Kwartalnik "Homo Dei"

Jak posługiwać się

Jak posługiwać się mieczem słowa Bożego?

Z ks. abpem Józefem Kupnym, ordynariuszem archidiecezji wrocławskiej rozmawiał Piotr Koźlak CSsR

Piotr Koźlak CSsR: Księże Biskupie, mamy w ręku adhortację Evangelii gaudium, kolejny papieski dokument o ewangelizacji. Czy jej treść wnosi coś nowego do dyskursu, który toczy się przecież od lat, a który najkrócej można wyrazić zdaniem: jak coraz owocniej przekazywać orędzie Ewangelii we współczesnych czasach?

Ks. abp Józef Kupny: Właściwie można zapytać, czy po Jezusowym wezwaniu: Idźcie i nauczajcie wszystkie narody potrzebujemy jeszcze kolejnych dokumentów i instrukcji. Tym bardziej że analizując dokładnie słowa Pana Jezusa, zauważamy, iż niosą one o wiele bogatszą treść, niż sugerowałoby ich tłumaczenie. Chrystus powiedział bowiem: Idąc, czyńcie uczniami. [1]

Zobowiązał swoich uczniów, by wciąż byli w drodze, nigdy nie stali w miejscu, czekając, aż ludzie do nich przyjdą. W tym kontekście można powiedzieć, że powinna nam wystarczyć Ewangelia. Tymczasem 1900 lat po wypowiedzeniu tych słów przez Jezusa papież Benedykt XV w pierwszej encyklice poświęconej w całości przepowiadaniu, Humani generis redemptionem, zauważył, że nigdy w historii nie było tylu głosicieli słowa Bożego, a mimo to poziom życia moralnego pozostawia wiele do życzenia.

Przypomnijmy, że ta encyklika została napisana w 1917 roku. Papież zauważył wówczas także, że ten kryzys przepowiadania nie oznacza, iż stępił się miecza słowa Bożego. Oznacza natomiast, że powołani do głoszenia nieumiejętnie się nim posługują. Uznał, że trzeba przypomnieć, jak należy to robić. Tak też odbieram nowy dokument papieża Franciszka: Ojciec święty daje wskazówki, jak we współczesnym świecie posługiwać się mieczem słowa Bożego, by było ono żywe, skuteczne i przenikające człowieka.

Zatem jak można opisać czasy współczesne: czy są łatwe, czy trudne dla ewangelizacji?

Sam dokument mówi, iż nie można twierdzić, że Apostołowie działali w lepszych niż my czasach i że wówczas było większe zainteresowanie Ewangelią albo że głoszenie prawa Bożego spotykało się z mniejszym niż dziś oporem. Jest prawdą to, co napisał papież Franciszek: że nie jest trudniej czy łatwiej, jest tylko inaczej. Na pewno procesy sekularyzacyjne, których jesteśmy nie tylko świadkami, ale i odbiorcami, nie ułatwiają przekazu Ewangelii. Ale nie możemy powiedzieć, że jej głoszenie jest niemożliwe.

Pytaniem pozostaje, jak trafić z nią właśnie do tego człowieka, który jest atakowany słowami i obrazami różnymi od słowa Bożego, a nawet sprzecznymi z nim. Tym bardziej że w kościołach posługujemy się często językiem zbyt teologicznym, hermetycznym, dla wielu ludzi niezrozumiałym. Jest zatem jakiś problem z mówieniem o Bogu, i niestety często ponosimy porażkę. Ale możemy też się pocieszać, ponieważ wielki Apostoł Narodów na ateńskim Areopagu również nie został od razu zrozumiany i przyjęty.

Natomiast chcemy wziąć sobie do serca słowa zawarte w jego Drugim liście do Koryntian: Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia. Dla głosicieli słowa Bożego ważne jest to „teraz”. Każdy czas jest zatem dobry, by głosić Ewangelię. Właśnie nasze, obecne czasy to dzień zbawienia.

Mówiąc o ewangelizacji, zarówno papież Franciszek we wspomnianej adhortacji, jak i Benedykt XVI – w homilii na rozpoczęcie Roku Wiary – pisali, że miejsca ewangelizacji to dziś miejsca pustynne, ponieważ doszło do duchowego spustynnienia.

