Miesięcznik " W drodze"

Czy Bóg jest im potrzebny?

Spread the love

CZY BÓG JEST IM POTRZEBNY?

Aleksandra Bałoniak

Po powrocie religii do szkół i zawieszeniu w klasach krzyży oczekiwano, że wszyscy się zmienią, że automatycznie skończą się problemy wychowawcze. Po dwudziestu latach zaczęto się zastanawiać, czy krzyż w ogóle powinien wisieć w szkolnych klasach.

Jak nauczyć wierzyć, jak zafascynować Kościołem, pomóc zrozumieć i zaakceptować proponowany przez niego świat wartości , jak przekonać, że Kościół jest do zbawienia potrzebny? To wątki, które są przedmiotem ciągłej refleksji katechetów, katechetyków, teologów, wychowawców, rodziców…

O problemach z wiarą, wiedzą i Kościołem

Praca z młodymi w szkole ponadgimnazjalnej – a właściwie nawet już w gimnazjum – to poszukiwanie klucza do ich serc. Na lekcjach religii we współczesnej szkole wcale nie chodzi o to, aby nauczyć „małego katechizmu” albo prawd wiary, ale by pomóc młodemu człowiekowi uwierzyć i zrozumieć swoje człowieczeństwo w świetle Objawienia. Uczniowie szkół ponadgimnazjalnych, którzy przychodzą na lekcje, to – w większości – osoby niewierzące, wątpiące, poszukujące, które tak naprawdę chętnie uwierzą, jeśli zobaczą w tym sens. Ale za tym musi pójść przyjęcie wiary, z czym największy problem mają uczniowie w okresie dojrzewania. Większość z nich chodzi na religię, ale do kościoła raczej nie. Na lekcji w szkole są obecni ciałem, ale nie wiedzą, gdzie jest ich kościół parafialny. Z sakramentów nie korzystają, bo nie są im potrzebne. Kościół traktują instrumentalnie: uczestniczą w pogrzebach, ślubach, bierzmowaniu. – Chodzenie na religię nic im nie daje.

Dlatego nie są zainteresowani podczas lekcji – powiedziała mi jedna z nauczycielek. Tak to wygląda na zewnątrz, tak można odczytać powierzchownie człowieka i tak oceniają uczniów zarówno nauczyciele, jak i postronni obserwatorzy współczesnej rzeczywistości: „Chodzisz na religię, a co robisz, jak żyjesz?”. Młodzi natomiast krytykują dorosłych: „Sąsiadka chodzi do kościoła codziennie, a ciągle kłóci się z mężem, obgaduje innych i wiecznie jest z kimś w konflikcie”. Religijność ludzi często mierzy się słowami. Ale nikt nie wie, co kryje się pod powłoką pozorów. Wiary nie da się w żaden sposób zmierzyć, ocenić. Jedno jest pewne: w szkole na lekcji można zainspirować, poruszyć, zachęcić i sprowokować, aby ktoś zaczął weryfikować swoje życie w świetle Ewangelii, ale niczego nikomu nie można nakazać i nikogo nie można zmienić.

Dla niektórych wiara to wymaganie od ludzi określonych postaw, wygodnych dla wymagającego. Z takiej wiary rodzi się religijność powierzchowna, w której nie ma miejsca na szukanie głębi. Po powrocie religii do szkół i zawieszeniu w klasach krzyży oczekiwano, że wszyscy się zmienią, bo będą uczyli się norm: zakazów i nakazów, że automatycznie skończą się problemy wychowawcze. Po dwudziestu latach zaczęto się zastanawiać, czy krzyż w ogóle powinien wisieć w szkolnych klasach.

