Miesięcznik " W drodze"

Miłość, aniołowie i śmierć

Spread the love

Miłość, aniołowie i śmierć

rozmowa z Philem Bosmansem

O miłości

Jak być szczęśliwym? Tyle jest przecież zła i cierpienia na świecie…

Na początek trzeba zaakceptować swoje życie. Wielu ludzi nie zgadza się z samymi sobą, a wtedy walczą ze swoim „ja”. Jestem bardzo wierzący, jak wielu Polaków i jak Ojciec Święty. Nie należy się domagać od życia więcej, niż może ono dać. Często ludzie za bardzo marzą i są nieszczęśliwi, bo ich marzenia nie mogą się spełnić. Wierzę w Boga i w Jego ręce powierzam całe moje życie. W Jego objęciach czuję się jak u siebie w domu. Jutro na przykład odwiedzam dwie kliniki: w jednej leży mój brat, a w drugiej moja siostra.

Ojciec również jest chory. I tak łatwo akceptuje Ojciec chorobę?

Nie jestem oczywiście zadowolony z tego, że jestem inwalidą. Jest dla mnie bardzo trudne, że nie mogę pisać prawą ręką, bo prawą część ciała mam sparaliżowaną. Ale uznając to za trudne, mogę to jednak zaakceptować. Rzeczy piękne i dobre akceptujemy łatwo.

No właśnie, a złych i smutnych nie. Trudno zrozumieć, dlaczego Bóg dopuszcza zło.

Jestem przekonany, że Bóg chce, aby człowiek był szczęśliwy. Wszystko w życiu jest po to, aby tak było. To ludzie powodują nieszczęścia i zło, nie Bóg. Gdy leżałem w szpitalu, ludzie przychodzili i pytali: Dlaczego to spotkało właśnie ojca, który zrobił tyle dobrego dla ludzi? To ma być zapłata od Boga? Zawsze odpowiadałem: A dlaczego nie ja? Dlaczego inni, a nie ja? Nie jestem lepszy od innych. W tym samym dniu co ja znajomy nauczyciel dostał wylewu krwi do mózgu. On nie może mówić. Ja jeszcze mogę.

We wszystkim dostrzega Ojciec dobrą stronę.

Zawsze trzeba próbować odnajdywać tę dobrą, jasną stronę życia. Kiedyś przypłynął do Antwerpii z Afryki Południowej Samba. Pomogłem mu tutaj zostać, chociaż chciano go wydalić. Ukrywałem go. Powiedziałem nawet ministrowi, że to mnie może wydalić albo zamknąć, bo ja wiem, gdzie on jest, ale nie powiem. W końcu dostał papiery. Ożenił się i wrócił do kraju, założył warsztaty i zatrudniał wielu młodych. Jednak warsztaty się spaliły. Mój przyjaciel wrócił do Belgii. To smutne… Smuci mnie ból człowieka. Smutno mi oczywiście z powodu mojej siostry w szpitalu i brata, który ma raka i tylko jedno płuco.

Jak zaakceptować śmierć dziecka? Rozmawiałam z ojcem ośmioletniej Julii, zamordowanej w 1996 roku przez pedofila Marka Dutroux. Po tylu latach od śmierci córeczki wyglądał na człowieka zmęczonego, smutnego, powiedziałabym nawet skończonego.

Stracił dziecko. Gdy trzeba oddać coś, co się kocha, to na początku jest tylko smutek. Potem jeżeli się zaakceptuje… Ale do tego potrzeba czasu… I wtedy pojawia się pytanie: dlaczego? Człowiek wpada w smutek i gniew. Tylko mając wielką wiarę, można to zaakceptować. Inaczej nie widzę takiej możliwości. Nie można akceptować zła, tego, co zrobił Dutroux. Nie można w tym wiedzieć w żadnym wypadku kary Bożej.

Ojciec kocha wszystkich ludzi, bez wyjątku?

Tak, nawet tych, którzy nie robią tego, co bym chciał. Gdy założyłem w 1959 roku warsztaty dla byłych więźniów, wielu z nich mnie rozczarowało, okradło, zniszczyło to, co staraliśmy się stworzyć. Znowu więc trafiali do więzienia. Potem wracali. Ale bardzo ich wszystkich kochałem. Wiedziałem, że bardzo trudno jest im kochać, bo nigdy nie zaznali miłości.

