Kościół

Święty ma w sobie coś z rycerza

Z o. prof. Zdzisławem J. Kijasem OFMConv, pracownikiem watykańskiej kongregacji spraw kanonizacyjnych, rozmawiała Jolanta Krasnowska-Dyńka

Jako pracownik watykańskiej kongregacji spraw kanonizacyjnych poznał Ojciec Profesor życiorysy wielu świętych i błogosławionych. Czy jest jakaś cecha, która łączy te wszystkie osoby?

Jest ich bardzo wiele. Jednak wyliczenie wszystkich zabrałoby zbyt wiele czasu i miejsca. Tym niemniej kilka z tych cech jest na tyle istotnych, że należy o nich wspomnieć. Pierwsza, wręcz podstawowa, to żywa wiara w obecność Boga. Bez niej trudno wyobrazić sobie świętość jako doskonałość życia. Świętość nie jest bowiem efektem ludzkich starań. To gotowość na przyjęcie Boga do swojego życia i pozwolenie Mu, by działał, przemieniał, doskonalił myśli i słowa, pragnienia o przyszłości i czyny, zawierane przyjaźnie i znajomości…

Człowiek, licząc wyłącznie na swoje siły i swoją inteligencję, nie byłby zdolny do świętości. Owszem, stać by go było na taki czy inny gest heroiczny, na takie czy inne dobre słowo, przebaczenie. Jednak tylko dzięki Bożej pomocy jest w stanie wzrastać w doskonałości. Drugą cechą, która łączy wszystkich świętych, to szlachetne i mocne pragnienia.

Wychodziły ona zawsze poza szary kontekst rzeczywistości, w której były formułowane. Tak np. św. Maksymilian Kolbe, występując z szeregu w Auschwitz i deklarując gotowość pójścia do bunkra śmierci w miejsce ojca rodziny, żył podwójnym pragnieniem: chciał ratować życie bliźniego i pragnął, aby między ludźmi na nowo powróciły zgoda, szacunek dla życia i godności człowieka. Jego dążenia kłóciły się radykalnie z sytuacją, w jakiej znajdował się ówczesny świat.

Tym niemniej o. Maksymilian nie wyparł się szlachetnych pragnień, był gotów za nie oddać życie. Trzecia cecha to praca. Święci i błogosławieni byli ludźmi wielkiej pracy! To nie osoby leniwe, operujące wyłącznie słowem, ale ludzie gotowi do wysiłku, który często może wydawać się ponad ludzkie siły. Byli chętni do poświęceń, pokuty, umartwień i pracy. To bardzo ważna cecha świętych. Nie było dla nich obowiązków lepszych czy gorszych. Uczyli, że sama praca, nie zaś jakość wykonywanych obowiązków, ma największą wartość. Pracując bowiem, człowiek niejako rzeźbi swoje życie w kamieniu czasu.

Myśląc o świętych, często widzimy ich archetypiczne wyobrażenia: pustelników, kapłanów, siostry zakonne, ludzi poświęcających każdą sferę swojego prywatnego życia na służbę Kościołowi. Kto może zostać świętym?

Każdy. Potwierdza to długa lista osób wyniesionych na ołtarze, którzy należeli przecież do różnych stanów, mieszkali w różnych szerokościach geograficznych. Czego więc potrzeba, aby zostać świętym? Przede wszystkim należy zwalczać zło, oddalać grzech, a rozsiewać wokół siebie i promować Boże dobro. Święty ma w sobie coś z postawy rycerza.

Czy święci mają wady? Z pewnością wielu z nas trudno wyobrazić sobie, że św. Faustyna czy św. Jan Paweł II mieli jakieś słabości…

Słabości są rezultatem charakteru, a wady wynikają z winy człowieka. Święci byli wolni od tych pierwszych, ale mieli ludzkie słabości związane z ich kondycją życia, wiekiem, stanem zdrowia, zmęczeniem itd. Jednak – mimo różnych dolegliwości – nieustannie nad sobą pracowali, rugując swoje ułomności. To właśnie czyni ich wyjątkowymi.

W potocznych rozmowach święci najczęściej występują nie tyle jako pośrednicy w kontakcie z Bogiem, lecz przede wszystkim jako użyteczni pomocnicy w codziennych sprawach: bezpiecznej jeździe samochodem czy szukaniu zgubionych kluczy. Czy takie spojrzenie na świętych jest właściwe? I przede wszystkim – skąd wynikają takie, a nie inne „predyspozycje” poszczególnych świętych?

Każda sytuacja życiowa, w której kieruję swoją myśl w stronę takiego czy innego świętego, wzywając go na pomoc, jest dobra, ponieważ za jego wstawiennictwem zwracam się do Boga. Natomiast jeśli chodzi o „predyspozycje”, to nadają je ci, którzy proszą. Kiedy zostają wysłuchani, robią świętym swoistą reklamę, rozgłaszając, że są skuteczni w takich czy innych ziemskich sprawach.

Tak jest np. w przypadku św. Antoniego, którego uczyniono m.in. ekspertem od rzeczy zagubionych. On sam nigdy za życia nie powiedział, że po śmierci będzie pomagał w szukaniu zgub. Przynajmniej nie znalazłem niczego podobnego w jego pismach, a – jak sądzę – znam je dość dobrze.

