Książki Wydawnictwa Vocatio

Boży przemytnik

Boży przemytnik

Br. Andrew oraz John i Elizabeth Sherill

Wydawnictwa Vocatio

Przedmowa

Nikt nie ma wątpliwości, że kraje, które kiedyś stanowiły Związek Radziecki i jego satelickie imperium komunistyczne, nie są już tymi samymi krajami co kiedyś. Są otwarte nie tylko na turystów, ale i na nowe prądy myślowe.

W czym należy szukać źródła takich zmian? Eksperci wskazują na dziejową rolę czynników politycznych i gospodarczych. Ginie jednak wśród tych analiz, jakby niezauważony, jeden bardzo ważny drobiazg. Jest nim działalność garstki zwyczajnych ludzi — a początkowo nawet tylko jednego człowieka — którzy także mieli swój znaczący udział w zmianie biegu historii.

Kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy Andrew, natychmiast wiedzieliśmy, że chcemy opisać jego historię. Był tylko jeden kłopot. Wiele z dziejących się wówczas wydarzeń musiało pozostać tajemnicą, aby nikogo nie narażać. Nawet w tej części książki, która relacjonuje to, co jest już teraz historią, trzeba było zmienić pewne fakty. W większości przypadków nie mogliśmy użyć prawdziwych nazwisk bohaterów; kamuflażu wymagały niektóre miejsca i daty. Oczywiście musieliśmy
też unikać podawania szczegółów co do techniki przemytu i przekraczania granic.

Jednak nawet przy takich ograniczeniach pozostawała historia tak jedyna w swoim rodzaju, tak ludzka i znacząca dla przyszłości nas wszystkich, że byliśmy przekonani o konieczności przekazania jej nawet w takiej postaci.

Andrew wychował się w typowej holenderskiej wiosce jako syn kowala. Jego ojciec bardzo się starał, aby utrzymać rodzinę i przyzwoicie wychować dzieci mimo niezbyt wysokich dochodów z pracy, jaką miał. Na początku lat pięćdziesiątych Andrew sądził, tak jak wszyscy, iż władza komunistów nad trzecią częścią świata to potężne wyzwanie dla naszego pokolenia.

I jak my wszyscy, wiedział, że blok komunistyczny jest dla Zachodu niedostępny, a już na pewno dla kogoś takiego jak on — pojedynczej osoby nienależącej do żadnej organizacji. Jak my wszyscy był świadomy, że nie można sobie ot tak pojechać do Związku Radzieckiego, Węgier, Albanii czy Chin i zacząć głosić tam odmienny sposób życia.

Ale w tym miejscu jego historia staje się już zupełnie niepodobna do historii kogokolwiek z nas…

1

Dym i skórki od chleba

Już od dnia, kiedy założyłem swoje pierwsze chodaki — w Holandii nazywamy je klompen — marzyłem o bohaterskich czynach. Byłem szpiegiem poza liniami wroga, samotnym zwiadowcą na nieprzyjacielskim terytorium. Przeczołgiwałem się pod zasiekami, a kule rozrywały powietrze nad moją głową.

Oczywiście w Witte — moim rodzinnym miasteczku — nie mieliśmy żadnych prawdziwych wrogów — przynajmniej nie w czasach, kiedy byłem bardzo mały. Musieliśmy więc być wrogami nawzajem między sobą. My, dzieci, biliśmy się naszymi klompen; jeśli ktoś oberwał drewnianym butem, znaczyło to, że nie zdążył w porę sięgnąć po swój. Pamiętam, jak kiedyś złamałem drewniak na głowie mojego kolegi-wroga Keesa. Najbardziej przeraził nas wtedy nie ogromny guz na jego czole, ale fakt zniszczenia buta. Zapomnieliśmy o wojnie przy próbie naprawy chodaka. Jest to jednak umiejętność przychodząca dopiero z czasem. Dlatego też owego wieczora mój ciężko pracujący ojciec-kowal musiał przyjąć również rolę szewca. Tego dnia wstał już o piątej rano, żeby podlać i wyplewić ogród, który pomagał mu wyżywić szóstkę dzieci. Potem jechał na rowerze prawie 7 kilometrów do pracy do Alkmaar. A teraz musiał spędzić wieczór nad moim butem: najpierw należało wywiercić od góry otworek, przeciągnąć przez niego drut, potem przymocować drut gwoździami po obu stronach i powtórzyć to wszystko na wysokości pięty, żeby dziecko miało w czym iść jutro do szkoły.

— Andrew, musisz bardziej uważać! — powiedział ojciec swym donośnym głosem.

