Miesięcznik "Familia"

Jedno malutkie „NIE”

JEDNO MALUTKIE „NIE”

Lidia Berent

Dwie dziewczyny znalazły się w sekcie przez przypadek. Jedne wagary zmieniły ich życie w koszmar.

Pojechały do Warszawy we dwie – Kinga z koleżanką Aśką. To właśnie Aśka wymyśliła tę wyprawę. Obie miały podobne problemy w szkole i w domu. To je zbliżyło. Nie mogły się dogadać z rodzicami. Rodzice Kingi byli zapracowani, niewiele czasu poświęcali dzieciom. Ważne było dla nich tylko to, że nie ma złych sygnałów na temat towarzystwa, narkotyków, stopni. Reszta miała się ułożyć sama. Teraz tak to widzą – wtedy, gdy Kinga zniknęła, nie mogli zrozumieć, co się dzieje. Z Aśką było inaczej. Jej rodzice mieli inne problemy. Ich małżeństwo się rozpadało: ojciec po utracie pracy szukał pocieszenia w kieliszku, matka związała się z innym mężczyzną. Córka musiała radzić sobie sama.

Jest gdzieś inne życie

Do stolicy dostały się stopem. Do centrum podjechały autobusem na gapę, nikt ich nie przyłapał. Poszły na Stare Miasto. Tam pod archikatedrą zaczepił ich starszy sympatyczny chłopak. „Z daleka przyjechałyście?” – zapytał. Zaczęły zmyślać, skąd one nie są, i tak nawiązała się rozmowa. Zaprosił je na kawę, skorzystały. Jakoś tak samo wyszło, że przy kawie zaczęły mówić o problemach w domu i w szkole: że nauczyciele się czepiają, koleżanki i koledzy są denni, że na lekcjach się nudzą i marzą o innym życiu. Wtedy im powiedział, że inne życie istnieje i jest dla nich dostępne. Może im je pokazać, jeśli chcą. Zanim wróciły do domu, poznał je z kilkoma chłopakami i dziewczynami, którzy wydali im się przyjacielscy, otwarci, pełni ciepła. Wymienili się telefonami i umówili na następne spotkanie, tym razem w innym mieście, gdzieś pod Warszawą. Ten, który je zaczepił, obiecał, że zadzwoni. Powiedział, żeby nazywały go Dawidem, bo teraz tak ma na imię. Zadzwonił za dwa tygodnie. Znowu zarwały lekcje i wybrały się do Warszawy, tym razem pociągiem. Chłopak czekał na dworcu. Była z nim starsza od nich dziewczyna. Wszyscy razem pojechali samochodem do sporego domu położonego daleko za miastem. Zdarzyło się to sześć lat temu. Dzisiaj Kinga opowiada o tym ze spokojem, przytaczając mnóstwo szczegółów. Do czasu. Kiedy zaczyna opowiadać, co się działo po tym, jak postanowiły z Aśką zerwać z rodziną i zostać w tamtym domu, głos się jej zmienia, opowieść zaczyna się rwać, szczegóły ustępują miejsca niejasnym uogólnieniom. Mimo że już cztery lata jest poza sektą, jej długi cień ciągle wiąże jej język.

Tu mi dobrze

Rodzice Kingi wiedzą dziś o życiu w sekcie dużo więcej niż przeciętny rodzic, który ma dzieci w starszym wieku szkolnym. Wiedzą też, że spotkała ich łaska, bo zdołali odzyskać córkę. Kiedy Kinga po raz pierwszy powiedziała im przez telefon, żeby jej nie szukali, bo nie wróci do domu, wpadali na przemian we wściekłość i rozpacz. Trzy dni wcześniej zgłosili jej zniknięcie policji, choć ta niewiele mogła zrobić – ich córka nie była już dzieckiem, mogła rozporządzać sobą. Nawet gdyby ją znaleźli, nie można było siłą ściągnąć jej do domu. Radość rodziców z tego, że jest cała i zdrowa, mieszała się z kompletnym niezrozumieniem, o co jej chodzi. „Nie żyliśmy w luksusie, ale córka miała wszystko, co jej potrzebne. Tak myśleliśmy – zwierza się ojciec Kingi. – Nie dostrzegaliśmy jej potrzeb głębszych, duchowych. Te jej zainteresowania Japonią, buddyzmem, astrologią traktowaliśmy z pobłażaniem, zresztą niewiele o tym wiedzieliśmy”. Powiedziała im, że tam, gdzie się znalazła, jest jej dobrze, ale oni wyobrażali sobie wszystko co najgorsze. Chcieli po nią natychmiast jechać, lecz kiedy zażądali podania adresu, ona wyłączyła telefon. Policja nie mogła im pomóc. Spotkali się z rodzicami Aśki, żeby podjąć wspólne starania, ale odnieśli wrażenie, że oni, choć załamani, nie byli zdeterminowani do stoczenia walki o córkę.