Również Jan Paweł II w Ecclesia in Europa opisywał obecne miejsca ewangelizacji jako pustynię. Papież porównał współczesnych Europejczyków do spadkobierców, którzy roztrwonili spadek i żyją bez duchowego zaplecza. W efekcie tego bardziej boją się przyszłości, niż jej pragną. Są zagubieni, zdezorientowani, niepewni, pozbawieni nadziei, dręczy ich pustka i brak poczucia sensu życia.

Jednocześnie Ojciec święty podkreślił, że człowiek nie może żyć w ten sposób. Życie bez nadziei stałoby się na dłuższą metę nie do zniesienia. I tutaj wskazywał na szansę: umiejętne pokazanie Jezusa Chrystusa jako źródło nadziei, która nie przemija. Podobnie widzi to papież Franciszek, kiedy pisze, że wychodząc od doświadczenia pustyni, można na nowo odkryć radość wiary i jej duchowe znaczenie. Jest jednak jeden mały szkopuł: na pustyni nie można się ukryć, nie można udawać. Wtedy z człowieka wychodzi to, co w nim jest. I to dotyczy też głosicieli słowa

Patrząc na Kościół w Polsce, bo jego życie i problemy najbardziej nas interesują, trzeba zwrócić uwagę na fakt, że mimo bardzo wysokiego odsetka ochrzczonych i wielu kapłanów obszary pustynne ciągle się rozszerzają. Nie jest tak różowo i nie można wciąż pocieszać się tym, że Kościoły Europy Zachodniej są w gorszej sytuacji.

Tak, jest to niewątpliwie negatywne zjawisko. Musimy na pewno przyznać się do wielu zaniedbań, może i braku gorliwości ze strony kapłanów, ale także wierni muszą zadawać sobie pytanie, jak to się dzieje, że wiary jest w nich coraz mniej, i każdy – bo sprawa wiary, ewangelizacji dotyczy każdego wierzącego – powinien czuć się za taki stan Kościoła odpowiedzialny.

Głoszenie Ewangelii w obecnych czasach, jak i w poprzednich wiekach, napotyka różne trudności. Wydaje się, że od początku życia demokratycznego w Polsce wyrosła dosyć istotna trudność, a mianowicie Kościół (od biskupów, przez kapłanów, rodziny, małżeństwa, do młodych ludzi) został podzielony ze względu na opcje polityczne. Przynależność partyjna bardzo dzieli – bardziej dzieli, niż wiara łączy – i wzbudza często duże negatywne emocje. A docierać z Ewangelią trzeba do wszystkich, bo jest ona niezmienna i kierowana do każdego człowieka niezależnie od sympatii politycznych.

Na pewno w ostatnich latach nie sprawdziła się formuła, że na ambonie mówimy, na kogo głosować, albo biskupi wskazywali konkretne osoby, które winny nas reprezentować we władzach państwowych. Takie zachowania były przez wiernych odbierane bardzo źle. Wierni wyrażali sprzeciw albo poprzez głosowanie („na złość”) na kogoś innego, albo przez wychodzenie z kościoła lub nieprzychodzenie doń. Punktem wyjścia zatem jest zawsze mówienie o Bogu, Ewangelii i odpowiednie przekładanie tych prawd na życie codzienne.

Odwołam się znowu do Listu do Koryntian. Św. Paweł prosi, by wśród chrześcijan nie było podziałów, by byli jednego ducha i jednej myśli, i krytykuje postawę, którą wyraża słowami: Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa. To, że chrześcijanie mają różne poglądy polityczne i różne spojrzenie na sprawy społeczne, nie jest problemem. Problem pojawia się wtedy, gdy polityka jest przedkładana nad Ewangelię, i to do tego stopnia, że jedni odmawiają innym prawa do nazywania siebie chrześcijanami.

Z drugiej strony zawsze było i jest napięcie między mówieniem prawdy a lękiem, by nie utracić wiernych. Nie jest łatwe takie głoszenie Ewangelii, by być jej wiernym, a nie kierować się względami ludzkimi, frakcjami politycznymi.
A doświadczenie pokazuje, że jeśli redukuje się prawdę, jeśli nie mówi się pełnej prawdy, to prędzej czy później utraci się tych, którzy chodzą do kościoła.