Był prawie głuchy i raczej krzyczał niż mówił. Doskonale rozumiałem, o co mu chodziło — nie o to, bym starał się nie robić krzywdy kolegom, ale o to, bym bardziej dbał o wypracowane z trudem przedmioty.
W moich chłopięcych fantazjach pojawiała się często jako wróg pewna rodzina z Witte — nazywali się Whetstrowie.

Dlaczego uwziąłem się właśnie na Whetstrów, nie wiem. Pamiętam tylko, że to oni jako pierwsi w miasteczku zaczęli napomykać o możliwej wojnie z Niemcami, co nie było w Witte tematem lubianym. Byli poza tym żarliwymi chrześcijanami i ich powiedzenia: „niech cię Bóg błogosławi” i „jeśli Pan zechce” brzmiały obrzydliwie potulnie w uszach tajnego agenta tej marki, co ja. W mojej wyobraźni mieli więc status wroga.

Pamiętam, jak kiedyś przechodziłem pod oknem ich kuchni, akurat kiedy pani Whetstra wkładała ciastka do pieca. Stała tam wtedy, oparta o frontową ścianę domu, szyba okienna przygotowana do wstawienia w miejsce starej. Podsunęło mi to pewien pomysł. Oto wspaniała szansa, żeby sprawdzić, czy wiecznie uśmiechnięci Whetstrowie potrafią się wściec tak samo, jak inni Holendrzy. Wziąłem szybę i przekradłem się ostrożnie na tyły kwatery wroga. Dom Whetstrów, jak każdy dom we wsi, miał drabinę prowadzącą na kryty strzechą dach. Zsunąłem z nóg klompen i ruszyłem w górę. Po cichutku położyłem płasko szybę na otworze komina. Potem ześliznąłem się po drabinie i przeskoczyłem na drugą stronę ulicy. Tam znalazłem sobie stanowisko obserwacyjne, ukryty za wózkiem handlarza rybami.

Dym oczywiście cofnął się w dół kominem. Wypełnił kuchnię i zaczął płynąć kłębami przez otwarte okno. Pani Whetstra wpadła do kuchni z okrzykiem. Szarpnięciem otworzyła drzwiczki pieca i próbowała rozpędzić dym, machając fartuchem. Pan Whetstra wybiegł na zewnątrz i popatrzył na komin. Jeśli spodziewałem się wiązanki soczystej, holenderskiej prozy, to spotkało mnie rozczarowanie, ale wyraz jego twarzy, kiedy piął się w górę po drabinie, oddawał zupełnie przyziemne uczucia. Poczytałem to sobie za wspaniałe zwycięstwo, odniesione pomimo przytłaczającej przewagi wroga.

Innym ulubionym wrogiem był mój starszy brat Ben. Był on, jak zwykle się to zdarza wśród starszych braci, mistrzem w zamianie jednej rzeczy na drugą, w tzw. zamieniankach. Cały kąt naszego wspólnego pokoju na poddaszu, nad głównym piętrem domu, zajmowały skarby, które kiedyś należały do mnie lub do innych dzieci, tylko że jakoś nie mogliśmy sobie przypomnieć, co dostaliśmy od Bena na zamianę. Jego najważniejszym skarbem była skarbonka-świnka — niegdyś
własność naszej siostry Maartje. Ben trzymał tam grosiki zarobione bieganiem na posyłki dla burmistrza lub pracą w ogrodzie panny Meekle, naszej wychowawczyni szkolnej. Coraz częściej podawano wiadomości o wydarzeniach w Niemczech i w moich fantazjach Ben został niesamowicie bogatym niemieckim producentem broni. Pewnego dnia, kiedy był poza domem zajęty zarabianiem dalszych grosików, zdjąłem jego skarbonkę z półki, wsunąłem nóż w szparę i odwróciłem
świnkę do góry nogami. Po mniej więcej piętnastu minutach dokonywania cudów zręczności tuż pod okiem wartowników w brunatnych koszulach, patrolujących posiadłość producenta, zdobyłem na wrogu prawie guldena.

Ta część wyczynu była łatwa. O wiele gorzej przedstawiała się sprawa spożytkowania mej zdobyczy. Gulden to fortuna dla dziecka w naszym miasteczku — gdybym się pojawił w sklepie ze słodyczami z taką ilością pieniędzy, z pewnością zaczęto by mi stawiać pytania.

„Mam! A co będzie, jeśli powiem, że je znalazłem?!” Następnego dnia w szkole podszedłem do nauczycielki i wyciągnąłem rękę.

— Proszę zobaczyć, co znalazłem, panno Meekle. Panna Meekle wolno wypuściła z płuc powietrze.

