Ludzie z pasją

W stronę polarnej zorzy

W stronę polarnej zorzy

Maciej Besta

Niedziela, 27 lutego 2011

Pierwszy dzień ekspedycji. Pakowanie przebiega szybko i sprawnie, ale to w końcu nie pierwsza tego typu wyprawa. Mam tylko nadzieję, że nie jest to oznaka popadania w rutynę…

Mój całościowy bagaż wygląda jak komplet rzeczy czteroosobowej grupy turystów , a składają się na niego: stulitrowy plecak transportowy, czterdziestolitrowy plecak pomocniczy, ogromna torba podróżna, mała torba ze sprzętem fotograficznym, a wszystko wypchane po brzegi. A, byłbym zapomniał, że jest jeszcze para długich jak tyczki linoskoczka nart. Niech mnie, zachciało mi się ekspedycji polarnej… Wrzucam na siebie wszystkie rzeczy i obładowany jak juczny osioł ruszam w stronę przystanku autobusowego. Wizja dwóch przesiadek i łącznie dobrego kilometra marszu oddzielających mnie od dworca kolejowego z około 70 kg rzeczy na plecach i w ręku trochę przeraża, ale jestem dobrej myśli… Jazda odbywa się raczej sprawnie i w końcu, po krótkim oczekiwaniu, wsiadam do pociągu relacji Wrocław – Lwów. Reszta ekipy jest już w podróży od stacji początkowej, tak że z ich nieocenioną pomocą bagaż ląduje w odpowiednim przedziale. Dostaję tutaj jeszcze jedną wielką torbę podróżną, wypchaną żywnością liofilizowaną i śpiworem ekspedycyjnym, no i pulkę, która miejmy nadzieję uniesie całość ekwipunku przez czekające nas około 300 kilometrów pustkowi. Zmęczony wrażeniami dnia szybko zasypiam.

Poniedziałek, 28 lutego 2011

Wczesnym rankiem docieramy do Lwowa. Poganiani przez prowadników (na Wschodzie jest to określenie na konduktorów) w końcu wynosimy cały bagaż na perony. Na bieżąco ustalamy też model przenosin bagaży, który będzie funkcjonować przez najbliższe tygodnie – na początku pierwsza trójka osób bierze na siebie, ile tylko jest w stanie i przenosi to wszystko na miejsce przeznaczenia, w tym czasie jedna osoba pilnuje reszty rzeczy. Następnie jedna osoba z trójki zostaje na miejscu docelowym pilnując rosnącego stosu ekwipunku, a w tym czasie dwójka krąży pomiędzy stanowiskami, aż do ostatniego transportu.

We Lwowie czeka na nas miła niespodzianka. Okazuje się, że pociąg do Moskwy będzie odjeżdżał z tego samego peronu, na którym aktualnie jesteśmy. Cieszymy się jak dzieci, lecz gdzieś w głębi każdego z nas drzemie strach przed czekającym nas wymagającym zadaniem i nie jest to bynajmniej zdobycie Narodnaji, lecz… przesiadka i przerzucenie wszystkich bagaży pomiędzy Dworcem Kijowskim a Jarosławskim w dalekiej Moskwie. Omawiamy różne warianty, ale najchętniej wpakowalibyśmy się z tym całym majdanem do kilku taksówek. Znając jednak potworne moskiewskie ceny przypuszczamy, że będziemy podróżować metrem i wykonany po mieście łącznie dwa, a może i nawet trzy kursy pomiędzy stacjami kolejowymi.

Niedługo potem podjeżdża nasz pociąg, a prowadnik, widząc ogrom bagaży, wpuszcza nas dużo wcześniej tak, byśmy mieli czas na wniesienie i ułożenie rzeczy, zanim wagon zacznie zapełniać się ludźmi. W końcu się to udaje, a my prawie bezwiednie żegnamy Lwów, kierując się myślami ku oczekującej nas przygodzie. Jazdę pociągiem umilają rozmowy o polityce, ekspedycjach, kobietach, a także w moim przypadku – rozwiązywanie zadań z analizy matematycznej do poduszki. Tak, jako pasjonat nie omieszkałem zabrać ze sobą osławionego podręcznika W.Rudina.