Tym bardziej że papież Franciszek ukazuje rolę pasterza w różnych, często skomplikowanych sytuacjach pośród jego owiec. Raz trzeba być na przedzie, innym razem jakby pośród nich, a są chwile, gdy trzeba stanąć niejako obok, ale po to, by móc lepiej ocenić, jak mam się zachować w konkretnych, często trudnych sytuacjach. Co wiernym powiedzieć i jak to dobrze wyrazić, by nie umniejszyć prawdy Ewangelii.

Gdy myślimy o owocnym głoszeniu Ewangelii, to najczęściej w pierwszym rzędzie myśli się o różnych środkach zewnętrznych, które mogłyby posłużyć lepszemu dotarciu do ludzi. Papież jednak wskazuje na coś innego: jeśli chcesz owocnie głosić, to najpierw musi być odnowa osobistej wiary. Pisze, że wszelka odnowa Kościoła w istocie polega na wzrastaniu w wierności swemu powołaniu.

Tak, dlatego że głosiciel, który jest blisko Boga, jest najbardziej autentyczny. Wiemy dobrze, że ludzie potrzebują w pierwszym rzędzie świadka, a nie nauczyciela. Najlepszym teologiem ewangelizacji w Piśmie Świętym jest św. Łukasz, a jego Ewangelia i Dzieje Apostolskie wskazują wyraźnie, iż wszelkie działania ewangelizacyjne rozpoczynają się od momentu zesłania Ducha Świętego. Co więcej – proszę porównać opis zstąpienia Ducha na Jezusa w czasie chrztu w Jordanie oraz na wspólnotę zebraną w Wieczerniku. W obu przypadkach pojawia się często pomijany przez wielu szczegół: modlitwa. Duch zstępuje na tych, którzy się modlą. On nie przychodzi jako skutek naszego wysiłku.

Jest darem Boga. Dzięki mocy Ducha głoszone słowo jest słowem Bożym. Papież Franciszek słusznie podkreśla, że głosicielami powinni być ludzie nie tyle o odpowiednich predyspozycjach zewnętrznych, ile o walorach duchowych. Ten, kto chce skutecznie głosić Ewangelię, przede wszystkim nie powinien bać się przeznaczać dużo czasu na jej adorację i medytację: Bez dłuższych chwil adoracji, modlitewnego spotkania ze słowem, [nasze] zadania zostają łatwo pozbawione sensu, a my czujemy się osłabieni z powodu zmęczenia i trudności i zapał gaśnie – bardzo trafnie zauważa papież Franciszek. A dodać można jeszcze jeden ważny fragment: Najlepszą motywacją, by zdecydować się głosić Ewangelię, jest jej kontemplowanie z miłością, zatrzymanie się na jej kartach i czytanie je z sercem.

Ojciec Prado Flores, znany ewangelizator, mówi, że nie powinni ewangelizować ci, którzy nie mają doświadczenia spotkania z Chrystusem.
Każdy, kto głosi Ewangelię, doświadcza, że tak naprawdę to Bóg prowadzi nas w naszym mówieniu. My oczywiście musimy się przygotowywać, czynić wszystko, co powinniśmy zrobić, ale zdajemy sobie sprawę, że jeśli codziennie nie doświadczamy intymnego spotkania z Nim, wszystko staje się płaskie i puste. Osobiście także zauważam, że gdy mówię np. do kleryków w seminarium, wyczuwam, że oni nie chcą, bym im przedstawiał tylko mądre tezy teologiczne albo by biskup mówiący do nich posiłkował się cytatami z tekstów soborowych, ale oczekują przede wszystkim, by mówić o swoim doświadczeniu życia z Bogiem.

Księże Biskupie, głoszenie Ewangelii to m.in. przepowiadanie słowa Bożego w formie kazań, konferencji, homilii. Papież Franciszek przypomina bardzo jasno kryteria homilii i zachęca do ich stosowania. Na ile jest możliwe, by wprowadzić je w rzeczywistość polskiego Kościoła?