— Ależ Andrew, tyle pieniędzy u dziecka?!

— Czy mogę je sobie zostawić?

— Nie wiesz, czyje to?

Nawet na torturach nie wydarto by ze mnie prawdy.

— Nie, proszę pani. Znalazłem je na ulicy.

— W takim razie musisz je zanieść na policję, Andrew. Tam ci powiedzą, co masz z nimi zrobić.

Policja! Tego się nie spodziewałem. Po południu z obawą i drżeniem zaniosłem pieniądze do samego bastionu prawa i sprawiedliwości. Gdyby w naszym ratuszu naprawdę miało siedzibę gestapo, nie byłbym bardziej przerażony. Wydawało mi się, że skradzione pieniądze świecą wszystko mówiącym blaskiem. Ale najwidoczniej uwierzono w to, co mówiłem, bo naczelnik policji napisał moje nazwisko na kopercie, włożył do niej pieniądze i powiedział, że jeśli w ciągu roku
nikt się nie zgłosi po nie, będą należeć do mnie.

W ten sposób rok później wybrałem się do sklepu ze słodyczami. Ben wcale nie odczuł braku swoich oszczędności; to popsuło mi zabawę. Nie doznałem „słodyczy” sabotażu poza liniami wroga, cukierki miały bowiem mdły smak pospolitej kradzieży.

Myślę, że moje marzenia o niezwykłych zdarzeniach, moje ciągłe fantazjowanie było między innymi środkiem ucieczki od dźwięku radia matki. Mama była półinwalidką. Choroba serca zmuszała ją do spędzania większości dnia w fotelu i pociechę przynosiło jej w tym radio. Ustawione było ciągle na to samo miejsce — na stację ewangeliczną z Amsterdamu. Czasami nadawano stamtąd pieśni, czasami kazania, ale zawsze było to (dla mnie) — coś nudnego.

Dla mnie — nie dla mamy. Religia była jej życiem. Byliśmy biedną rodziną, nawet jak na standardy Witte; mieliśmy najmniejszy dom w miasteczku. Jednak do naszych drzwi przychodził niekończący się strumień żebraków, wędrownych kaznodziejów, Cyganów, którzy wiedzieli, że zawsze będą mile widziani u stołu mojej mamy. Takiego wieczoru ser kroiło się cieniej, zupę rozrzedzało wodą, ale gość musiał zostać przyjęty.

Oszczędność była w religii mojej mamy równie ważna jak gościnność. W wieku czterech lat umiałem obierać ziemniaki bez milimetra straty. Kiedy miałem siedem lat, ziemniaki przeszły pod opiekę mojego młodszego braciszka Corneliusa, a ja awansowałem na odpowiedzialne stanowisko czyściciela butów. Nie były to nasze codzienne klompen, ale skórzane buty niedzielne i jeśli para nie przetrwała piętnastu lat, traktowano to jako katastrofę gospodarczą. Mama mówiła, że buty mają lśnić tak, żeby kaznodzieja w kościele musiał mrużyć oczy.

Ponieważ mama nie mogła dźwigać, pranie robił co tydzień Ben. Ubrania trzeba było wkładać i wyciągać z balii, ale samo pranie polegało na pompowaniu wody drewnianą rączką, która uruchamiała zespół kijanek. Ten cud techniki był dumą naszego domu. Kolejno zmienialiśmy Bena przy rączce, pchając i pociągając ciężki kij, dopóki nie zabolały nas ręce.

Jedynym członkiem rodziny, który nie miał żadnych obowiązków, był nasz brat Bastian. Bastian, starszy dwa lata od Bena i sześć lat ode mnie, nigdy nie nauczył się robić tego, co umieją inni ludzie. Spędzał dni stojąc pod olchą, przy drodze na grobli, patrząc na idących ludzi. Witte było dumne ze swoich olch — w naszym kraju mało jest drzew. Przy każdym domu stała jedna, ich gałęzie spotykały się, tworząc nad drogą zielony baldachim. Z jakiegoś powodu Bas nigdy nie stał pod
naszą olchą. Jego posterunek był pod trzecim drzewem od domu — tam Bas spędzał cały dzień, dopóki ktoś z nas nie przyszedł po niego, żeby zabrać go na kolację.

Myślę, że po mamie kochałem Basa najbardziej ze wszystkich ludzi na świecie. Przechodząc obok jego drzewa, mieszkańcy miasteczka wołali do Basa „hej, Bas!” i otrzymywali w odpowiedzi cudowny, nieśmiały uśmiech. Przez lata słyszał to tyle razy, że w końcu zaczął powtarzać i były to jedyne słowa, jakich nauczył się w swoim życiu.