Wtorek, 1 marca 2011

Moskwa wita nas mrozem, dobrą pogodą i dobrą nowiną. Po krótkim rekonesansie w okolicach dworca znajduję wraz z Magdą chętnego kierowcę posiadającego cały minibus, który za łączną opłatę 1000 rubli (około 100 PLN) decyduje się zawieźć nas na Dworzec Jarosławski. Dziękując Panu Bogu za tę niesamowitą okazję (przez chwilę wydawało się nam, że jednak pojedziemy trzema taksówkami bądź kilka razy metrem), ruszamy przez budzącą się do życia, gwarną metropolię. W głośnikach ogłuszające rosyjskie disco-polo, za oknami busa wielkie, zabytkowe cerkwie, ogromne szare blokowiska stojące tuż obok nowoczesnych wieżowców, a także przycupnięte u ich stóp stragany i sklepy. Rój samochodów, krzyki i nawoływania, widoczny wszędzie pośpiech, a także brud, chaos i rozgardiasz – oto migawkowy obraz Moskwy. Byłem już tutaj nieraz, lecz zawsze w pierwszej chwili zaskakuje mnie ten wschodni, widoczny na każdym kroku w większych miastach byłych republik ZRSS styl życia: wesoły, szybki i ogłuszający.

Ostatecznie, po dotarciu na dworzec i skorzystaniu z pomocy tragarzy przewożących za opłatą bagaż na wielkich wózkach, lokujemy się w poczekalni dworca. Jest wczesne przedpołudnie, a przed nami kilkanaście godzin czekania, aż do 19 wieczorem, na pociąg, którym dotrzemy na miejsce startu ekspedycji do miasteczka Inta. Przed nami kilka ważnych zadań – począwszy od zjedzenia czegoś ciepłego za w miarę rozsądną ceną, przez dokupienie kilku ewentualnych drobiazgów, aż do… zdobycia benzyny potrzebnej do kuchenek ekspedycyjnych. Długo dyskutowaliśmy, gdzie zaopatrujemy się w paliwo i ostatecznie zdecydowaliśmy, że postaramy się w miarę możliwości napełnić wszystkie pięć pięciolitrowych kanistrów jeszcze w Moskwie, bo nie wiadomo, co napotkamy w maleńkiej, zagubionej w tajdze Incie…

Na tzw. pierwszy ogień – czytaj rekonesans, wyruszam razem z Dzikiem. Po kilkudziesięciu minutach krążenia po okolicy dworca przekraczamy wrota raju, a mianowicie drzwi do stołówki z tanim jedzeniem. Po ilości miejscowych momentalnie orientujemy się, że jedzenie jest raczej dobrej jakości, a ceny są, porównując z kilkoma odwiedzonymi miejscami, piorunująco niskie. Za dwudaniowy obiad płacimy po około 200 rubli (niecałe 20 PLN). Szczęśliwi jak małe dzieci, zamawiamy po dokładce, kupujemy dla oczekujących nas na dworcu Magdy i Łukasza po kilka wielkich, miejscowych pierożków (w praktyce pączków z mięsem), po czym ruszamy na poszukiwania supermarketu. Udaje się i wracamy, a pozostała dwójka szczęśliwa po zjedzeniu ciepłych jeszcze pierożków wyrusza w celu napełnienia kanistrów paliwem i skonsumowania obiadu. (Pierożki dla reszty ekipy zapobiegliwy Dziku trzymał przy ciele pod kurtką, w normalnych warunkach każdy bałby się po takiej operacji nakarmić nimi nawet bezdomnego kundla, ale w warunkach ekspedycyjnych wszyscy zajadają takie przysmaki ze smakiem i ochotą!).

