Któż z nas nie jest marnotrawnym synem i córką?

„Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone ciele i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a ożył; zaginął, a odnalazł się” (Łukasz)

Homilia *

Jesteśmy ludźmi, mamy prawo pobłądzić, mamy prawo „odejść w dalekie strony”, źle użyć swej wolności, utracić dziedzictwo, mamy nawet prawo zgrzeszyć i chcieć wymierzyć sobie sprawiedliwość. Taka jest cena ludzkiej wolności i konsekwencja naszych słabości. Ale ponad tym prawem, prawem ludzkiej wolności, istnieje prawo ważniejsze: prawo Bożego i ludzkiego miłosierdzia.

Któż z nas nie odnajduje siebie w dzisiejszej Ewangelii! Któż z nas może powiedzieć: „nigdy nie byłem marnotrawnym synem”, „nigdy nie byłam marnotrawną córką”. Który z ojców, któraż z matek nie przeżyli bólu rozczarownia swym dzieckiem i radości powrótu i pojednania? Któż z nas nie okazał się starszym synem potępiającym swego bliskiego za jego upadek? Przypowieść o Marnotrawnym Synu jest historią o nas.

Jakże łatwo możemy zrozumieć bunt młodszego syna, jego pragnienie wolności, przygód, życia po swojemu. Nasz młodzieniec zaszalał, w jakimś ówczesnym Dublinie czy Londynie, przehulał zabrane z domu pieniądzę, przyszło bezrobocie, i stał się jednym z bezdomnych uliczników, żywiących się odpadkami. Z początku był zbyt dumny, by wracać do domu, może się wstydził, wolał sypiać na kartonach, na jakimś londyńskim Victoria Station, coś użebrać, z nadzieją, że w końcu znajdzie jakąś pracę. Ale było coraz trudniej, beznadziejniej, a ludzie z coraz większą pogardą i niechęcią odnosili się do bezdomnego nieudacznika. Pomyślał z goryczą: „ Ja już tego dłużej nie wytrzymam. W firmie mego ojca sprzątaczki mają lepiej. Wrócę, może ojciec się ulituje i da jakąś, choćby lichą, pracę.” Syn czuje się winny, wie, że zawiódł swego ojca, roztrwonił część jego majątku.

Możemy sobie wyobrazić powrót syna: wraca do domu niechlujny, poniżony, zmarnowany, wygłodzony, przegrany, z nietęgą miną. „A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go”. Ojciec, który na pewno boleśnie przeżył rozstanie z synem, jego bunt, który pewnie przewidywał, co go spotka „w dalekich krajach”, ten ojciec każdego dnia i nocy wygłądał powrotu swego syna, dlatego zauważył go, gdy ten był jeszcze daleko. Ojciec jakby nie dostrzega jego niechlujstwa i przegrania, ale w tym dalekim włóczędze, który idzie ze zwieszoną głową, widzi swego ukochanego synka. Któryż z ojców, która z matek nie zna takich uczuć? Któryż z ojców czy matek na dnie upadku swej córki czy syna, nie dostrzeże w nich swego ukochanego dziecka, choćby wszyscy wokół mówili o nim, że jest skończonym draniem czy nieudacznikiem?

Zbłąkany syn zaczyna swoje powitanie: ”Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko Bogu i względem ciebie, i już nie jestem godzien nazywać się twoim synem”. Ale ojciec, jakby tego nie słyszał, i mówi do swych sług: „Przynieście szybko najlepszą suknię i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone ciele i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a ożył; zaginął, a odnalazł się”. Ojciec nie tylko tuli swego syna, czyli okazuje mu swe ojcowskie uczucia, ale przywraca mu synowską i społeczną godność, i chce, by wszyscy dzielili jego radość. Najlepsza suknia, pierścień to oznaki tej synowskiej godności, a uczta jest symbolem powrotu do wspólnoty. Ojciec wie, co jego syn przeżył, wie, że się zabłąkał, że zgrzeszył, ale nie wypomina mu tego, przeciwnie cieszy się jego powrotem, odnalezieniem i jakby zmartwychwstaniem.

Jesteśmy ludźmi, mamy prawo pobłądzić, mamy prawo „odejść w dalekie strony”, źle użyć swej wolności, utracić dziedzictwo, mamy nawet prawo zgrzeszyć i chcieć wymierzyć sobie sprawiedliwość. Taka jest cena ludzkiej wolności i konsekwencja naszych słabości. Ale ponad tym prawem, prawem ludzkiej wolności, istnieje prawo ważniejsze: prawo Bożego i ludzkiego miłosierdzia. Miłosierdzie Ojca ocala człowieczeństwo grzesznika, nie chce go poniżać, karać, nie wymaga nawet doskonałej świadomości grzechu i szlachetnych intencji powrotu: przecież widzimy, że marnotrawny syn z przypowieści, wraca do domu, bo jest po prostu głodny i bez życiowych perspektyw. Ale Ojcu wystarcza sam powrót i świadomość upadku, Ojciec patrzy w głąb serca swego zbłąkanego i nieszczęśliwego dziecka, i wie, że tym, czego ono najbardziej pragnie, nie jest chleb i dach nad głową – choć sa mu potrzebne – ale przebaczenie i przywrócenie mu utraconej godności synowskiej i ludzkiej. Miłosierdzie Boże nie poniża, nie umniejsza, ale przeciwnie: podnosi upadłego człowieka w jego godności, ocala jego największe dobro, jakim jest bycie dzieckiem Bożym.