Jednak choć Bas nie umiał mówić ani nawet sam się ubrać, miał pewien dziwny i niezwykły talent. W naszym pokoju stołowym, podobnie jak w większości holenderskich domów lat trzydziestych, stała mała fisharmonia. Tata, jako jedyny z rodziny, który umiał czytać nuty, zasiadał wieczorami na małej ławeczce i przyciskając nogami pedały pompujące powietrze, grał pieśni ze starego śpiewnika kościelnego, a my śpiewaliśmy do wtóru.

Wszyscy oprócz Basa. Gdy tylko zabrzmiała muzyka, Bas kulił się i wpełzał pod klawiaturę, przyciskał się do ściany instrumentu, unikając nóg taty. Oczywiście gra taty była chropawa i pełna pomyłek, nie tylko dlatego, że nie słyszał muzyki, ale również przez to, że w ciągu lat uderzania młotem o kowadło jego palce zgrubiały i zesztywniały. W niektóre wieczory, tak się nam czasami wydawało, uderzał tyle
samo dźwięków fałszywych, co dobrych.

Dla Basa nie miało to znaczenia. Przywierał do wibrującego drewna z uniesieniem na twarzy. Stamtąd gdzie był, nie mógł oczywiście widzieć, w jakie klawisze ojciec uderza albo za które gałki pociąga.
Tymczasem Bas wstawał nagle i delikatnie popychał ramię taty.

— Hej, Bas! Hej, Bas! — mówił.

I tata wstawał, a Bas zajmował jego miejsce na ławeczce. Najpierw zawsze odprawiał pewne ceregiele ze śpiewnikiem, naśladując tatę — przewracał kartki i zwykle ustawiał w końcu książkę do góry nogami. Wtedy zezując na stronice — podobnie jak tata — zaczynał grać. Od początku do końca przegrywał pieśni, które grał tego wieczoru ojciec. Ale nie grał ich tak samo jak on — z wahaniem, niezdarnie, pełne dysonansów. Bas odgrywał je doskonale, bez żadnej pomyłki,
tak nieskończenie pięknie, że ludzie przystawali pod oknami, żeby posłuchać. W letnie wieczory, kiedy drzwi na ulicę były otwarte, pod naszym domem gromadził się mały tłumek, a wielu osobom łzy płynęły po twarzy. Bo kiedy grał Bas, to jakby anioł zasiadł przy organach.

Wydarzeniem tygodnia było oczywiście wyjście do kościoła. Witte leży na polderach — ziemi, którą odebrała morzu praca pokoleń Holendrów* — i jak wszystkie miasteczka na polderach zbudowane jest wzdłuż grobli. Ma tylko jedną ulicę, prowadzącą z południa na północ po grobli. Domy to prawdziwe wyspy — każdy stoi na oddzielnym pagórku ziemi, połączonym z ulicą małym mostkiem przerzuconym nad kanałem odwadniającym. A na przeciwległych krańcach miasteczka, wzniesione na najwyższych pagórkach, górujących nad wszystkimi innymi, stoją dwa kościoły.

W Holandii wciąż istnieje pewna niechęć między katolikami a protestantami — pozostałość z czasów hiszpańskiej okupacji. Przez cały tydzień właściciel sklepu rybnego prowadzi miłe pogawędki z właścicielem sklepu z artykułami żelaznymi, ale w niedzielę właściciel sklepu z rybami kroczy wraz z rodziną na północ do kościoła katolickiego, a właściciel sklepu z artykułami żelaznymi wyrusza z rodziną na południe do kościoła protestanckiego i mijając się po drodze, nie przyznają się do siebie nawet skinieniem głowy.

Nasza rodzina była szalenie dumna ze swoich protestanckich tradycji. Mojemu ojcu musiało, jak sądzę, bardzo podobać się to, że nasz dom stał akurat na północnym krańcu miasteczka, co pozwalało nam każdej niedzieli demonstrować na całej jego długości, że kroczymy we właściwym kierunku.

Ze względu na głuchotę ojca, w kościele zawsze siedzieliśmy w pierwszej ławce. Ławka była za krótka, by pomieścić całą rodzinę, a ja starałem się zostawać w tyle, przepuszczając najpierw mamę, tatę i rodzeństwo. Potem musiałem się wycofywać, żeby „znaleźć wolne miejsce”. Miejsce znajdowałem zwykle daleko poza drzwiami kościoła. Zimą ślizgałem się po zamarzniętych kanałach na moich drewnianych klompen. Latem chodziłem na pola i siedziałem czasem tak nieruchomo, że wróble siadały mi na ramionach i delikatnie dziobały w uszy.