Wyczytałem kiedyś u ks. Kudasiewicza, że wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, iż Eucharystia to liturgia słowa i liturgia eucharystyczna. Przepisy jasno określają materię liturgii eucharystycznej, i gdyby ktoś ją zmienił, popada w kary. Ten wybitny biblista sugerował, że podobnie rzecz powinna wyglądać w przypadku tych, którzy zmieniają materię liturgii słowa. I nie miał na myśli takich nadużyć jak zastępowanie tekstów Pisma Świętego fragmentami „ciekawych” książek, ale także lekceważenie przepisów, które mówią, czym jest homilia i co powinna zawierać. Może nie byłbym aż tak rygorystyczny, ale od samego początku na kursie homiletycznym w seminarium trzeba uświadamiać przyszłym sługom słowa niezwykle istotną sprawę, jaką jest homilia podczas Mszy św.

Co do sytuacji w polskim Kościele – dobre głoszenie jest możliwe, ale na pewno potrzeba większej wrażliwości na słowo Boże. Dobre, owocne głoszenie homilii na pewno zaczyna się, jak już wspomnieliśmy, od kontemplacji słowa Bożego. Jeśli miałaby ona być stosunkowo krótka, jak sugeruje papież Franciszek, a jednocześnie odkrywać główne przesłanie tekstu, to na pewno wymaga to jeszcze większego przygotowania, także modlitewnego.

Słowo Boże głoszone jest od ponad dwóch tysięcy lat na całym świecie. Najczęściej w parafiach. Papież jednak stwierdza, że nie przyniosło to jeszcze wystarczających owoców. Gdzie zatem leży przyczyna tej nieskuteczności głoszonego słowa?

Przede wszystkim trzeba coraz mocniej mówić o tzw. preewangelizacji. To pojęcie pojawiło się u Pawła VI w Evangelii nuntiandi, ale jakby przykrył je kurz. Przeszło bez echa. Tymczasem z lektury adhortacji papieża Franciszka wynika wyraźnie, iż preewangelizacja stanowi ogromną szansę na docieranie z Ewangelią do współczesnego człowieka. Paweł VI nazywał ją milczącą ewangelizacją, ewangelizacją początkującą i niepełną. Chrześcijaństwo jest dziś często postrzegane jako rzecz dobrze znana, przebrzmiała historycznie, przestarzała i niegodna wiary. Chodzi o to, by w parafiach zastanowić się, jak stworzyć odpowiednie warunki do zwiastowania i przyjmowania Ewangelii tak, by ludzie zupełnie nie zainteresowani Transcendencją otworzyli się na głoszone słowo.

Recepta jest jedna: w parafiach, miastach chrześcijanie najpierw powinni być obecni, nawiązując relację i wchodząc w dialog z ludźmi dobrej woli, służąc potrzebującym i współdziałając ku dobremu także z tymi, którzy określają się jako niewierzący. W takiej dopiero sytuacji może się pojawić okazja do dawania świadectwa. Poza świadectwem indywidualnym potrzebne jest świadectwo całego Kościoła, który ma ukazywać Jezusa jako źródło życia i nadziei, pokoju i jedności, a samo chrześcijaństwo jako religię dla wszystkich.

A może powodem nieskuteczności przepowiadania jest brak jedności głoszenia z wrażliwością na ubogich? Papież Franciszek prosi, by ubodzy we wspólnocie Kościoła czuli się jak u siebie. O „wyobraźni miłosierdzia” mówił św. Jan Paweł II. Może bez opcji na rzecz ubogich głoszenie Ewangelii staje się niezrozumiałe? Można zauważyć, że w historii Kościoła wielcy kaznodzieje byli blisko ubogich.

To jest dla Kościoła w Polsce ogromne wyzwanie. Papież przybył do Rzymu z osobistym doświadczeniem życia z ubogimi i daje temu świadectwo od momentu swego wyboru. Historia, nie tylko w Polsce, ale w wielu krajach, potwierdza prawdę, że prześladowaniom i nowinkom teologicznym, z których powodu opustoszały świątynie, oparł się przede wszystkim Kościół ludzi ubogich. Oni mieli w sobie ten szczególny sensus fidei, który pomógł im trwać przy prawdach wiary i nie poddać się pokusom łatwego czy fałszywego życia katolickiego.

W tym miejscu chciałbym nawiązać do fragmentu adhortacji, który mówi o roli pobożności ludowej. Często jest ona źle rozumiana i odbierana, zwłaszcza w miastach. Jest niebezpieczna czy może raczej jest siłą ewangelizacji?