Tytuł znalazcy nadali mu wierni, którzy, uciekając się do niego, odkryli, że pomaga odnaleźć coś, co zagubiliśmy w życiu. Podobnie jest ze św. Janem Pawłem II, który staje się patronem kobiet oczekujących potomstwa. Coraz więcej osób twierdzi, iż jest w tej kwestii wyjątkowo skutecznym orędownikiem.

„Wierzę w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, żywot wieczny” – wymieniając podmioty naszej wiary pod koniec Składu Apostolskiego, niekiedy umyka nam rzeczywistość dotycząca świętych, a kryjąca się pod słowami „świętych obcowanie”. Czym ono właściwie jest?

Rzeczywiście często zapominamy o tej ważnej prawdzie wiary, jaką jest świętych obcowanie. Mówi ona, że istnieje realna, chociaż duchowa, czyli widzialna wyłącznie dla oczu wiary, więź między żywymi i umarłymi. Ci ostatni, choć niewidoczni, nadal są pośród nas, wstawiają się za nami, są nam życzliwi, troszczą się o nasze dobro, proszą, aby trudności, jakie spotykamy w życiu, ustąpiły, a przynajmniej, abyśmy umieli je właściwie rozwiązać.

Kościół uczy również, że wraz ze śmiercią następuje koniec tzw. czasu zasługiwania na dobro pośmiertne. Kiedy umieramy, kończy się czas nadziei i zaczyna się już „wizja” tego, co jest po śmierci i wszystko staje się wiadome. Zanim to jednak nastąpi, człowiek w sposób wolny i świadomy może dokonywać wyboru, opowiadając się po stronie Boga lub przeciw Niemu. Z chwilą śmierci ta możliwość dobiega końca. Odtąd człowiek już „wie”, co jest po śmierci, przeżywa już ową rzeczywistość.

Od tej pory może jedynie prosić za żyjącymi. Na czym więc polega obcowanie świętych? Na duchowym połączeniu, jakie istnieje pomiędzy Kościołem walczącym – tutaj na ziemi, cierpiącym – w czyśćcu, triumfującym – w niebie. Wierni na ziemi, w czyśćcu i w niebie są bowiem członkami jednego i tego samego mistycznego Ciała Chrystusa, czyli Kościoła.

Zbigniew Herbert w wierszu „Co robią nasi umarli” pisze o zmarłym ojcu, który we śnie każe synowi pilnować kwiatów w ogrodzie, poleca, aby jego pieniądze rozdać ubogim, podarowuje mu spinki z perłą. Czy uważa Ojciec, że nasi krewni „tam, w górze” interesują się światem, obserwują, co my tutaj porabiamy i troszczą się o nas?

O tym właśnie mówiłem, gdy starałem sie przybliżyć prawdę o świętych obcowaniu. Tak, wierzymy, że zmarli bardzo interesują się światem, a szczególnie tymi, którzy po tej stronie pozostali. Przecież nasza wiara wyraźnie mówi, że śmierć niczego nie kończy, a jedynie zmienia sposób życia. W związku z tym nasi bliscy, którzy odeszli, wciąż nas kochają. Zmienia się jedynie sposób miłowania.

To ważne, byśmy na śmierć spojrzeli również od tej strony. Zazwyczaj opłakujemy zmarłych, przeżywamy żałobę, tęsknimy za nimi. Oczywiście łzy i smutek są potrzebne. Wyrażają, jak bliski był nam człowiek, który odszedł, ale trzeba przede wszystkim pamiętać o tym, że jego miłość do nas i nasza do niego nie umiera.

Jemu wciąż zależy na naszym szczęściu i będzie się o nie modlił „po” śmierci. Wiara mówi więc, że „tam, w górze” mamy mnóstwo mocnych orędowników. Niewiele jednak mogą zrobić, jeżeli nam samym nie będzie zależało, by stawać się lepszymi. Bóg nikogo nie zbawia na siłę, ale oczekuje zgody człowieka.

Mam wrażenie, że w naszej polskiej tradycji Dzień Zaduszny kładzie się cieniem na uroczystość Wszystkich Świętych. Ludzie wyjeżdżają na groby, idą na cmentarze i w ten sposób święci, ci kanonizowani, i ci anonimowi, schodzą niejako na drugi plan. Zgodzi się Ojciec Profesor z tą obserwacją?

Może jest to wynik tego, że wszyscy mamy kogoś, kto zmarł, ale nie wszyscy mamy znajomych świętych. Dlatego wyjeżdżamy na cmentarze, aby zapalić świeczkę na grobie kogoś bliskiego. Myślę jednak, że już samo odczucie, iż ktoś ze zmarłych był nam drogi, czym sugerujemy pośrednio jego dobroć, wskazuje, iż uważamy go za „świętego”.

Oczywiście nie w znaczeniu kanonizowanego przez Kościół, ale „świętego” według naszej kategorii oceny życia drugiego. Fakt, że ludzie udają się na cmentarz, konfrontując się z tajemnicą śmierci, czyli z przemijaniem życia doczesnego, i wiecznością, jest bardzo potrzebny, ponieważ zmusza nas do zastanowienia się nad tym, kim jesteśmy, co stanowi dla nas priorytet w perspektywie śmierci, przemijania. Przypominają nam o tym właśnie święci.

Dziękuję za rozmowę.

Z o. prof. Zdzisławem J. Kijasem OFMConv rozmawiała Jolanta Krasnowska-Dyńka

Źródło: Tygodnika „Echo Katolickie”(Nr. 43. 2016)

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code