Aby proces zmian mógł się rozpocząć, potrzebna jest praca nad sobą, a potem – w ślad za tym – świadomy wybór Jezusa jako przewodnika w życiu. Z tym młodzież ma największy problem; wybiera najczęściej inne autorytety, preferuje własny system wartości i zdanie kolegów. Dotrzeć do młodego człowieka z orędziem Ewangelii jest bardzo trudno. Wszechogarniający relatywizm i słaby autorytet Kościoła rodzą duże zniechęcenie wśród adresatów i katechetów.
* * *

Konfrontacja człowieka z doskonałością sprawia, że człowiek boi się jej, i bywa, że przed nią ucieka. Potwierdzają to przykłady z naszego życia i z życia naszych uczniów. Gdy jesteśmy w czymś słabi, staramy się unikać sytuacji, w których nasza słabość się ujawnia. O uczniach możemy powiedzieć, że pragną Boga, czują w życiu Jego potrzebę, ale boją się zaangażowania w relacje, ponieważ Bóg kojarzy im się często ze zbiorem zakazów. Oni boją się konsekwencji. Takiego Boga przedstawiają im katecheci: jest to jeden z naszych podstawowych błędów, wyniesiony np. z domów, w których niegrzeczne dziecko jest straszone Bogiem wszystkowiedzącym i wszystkowidzącym.

Zdarza się, że o takim Bogu mówią też księża na kazaniach. Takiego Boga wygodniej nam głosić, bo swój autorytet podpieramy Jego mocą. Opisane relacje nie wytrzymują próby czasu i stają się przyczyną odejść z Kościoła. Problemem naszych uczniów jest wiara, a właściwie jej brak – wtedy usprawiedliwienia szuka się w Kościele, wśród ludzi Kościoła, czasami sięga się aż do średniowiecza czy słynnej współcześnie pedofilii. Frustracja podszyta niewiedzą prowadzi do zranień, rodzi zdziwaczenia religijne, które czasami możemy obserwować w społeczeństwie.

Uczniowie nazywają siebie niewierzącymi, ateistami, agnostykami, a poza szkołą są ministrantami i praktykującymi katolikami. Takie postawy spotyka się także wśród dorosłych. Współcześnie identyfikacja z Kościołem nie jest czymś popularnym. Jeden z moich uczniów mówi, że nie wierzy, słucha muzyki satanistycznej, a w parafii jest lektorem i zagrał rolę Jezusa w misterium Męki Pańskiej. Oto nowe czasy, nowe pokolenie, nowe podejście do religii… Jak z drogi krętej uczynić prostą? To zadanie dla współczesnych katechetów.

Takie postawy i zachowania wypływają z mentalności i religijności pokolenia początku XXI wieku. Potrzeba prawdziwej konfrontacji z Bogiem. Zadaniem katechezy jest między innymi rozbudzić potrzebę autentyczności w wyznawaniu wiary. Zaimponowała mi uczennica, która po półroczu w klasie maturalnej przyszła porozmawiać, bo chciała zrezygnować z uczestnictwa w lekcjach religii. Motywem było to, że jest niewierząca; ostatni raz miała kontakt z Kościołem w szkole podstawowej. W klasie maturalnej uznała, że większość swojego życia oszukiwała siebie, Boga… W całym życiu kontestowała wszystko, co związane z Kościołem. Poczucie uczciwości nie pozwoliło jej dłużej trwać w rozdwojeniu. Sytuacja ta z jednej strony obudziła we mnie żal, że tracę ucznia, z drugiej – dała mi poczucie satysfakcji, że mam do czynienia z osobą dojrzałą: decyzję podjęła w wolności, z pełną świadomością. W wieku 19 lat zobaczyła swoje prawdziwe oblicze, zauważyła fałsz dotychczasowego życia. Chodzi przecież o stworzenie klimatu i przestrzeni wolności, w której uczniowie będą mogli dokonywać wyborów, nawet takich.

