Publicystyka

Kościół w złej formie

Kościół w złej formie

Gianni Vattimo

W Kościele nastąpił reakcyjny zwrot. Jedną z oznak tego zwrotu było chociażby zdjęcie przez Benedykta XVI ekskomuniki z biskupów wyświęconych bez zgody Jana Pawła II przez arcybiskupa Marcela Lefebvre’a, obrońcę tradycyjnego katolicyzmu sprzeciwiającego się zmianom wprowadzonym przez Drugi Sobór Watykański. Nie nastąpiła żadna głęboka reforma kurii rzymskiej. Kościół Benedykta XVI jest niezwykle zdyscyplinowany, nie toczą się w nim żadne poważne dyskusje o kwestiach doktrynalnych. Nie zajęto się poważnie kwestiami celibatu czy wyświęcania kobiet.

Sądzę ponadto, że obecny papież nadmiernie wiąże przyszłość katolicyzmu z nowymi Kościołami w krajach Trzeciego Świata. Są one zazwyczaj bardziej tradycyjne, wiara ma w nich charakter bliższy temu, jaki miała u początków chrześcijaństwa, niejednokrotnie powracają one do dosłownego odczytywania Pisma Świętego. Opieranie na nich odnowy chrześcijaństwa może mieć dobre strony, ale wiąże się również z poważnymi zagrożeniami. Ich wyznawcy stanowią często mniejszość wyznaniową w swoich krajach i mają poczucie, że znajdują się w stanie wojny z pozostałymi religiami. Benedykt XVI uważa Europę oraz świat zachodni za stracone i szuka sojuszników wśród wojowniczych charyzmatyków w innych rejonach świata. Zachód z jego pustoszejącymi kościołami staje się dla katolicyzmu peryferyjny, prawdziwa walka o dusze wiernych toczy się w krajach Trzeciego Świata i prowadzona jest z różnymi wyznaniami protestanckimi. Jedyne, co Kościół katolicki może jeszcze zrobić w Europie Zachodniej, to bronić przywilejów, choćby podatkowych, będących pozostałością jego niegdysiejszej pozycji.

Jednakże to nie Benedykt XVI zaniechał reform. Nie przeprowadził ich Jan Paweł II. Jego pontyfikat stanowił osobliwą mieszankę humanistycznego współczucia i reakcyjnych poglądów, których wyrazem było choćby niemal całkowite zdławienie teologii wyzwolenia (oczywiście miał na to wpływ fakt, że pochodził z kraju, który ucierpiał na skutek komunizmu). To za jego pontyfikatu rozpoczął się demontaż osiągnięć Drugiego Soboru Watykańskiego. Jan XXIII był o wiele bardziej otwarty na nowoczesność. W Kościele ścierały się dwie tendencje – z jednej strony przywiązanie do duchowego dziedzictwa zachodniej cywilizacji, które miało imperialistyczne podteksty, z drugiej zaś do osiągnięć nowoczesności i świeckiego humanizmu. Dziś oba te stanowiska zostały zarzucone. Z racji swojego przywiązania do nowych wyznawców w Trzecim Świecie Kościół jest bardzo krytyczny wobec swojego kolonialnego dziedzictwa, ale zarazem odrzuca też zachodnie, świeckie dziedzictwo i staje się konsekwentnie reakcyjny. Wszystko to jednak nastąpiło już za pontyfikatu Jana Pawła II. Od tamtej pory nastąpiło jedynie pogłębienie zapoczątkowanych wcześniej tendencji, swoisty „wsteczny rozwój”.

Podjęte przez Jana Pawła II próby zbudowania mostów pomiędzy wiarą katolicką a świeckim społeczeństwem w żadnym wypadku nie były nowatorskie. Encyklika Fides et Ratio została napisana w jak najbardziej tradycyjnym duchu neotomizmu. Ostatecznie podporządkowywała rozum wierze i tym samym autorytetowi papieża. Choć Jan Paweł II miał wykształcenie filozoficzne, jako papież nie wydawał się być zainteresowany stworzeniem nowych propozycji filozoficznych. Ograniczył się do podkreślenia, że rozum może osiągnąć pełnię swych możliwości wyłącznie wtedy, gdy prowadzony jest przez wiarę.