Swego rodzaju instynktem wyczuwałem dokładnie, kiedy nabożeństwo miało się skończyć i wślizgiwałem się w kąt kościelnego przedsionka akurat w chwili, gdy zaczynali opuszczać go pierwsi „męczennicy”. Stawałem w pobliżu kaznodziei, który ani razu nie spostrzegł mojej nieobecności, i słuchałem uwag, jakie ludzie wypowiadali o jego kazaniu. W ten sposób poznawałem treść i temat kazania,
a czasem nawet historie, jakimi je ilustrował.

To zadanie było niezwykle ważne, bo bez niego nie mógłbym przejść przez najważniejszy etap cotygodniowej przygody. W Holandii jest taki zwyczaj, że po nabożeństwie znajomi schodzą się w domach. Spotkania te nie mogą się obejść bez trzech typowych elementów: kawy, dymu z cygar i szczegółowej dyskusji na temat dzisiejszego kazania. Mężczyźni z naszego miasteczka mogli pozwolić sobie na owe długie, czarne cygara tylko raz w tygodniu. Co niedziela żony parzyły
mocną, czarną kawę, a mężczyźni wyjmowali cygara i zapalali je z wielkim namaszczeniem. Nawet dzisiaj, kiedy poczuję zapach kawy zmieszany z dymem z cygar, serce bije mi mocniej — to woń kojarząca się z obawą i napięciem, czy uda mi się po raz kolejny sprawić na rodzicach wrażenie, że byłem w kościele?

— Wydaje mi się, że kaznodzieja cytował Ewangelię według św. Łukasza 3,16 także i w zeszłym miesiącu — mówiłem, dobrze wiedząc, że nie cytował, ale sugerując w ten sposób wszystkim, jak dobrze pamiętam tekst kazania. Albo:

— Niezła była ta historia o politykach, prawda? — wykorzystywałem urywek zasłyszanej rozmowy. — Burmistrz musi być wściekły.

Moja strategia przynosiła mi stuprocentowe sukcesy. Dzisiaj rumienię się na myśl, jak rzadko chodziłem do kościoła, kiedy byłem mały. Rumienię się jeszcze bardziej na wspomnienie, że moja ufna, prostoduszna rodzina nigdy niczego nie podejrzewała.

*

W roku 1939 cały kraj zrozumiał to, co Whetstrowie rozumieli od początku — niemieckie plany podboju dotyczyły również Holandii. U nas w domu rzadko się wtedy o tym myślało. Bas był chory; lekarz powiedział, że ma gruźlicę. Mama i tata przenieśli się na materac do pokoju stołowego. Przez wiele miesięcy Bas leżał w ich maleńkiej sypialni, kaszląc i kaszląc. Topniał w oczach, w końcu zostały tylko
skóra i kości. Jego cierpienie było o tyle straszniejsze od cierpienia normalnej osoby, że nie mógł nam powiedzieć, co czuje.

Pamiętam, jak pewnego dnia, tuż po moich jedenastych urodzinach, wśliznąłem się do pokoju, w którym leżał chory Bas, kiedy mama była zajęta w kuchni. Wchodzenia do tego pokoju surowo nam zabraniano, bo choroba była zakaźna. Ale tego właśnie chciałem. Jeśli Bas miał umrzeć, ja też nie chciałem żyć. Przytuliłem się do niego i pocałowałem wiele razy. W lipcu 1939 roku Bas umarł, a ja pozostałem zdrowy tak samo jak przedtem i czułem, że Bóg zdradził mnie podwójnie. Dwa miesiące później, we wrześniu, rząd ogłosił powszechną
mobilizację. Tym razem mama pozwoliła przełączyć swoje radio na wiadomości. Nastawiliśmy je najgłośniej, jak było można, ale tata i tak nie słyszał. Moja młodsza siostrzyczka Geltje stanęła wtedy przy odbiorniku i przekazywała mu, krzycząc, najważniejsze fakty.

— Tato, powołano wszystkie jednostki rezerwowe!

— Zarekwirowano wszystkie prywatne samochody!

Pod wieczór zaczął się tłok na drogach — niekończący się korek, który miał być odtąd charakterystyczną cechą miesięcy poprzedzających inwazję. Każdy samochód w Holandii wyjechał na drogę. Zdawało się, że tyle samo ludzi jedzie na północ, co na południe. Nikt nie wiedział, gdzie ma się podziać, ale próbował dotrzeć tam najszybciej, jak tylko mógł. Dzień po dniu, ubrany w workowate spodnie i luźną bluzę, wystawałem pod drzewem, gdzie stawał kiedyś Bas i patrzyłem. Nikt wiele nie mówił.