Wiele naszych stereotypów myślenia, postrzegania świata zostaje rozwianych, gdy stajemy wobec wielkiej tajemnicy, której nie umiemy zrozumieć, ogarnąć umysłem ani nazwać. Wobec zdarzeń losu człowiek, nie tylko młody, czuje się bezradny i uświadamia sobie, że Bóg jest mu potrzebny, że dopiero w Nim można zrozumieć siebie, życie i świat. Na początku lipca tego roku, kilka dni po ogłoszeniu wyników matur, umiera na zawał serca jeden z maturzystów – szok, zdziwienie, niedowierzanie, morze łez. Na modlitwach za duszę zmarłego kolegi kościół jest pełen młodych ludzi; koledzy, koleżanki o różnych poglądach, którzy buntowali się na katechezie, odwiedzają kościół i czują, że wobec tajemnicy życia są bezsilni. Takie momenty w życiu naszym i innych ludzi pokazują, że Bóg jest nam potrzebny – nie tylko na chwilę. Chociaż potem o Nim zapominamy, możemy jednak do Niego wracać. Takie zdarzenia pokazują, że jest w nas pragnienie Boga, mimo że nie umiemy przy Nim trwać dłużej. Wieczorami przy grobie zmarłego chłopaka spotykali się koledzy, przyjaciele, rodzina, znajomi, ciekawscy… Chcieli nie tylko wspominać, ale zrozumieć tajemnicę zdarzenia.

Może przy okazji i tajemnicę wiary… Zapatrzenie się w krzyż pozwala uświadomić sobie, że wszystko jest ulotne, że wobec wieczności jest chwilą. Młodzi ludzie tak naprawdę potrzebują Pana Boga, pragną o Nim rozmawiać, aby Go poznać, choć często nie potrafią, brakuje im słów… Posługują się innym językiem niż język Kościoła i w tej konfrontacji trafiają na kolejny mur.
Każdy człowiek potrzebuje w życiu Tajemnicy. Nie potrafimy przy niej trwać, często przerasta ona nasze możliwości, ale ma wielką moc. Jesteśmy jej ciekawi, pragniemy ją zrozumieć, ale z powodu wysiłku, który musimy włożyć w jej poznanie, często z niej rezygnujemy…

Problem z językiem, stylem, metodą

Licealistom Bóg kojarzy się z zakazami i normami, których trzeba przestrzegać. Oskarżają Kościół, że odbiera im wolność. Mimo podejmowania wielu prób atrakcyjnego przekazywania prawd wiary problem restrykcyjnego Kościoła jest ciągle mocno obecny w świadomości i myśleniu. Katecheci mają prawo często czuć się jak zakwas, który daje zakalec. O takim Kościele mówimy na katechezie w szkole, parafii, w rodzinie. Dla przykładu, gdy chcemy powiedzieć o małżeństwie, podejmujemy tematy: aborcji, antykoncepcji, in vitro, za mało mówimy o miłości, o pięknie ojcostwa, macierzyństwa. Młodzież identyfikuje ten temat z zakazami, których czasami nie rozumie, a w konsekwencji nie akceptuje.

Chodzenie do Kościoła młodzi kontestują ze względu na nudne kazania, niezrozumiały język, z powodu strachu przed spowiedzią. Trzeba zacząć od nauczenia katechetów umiejętności egzystencjalnej interpretacji orędzia Zbawienia. Zdecydowana większość ogranicza się do informacji, wyjaśnień oraz analiz zbawczych prawd. Tymczasem w świecie pełnym znaków, rytów, obrzędów, ceremonii – konieczna jest interpretacja, czyli umiejętność wydobywania ich sensu i znaczenia dla życia, podobnie jak to czynili ojcowie Kościoła w katechezie.

W kontekście współczesnych uwarunkowań społecznych i kulturowych możemy powiedzieć, że człowiek – szczególnie młody – jest często zdezorientowany, zagubiony, a tym samym znużony i zniechęcony wobec zalewu informacji, wyjaśnień, uwag, z których prawie nic dla niego, dla jego życia, potrzeb, aspiracji i problemów nie wynika. Chciałby doszukać się w nich sensu i znaczenia, przede wszystkim znaczenia egzystencjalnego. Czasami warto przestać narzekać na złe podręczniki, programy i postarać się o własne inspiracje i pomysły, a przede wszystkim wiedzę. Jeśli katecheta w życiu sam szuka, będzie zapraszał do poszukiwania i odkryć swoich uczniów, jeśli katecheza jest tylko sposobem zarobkowania, lepiej zostać matematykiem…

