby wymagają pomocy psychologicznej a czasem (na pewno jest to bardzo niski odsetek) – "operacji zmiany płci".

         Wszystko rozumiem, tylko nie rozumiem jednego – mianowicie tej  "duchowości", zwłaszcza jeżeli jest to katolik lub katoliczka. Nie rozumiem ich podejścia do spraw najważniejszych – grzech – łaska, nie rozumiem dlaczego by chcieli aby pewna dogmatyka katolicka była zmieniana i nie rozumiem dlaczego oni nie rozumieją 🙂 ?, że takie przypadki "transpłciowości" to dosłownie promil, reszta to po prostu zwichrowania psychiczne, które są dziwna a na pewno grzeszne. No i tego nie rozumiem, jak można podważać istnienie grzechu i grzeszności i jak można podważać, to, że kościół posiada piękne narzędzie naprawiania owej, mianowicie sakrament pokuty i pojednania ?

      Przyznam  się bez bicia :-), sam mam pewne problemy ze swoją seksualnością, ale wiem na 100 %, że Chrystus działając poprzej "jego zastępce" ten problem, powoli ale systematycznie naprawia, noo trwa to już dłuuuugo i będzie trwać :-), ale wiem, że On go naprawi. No i tego nie rozumiem, jak można nie rozumieć, że problem, zwłaszcza  w przypadku "czystego homosexualizmu" jest nie do zmienienia ? Jest do zmienienia, ale to wymaga pracy i współpracy z łaską Chrystusa a ta łaska  to jest fundament, który buduje się na: modlitwie, sakramentach, ale przede wszystkim miłości, bo "komu więcej się odpuszcza ten więcej miłuje…………".

      Na koniec wkleję zdjęcie, które wydaje się kontrowersyjne, ale proszę odpowiedzieć na pytanie – czy owa zakonnica, była osobą "transpłciową" ? Nie odpowiem, chociaż wiem :-), tylko na koniec dodam :-), św. s. Faustyno, módl się za nami – amen.

     

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code