Tylko pan Whetstra zdawał się mieć odwagę, by ubierać w słowa to, o czym wszyscy wiedzieliśmy. Nie rozumiałem, dlaczego teraz tak bardzo mnie do Whetstrów ciągnęło, ale częściej zdarzało mi się ostatnio przechodzić pod znajomym oknem kuchennym.

— Dzień dobry, Andrew.

— Dzień dobry, pani Whetstra.

— Mama cię po coś wysłała? Ciastko dobrze ci zrobi — wzięła talerz z ciastkami i przyniosła go do okna.

Pan Whetstra podniósł głowę znad stołu.

— A, to nasz mały Andrew. Co, wyszedłeś popatrzyć z bliska na mobilizację?

— Tak, proszę pana — z jakiegoś powodu wolałem schować ciastko za plecami.

— Andrew, musisz modlić się za swój kraj codziennie. Czekają nas bardzo ciężkie czasy.

— Tak, proszę pana.

— Co mogą zrobić ludzie z pukawkami przeciwko czołgom i samolotom?

— Tak, proszę pana.

— Oni tu przyjdą, Andrew, ze swoimi stalowymi hełmami, defiladowym krokiem i nienawiścią. I wszystko, co nam zostanie, to modlitwa — pan Whetstra podszedł do okna i oparł się o parapet. — Czy będziesz się modlił, Andrew? O odwagę, żebyśmy zrobili wszystko, co możemy, a gdy już zrobimy wszystko — byśmy wytrwali. Czy będziesz się o to modlił, Andrew?

— Tak, proszę pana.

— Dobry chłopak — pan Whetstra wyprostował się. — No to biegnij dalej.

Ale kiedy odwróciłem się i poszedłem dalej ulicą, pan Whetstra zawołał do mnie.

— Możesz zjeść to ciastko. Wiem, że nasz stary piec czasem okropnie dymi, ale odkąd wstawiłem nową szybę, wszystko jest już w porządku.

*

Tej nocy, leżąc w swoim łóżku na poddaszu, zacząłem myśleć o panu Whetstrze. A więc wiedział cały czas. Ale nic nie powiedział mojemu ojcu, jak zrobiłby to każdy inny dorosły w miasteczku. Zastanawiałem się, dlaczego. Zastanawiałem się też nad jego zachętą do modlitwy. Co to pomoże?! Bóg nigdy nie słucha. Jeśli Niemcy naprawdę mieli tu przyjść, to planowałem dla nich o wiele gorsze rzeczy niż modlitwę. Zasnąłem, marząc o śmiałych wyczynach, jakich dokonam, występując w pojedynkę przeciwko najeźdźcy.

*

W kwietniu w Witte zrobiło się tłoczno od wygnańców z polderów leżących dalej na wschód. Mieszkańcy Holandii sami niszczyli swoje groble, pozwalając, by woda zalewała ziemie wydzierane po centymetrze przez stulecia morzu, a wszystko po to, aby spowolnić marsz armii niemieckiej. Każdy dom, oprócz naszego, bo był na to za mały, przyjął bezdomną rodzinę z zalanej ziemi, a mama gotowała im zupy dniem i nocą.

Ale Niemcy nie przyszli od strony lądu. Pierwsze samoloty pojawiły się nad Witte w nocy 10 maja 1940 roku. Spędziliśmy tę noc w pokoju stołowym, przytuleni do siebie, nie śpiąc. Przez cały następny dzień widać było samoloty i słychać wybuchy — bombardowano małe lotnisko wojskowe położone 4 kilometry dalej. Tak minęły moje dwunaste urodziny, nikt o nich nie pamiętał, nawet ja.

Potem Niemcy bombardowali Rotterdam. Spiker radia „Hilversum”, którego słuchaliśmy od czasu mobilizacji, płakał, czytając wiadomości. Rotterdam nie istniał. W ciągu godziny miasto zniknęło z powierzchni ziemi. To był Blitzkrieg — błyskawiczna wojna. Następnego dnia Holandia się poddała.

Kilka dni później do Witte przyjechał radiowozem mały, gruby niemiecki porucznik i zamieszkał w domu burmistrza. Towarzyszyła mu garstka żołnierzy, w większości starsi mężczyźni; Witte nie było dość ważne, by zasługiwać na doborowe oddziały.