Ku przyszłości…

Mając za sobą dwadzieścia lat doświadczeń, powinniśmy zastanowić się, co dalej, powinniśmy zadbać o nową jakość. Od dłuższego czasu słychać o konieczności zmian, które są spowodowane przemianami społeczno-kulturowymi oraz reformą szkolnictwa. Od kilku miesięcy mamy nową Podstawę programową Kościoła katolickiego w Polsce (z 8 marca 2010 r.), nowy program (z 9 czerwca 2010 r.), za jakiś czas będą nowe podręczniki. Chciałoby się powiedzieć również: nowi katecheci, od których zależeć będzie nowa jakość? Aby tak się stało, konieczna jest współpraca, wzajemne nasłuchiwanie, wsłuchiwanie się: katechetów i katechetyków, katechetów i rodziców, szkoły,
Kościoła i domu.

Rodzice nie radzą sobie z dorastającym nastolatkiem, trzeba do nich wyjść z ofertą pomocy – współpracy, bo bunt nastolatka jest często formą wołania o pomoc. Niekiedy na polu bitwy o dziecko zostajemy sami, bo rodzina nie jest w stanie nas wesprzeć. Kilka miesięcy temu rozmawiałam z rodzicem dziewczyny, która na religię chodziła, bo startowała do świadectwa z paskiem. Na lekcjach ciągle się buntowała, podważała wszystko i nie zgadzała się z nikim. Powtarzała swoją mantrę: „to, że chodzę na religię, nic mi nie daje”, ale nie umiała sprecyzować, co miałoby jej dawać. Do Kościoła nie chodziła od początku gimnazjum, ponieważ rodzice powiedzieli, że sama powinna zdecydować, bo oni nie chodzą. Zdecydowała – przestała chodzić… Rozmawiałam z ojcem, aby w domu ktoś z nią porozmawiał o Bogu, wierze, aby znalazła przykład. Okazało się, że w domu to ona była bogiem, przerosła wiedzą rodziców – to oni jej słuchali i nie umieli dać tego, czego szukała…

Szczególnie w dużych miastach (Warszawie, Szczecinie, Koszalinie, Wrocławiu, Poznaniu) obserwujemy od pewnego czasu zjawisko wypisywania się lub niezapisywania na lekcje religii. Z kolei południe Polski (myślę tu o Małopolsce, Śląsku, diecezji tarnowskiej, przemyskiej) charakteryzuje się dużą pobożnością. Terytorialnie jest to zjawisko wprost proporcjonalne do ilościowego uczestnictwa w życiu sakramentalnym i chodzeniu do Kościoła.

Należy się zastanowić, czy mamy walczyć o frekwencję, czy o jakość na katechezie. W tym kontekście rodzą się pytania o katechezę w szkole. Jak w klasie szkolnej pogłębić wiarę kilku uczniów, którzy przychodzą, aby poznać Boga lepiej; zachęcić kilku innych, otwartych na pierwsze głoszenie i cokolwiek przepowiedzieć przyglądającej się sporej grupie obojętnych, ateistów, agnostyków albo członków innych wyznań (czasami sekt). Nie jest łatwo prowadzić lekcję w tak zróżnicowanym środowisku. A taki jest skład osobowy większości klas. Dlatego katecheci nie wiedzą, co mają robić, część szuka porozumienia i czasami im się udaje, a część zupełnie sobie z tym nie radzi. W skrajnych przypadkach każe się uczniom odrabiać lekcje, niekiedy naucza się regułek, wymaga formułek i wychowuje pokolenie przyszłych agnostyków.

Przez ostatnie dziesięć lat byłam nauczycielem religii w miejscowości zamieszkanej przez 30 tysięcy mieszkańców; na lekcje w szkole, w której uczyłam; przychodziło niemal 100% uczniów (wyjątek stanowiło kilka osób należących do innych wyznań). We wrześniu ubiegłego roku rozpoczęłam pracę w jednym z liceów w Poznaniu. Pierwszym i największym zaskoczeniem była dla mnie liczba uczniów tej szkoły, która nie uczestniczy w lekcjach religii. Nie jest to problem jednej szkoły, jakiegoś katechety, kiepskich podręczników, jest to zjawisko socjologiczne, które powinni zauważyć odpowiedzialni za katechezę… Pisząc te słowa, myślę również o sobie.