Mistrz może wszystko

Pod jednym dachem w domu odległym o dwieście kilometrów od ich miasteczka mieszkało w sumie dwadzieścia kilka osób. Ta liczba zmieniała się, bo jedni znikali, a po jakimś czasie pojawiali się nowi. Kinga z Aśką jako nowe były zachwycone tym, co zobaczyły. Wszystko we wspólnocie wydawało się poukładane i zaplanowane, wszyscy sobie pomagali, były wspólne posiłki, rozmowy, modlitwy, także zabawy. I praca. W polu, w gospodarstwie, przy wyrobie pamiątek. Każdy znał swoje miejsce. Już pierwszego dnia poznały – każda oddzielnie – tego, który był na samym szczycie hierarchii, czyli mistrza. Kinga uważa, że jest w nim coś takiego, co zmusza człowieka do poddania się mu, przyjmowania wszystkiego, co powie, za prawdę. Mówił im o widzeniu, jakiego doznał, i o misji, jaką otrzymał od samego Boga – by odbudować wspólnotę wiary na Ziemi. I że one też zostały wybrane do tej misji, muszą tylko słuchać i wykonywać wszystko, co polecą im przełożeni. Uwierzyły, że to jest wielkie i wspaniałe zadanie. Życie, jakie dotąd wiodły, wydało im się brzydkie, płaskie, nijakie. Stopniowo były wdrażane w zasady funkcjonowania we wspólnocie. Mistrz nadał im nowe imiona, stare miały zostać zapomniane. Kinga została siostrą Nowiną, a Aśka siostrą Eminą. Wszyscy tam byli siostrami i braćmi. Wypowiadanie się krytycznie o mistrzu, jak i o wspólnocie, było zakazane, ochrona obejmowała także najbliższych współpracowników mistrza (Kinga do dziś nie wypowiada jego imienia). Można było natomiast, a nawet należało, donosić na innych członków wspólnoty. Donoszenie, dzielenie się wątpliwościami i podejrzeniami było cnotą. W rozmowach z przełożonymi nie należało niczego ukrywać – ani swoich myśli, ani lęków, ani zamiarów. Zanim się coś przedsięwzięło, trzeba było poradzić się współbraci, a ostateczny głos należał do mistrza. „Po pół roku pobytu we wspólnocie nie umiałam sama podjąć żadnej decyzji” – wspomina Kinga. Wspólnotą nazywali się między sobą. Nikt nie używał słowa „sekta”.

Nieczuła jak robot „

Największym bólem było dla nas przyznać się innym, że córka jest w sekcie – wspomina matka Kingi. – Ale jeszcze większy szok przeżyliśmy, gdy po roku córka dała znać, że wychodzi za mąż. Tylko tyle. Gdy zapytałam za kogo – to chyba normalne, że chcieliśmy wiedzieć – powiedziała, żeby nie pytać o nic więcej”. Szukali pomocy u psychologa – ten mógł wesprzeć ich samych, ale z Kingą nie miał szans rozmawiać. Byli u księdza – ten wyraził zadowolenie, że wreszcie ich widzi w kościele nie tylko w święta, ale i on nie mógł nawiązać kontaktu z Kingą. Skierował ich do ośrodka zajmującego się sektami i nowymi ruchami religijnymi. Na podstawie relacji rodziców pracownicy ośrodka ustalili, do jakiego rodzaju sekty córka trafiła, i poradzili, jak mają postępować, aby przynajmniej utrzymywała z nimi kontakt. Sekta okazała się destrukcyjna – całkowicie niszczyła osobowość, czyniła z człowieka niemal robota uzależnionego psychicznie od mistrza, panującego nad nim pod każdym względem. Postępując ostrożnie, zdołali nakłonić Kingę, aby ich odwiedziła. Mistrz dawał zezwolenie na taką wizytę. Przyjechała – zimna, nieczuła, na pytania o miejsce, w którym przebywa, odpowiadała schematycznie, jakby była zaprogramowana. Dowiedzieli się, że męża wybrał jej mistrz spośród innych członków sekty. Gdy matce wyrwało się coś, co podawało w wątpliwość morale mistrza, córka obrzuciła ich niewybrednymi słowami i wyjechała. „Nawet dzisiaj, pytana o to, jak wyglądały jej relacje z tym człowiekiem, zamyka się” – przyznaje ojciec.