Przez jakiś czas rzeczywiście realizowałem swoje fantazje o walce w ruchu oporu. Często zdarzało się, że nocą, kiedy zegar miejski wybił drugą, ześlizgiwałem się boso po drabinie z poddasza. Wiedziałem, że matka mnie słyszy, bo jej regularny oddech zatrzymywał się na chwilę, kiedy przechodziłem obok sypialni rodziców. Ale nigdy mnie nie zatrzymywała. Nie pytała też następnego ranka, co stało się z drogocennym, bo skąpo racjonowanym cukrem. Całe miasteczko miało uciechę,
kiedy służbowy samochód porucznika zaczął niedomagać. Świece były zanieczyszczone, silnik się blokował. Niektórzy mówili, że w baku na benzynę jest cukier, inni uważali, że to niemożliwe.

Żywności zabrakło w miastach wcześniej niż w rolniczych osadach, takich jak nasza. Także i to wykorzystałem w mojej dziecięcej wojnie z Niemcami. Pewnego upalnego dnia pierwszego wojennego lata wypełniłem kosz kapustą i pomidorami i poszedłem 7 kilometrów do Alkmaar. W sklepie mieli tam jeszcze zapas przedwojennych sztucznych ogni, a wiedziałem, że chętnie przyjmą warzywa.

Starałem się je sprzedać jak najdrożej, by kupić jak najwięcej sztucznych ogni. Potem włożyłem je do kosza i położyłem na wierzchu przywiezione w tym celu kwiaty. Właściciel sklepu patrzył na mnie w milczeniu i po chwili nagle zdecydowanym ruchem sięgnął pod ladę i podał mi wielką, czerwoną petardę.

— Nie mam już więcej warzyw.

— Lepiej się pospiesz, żebyś wrócił do domu przed godziną policyjną.

Tej nocy w Witte deski podłogi na poddaszu znowu skrzypiały i znowu mama wstrzymywała oddech. Boso wyśliznąłem się w noc. Patrol czterech pieszych żołnierzy posuwał się ulicą na północ w stronę naszego domu, omiatając światłami latarek każdy mijany budynek. Kiedy ich kroki przybliżały się, oddaliłem się od drzwi i przywarłem do bocznej ściany. Gdy już przeszli, przebiegłem potem przez mostek dzielący nasz dom od drogi na grobli i popędziłem w stronę domu
burmistrza. Eksplodować ogromną petardę pod drzwiami porucznika w czasie, gdy patrol jest na drugim końcu miasteczka, to prosta sprawa. Ale ja byłem żądny większych przygód. Biegałem najszybciej w miasteczku i pomyślałem sobie, że mogę mieć świetną zabawę, kiedy ci starzy ludzie w ciężkich butach będą próbowali mnie złapać. Nie przypuszczam, żeby któryś z nich miał więcej niż pięćdziesiąt lat, ale wówczas w moich oczach wydawali się starcami.

Wyczekałem więc aż do momentu, gdy patrol powracał w moją stronę. Kiedy dochodzili już do domu porucznika, zapaliłem lont i rzuciłem się do ucieczki.

— Halt!

Znalazłem się w kręgu światła latarki i usłyszałem trzask odbezpieczanego karabinu. Nie pomyślałem o tym, że mają broń! Biegłem dalej ulicą zygzakiem. Wtedy wybuchła petarda i na ułamek sekundy odwróciła uwagę żołnierzy. Rzuciłem się w bok na pierwszy napotkany mostek, przebiegłem przez ogród i padłem na ziemię, dając nura w kapustę. Polowali na mnie prawie godzinę, krzycząc do siebie chropawymi sylabami po niemiecku, aż w końcu dali spokój.

Uniesiony tym sukcesem, zacząłem rzucać pociski w biały dzień. Pewnego dnia wyszedłem z ukrycia prosto na żołnierza. Uciekać znaczyło przyznać się do winy. Jednak w rękach trzymałem dowody przestępstwa; w lewej miałem sztuczne ognie, w prawej zapałki.

— Du! Komm mal hier!

Zacisnąłem ręce na sztucznych ogniach. Bałem się schować je do kieszeni płaszcza — to będzie pierwsze miejsce, w jakie zajrzy.

— Hast du einen Feuerwerkskoerper explodiert?

— Feuerwerks? Ależ nie!

Chwyciłem zaciśniętymi rękami brzegi płaszcza i rozpostarłem go szeroko, żeby mnie obszukał. Żołnierz przeszukał wszystko od szerokich spodni po czapkę. Kiedy odwrócił się z niechęcią, sztuczne ognie w moich rękach były mokre od potu.

*

W miarę jak okupacja się przeciągała, mnie też znużyły moje zabawy. W pobliskich wioskach rozstrzeliwano zakładników i palono domy w odpowiedzi na prawdziwy ruch oporu, który tężał i nabierał kształtu. Żarty o Niemcach przestały śmieszyć.