Nowatorskie nie były również próby podjęcia dialogu z tradycją lewicowego humanizmu upominającego się o godność ludzi pracy. Jan Paweł II w gruncie rzeczy powtórzył tezy encykliki Rerum Novarum, wydanej w 1891 roku przez papieża Leona XIII. Bez przemyślenia na nowo filozoficznych podstaw wszelkie próby zreformowania nauczania Kościoła musiały zakończyć się niepowodzeniem. Utrzymując pojęcie prawa naturalnego, możliwego do poznania przez przyrodzony człowiekowi rozum kierowany przez wiarę, także w ten sposób Kościół bronił de facto niepodważalności autorytetu papieża. To kurczowe podtrzymywanie autorytetu głowy Kościoła odbija się na wierze katolików. Ludzie mogą wciąż wierzyć w Jezusa, ale nie wierzą już papieżowi.

Współczesność stawia ludzi przed szeregiem niezwykle istotnych wyzwań, na przykład przed dylematami bioetycznymi czy kwestią wyczerpywania się zasobów naturalnych. W ich obliczu ludzki rozum okazuje się często bezradny. Otwiera to przestrzeń dla ponownego odkrycia wartości religijnych i przyczynia się do rozwoju myśli postsekularnej. Wrażliwość religijna budzi się dzisiaj na nowo, ale nie ma ona nic wspólnego z Kościołem. Mamy do czynienia ze swoistym powtórzeniem doświadczeń 1968 roku, kiedy wiele osób odkryło w sobie religijne impulsy, ale szukało dla nich zaspokojenia w mistycyzmie czy rozmaitych odmianach ruchu New Age. Kościół nie ma dziś dla tych osób żadnej odpowiedzi. Propozycje w rodzaju Fides et Ratio trafiają w próżnię, gdyż mało kto wierzy dzisiaj w ratio. Starając się odnieść do rozumu, wiara trafia w próżnię. Konieczne jest przekroczenie związku pomiędzy fides a naturalnym, racjonalistycznym porządkiem.

Mam głęboką nadzieję, że Kościół ostatecznie zdoła się zreformować. Potrzebuję żywego Kościoła – choćby po to, aby móc go zdradzić. Jedną z dróg reformy mogłaby być zmiana charakteru świeckiej władzy papieża. Watykan pozostaje jednym z najbardziej autorytarnych i tradycjonalistycznych państw na świecie. Oczywiście argumentowano, że w ten sposób broni swojej niezależności od politycznych nacisków. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to państwo kryminalne, całkowicie niedemokratyczne. Innym punktem wyjścia dla reformy mogłaby być zmiana miejsca kobiet w Kościele. Walka o prawa kobiet zmieniła już od środka wiele społeczeństw. Zmiana relacji między kobietami a mężczyznami w Kościele, na przykład wprowadzenie kapłaństwa kobiet, mogłaby okazać się równie brzemienna w skutki.


{KONTEXT}

<Czy Jan Paweł II pozostanie „papieżem tysiąclecia” wyłącznie w oczach Polaków, czy także w historii Kościoła katolickiego?

Mija pięć lat od śmierci Jana Pawła II. To jednocześnie pięć lat pontyfikatu jego następcy, Benedykta XVI. Nadszedł być może czas, aby także w Polsce zadać pytanie o realną wielkość Jana Pawła II, a przede wszystkim o jego faktyczne miejsce w historii Kościoła. Jako papież ze Wschodu, uczestniczący w wydarzeniach, które doprowadziły do upadku komunizmu, Karol Wojtyła odegrał bez wątpienia istotną rolę w świeckiej historii politycznej. Trudno także poddawać w wątpliwość jego ogromną osobistą charyzmę, znaną nie tylko Polakom. Czy jednak także encykliki Jana Pawła II, jego nauczanie, waga instytucjonalnych decyzji podejmowanych w czasie blisko trzydziestoletniego pontyfikatu, rzeczywiście dają się porównać do roli, jaką w historii Kościoła odegrali papieże formatu Grzegorza Wielkiego, Grzegorza VII, Leona XIII, Piusa X czy Jana XXIII? Czy Karol Wojtyła rzeczywiście pozostawi znaczący ślad w historii Instytucji, której przewodził przez blisko trzy dekady? Nie chodzi tutaj o żaden ranking papieski, ale o sprawdzenie, czy polska perspektywa widzenia Jana Pawła II jako „papieża tysiąclecia” znajduje potwierdzenie w faktach.