Zauważmy też, że miłosierdzie różni się i przewyższa sprawiedliwość. Aktem sprawiedliwości ojca wobec marnotrawnego syna mogło być danie mu jakiejś pracy, tak by mógł zarobić na życie i mieć szansę odbudowy choć części utraconego dziedzictwa. Natomiast miłosierdzie idzie dalej: ojciec przywraca synowi nie tylko jego utracone synostwo i – jak możemy się domyślać – część dziedzictwa, ale – i tu jest ta kluczowa różnica – ocala i odbudowuje jego ludzką godność. Czym jest ta ludzka godność? Fundamentalnym poczuciem, że jest się chcianym i kochanym bezwarunkowo, nie za jakieś szczególne zasługi, ale właśnie za to, że jest się człowiekiem i synem czy córką. Nie ma chyba większego nieszczęścia dla człowieka niż utracić godność. Tę godność tracimy nie tyle dlatego, że ponosimy porażkę zawodową czy straty materialne, ale tracimy ją poprzez nasze złe czyny, tracimy ją gdy ciężko grzeszymy. To właśnie grzech niszczy naszą godność, ale nigdy bezpowrotnie. Miłosierdzie Boga, Jego przebaczająca miłość nie tylko gładzi nasz konkretne grzechy, ale przywraca nam ludzką godność, czyli pełnię człowieczeństwa i sprawia, że nasze czyny znów mogą jaśnieć blaskiem dobra.

Starszemu synowi nie spodobało się łaskawe przyjęcie młodszego brata przez ojca. Czyni ojcu wyrzuty: „Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu (…) Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone ciele”. Starszy syn, zawsze posłuszny i bezgrzeszny, okazuje się być duchowo oziębły, jakby brakowało w nim nie tylko miłości do ojca, ale też miłosierdzia w stosunku do swego upadłego młodszego brata. Widzimy więc, że można być posłusznym Bożym przykazaniom, tzw. porządnym człowiekiem i obywatelem, katolikiem, a jednocześnie nie rozumieć, czym naprawdę jest istota Bożej i ludzkiej miłości. Starszy syn grzeszy zawiścią, zawziętością, brakiem przebaczeniem i niewdzięcznością. Okazuje się, że zewnętrzna poprawność życia czy religijnych praktyk, może umacniać w nas pychę i pogardę wobec innych. Doświadczenie osobistego grzechu, boleśnie przekonuje nas, że jesteśmy słabi i potrzebujemy Bożego miłosierdzia. Upadki i porażki życia uczą nas pokory wobec własnych ograniczeń i zdolności do zła oraz współczucia dla upadków i porażek naszych bliźnich.

Możemy powiedzieć, że istotą chrześcijańskiej miłości jest właśnie miłosierdzie, czyli wypływające z miłości przebaczenie drugiemu człowiekowi jego zła i krzywdy, którą wyrządził nam czy innym ludziom. Dzięki miłosierdziu jesteśmy zdolni nie tylko do przebaczenia, ale do ocalenia i odbudowania godności drugiego człowieka. To miłosierdzie sprawia, że drugi człowiek staje się na powrót człowiekiem. Być miłosiernym oznacza nie wykorzystać swej przewagi wobec słabszego czy upadłego, oznacza zrezygnować z należnej nam sprawiedliwości, i wystawić się na ryzyko bólu zdrady i rozczarowań. Możemy uczyć się miłosierdzia. Przede wszystkim otwierając się na miłosierną miłość samego Boga. To właśnie ona pozwala uporać się z naszym osobistym złem i grzechem, doświadczyć pełni naszego człowieczeństwa. Być może tylko ten, kto sam doświadczył miłosierdzia Bożego i ludzkiego, może być miłosierny wobec siebie samego i innych ludzi.

Możemy przypuszczać – choć Ewangelia tego nie mówi – że marnotrawny syn upadnie jeszcze nie raz. Ale te odejścia będą coraz krótsze, bo marnotrawny syn będzie już wiedział, że nie może żyć poza Bogiem, że tylko w domu Ojca ma pełnię swej synowskiej i ludzkiej godności.

Módlmy się, byśmy nigdy, choćby na dnie naszych upadków i niemożności, nie tracili nadziei na powrót do domu miłosiernego Ojca. Módlmy się, byśmy sami dla siebie nawzajem stawali się bardziej miłosierni.

*****

* Znalazłem tekst tej homili z marca 2007 roku przypadkiem. Myślę, że może warto, by wracając z wakacji, urlopów, czy po prostu z lata, rozpocząć ten nowy etap życia od przypomnienia prawdy o naszej ludzkiej kruchości i grzeszności, ale też o nieskończonym miłosierdziu Boga. W życiu nic chyba nie jest ważniejsze niż powrót do Domu Ojca. Jeśli czegoś warto uczyć się w szkole życia i Ewangelii to wpierw właśnie tego.

Wideo homilii cz.I

Wideo homilii cz.II
Andrzej Miszk – Pozostałe blogi i teksty
Mój kanał filmowy w YouTube

 

Komentarze

  1. Anonim

    Ale jest jeszcze “druga

    Ale jest jeszcze “druga strona medalu”. Sytuacja syna marnotrawnego moze prowokowac “synow niemarnotrawnych” do postepowania takiego jak “syn marnotrawny”.A wtedy jawi sie nam totalny bałagan.Wyobrazmy sobie swiat złozony tylko z nich…. Wiec dobrze ze istnieja ci “niemarnotrawni”, ktorzy nie chca opuscic swej drogi. Pamietajmy o nich.

     
    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code