Po kilku godzinach oczekiwań wracają towarzysze, przynosząc pełne brzuchy i puste kanistry. Znaleźli malutką stację benzynową, na której brudny i zarośnięty jak dziki muł sprzedawca odburknął tylko, że w Rosji nie wolno wlewać paliwa do plastikowych kanistrów, a jeśli nie mamy metalowych, to nasz problem. Cóż, niezrażeni wyruszamy z Dzikiem kolejny raz w bój miejski. Po około 1,5 godzinie marszu znajdujemy miejsce, gdzie sympatyczna obsługa wydaje się być chętna do poczęstowania nas kilkudziesięcioma litrami wyrobu rafineryjnego, lecz niestety w trosce o nasze organizmy (i kuchenki), nie mając pewności, czy sprzedawana benzyna nie zawiera ołowiu, szukamy dalej. Los daje nam jednak najwyraźniej nauczkę za zbytnie wybrzydzanie i po kilkudziesięciu minutach bezowocnych poszukiwań dokonujemy zbawiennej dla nas transakcji na pierwotnie znalezionej stacji benzynowej. Na szczęście nikt nie zwrócił uwagi, że nasze kanistry nie są z metalu.

Wracając w glorii i chwale na dworzec, decydujemy się jeszcze raz wstąpić do stołówki. Po trzecim tego dnia obiedzie wyruszamy dalej. Z powodu milicjantów kontrolujących wchodzących na dworzec, decyduję się poczekać z kanistrami na zewnątrz, bo ostatnie, czego nam potrzeba to aresztu pod zarzutem terroryzmu i próby wysadzenia dworca… Po jakimś czasie w oczekiwaniu zmienia mnie Łukasz i Magda, a ja mogę się nareszcie rozgrzać w ciepłej poczekalni.

Wszystko do tej pory przebiegało tak sprawnie, szybko i gładko. Powinienem był nabrać podejrzeń, w końcu na Wschodzie to rzecz niespotykana w trakcie jakiegokolwiek wyjazdu. Niestety, moja czujność usnęła…

Plan jest prosty: czekamy na ogłoszenie pociągu, przerzucamy bagaże do wagonu, obywając się bez pomocy wózków (w końcu mamy masę czasu), odjeżdżamy.

Pociąg ogłoszono na 40 minut przed odjazdem. Zabieramy część rzeczy i wyruszamy, pozostawiając Dzika w poczekalni. Okazuje się, że pociąg stoi na bardzo dalekim peronie, a dodatkowo, że nasz wagon jest wieleset metrów od początku peronu! No, ale nic to, maszerujemy, po czym zrzucamy nasze plecaki i torby przed wejściem do wagonu i okazujemy pani prowadnik bilety elektroniczne. Pani prowadnik (swoją drogą o bardzo interesującej aparycji), rzuciwszy okiem na bilety, stwierdza tylko, że te bilety niecharoszyje, ja nie znaju, po czym mówi stanowczo, że nie wpuści nas do pociągu. Do odjazdu zostało niecałe 25 minut. Po kilku sekundach ustaleń Magda zostaje przy plecakach, a my biegiem ruszamy w stronę dworca. Łukasz po Dzika, a ja do kas, by wyjaśnić, w czym problem. Kilkusetmetrowy sprint męczy, ale nie ma czasu, bo zostało już tylko niewiele ponad 20 minut! Przed każdą kasą kolejki jak za komuny po mięso, udało mi się jednak wyprosić natychmiastowy dostęp. Pani w okienku mówi coś w skomplikowanym rosyjskim i dopiero za trzecim podejściem orientuję się, że to jest bilet na pociąg dalekobieżny, a dla takich pociągów są specjalne, inne kasy. Do odjazdu już tylko 15 minut! Biegnę, rozpaczliwie szukając przy pomocy dobrych ludzi tych specjalnych kas i udaje się! Kolejna wielometrowa kolejka, kolejne szturmowanie pierwszego człowieka w kolejce, kolejne szybkie prośby o wyjaśnienie i kolejne odesłanie, tym razem do specjalnej kasy nr 1. Kolejny sprint, kolejka i nareszcie! Widzę zrozumienie w oczach kasjerki, która dokładnie studiuje podane bilety. Po chwili stwierdza, że z biletami wszystko OK, tylko najprawdopodobniej pani prowadnik nie zna jeszcze wzoru nowych biletów elektronicznych, więc na wszelki wypadek drukuje i podaje mi pęk biletów w formie tradycyjnej. Dziękuję i ruszam sprintem do wagonu. Już tylko 7 minut!