Ojciec kocha nawet pedofila i mordercę dzieci Marka Dutroux?

W każdym razie nigdy nie dałbym mu odczuć, że czuję do niego niechęć. To bardzo trudne.

Aby kochać, trzeba być samemu kochanym?

Kiedyś mój znajomy, były przestępca, po wyjściu z więzienia postanowił odszukać swoją matkę. Ojca już nie miał. Okazało się, że matka mieszka w pięknej wilii, przed którą stoi duży samochód. Odważył się i zapukał do drzwi. Gdy powiedział, że jest jej synem, wykrzyknęła: „Smeerlap, zjeżdżaj, bo zawołam policję”. Potem przyszedł do mnie i powiedział: „Tak byłem przejęty, że nie mogłem wykonać żadnego ruchu, w przeciwnym razie poderżnąłbym jej gardło”. Tak niewiele wiemy o ranach innych. Trzeba wiedzieć, co to miłość. Obawiam się o przyszłość, w przyszłości będzie trudno. Jest tak wiele rozwodów. Rozwód to nie tylko pęknięcie więzi między dorosłymi. To także pęknięcie w osobowości dziecka. Rozwód głębiej dotyka dziecko, niż myślimy. Jak takie dziecko może potem kochać, jeżeli nie wierzy już w miłość?

Ludzie jednak wciąż się zakochują.

Zakochują się, ale to nie zawsze jest miłość. Zakochanie trwa pewien czas, a potem liczy się miłość. Gdy człowiek się zakochuje, to emocje pomagają mu wybrać człowieka. Zmieniają go trochę. Zakochani są trochę ślepi. Miłość też jest trochę ślepa i powinna taka być. Po zakochaniu nadchodzi czas wyboru, bo zaczynamy widzieć także wady. Na początku, gdy jesteśmy zakochani, to nie widzimy wad. Znam ludzi, którzy naprawdę kochają. Mój znajomy miał żonę chorą na stwardnienie rozsiane. Była bardzo chora, leżała w klinice. On musiał pracować, ale każdego wieczora odwiedzał ją, pomagał jej. Potem dopiero wracał do domu. Robił tak latami. To jest miłość! Bo miłość jest wtedy, gdy robimy wielkie rzeczy, których normalnie byśmy nie robili, bo nie mielibyśmy siły.

Czy każda miłość pochodzi od Boga?

Bóg jest miłością. Prawdziwa miłość pochodzi od Niego. Także miłość ludzi, którzy nie wierzą w Boga. Mam wielu niewierzących przyjaciół. Mówię im, że znajdują się w polu magnetycznym Boga, w którego ja wierzę. To są bardzo dobrzy, kochani ludzie, ale mówią, że nie potrafią uwierzyć w Boga. Tłumaczę im więc: pozostań taki dobry, jaki jesteś, bo twoje dobro także pochodzi od Boga.

Czy Ojciec zakochał się kiedyś w kobiecie?

Oczywiście, wiele razy! To przecież nie szkodzi, to nic złego. Ale nigdy żadnej z nich nie powiedziałem tego.

Dlaczego?

Żeby nie postawić jej w trudnej sytuacji. Nie chciałem, aby jeszcze bardziej się do mnie przywiązała. Nie chciałem, żeby cierpiała. Trzeba dokonać wyboru. To było zwłaszcza, gdy pracowałem w kopalni. Bardzo chciałem zostać księdzem–robotnikiem, ale moi zwierzchnicy mi nie pozwolili.

Ojciec był więc rewolucjonistą?

Tak o mnie mówiono, ale to była tylko forma. Teraz jestem stary. W podeszłym wieku można wiele zrelatywizować. Gdy jest się młodym, to wszystko się widzi w wymiarach absolutnych, ostatecznych. Z czasem lepiej dostrzega się właściwą wartość rzeczy i spraw, bo można je zrelatywizować.

Jak miłość do kobiet?