Uczestnictwo w lekcjach religii uczniowie uzależniają od szansy na ocenę, która podniesie im średnią na świadectwie, zwracają uwagę, czy lekcja ta jest w planie ostatnia czy pierwsza; niektórzy oczekują, że uczestnictwo w religii zmieni coś w ich życiu, że uwierzą, czasami coś zrozumieją; niekiedy jest to czekanie na to, co będzie; zdarzają się sytuacje, kiedy religia staje się okazją do zamanifestowania sprzeciwu wobec Kościoła.

W rozmowach z katechetami słyszy się takie opinie: „u mnie w szkole niektóre klasy nie zgłaszają się w ogóle na lekcje religii, w pozostałych klasach połowa nie chodzi” (głos siostry uczącej w jednym z najlepszych liceów w Warszawie); „myślałam, że tylko u mnie w szkole nie chodzi tylu uczniów, dobrze, że się o tym mówi, bo sądziłam, że to jest jakiś mój problem” (katechetka ze szkoły ponadgimnazjalnej z Warszawy); „u mojego syna w klasie na lekcję religii chodzi 8 osób, 21 uczniów nie chodzi” (rodzic z diecezji koszalińskiej).
Katecheci czują się z tego i innych powodów osamotnieni, często boją się przyznać do takiej sytuacji, bo czują się winni i są obwiniani za taki stan. Z wielu rozmów i spotkań z katechetami w całej Polsce wiem, że o problemach nie mówią, dopóki nie zostaną ośmieleni. Największym problemem, z jakim się borykają, jest osamotnienie w pracy; boją się kompromitujących sytuacji, więc milczą albo z powodu braków w wykształceniu walczą o utrzymanie posady.

Na zakończenie albo na nowy początek…

Portret współczesnej młodzieży wcale nie jest zaskakująco inny niż przed laty, zmieniają się jedynie okoliczności, w których człowiek staje się taki lub inny. Odejścia młodych od religii są uwarunkowane wieloma czynnikami. Nie możemy nie reagować. Rozmawiajmy, tłumaczmy, walczmy o nich; oni tego potrzebują. Czasami wypisanie się z religii jest formą zwrócenia na siebie uwagi, pełna akceptacja takiej decyzji może czasem uczniom zaszkodzić.

Decyzje podjęte w tym wieku są uwarunkowane decyzjami kolegów i koleżanek, wynikają z sytuacji w domu rodzinnym, z doświadczeń wyniesionych z wcześniejszej katechezy, z zetknięcia z Kościołem. Wiele razy przekonałam się, że zainteresowanie się problemami ucznia, dotarcie do ich sedna, rozmowa powodują, że uczniowie wracają na katechezę. Nie nawrócimy w ten sposób świata, ale powalczymy o tych, którzy podejmują decyzję pod wpływem emocji, nie rozumu. W ten sposób powrócili na moje lekcje ci, którzy z nich odeszli, a każdy przyznał, że była to decyzja chwili. Jeśli ktoś chce świadomie odejść i jest w pełni do tego przekonany, akceptujmy to.

Wiele problemów związanych z nauczaniem i wychowaniem chrześcijańskim nie zniknie, być może pojawią się nowe. Nie rozwiążą ich rozporządzenia, instrukcje, nawet najlepsze prawo. Problem nauczania religii, katechezy to problem człowieka i tworzonej przez niego społeczności, tego, w jakim stopniu jesteśmy otwarci na Pana Boga, w jakim stopniu Go poznaliśmy, zrozumieliśmy i pokochaliśmy, na ile w dziecku – któremu towarzyszymy jako rodzice, nauczyciele, wychowawcy, katecheci – rozpoznaliśmy kogoś, kogo przez nas chce pouczyć i pokochać Bóg.

ALEKSANDRA BAŁONIAK absolwentka teologii, zastępca redaktora naczelnego „Katechety”, redaktor kilkudziesięciu książek w serii „Biblioteka Katechety”, uczy religii od 20 lat, obecnie jest katechetką w jednym z poznańskich liceów.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code