Do wagonu dopadam na kilka minut przed odjazdem, stwierdzając z ulgą, że ekipa dzięki swej sile przekonywania oraz temu, że inny pracownik obsługi pociągu znał ten nowy wzór, uzyskała pozwolenie na wniesienie bagaży do środka. Długi dzień kończymy przenoszeniem i rozlokowywaniem bagaży, przy tej okazji poznaje nas cały wagon, po czym znużeni szybko usypiamy.

Środa, 2 marca 2011

Cały dzień jazdy i monotonię zimowego krajobrazu zza okna urozmaica nam kilka partyjek w karty, wspaniała suszona ryba zakupiona przez Łukasza na jednej ze stacji, a także długa rozmowa przy słoninie i wódce z Saszą, który jadąc na daleką północ opowiada nam trochę o specyfice tego rejonu. Niepokoi nas również termometr wskazujący temperaturę za oknem który w nocy wskazywał -6 stopni! Gdzież jest ta sroga uralska zima? Czy nie będzie nam dane zasmakować siarczystych mrozów, do których fizycznie i psychicznie przygotowywaliśmy się od wielu miesięcy?

Czwartek, 3 marca 2011

Dzień zero. Dzień, na który czekaliśmy tak długo. Docieramy do Wierchownej Inty, która wita nas porywistym, przenikliwym wiatrem. Oraz niespodziewanie ujmującym przyjęciem przez milicjantów stacjonujących na dworcu, którzy dokładnie dopytują się o nasze doświadczenie, o to, czy sobie poradzimy w trakcie ekspedycji. Uspokajam rozmówcę, wręczam mu również na jego prośbę numer naszego telefonu satelitarnego. Milicjant twierdzi z całą stanowczością, że jeśli nie wrócimy w terminie, będzie dzwonić, a jeżeli się to nie uda, to rozpoczną poszukiwania.

Szybkie przepakowanie, dokupienie słoniny w pobliskim sklepie i nareszcie ruszamy. Pierwsze 20 kilometrów to dosyć dobrze wyjeżdżona droga, toteż poruszamy się bez użycia nart, szybko pożerając kolejne kilometry. Docieramy do skrzyżowania, gdzie dobra droga odbija w lewo, a my rozpoczynamy właściwy marsz po trakcie prowadzącym w stronę kopalni Żiełannaja, leżącej u podnóża Uralu. Latem 120 kilometrów do kopalni można pokonać w 4 dni, zimą nie wiadomo. Tuż przed ostatecznym zapadnięciem w lasy rozmawiam z kierowcą ciężarówki i pytam się, jak często o tej porze roku można spodziewać się transportów na trasie Inta – Żiełannaja (Jesteśmy przygotowani do marszu w obydwie strony, lecz o ile będzie to tylko możliwe, drogę w jedną stronę chcielibyśmy odbyć na ciężarówce tak, by mieć czas na gruntowniejszą eksplorację serca gór). Kierowca chwilę się zastanawia, po czym z wahaniem stwierdza, że bardzo rzadko. Kręci z niedowierzaniem głową słysząc, że nie będzie dla nas problemem dojść i wrócić pieszo, po czym uśmiecha się i odjeżdża.

Pierwsze kilometry to pierwsza walka. Świeży śnieg pokrywa koleiny, nierówności i wyboje, czyniąc marsz powolnym i męczącym. Pulki co chwila przewracają się, niektóre odcinki głębokiego śniegu wymagają wytężonej pracy całym ciałem, by posunąć się choćby o metr. Raz na jakiś czas zmieniamy się na prowadzeniu, najczęściej jednak jako pierwszy idzie Dziku, zapominając o wszystkim prócz góry, skrytej hen, gdzieś daleko za horyzontem. Średnio raz na godzinę niemalże siłą zmuszam go do chwili postoju i przede wszystkim krótkiego posiłku.