No właśnie. Gdy byłem we Francji, zakochałem się w kobiecie. Ona nie żyje od dziesiątków lat. Umarła bardzo młodo. Miała na imię Renne. Była Francuzką. Pamiętam do dzisiaj, gdzie mieszkała. Utrzymywałem potem kontakt z jej siostrami. Ta miłość też pochodziła od Boga. Musiałem wybierać. Cały świat przewrócił mi się do góry nogami. To było jednak bardzo dobre, bardzo ludzkie. Potem lepiej rozumiałem innych ludzi. Byłem bliżej ludzi. Zawsze chciałem być blisko nich, dlatego odwiedzałem więzienia. Tam są ludzie, którym nie wyszło w życiu. Całymi godzinami z nimi rozmawiałem. Często ludzie źle oceniają innych, bo nic o nich nie wiedzą.

Ojciec nie ocenia ludzi?

Nie, ja ich akceptuję. Przekonałem się, że ludzi trzeba kochać takich, jacy są. Bo nie ma innych ludzi.

Mnie także Ojciec kocha? Mimo że jestem kolejną dziennikarką, która przyszła zadawać pytania?

To nowe doświadczenie, nowa przygoda z człowiekiem. Dlatego, że kocham, nie jestem nigdy samotny, choć często jestem sam. Teraz Maseike przychodzi do mnie w każdy poniedziałek. Dawniej przychodziła do mnie codziennie sekretarka. Mieszkam na piętrze, a trudno mi się poruszać, dlatego czasami muszę rzucić z okna klucze komuś, kto chce mnie odwiedzić. Często jestem zupełnie sam w tym budynku. Nie boję się jednak samotności. Przyzwyczaiłem się. Niekiedy ktoś mnie zaprasza. Jutro będę na kolacji u Greety…

Kim jest Greeta?

Jest na tym zdjęciu. Mieszka w Onze Lieve Vrouw–Waver. Ciągle się śmieje. Regularnie mnie odwiedza. Poznaliśmy się dwa, trzy lata temu na targach książki. Miała wszystkie moje książki, ale ja o tym wówczas nie wiedziałem. To taka optymistyczna dusza, chociaż nie miała łatwego życia. Opuścił ją mąż. Została z dwójką dzieci. Lubi, jak przeklinam. Kiedyś dziennikarz telewizji holenderskiej zapytał mnie, jak to jest, że akceptuję moje inwalidztwo. Odpowiedziałem, że akceptuję, ale więcej przeklinam niż poprzednio. To także modlitwa — wynikająca z mojej niemocy. Gdy nie udaje mi się zrobić tego, co bym chciał. Mam sprawną tylko jedną rękę, często coś mi spada, coś się tłucze. Wówczas przeklinam, z bezsilności. Gdy opowiedziałem to w telewizji, przyszła do naszego domu dla bezdomnych pewna kobieta. Śmiała się od samych drzwi. „Jestem taka szczęśliwa, że ojciec Bosmans także przeklina!”.

Jakie to są przekleństwa?

Zut, zutje, godverdoeme, nondedju. Znasz te flamandzkie przekleństwa? Greeta, gdy powiem zut, to mnie strofuje, bardzo się przy tym śmieje. Greeta była jednak bardzo chora. Teraz jest już lepiej. Może znowu pracować. A na tym zdjęciu to Edeltreut. Jest jeszcze Margareta. Często do mnie dzwoni i pyta, co słychać. Przysyła mi dużo kartek z życzeniami. Mieszka w Limburgii. Była kilka razy u mnie. Jej mąż jest przedsiębiorcą. Miłość nie jest zawieszona w powietrzu. Jest bardzo konkretna. Moja miłość jest bardzo czysta. Nie musiałem nigdy im mówić, że je kocham. One o tym wiedzą. One to czują. To wystarczy. Nie zawsze trzeba wszystko wyrażać słowami. Nieraz ludzie głośno zapewniają o swojej miłości, a potem odchodzą, zdradzają.

O aniołach

Kim są aniołowie, o których Ojciec tak często pisze?

Pisałem dużo o aniołach, bo w kościołach przyprawiono im skrzydła, a ja uważam, że anioły mają zwykłe ludzkie twarze. Z Tobiaszem ze Starego Testamentu szedł anioł, ale w ludzkiej postaci. Aniołami są ludzie, którzy kochają, którzy robią coś bezinteresownie. Aniołowie pomagają ludziom, którym jest trudno, którzy potrzebują pomocy. Gdy zajmowałem się byłymi więźniami i pracowałem w Stowarzyszeniu Bez Nazwy, przychodzili ludzie i dawali pieniądze, często bardzo dużo pieniędzy. Wówczas pytano mnie: kim są ci ludzie? Nie wiedziałem, więc odpowiadałem — to aniołowie. Bo przychodzili i znowu odchodzili.