Holandia pełna była onderduikers (dosłownie: „nurków”) — mężczyzn
i chłopców ukrywających się przed wywiezieniem na roboty do Niemiec. Ben, szesnastoletni w chwili wybuchu wojny, „zanurkował” na farmie w pobliżu Ermelo już w pierwszym miesiącu i przez pięć lat nie mieliśmy o nim żadnych wiadomości.

Posiadanie radia było przestępstwem przeciw nowej władzy. Ukryliśmy odbiornik mamy w szparze pod pochyłością dachu i wślizgiwaliśmy się tam pojedynczo słuchać holenderskojęzycznych audycji z Anglii. Później, kiedy zastrajkowała kolej holenderska, odmawiając udziału w wywózce Żydów, ukrywaliśmy w tej dziurze nawet kolejarzy i oczywiście samych Żydów, szukających noclegu w drodze na
wybrzeże.

Gdy Niemcom zaczęło brakować ludzi, wycofano nawet żołnierzy stacjonujących w Witte. Potem przyszły słynne łapanki. O różnych porach dnia i nocy ciężarówki wpadały nagle do miasteczka, blokując z obu krańców groblę, a oddziały żołnierzy penetrowały wszystkie domy w poszukiwaniu zdolnych do pracy mężczyzn. Jeszcze zanim skończyłem czternaście lat, musiałem na widok każdego niemieckiego munduru uciekać na poldery wraz z innymi mężczyznami i chłopcami. Biegliśmy przez pola — nisko schyleni, przeskakując przez kanały, w stronę mokradeł za torami. Grobla kolejowa była za wysoka, żeby przez nią przechodzić, na pewno by nas dostrzeżono. Zanurzaliśmy się więc w płynący pod nią szeroki kanał i wychodziliśmy po drugiej stronie przemoczeni, zdyszani i drżący z zimna. Pod koniec wojny nawet mały Cornelius i głuchy tata musieli brać udział w biegach na mokradła.

Pomiędzy łapankami życie było przygnębiającą walką o przetrwanie. Elektryczność przysługiwała tylko Niemcom. Bez elektryczności nie mogły pracować pompy, dlatego woda deszczowa stała głęboko na polderach. Domy oświetlaliśmy lampami olejnymi, do których olej wyciskaliśmy sami z nasion kapusty. Nie było węgla, Witte ścięło więc swoje olchy. Drzewo Basa ścięto drugiej wojennej zimy.

Ale najgorszym wrogiem, gorszym nawet niż chłód i żołnierze, był głód. Byliśmy nieustannie, uporczywie, beznadziejnie głodni. Wszystkie plony rekwirowano na front, gdy tylko zostały zebrane. Ojciec uprawiał ogród tak samo starannie jak zawsze, ale większość zbiorów przypadała Niemcom. Przez kilka lat nasza sześcioosobowa rodzina żyła na racjach dla dwóch osób.

Początkowo uzupełnialiśmy żywność z przydziału wykopanymi z ogrodu cebulkami tulipanów, jedząc je jak ziemniaki. Potem zabrakło nawet tulipanów. Mama udawała, że je; ale często widziałem, jak dzieliła swoją maleńką porcyjkę i dokładała nam na talerze. Pocieszała ją tylko świadomość, że Bas nie dożył tych czasów. Nigdy by nie zrozumiał, dlaczego ssie go w żołądku, dlaczego piec jest zimny i nie ma jego drzewa.

Na koniec przyszedł dzień, kiedy mama nie mogła już wstać z łóżka. Wiedzieliśmy, że jeśli wyzwolenie nie nastąpi szybko, mama umrze.

A potem, wiosną 1945 roku, Niemcy odeszli i na ich miejsce wkroczyli Kanadyjczycy. Ludzie stali na ulicy, płacząc z radości. Ale mnie wśród nich nie było. Biegłem całą drogę do obozu Kanadyjczyków i wyprosiłem tam torebkę skórek od chleba.

Chleb! Prawdziwy chleb życia!

Przyniosłem go do domu, krzycząc: „Jedzenie! Jedzenie!” Mama żuła zeschnięte skórki i łzy wdzięczności Bogu płynęły jej po głęboko pobrużdżonych policzkach.

Wojna była skończona.

Przypis:

* Poldery — urodzajne tereny nadmorskie lub położone poniżej poziomu morza osuszone sztucznie i otoczone groblami w celu ochrony przed zalaniem przez rzekę, jezioro itp.; występują najczęściej w Holandii i Niemczech (przyp. red.).

John i Elizabeth Sherrillowie
GUIDEPOSTS
Carmel, New York

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code