Maszerujemy do późnego wieczoru, aż w końcu, około godziny 19, długo po zapadnięciu zmroku, decydujemy się na nocleg. Otaczający las otulają kilkumetrowe, głębokie zaspy; rozbicie się nie jest więc niestety szybkie i przyjemne. Nareszcie jednak nadchodzi długo oczekiwana chwila, czyli ciepły posiłek i przytulne śpiwory. Jeszcze tylko test telefonu satelitarnego. Okazuje się, że mamy zasięg, jest już nawet pierwszy sms od mojej Mamy trzymającej kciuki i życzącej nam wszystkim powodzenia:). Zasypiam z myślą: „Dlaczego, u licha, jest tak ciepło – tylko -7 C?”.

Piątek, 4 marca 2011

Pobudka o świcie, gotowanie, jedzenie, pakowanie. Szybki wymarsz. Pierwsze kilkaset metrów drogi napawają optymizmem. Jest mało świeżego śniegu, szybko posuwamy się do przodu. Niestety, po kilku minutach zaczyna się koszmar. Droga staje się jedną wielką zaspą, z pułapkami w postaci ukrytych pod śniegiem, załamujących się dziur, kolein i nagłych uskoków. Po beznadziejnej walce decydujemy się iść poboczem przez las i krzaki. Zaspy są potwornie głębokie, lecz przynajmniej pulki wywracają się rzadziej. Narty nie ułatwiają zadania i nawet z nimi zapadamy się nieraz głęboko w śniegu.

Droga jest różna, raz lepiej, raz gorzej, całokształt wypada jednak niezadowalająco, a tempo mamy dość wolne. Dzień wcześniej pokonaliśmy łącznie około 17 kilometrów, tego dnia tylko 15. To naprawdę mało. Na dodatek Magdę jakby zaatakowało jakieś przeziębienie, cały dzień uporczywie kaszle, minę też ma nietęgą, lecz maszeruje na równi z nami. Nareszcie, pod sam wieczór marsz zaczyna być szybszy, a droga wznosi się coraz wyżej, śniegu jakby mniej. W jakiś czas po zapadnięciu ciemności decydujemy się na nocleg. W trakcie rozbijania namiotu… słyszymy szybko zbliżający się ryk silników – to nadjeżdża potężny, rosyjski Ural. Kierowca zgadza się zabrać nas w stronę kopalni, tak więc po szaleńczym załadowaniu rzeczy do ciężarówki ruszamy. Jazda trwa kilka godzin, w czasie których pokonujemy niewielki dystans, a ogromny Ural ma spore kłopoty z wielometrowymi zaspami.

Po jakimś czasie, gdzieś około 22-23, dogania nas mniejszy pojazd. Okazuje się, że jest to specjalny rosyjski wynalazek, skonstruowany na potrzeby szybkiego przedzierania się przez bagna i śniegi. Jedzie nim nie kto inny, jak Generalny Dyrektor kopalni Żiełannaja, który szybko poleca nam przerzucić bagaże na jego pojazd. Twierdzi, że z nim pojedziemy znacznie szybciej. Okazuje się, że mamy spore szczęście, bo Dyrektor jedzie do kopalni na kontrolę, która ma miejsca średnio raz na dwa miesiące.

W niesamowitym tempie pokonujemy 100 kilometrów, docierając nad ranem do zbiorowiska kilkudziesięciu rozwalających się baraków. Dyrektor umieszcza nas w jednym z nich, a na moje nieśmiałe próby jakiejkolwiek finansowej rekompensaty odpowiada krótko, że niczego nie przyjmie, bo pomagać nada, wsio normalna.

Przenoszenie, rozpakowanie, rozmowa i jedzenie zajmują kolejne godziny. W końcu, około 5 nad ranem, kładziemy się do snu.

Sobota, 5 marca 2011

Przedpołudnie budzi nas piękną pogodą. Jednak by ją poczuć, trzeba wyjść na zewnątrz, gdyż w baraku, zasypanym z zewnątrz śniegiem aż po dach, panują egipskie ciemności. Postanawiamy spędzić dzień na wędrówce po okolicznych obłych kształtach pierwszych pasm Uralu. Magdzie niemal siłą przykazujemy zostać w kopalni, by choć trochę zaleczyła kaszel, odpoczęła i przygotowała organizm na kolejne trudy. Dzień mija szybko.