Czy aniołowie niosą jakieś posłanie?

Nie, oni sami są posłaniem. Bo są po prostu dobrzy.

Kiedy przychodzą?

Gdy ich potrzebujesz. Naprawdę. Aniołowie przychodzą, kiedy człowiek znajduje się w nieszczęściu, by go z niego wyciągnąć. Gdy zachorowałem, były przy mnie osoby, które mi pomagały. Na przykład Pola, która pracowała w naszym biurze. Nie mogłem pisać ani pracować. Miałem sprawną tylko jedną rękę. Ona co tydzień przychodziła, aby mi pomóc napisać listy, zrobić porządek w moich papierach. Nie prosiłem jej. Sama zaczęła przychodzić. Wczoraj Jacques domyślił się, że chciałbym pojechać do Genk, by odwiedzić w szpitalu mojego brata i siostrę, bo już wiadomo, że brat ma raka wątroby. Przyjechał swoim samochodem i zapytał, kiedy jedziemy. Każdy może stać się aniołem dla drugiego. Jeżeli tylko go kocha, pragnie jego dobra, nie chce go pozostawić w samotności, to staje się dla niego aniołem. Mam wokół siebie wiele aniołów.

Ojciec twierdzi, że każdy może zostać aniołem, ale jest ich jednak za mało na tym świecie.

Tak sądzisz? Ja myślę, że jest dużo aniołów.

Może Ojciec je przyciąga. Wokół ojca jest więc dużo.

Nie wiem, czy przyciągam. Popatrz wokół siebie, te przyjacielskie dusze, które pomagają ci, które mówią rzeczy, których nikt inny ci nie powie. Nieraz to rzeczy trudne, prawdziwe. Gdy postępujesz źle, anioł ci o tym powie. Dla twojego dobra.

Czy aniołowie mają specjalne chody u Pana Boga?

Aniołowie mają anteny, które skierowane są ku górze. Za ich pomocą odbierają Boże sygnały. Anioł żyje duchem. Dzięki swojej antenie.

Tylko że takie anteny często się łamią, wykrzywiają i nie odbierają sygnałów.

Antena jest złamana, gdy anioł zaczyna myśleć bardziej o sobie, o swoim własnym życiu zamiast o drugim człowieku. Gdy pracuje wyłącznie dla siebie, gdy nie pomaga innym. Gdy nie ma się żadnej relacji z Bogiem, gdy żyje się tylko sprawami materialnymi, to nie można być aniołem.

Czy można naprawić takie połamane anteny?

Wierzę, że anteny nigdy nie są zepsute całkowicie. One tylko chwilowo nie działają. Przez lata można nie odbierać sygnałów i nie mieć żadnego kontaktu z Bogiem. Aż pewnego dnia antena znowu zaczyna działać. Każdy może być aniołem, jeżeli tylko zapomniał o sobie i myśli o dobru innych. Anioł wcale nie musi być doskonały. Może być słaby, bo posiada wszystko, co ludzkie. Może nawet płakać. Chociaż to on często pociesza. Jeżeli stanie przy tobie, to wszystko się przejaśni, będzie ci lepiej. Aniołem może być nawet ktoś niewierzący. Jeżeli jest dobry, to pozostaje w polu magnetycznym Boga. Jego antena odbiera sygnały od Boga, nawet jeżeli on nie wie, że one od Niego pochodzą.

A skąd można wiedzieć, że to sygnał od Boga?

Trzeba dobrze słuchać. Nie mam na to recepty. Każdy odbiera te sygnały nieco inaczej. Oczywiście są momenty, w których jest w naszym otoczeniu mniej zakłóceń i sygnały lepiej do nas docierają.