Dla wszystkich, którzy czytali adhortację, odpowiedź jest oczywista. Papież, przywołując Dokument z Aparecidy, nazywa pobożność ludową „duchowością” albo „mistyką ludową”, a cytując Benedykta XVI – „cennym skarbem Kościoła katolickiego”. Poza tym wiele razy mówi w Evangelii gaudium o zmyśle wiary, jaki ma wspólnota. Co więcej, przejawy pobożności ludowej nazywa (w numerze 126) nawet „miejscem teologicznym”.

Niezwykłe słowa! – bo przecież trzeba je rozumieć dosłownie, a nie w przenośni. Bardzo spodobały mi się słowa 31. punktu tej adhortacji, które mówią, że biskup niekiedy stanie z przodu, aby wskazać drogę i podtrzymać nadzieję ludu, innym razem zwyczajnie stanie pośród wszystkich ze swą prostą i miłosierną bliskością, a w pewnych okolicznościach powinien iść za ludem, aby pomóc tym, którzy zostali z tyłu, a przede wszystkim dlatego, że sama owczarnia ma swój węch, aby rozpoznać nowe drogi. One pokazują, że miejsce pasterza może być różne, ale on cały czas jest pasterzem, nawet jeśli idzie za owcami. To znaczy, że zarówno biskupi, jak i wspólnota ochrzczonych mają być wierni prawdzie. Zmysł owiec może inspirować albo korygować zmysł pasterza.

Ewangelia powinna być i jest głoszona w wielkich miastach i w wioskach. Czy w miastach inaczej niż w wioskach lub na peryferiach?

To jest bardzo ważny problem, bo sytuacja w ostatnich dekadach istotnie się zmieniła. W mieście żyli dawniej ludzie wykształceni, pracownicy różnych zawodów umysłowych, a w wioskach ludzie trudniący się przede wszystkim pracą fizyczną, rolnictwem itp. I inaczej trzeba było mówić w kościołach miejskich, a inaczej poza wielkimi ośrodkami. Od jakiegoś czasu coraz więcej ludzi wykształconych buduje swoje domy poza miastem i oni oczekują niebanalnej „strawy duchowej”. Biskupi stają często przed dużym wyzwaniem: muszą skierować inteligentnych kapłanów nie tylko do wielkich ośrodków duszpasterskich, ale także na wsi duszpasterzami powinni zostać kapłani, którzy spełnią podwyższone oczekiwania wiernych.

Może trochę dziwić, że papież w dokumencie o ewangelizacji wspomina o przykazaniach kościelnych. Jednak wyraźnie sugeruje, że należałoby nie tyle zapytać o ich sens, ile poddać je pewnej weryfikacji.

Papież Benedykt XVI pisał kiedyś, że tym, co przeszkadza nam w wierze chrześcijańskiej, jest ciężar wielu twierdzeń, które nagromadziły się w ciągu stuleci i które teraz domagają się naszej wiary. I dodał, że paradoksalne jest to, iż ludzie mają ogromne pragnienie wiary, a jednocześnie odczuwają ją jako ciężar.

Ciekawe wydaje się porównanie przykazań do znaków drogowych. One się zmieniają w zależności od natężenia ruchu czy sytuacji na drodze, ale służą jednemu: żebyśmy spokojnie i bezpiecznie dotarli do celu. Gdy ktoś jedzie samochodem, nie wpatruje się w znaki. Dostrzega je kątem oka i dzięki temu wie, co może go spotkać, jaką prędkość powinien zachować, na co by przygotowanym. To jest życie chrześcijanina – Bóg chce, żebym był szczęśliwy. Celem życia tu na ziemi jest szczęście wieczne. Przykazania są podpowiedzią, w którym kierunku i jak iść.

Czy w sytuacji Kościoła w Polsce zmienianie w ostatnich latach tekstu przykazań i niezwykle ścisłe określanie, co które oznacza, było konieczne?