Niedziela, 6 marca 2011

O świcie zrywamy się z łóżek i przenosimy bagaże na ciężarówkę, gdyż Dyrektor stwierdził, że podwiezie nas kawałek w stronę gór. Droga mija szybko, w końcu pozostajemy sami w śnieżnym pustkowiu. Nareszcie temperatura zaczyna przypominać tę polarną – jest około -25 C. Szybko znajdujemy miejsce na obóz, gdzie zostawiamy lwią część rzeczy, zabierając ze sobą po plecaku z zapasem jedzenia na cały dzień. Postanawiamy nie tracić czasu i jeszcze tego samego dnia zaatakować Narodnaję. Osiem kilometrów drogi dłuży się z powodu wielkich pól świeżego śniegu, w których (mimo rakiet) zapadamy się po kolana.

Wznosimy się coraz wyżej, a niebieski, bezchmurny horyzont zatacza coraz to większe koło. Narodaja rośnie w oczach, w końcu zaczynamy właściwe podejście. Gna nas wściekła determinacja i w końcu udaje się! Widoki zachwycają, zdaje się nam, że stoimy w sercu innej planety, tak nieziemski jest krajobraz wszędzie wokół. Dziękuję Bogu za tę chwilę triumfu. Jest ciepło, tylko -17, -19 C, chwila na szczycie przedłuża się, ale w końcu decyduje rozsądek, bo słońce powoli zachodzi za horyzont, a przed nami długa droga na dół.

Do namiotu docieramy po zapadnięciu głębokich ciemności. Wysiłek włożony w jego rozstawianie, w przyrządzanie posiłku i w oporządzanie obozowiska jest jakby daleki, nierealny, a magia kończącego się dnia wciąż trzyma mnie na szczycie, gdzie stojąc pod firmamentem głębokiego błękitu, granatu wręcz, a ponad falującymi delikatnie obłokami zmrożonego lodu, otulającymi głębokie doliny północnego Uralu, czułem, naprawdę czułem, że oddycham, kocham, jestem, i żyję.

Poniedziałek, 7 marca 2011

Kolejny dzień magii. Kolejny dzień próby naszych sił. Zostawiamy część bagaży, przede wszystkim wielkie ilości jedzenia na powrót, po czym ruszamy w serce gór. Pokonujemy kolejne, obłe przełęcze, a białe pustkowie wokół nas, pozornie tak nieprzyjazne, jest bliskie sercu. Mroźny wiatr, niskie temperatury, utrzymujące się na poziomie -20, -25 C, cisza, pustka oraz nieustanny wysiłek wkładany w poruszanie się z ciężkim plecakiem – to wszystko zdaje się tak naturalne, tak potrzebne, tak.. konieczne. Będąc w tym niegościnnym miejscu, czuję wyraźniej obecność Boga w sercu, radość z czystości bieli śniegu, z krótkich chwil wytchnienia, z majestatu i potęgi drzemiącej wszędzie wokół.

O zachodzie słońca droga się kończy. Okazuje się, że wielusetmetrowe wejście do doliny Manaragi jest zbyt strome, a ślady po lawinach i świeży śnieg przypominają o kruchości życia człowieczego i o tym, że dany nam rozsądek i logiczne myślenie jest czymś bezwzględnie koniecznym w trakcie ekspedycji. Rozbijamy namiot, lecz zanim po raz kolejny ucieszymy podniebienia smakiem gorącego ryżu, dane nam będzie doświadczyć czegoś niezwykłego. Widząc, jak niesłychanie urzekająco zachodzące słońce maluje kolory nad doliną Manargi, w nagłym porywie decydujemy się na szybką wspinaczką na okoliczny szczyt, ścigając różowe światło. Po wyczerpującym biegu niemalże stajemy ponad doliną, z zapartym tchem, czując, jakby dusze w nas klękały na widok cudu rozpościerającego się wokół. Tęcza przecinająca dolinę oraz załamujące się światło barwiące delikatnym odcieniem różu obłe, majestatyczne masywy śnieżne urzekają mnie głęboko, zapadają w pamięć i poruszają wyobraźnię. To jedna z tych chwil, które pozostaną w pamięci na zawsze.