W szpitalu dochodzi nieraz do niezwykłych spotkań. Gdy ostatni raz zachorowałem, jeden z pacjentów chciał skończyć ze swoim życiem. Chorował na AIDS. Miał już gotowe papiery do eutanazji. Wystarczyło tylko podpisać i byłoby po wszystkim. Jego żona nie chciała, prosiła, aby tego nie robił. Odwiedzałem go kilka razy. Ostatecznie nie podpisał tego dokumentu. On już umarł, ale jego żona do tej pory nieraz do mnie dzwoni, by podziękować, że wtedy tam byłem. Przez przypadek byłem w tej samej klinice, ale przypadek nie istnieje. Dosyć łatwo spostrzegam, gdy coś nie gra, gdy człowiekowi jest źle. Kiedyś rano przyszła pielęgniarka. Powiedziałem jej: jest ci źle. Potwierdziła. Gdy rano wróciła, nie zastała w domu męża. Wszystko wyniósł. Potem jeszcze do mnie przychodziła i dużo rozmawialiśmy. Była także inna pielęgniarka. Wydawała mi się również smutna. Okazało się, że jej przyjaciel popełnił samobójstwo. Byłem w tej klinice trzy miesiące. Pytałem sam siebie: po co mam tak długo przebywać w tym miejscu? Może dla tych ludzi?

Tym razem to Ojciec był aniołem.

Nie wiem, czy oni to tak odbierali. Życie jest bogatsze, gdy wierzysz w tak wspaniałe rzeczy.

Dlaczego Ojciec odwodził od zgody na eutanazję mężczyznę chorego na AIDS? Miał przecież umierać w cierpieniu.

Nawet w takim momencie trzeba myśleć o innych. Wyjaśniałem mu, że dla niego to może będzie łatwiejsze, ale dla jego żony, dziecka to będzie trudne. Uświadomiałem mu, że może jeszcze mówić, patrzeć, dotykać, przeżyć te drobne chwile. Człowiek wszystko otrzymał od Boga. Rozumiem dobrze, że człowiek cierpi i nie można mu pomóc i że on chce umrzeć. Bo dla niego umrzeć jest łatwiej niż żyć. Dawniej otrzymywałem sporo listów od starych ludzi, którzy prosili, bym się pomodlił, aby oni mogli umrzeć.

I Ojciec odmawiał takiej modlitwy?

Nie, modliłem się. A Bóg robił, co uważał za stosowne. Wolę w ten sposób pomóc w umieraniu. Nie robiłem przecież zastrzyku. Społeczeństwo jest coraz bogatsze, istnieje wiele przypadków utrzymywania na siłę przy życiu starego człowieka. Podłącza się go do aparatury i tak można trzymać przy życiu miesiącami. Nie uważam, aby to było konieczne. Czasem trzeba pozwolić komuś umrzeć.

Pierwszy przypadek legalnej eutanazji w Belgii dotyczył człowieka chorego na stwardnienie rozsiane. To Mario Verstraten. W wieku mojego męża.

Zabrakło koło niego anioła, kogoś, kto by go kochał, kto by go przekonał, że warto jeszcze żyć, chociaż wszystko temu przeczy.

O śmierci

Chciałabym zadać trudne pytanie. Pytanie o śmierć.

Uważasz, że to trudne pytanie?

Dla mnie tak. Pytanie to budzi we mnie lęk. A w Ojcu nie?

Nie. To po prostu nasz koniec tutaj na ziemi. Trzeba wszystko zostawić.

Ojciec naprawdę się nie boi?

Nie. Dlaczego miałbym się bać? Żyjąc, trzeba się przygotowywać do śmierci. Każdego dnia trochę umieramy. „W samym środku życia stoi śmierć, ale nikt z nas nie chce jej zauważyć. Nie chcemy mieć z nią nic wspólnego”.

Jak się Ojciec przygotowuje do śmierci?

To nie są jakieś szczególne przygotowania. Po prostu często o niej myślę.

O swojej własnej śmierci czy o śmierci innych?

O własnej. Zwykle ludzie myślą o śmierci innych, nawet swoich najbliższych. Prawie nigdy nie myślą o swojej własnej. Tak jest łatwiej i bezpieczniej. Wczoraj na spotkaniu członków Stowarzyszenia Bez Nazwy rozmawiałem z jednym z jego najstarszych członków. Ma już 90 lat i był w stowarzyszeniu od samego początku. Powiedział mi, że chodzi teraz na wiele pogrzebów. Odrzekłem, że to dobrze być starym i chodzić na pogrzeby innych, bo to nas przygotowuje do własnej śmierci. Dla mnie to naturalne. Na przykład mój brat, który ma raka. Operowano go w ostatni czwartek. Wciąż przebywa na intensywnej terapii. Jego żona powiedziała mi, że w tym jednym płucu ma wodę. To niebezpieczne. Muszę jeszcze dzisiaj zadzwonić. On jest trochę filozofem. Mówi, że żyliśmy już i tak dosyć długo. Chyba bardziej troszczy się o swoją żonę, żeby nie była smutna po jego śmierci, niż o siebie. Mówi: dla mnie to już nic nie szkodzi, ale to będzie trudne dla mojej żony i dzieci. Mój brat dużo myślał o śmierci. Oczywiście każdy trochę boi się śmierci, bo to nieznane.