Tak, można zauważyć problem. Nie wiem, czy po zmianie brzmienia pięciu przykazań wierni na pewno nauczyli się ich na pamięć. Wydaje mi się, że wykładnia zarówno Bożych, jak i kościelnych przykazań jest stosunkowo prosta, i myślę, że w sercach wielu wiernych powstało niepotrzebne zamieszanie.
Podobnie było z ostatnim komunikatem, znoszącym obowiązek postu i zabaw w piątek poza okresem Wielkiego Postu.

Myślę, że stało się tak, że przez niektórych wiernych, którzy przestrzegali dotychczasowych zasad życia chrześcijańskiego w piątek, komunikat został odebrany jako niepotrzebny i zbyt pochopny. Można mieć wątpliwości, czy nagminnie organizuje się śluby i wesela w piątek. Zdarzają się oczywiście sytuacje, gdy ze względu na pokrywanie się terminów, zbyt małą liczbę sal balowych jest konieczność przesunięcia uroczystości ślubno-weselnych z soboty na piątek. Ale nie sądzę, by było to nagminne. Chyba lepiej za każdym razem dać dyspensę niż wprowadzać ogólną zasadę.

Jeśli już rozmawiamy o piątku, czy nie sądzi Ksiądz Biskup, że lepiej byłoby się zająć np. rozszerzeniem przeżywania postu piątkowego, w którym nie tylko, jak dotychczas, ograniczalibyśmy się do niejedzenia mięsa i wędlin, ale byłaby możliwość różnorodnych, innych aktów postnych, które wyrażałyby ducha pokuty w ten szczególny dzień? Czy w episkopacie rozmawia się na ten temat, który wielu proboszczów bardzo podkreśla?

Jest to niewątpliwie ciekawa propozycja. Niestety, nie słyszałem, aby była o tym mowa w episkopacie. Przypomnę jednak, że każdy wierny ma prawo do podejmowania z pobożności różnych aktów pokuty.

Na koniec naszej rozmowy chciałem zapytać o najważniejsze wydarzenia w archidiecezji wrocławskiej w ostatnim roku. Na które z wielu chciałby Ksiądz Biskup zwrócić szczególną uwagę?

Było ich rzeczywiście wiele, i trudno dokładnie każde charakteryzować, a dla mnie powodem do radości jest fakt, iż większość z nich inspirują ludzie świeccy. Tak było z głośną akcją „Stop seksualizacji naszych dzieci”, kiedy niewielka grupa rodziców postanowiła informować innych o planowanych zmianach w systemie edukacji.

Akcja rozrosła się tak, że przyłączyło się do niej kilkaset osób. Ciekawą inicjatywą są odbywające się cyklicznie spotkania „Fides et ratio”. Stanowią one swego rodzaju „dziedziniec pogan”, gdzie każdy może zabrać głos w dyskusji, np. na temat początku świata. One pokazują, że między wiarą a nauką nie ma żadnej sprzeczności.

Dalej: tysiące ludzi we wszystkich parafiach naszej archidiecezji brało udział w peregrynacji papieskiego krzyża. Wędrówka tej niezwykłej relikwii – krucyfiksu, który św. Jan Paweł II trzymał w dłoniach w ostatni Wielki Piątek swojego życia – połączona była z rekolekcjami i dniami skupienia w parafiach.

Przygotowała nas ona w jakimś stopniu do kanonizacji Papieża Polaka. Warty zauważenia jest też Kongres Ewangelizacyjny i trwający przez cały tydzień Jarmark Cudów, kiedy członkowie różnych wspólnot na ulicach, pomiędzy blokami, na osiedlach, placach, rynku wystawiali etiudy ewangelizacyjne, organizowali koncerty muzyki chrześcijańskiej, rozmawiali ze spotkanymi ludźmi o Bogu. A to tylko niewielki wycinek tego, co dzieje się w archidiecezji wrocławskiej. Cieszę się, że dzieje się tak wiele.

Przypis:
1 Mt 28,19: Poreuthentes, mathēteusate (przyp. red.).

Z ks. abpem Józefem Kupnym, ordynariuszem archidiecezji wrocławskiej rozmawiał Piotr Koźlak CSsR

Źródło: Kwartalnik „Homo Dei” (03. 2014)

<img height="214" alt="okladka548.jpg" width="150" src="http://portal.tezeusz.pl/wp-content/uploads/2015/11/HD_3_2014_okladka-1.jpg"

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code