Wtorek, 8 marca 2011

Nocą termometr osiąga minimum, wiemy, iż jest poniżej -30 C, lecz ile dokładnie, nie mamy pojęcia. Rankiem temperatura minimalnie wzrasta, lecz bardzo silny, porywisty wiatr obniża odczuwalne zimno do poziomu z pewnością przekraczającego magiczne -40 C. W dwójkę z Dzikiem ruszamy na wyprawę na okalające dolinę granie i szczyty. Wyżej wieje bardzo mocno, lecz to przecież było od początku naszym celem! Dzień mija szybko, kolejny raz zachwycając nas głębią i siłą doznań, których nigdzie w bardziej cywilizowanych rejonach nie jest dane doświadczyć. Samotna walka z potęgą przyrody, przezwyciężanie własnych słabości, pustka i cisza przerywana tylko odgłosami smagania przez wiatr. Tak mija dzień, w trakcie którego zdobywamy kolejny uralski szczyt i podziwiamy panoramę Manaragi z innej perspektywy.

Środa, 9 marca 2011

Po kolejnej bardzo zimnej nocy wspinamy się o świcie na wznoszący się nieopodal szczyt, żegnając pełną wdzięku Manaragę. Rozpoczynamy odwrót. Przed nami wszak 160 kilometrów marszu, w prawdopodobnie bardzo ciężkich warunkach śniegowych. Po drodze do pozostawionego sprzętu pęka mi wiązanie w narcie, ale na szczęście pulki i rakiety śnieżne są blisko, więc prowizoryczna naprawa musi wytrzymać tylko kilka kilometrów. Niedługo potem napotykamy dużą ekipę Polaków, z którymi zamieniamy kilka ciepłych zdań. Nie zatrzymując się jednak na długo, zdeterminowani, by pokonać również tego dnia spory dystans, maszerujemy dalej, aż docieramy do zrujnowanych chatek po dawnych pasterzach reniferów. Chatki są w zbyt opłakanym stanie i nie zachęcają do noclegu, tak więc rozbijamy namiot.

Czwartek, 10 marca 2011

Po dłuższym marszu docieramy do kopalni, gdzie zatrzymujemy się na noc. Powoli żegnamy widoki właściwego serca Uralu, lecz z radością spoglądamy ku pustkowiom rozpościerającym się między nami, a Intą.

Nocą, przy porażającym zimnie, spędzam długie godziny na fotografowaniu z użyciem statywu zorzy polarnej. Lśniące, zielonkawe pasy przecinają niebo, falując i rozpalając coraz to nowsze połacie atramentowej czerni kosmosu.

Piątek, 11 marca 2011

Silny wiatr towarzyszy nam od samego rana, podobnie jak piękna pogoda. Mamy naprawdę niezłe tempo. Maszerując przez kolejne doliny pokonujemy tego dnia około 25 km. Rozbijamy się tuż obok drewnianego zadaszenia. Przypuszczalnie latem jest to miejsce wytchnienia dla kierowców ciężarówek. Cisza, bezchmurne niebo i potęgujące się zimno są obietnicą kolejnej, bajkowej zorzy polarnej. Nie mylę się i od około 2 w nocy do niemalże świtu kolejny raz fotografuję płonące zielonym ogniem niebiosa. Tym razem zorza jest znacznie bardziej wyrazista, dostrzegam też pewną jej ewolucję. W miarę jak upływają godziny, w trakcie głębokiej nocy zorza tworzy bardzo silnie świecące, pojedyncze pasma, powoli przesuwające się po nieboskłonie, lecz w godzinach poprzedzających świt pasma rozlewają się, pochłaniając całe niebo, poczynają bardzo szybko drgać i falować, jakby cały firmament nade mną ogarnęła zielonkawo-fioletowa pożoga. Pomimo wykonania kilkudziesięciu zdjęć długo nie potrafię wejść do namiotu po tę odrobinę snu. Stoję zahipnotyzowany, podziwiając obrazy wykonane ręką malarza o genialnej, ponadludzkiej wyobraźni.