Dla mnie śmierć to spotkanie z Bogiem. Powrót dziecka do Ojca. Bóg mnie kocha nie tylko, gdy żyję, ale będzie mnie jeszcze bardziej kochał, gdy umrę. To jest dla mnie wielkie pocieszenie. „Umieranie jest przejmujące i budzi grozę, jeśli idziesz ślepo w krainę, o której nigdy nie myślałeś, o której nigdy nie marzyłeś”. To smutne, gdy umierają ludzie, którzy nigdy przedtem nie myśleli o śmierci. Na moment zatrzymujemy się, gdy ktoś umiera, ale często niewiele nas to obchodzi. Widziałem kiedyś, jak człowiek umarł na ulicy. Zatrzymano ruch uliczny, bo umarł człowiek. Za chwilę jednak wszystko ruszyło z powrotem. Nie znaleziono rodziny. Czekano 15 dni. Nikt się nie zjawił. Nikt go nie znał.

Wciąż jednak nie rozumiem, po co mam myśleć o śmierci? To przecież smutne i bolesne, to może odebrać mi radość życia.

Mówię ci jeszcze raz: abyś była gotowa, abyś potrafiła przyjąć wszystko, co cię spotka. Żebyś mogła ufnie powiedzieć „tak”. Jeżeli zaakceptujesz życie, to najlepiej przygotujesz się do śmierci. A żyjesz wtedy intensywniej. To wcale nie musi być smutne. „Myśl o śmierci działa wyzwalająco, jeżeli wierzysz w życie wieczne. Śmierć otwiera przed nami niewyobrażalne perspektywy. Życie nie kończy się w ciemnej dziurze”. Gdy otworzysz się na tę tajemnicę, czujesz, że inny świat po trochu do ciebie przychodzi. Zaczynasz zdawać sobie sprawę, że wszystko, za czym codziennie biegasz, jest względne. Na śmierć trzeba czekać, jak czeka się na jutro, którego się nie zna.

Ojciec wierzy w życie po śmierci?

Tak. Chociaż nic o tym nie wiemy. Absolutnie nic. Pojawiają się książki ludzi, którzy przeszli śmierć kliniczną. Dla mnie wszystko jest otwarte. Każde życie ma sens, nawet jeżeli komuś się wydaje, że jego życie nie ma sensu tutaj na ziemi. Wierzę nie tylko w życie po śmierci, ale i w zmartwychwstanie. Każdy człowiek wstanie z martwych. Masz wątpliwości? Popatrz na te kwitnące drzewa. Nie wiedziałbym, jak wytłumaczyć zimą człowiekowi, który nigdy nie widział kwitnących drzew, a widzi teraz jedynie bezlistne gałęzie, że one za kilka miesięcy obsypią się liśćmi i kwiatami. Ten człowiek prawdopodobnie powiedziałby: to niemożliwe! Jednak tak się dzieje co roku. Ziarno, które wkładasz do ziemi, urośnie i wyda nasiona. „Tak też nie mam żadnych trudności, by uwierzyć, że ta cudowna istota ludzka, która umiera na ziemi, potrafi powstać do nowego życia w raju pełnym radości”. To wszystko jest tajemnicą.

Co by Ojciec zabrał ze sobą, gdyby można było coś ze sobą wziąć w podróż w tamtą stronę?

Nic, bo przygotować się do śmierci oznacza również nauczyć się pozostawiać, porzucać. W życiu gromadzimy wiele rzeczy: książki, podarunki od przyjaciół, zdjęcia bliskich. Trzeba wszystko zostawić. Jedyne, co pozostaje, to miłość. Miłość nie umiera. Ona jedyna przetrwa. „Tak więc trwają wiara, nadzieja i miłość, te trzy: z nich zaś największa jest miłość” — napisał św. Paweł w Liście do Koryntian. Wierzę, że gdy człowiek umiera, to już wtedy Bóg się nim opiekuje. „Pozwól sobie spokojnie spaść, bo wpadniesz w otwarte dłonie i czułe ramiona nieskończenie kochającego Boga”.