Chyba że na cmentarz

Nie wie, jak to się stało, że w pewnym momencie jej psychika powiedziała jedno malutkie „nie”. Nie mogła powiedzieć tego słowa głośno, ale kiedy zakiełkowało w środku, zaczęło rosnąć, owocując jej własnymi myślami na temat tego, co się działo wewnątrz wspólnoty. Nie protestowała, kiedy wyznaczono jej na męża trzy lata młodszego chłopaka, piętnastolatka, który nie znał życia poza sektą i był prawdopodobnie synem mistrza. To nie był żaden cywilny związek, zresztą nie mógł być, po prostu mistrz pobłogosławił oboje, powołując się na swoje wymyślone prawa, i urządzono wesele. Nie protestowała tym bardziej, gdy awansowała wtedy w hierarchii, przesuwając się bliżej mistrza. Wątpliwość pojawiła się wówczas, gdy dzięki swojej pozycji mogła podsłuchać rozmowę mistrza z Danielem o interesach grupy. Mowa była o kontach i aktywach, o zarobkach wspólnoty i o tym, jakim sposobem skłonić wszystkich do wydajniejszej pracy. I o stratach na giełdzie. No i wreszcie usłyszała o Aśce, o której współpracownik powiedział, że „ta kretynka go zwyczajnie wkurza, bo wyobraża sobie nie wiadomo co i najlepiej by było wydać ją za kogoś”. Kiedy w zaufaniu wspomniała o tej rozmowie Aśce, ta wybuchnęła, że to niemożliwe i że będzie musiała o tym powiedzieć komu trzeba. Kindze grunt zaczął się usuwać spod nóg – widziała już dziewczyny, które spadały w dół w hierarchii wspólnoty i nikt nie chciał im podać ręki, jako odrzuconym przez mistrza. Niektóre z nich znikały, niewykluczone, że kończyły w szpitalu psychiatrycznym. Wtedy odważyła się zapytać mistrza, czy nie pozwoliłby jej pomieszkać na zewnątrz, poza wspólnotą. „W jego oczach pojawił się dziwny błysk – relacjonuje Kinga bez emocji. – Stwierdził, że chcę odejść. Powiedział, że to złudzenie, że tam, w świecie, nikt na mnie nie czeka, nikt mnie nie zrozumie, że tam nie ma dla mnie miejsca. A gdy wspomniałam o rodzicach, oświadczył mi, że ze wspólnoty się nie odchodzi. Chyba że na cmentarz”. W domu nie było telewizorów, radia, gazet, telefonów. Te rzeczy były zarezerwowane tylko dla mistrza. On jeden dysponował telefonami komórkowymi, które przydzielał członkom swojej rady i tym, którzy na zewnątrz zajmowali się werbunkiem. Wtedy Kinga po raz pierwszy od dwóch lat zagrała: że rozumie i że nigdy nie będzie do tego wracała. Gdy tylko udało jej się uzyskać dostęp do telefonu, zadzwoniła do rodziców. „Chcę wrócić” – powiedziała.

W świecie ze wsparciem

Nic nie było łatwe. Przywitanie nie było gorące, pierwsze dni okazały się koszmarne. Kinga była zamknięta, drażliwa, niepewność nadrabiała wyniosłością. Gdyby rodzice nie wiedzieli, jak postępować, pewnie wszystko zakończyłoby się awanturą i powrotem do sekty. Mistrz i jego ludzie zdawali sobie sprawę z tego, jak takie próby wyglądają. Najpierw czekali, że wróci do nich. Kiedy to nie następowało, zaczęli ją nachodzić, nękać telefonami, grozić. Kinga wszystko przetrwała. Chciała nawet przenieść się na drugi koniec Polski, żeby jej nie znaleźli, ale nie umiałaby żyć w świecie bez wsparcia. Musiała się nauczyć sama podejmować decyzje, odzyskać dawną tożsamość. Pomogły osoby z ośrodka, które też pokazały jej drogę powrotu do wiary. Kindze się udało. Jej koleżanka Aśka już w sekcie została i nie ma z nią kontaktu.

Imiona bohaterek zostały zmienione.

Lidia Berent

Teksty pochodzi z miesięcznika „Familia&#8221 (lutowy 2011)

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code