Sobota, 12 marca 2011

Kolejny dzień szybkiego marszu. Pokonujemy puste płaskowyże, głębokie doliny, oceany tajgi, przebywając blisko 30 kilometrów i wraz ze zmrokiem docieramy do brodu na rzece Kożym. Znajdujemy tutaj bardzo przytulną chatkę i z chęcią decydujemy się na nocleg w czymś stabilniejszym niż namiot. Po raz trzeci z rzędu, mimo sporego niewyspania, nastawiam budzik na środek nocy lecz tym razem okazuje się, że chmury zasłaniają niebo… Wracając do ogrzanego piecem domku nie wiem, czy bardziej smucić się brakiem zorzy, czy cieszyć, że nareszcie mogę zaznać snu.

Niedziela, 13 marca 2011

Pogoda wydaje się coraz mniej stabilna, lecz i tak otoczenie przytłacza, bo pokonujemy kilkadziesiąt kilometrów bezdrzewnego płaskowyżu. Nasze organizmy są już doskonale zintegrowane z otaczającym światem, czujemy się zdrowi, rześcy i pełni energii. Tak jest za każdym razem – ciężki wysiłek fizyczny, zdrowe i w miarę częste jedzenie, surowy i trudny klimat to najlepsze lekarstwo na tzw. wątłe zdrowie, choroby cywilizacyjne i inne dolegliwości.

A najpiękniejsze jest to, że każda taka ekspedycja uczy cieszyć się z wielu pozornie prostych i oczywistych rzeczy, jak na przykład kubka gorącej, słodkiej herbaty…

Poniedziałek, 14 marca 2011

Poranek zaskakuje nadzwyczaj ciężkimi warunkami śniegowymi. Pulka jakby zdziczała, ciągłymi wywrotkami znacząco opóźnia moje tempo. W końcu, na skraju tajgi, szybkim zrywem doganiam resztę drużyny.

Marsz przez las jest szybki i sprawny. Pokonujemy ponad 30 kilometrów, gdy ekipa decyduje się na rozbicie namiotu. Ja mam tego dnia spory dylemat, bo zależy mi na tym, by dotrzeć jak najszybciej na dworzec w Incie i wsiąść do pociągu, a poza tym mam też trochę ochotę przejść ostatni fragment jednym rzutem. Dzięki telefonowi satelitarnemu dowiaduję się od kumpla, że jest pociąg do Moskwy w godzinach porannych – to ostatni bodziec, który sprawia, że decyduję się na samotny marsz. Krótki, ciepły posiłek, serdeczne pożegnanie i już pędzę przed siebie wśród porażającej ciszy ciemnej nocy w tajdze. Kilometry mijają szybko, nogi jakby gnały same, bez udziału woli i ostatecznie na dworzec docieram równo o 3 nad ranem. Jestem zmęczony, ale radość z pokonania całości dystansu, z zakończonego sukcesem marszu i całej wyprawy spycha znużenie gdzieś na skraj świadomości.

Okazuje się jednak, że kolega najpewniej źle coś sprawdził i nie ma pociągu w godzinach porannych, jest za to około północy, czyli za 22 godziny… Cóż, myślę, przynajmniej udało się pokonać całe 160 km w 6 dni, z czego 50 km w jeden dzień. Poranek mija na rozmowie o Schizmie Prawosławnej z pewnym Rosjaninem, później posilam się pierwszym od prawie 3 tygodni chlebem, a po południu witam resztę ekipy, docierającą na dworzec. Pociąg przyjeżdża punktualnie. Przyklejony do szyby, żegnam surowe piękno tajgi, tęskniąc już za trudami, których przecież nawet jeszcze do końca nie pokonałem.

Wszystkie zdjęcia z tej wyprawy znajdziesz na stronkach:

Panoramy:

Sytuacje:

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code