Czy taka wiara, że po tamtej stronie czeka Bóg z otwartymi ramionami, pomaga umierać? Wierzący umierają spokojniej?

Widziałem ludzi umierających z różańcem w dłoniach. Ludzi, którzy się modlili, którzy odchodzili w modlitwie. Umierali naprawdę spokojni. Ci, którzy wierzą, umierają łatwiej niż inni. Widziałem to wiele razy. Ktoś, kto nie wierzy, odchodzi w ciemną otchłań. Staje wobec absurdu swojego istnienia. Niektórzy to oczywiście akceptują.

Skoro na każdego czeka Bóg z otwartymi ramionami, to co z piekłem?

W piekło nie wierzę. Sądzę, że Bóg ma dla każdego człowieka raj na jego miarę. Wierzę w nieskończoną miłość Boga.

Czy Ojciec, przygotowując się do śmierci, ma jednocześnie wrażenie, że wszystko przeżył, wszystko zrobił?

Teraz, gdy jestem stary, to mogę zrelatywizować wiele spraw. Przedtem ciągle spieszyłem się, żeby zrobić to czy tamto. Byłem smutny, gdy nie udawało mi się zrobić wszystkiego, co zaplanowałem. Teraz jestem spokojniejszy. To jest o wiele lepsze. Ale i tak wciąż myślę, że mógłbym zrobić więcej. Ludzie mówią: ojciec tak wiele zrobił. A ja nie mam takiego poczucia. O popatrz, powinienem podziękować ludziom, którzy podarowali mi tę butelkę whisky.

Ojciec pije whisky?

Nie, prawie nigdy nie piję.

Tam, w kącie, widzę nie otwartą butelkę żubrówki. Od znajomych Polaków?

Dostałem od Agaty i polskiego księdza. Od salezjanów z Warszawy też dostałem wódkę. Potem daję innym w prezencie, bo wódki nie piję. No, często piłem Jegemaster, to taki niemiecki trunek korzenny. Hm, bardzo dobry.

Ale nie był Ojciec nigdy pijany.

Ależ tak, byłem. Wyobraź sobie, że gdy już byłem inwalidą, a więc niecałe 10 lat temu, pojechałem z Gido i jego żoną do Niemiec. Miałem tam wygłaszać prelekcje. Dostaliśmy do dyspozycji dom, w którym mogliśmy zamieszkać. Po wykładzie odwieziono nas i Gido otrzymał w prezencie butelkę. To był bardzo miły wieczór, siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Nie zdawałem sobie sprawy, że alkohol był taki mocny. Wydawał mi się delikatny, dobry, więc piłem, a Gido mi dolewał. Nie złościłem się, ale bez przerwy się śmiałem. Gdy jestem pijany, to bardziej się śmieję niż zazwyczaj. Nie byłem w stanie sam iść do łóżka. Oboje więc musieli położyć mnie spać. O, byłem jeszcze kiedyś pijany, z 30 lat temu. Mieszkał tutaj stary ojciec, który pił Jenever, rodzaj naszej wódki, z Martini. No to napiłem się razem z nim. Dobrze mi szło, ale potem miałem spotkanie. Podobno przez cały czas się śmiałem. Poza tym nie przypominam sobie jakichś większych ekscesów.

rozmawiała Katarzyna Szymańska–Borginon

 

  • PHIL BOSMANS flamandzki ksiądz i zakonnik, inicjator „Przymierza bez nazwy” — ponadwyznaniowego ruchu na rzecz ludzi ubogich i będących w potrzebie, wielki przyjaciel ludzi, pomógł niezliczonym znękanym i cierpiącym odnaleźć na nowo chęć i radość życia.

     
    Wywiad publikujemy dzięki uprzejmości Katarzyny Szymańskiej–Borginon. Wkrótce nakładem Wydawnictwa Bosz ukaże się książka zawierająca jej rozmowy z Philem Bosmansem.

    Nr 11 (375) 2004

     
  • Skomentuj

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

    *

    code