Kobietą być, mężczyzną być

Seks, jakiego nie zna Kościół

Seks, jakiego nie zna Kościół

Artur Sporniak

Potrzebujemy przemyśleć i zrozumieć wiele spraw na nowo: naturę grzechu pierworodnego, rolę seksualności, istotę odkupienia… Uciekając przed tym zadaniem, Kościół będzie jedynie tracił.

Najnowsza książka o. Ksawerego Knotza „Seks jakiego nie znacie”, wydana przez Edycję Świętego Pawła, już stała się bestsellerem. Jej echa dotarły za granicę – na Zachodzie okrzyknięta została „Katolicką Kamasutrą”. Wkrótce wydawnictwo Znak ma opublikować „Puzzle małżeńskie” – być może książkę jeszcze ciekawszą. O ile pierwsza jest praktycznym poradnikiem wskazującym, jak dbać o intymność i namiętność w katolickim małżeństwie, o tyle druga problem seksualności ujmuje głębiej – stanowi jak gdyby podręcznik duchowości małżeńskiej. Jest napisana wspólnie przez o. Knotza i Monikę Waluś, teolożkę związaną ze środowiskiem „Więzi”, żonę, matkę, a także „gospodynię domową”, jak często podpisuje teologiczne teksty.

O. Knotz stał się niemal instytucją w polskim Kościele. Jego rekolekcje dla małżonków są niezwykle popularne. Jego strona internetowa (szansaspotkania.net) osiąga wielomilionową oglądalność. Na czym polega jego fenomen? Gdy się dokładniej przyjrzeć, kapucyn nie robi nic nadzwyczajnego – zachęca, by cieszyć się seksem, dbać o niego, nie rozdzielać życia intymnego małżonków od ich religijności.
Po prostu broni znaczenia seksu w małżeństwie. Przed kim?

Kłopotliwa namiętność

Spojrzenie na seksualność na trwałe naznaczyła w Kościele nauka o pożądliwości. O. Knotz dostrzega problem, ale nie podejmuje go wprost. Zadowala się rozwiązaniem werbalnym. „Bardzo często pojęcie »namiętności« mylimy z pojęciem »pożądliwości«. W potocznym rozumieniu te dwa słowa używamy zamiennie. Jednak w Kościele od czasów św. Augustyna funkcjonuje rozumienie pożądliwości związane ze stanem grzechu pierworodnego. Dlatego na gruncie kościelnym trzeba uważać, aby nie utożsamiać tych dwóch pojęć mających całkiem inne znaczenie” (s. 45) – postuluje. Skąd ta pomyłka się bierze i czym się różni namiętność od pożądliwości?

W Katechizmie Kościoła Katolickiego słowo „namiętność” pojawia się w pięciu punktach. Charakterystyczne, że występuje razem ze słowem „pożądanie” i zawsze w negatywnym kontekście zagrożenia zniewoleniem (1809; 2339; 2413; 2543; 2555). Nie ulega wątpliwości, że dla autorów Katechizmu oba słowa są bliskoznaczne. Namiętność to rzeczywistość groźna, którą albo poskromimy, albo to ona weźmie nas w niewolę. Czy należy się zatem dziwić, że z fragmentów poświęconych godności małżeństwa oraz miłości małżeńskiej znika słowo „namiętność” zastąpione ostrożną „cielesną intymnością”? „W małżeństwie cielesna intymność staje się znakiem i rękojmią komunii duchowej” (2360).

W przeciwieństwie do tekstów o. Knotza w Katechizmie niewiele znajdziemy odniesień do Pieśni nad pieśniami. Wprost mówi o niej tylko jedno zdanie: „Tradycja zawsze widziała w Pieśni nad pieśniami jedyny w swoim rodzaju wyraz miłości ludzkiej, będącej czystym odblaskiem miłości Boga, miłości »potężnej jak śmierć«” (1611). Stwierdzenie to zresztą budzi wątpliwość, gdyż tradycyjna interpretacja dostrzegała w tej niezwykłej biblijnej księdze raczej wyłącznie metaforę miłości duszy do Boga. Potwierdza to sam Katechizm w jedynym oprócz wyżej przytoczonego krótkim cytacie z Pnp: „Kontemplacja szuka Tego, »którego miłuje dusza moja«” (2709) oraz w dwóch odwołaniach do przypisów (1040; 1295). Za to w punkcie stwierdzającym konieczność zintegrowania seksualności z miłością Katechizm cytuje w całości modlitwę Tobiasza i Sary, która – jak pamiętamy – ratuje współżycie świeżo poślubionych małżonków przed śmiercionośnym demonem Asmodeuszem (2361). Czy zatem po dwudziestu wiekach chrześcijaństwa seksualność nadal jawi się jako groźny „demon”, którego trzeba „spętać” modlitwą?

Powodem dystansu Kościoła do erotycznej namiętności jest właśnie jej bliski związek z pożądliwością. W artykule odnoszącym się do dziewiątego przykazania Dekalogu czytamy: „W sensie etymologicznym pojęcie »pożądanie« może oznaczać każdą gwałtowną postać pragnienia ludzkiego. Teologia chrześcijańska nadała temu pojęciu szczególne znaczenie pragnienia zmysłowego, które przeciwstawia się wskazaniom rozumu ludzkiego. Św. Paweł Apostoł utożsamia je z buntem »ciała« wobec »ducha«. Pożądanie jest konsekwencją grzechu pierworodnego. Wywołuje ono nieporządek we władzach moralnych człowieka i nie będąc samo w sobie grzechem, skłania człowieka do popełniania grzechów” (2515). Stwierdzenia te wywołują konsternację.

Jak więc Kościół wyobraża sobie „cielesną intymność” małżonków bez pożądania? Czy to nie dzięki popędowi seksualnemu łączymy się w pary, zawieramy małżeństwa i tworzymy rodziny? Współcześni małżonkowie dobrze wiedzą, jakim niebezpieczeństwem dla ich więzi jest zanik pożądania, coraz częstszy przy dzisiejszym niezdrowym tempie życia. I dobrze wie o tym także o. Knotz – stąd jego rady, by nie zapominać o pielęgnacji libido.

Kościół nie chce zaprzeczać oczywistościom. Pragnienia zmysłowe same w sobie są dobre (2535) i pełnią ważną rolę: „Doskonałość moralna polega na tym, aby człowieka kierowała do dobra nie tylko wola, lecz także jego dążenie zmysłowe” (1770). Chodzi o to, by „przenikać je rozumem” (2341). Zatem można wstępnie przyjąć, że Kościół zaanektował neutralne w swej istocie pojęcie pożądania (libido) i nadał mu negatywną konotację, odnosząc to słowo wyłącznie do pragnienia zmysłowego przekraczającego wskazania rozumu. Tym samym spowodował sytuację prowokującą permanentne nieporozumienia w dyskusji o seksualności.

Ale sprawa nie sprowadza się do kłopotów terminologicznych – unikanie w Katechizmie mówienia o namiętności w małżeństwie nie jest przypadkowe. By to pokazać, trzeba przyjrzeć się historii owej semantycznej aneksji.

Radykalizm Augustyna

Problem pożądania pojawił się w V w. przy okazji kontrowersji pelagiańskiej. Pelagianie zanegowali naturalną grzeszność człowieka jako skutek pierwszego grzechu prarodziców. W konsekwencji pod znakiem zapytania stanęła potrzeba odkupienia i sens zbawczej ofiary Chrystusa. Ostro na nauczanie pelagian zareagował św. Augustyn. By dowieść grzeszności człowieka, odwołał się do poczucia utraty kontroli w sferze seksualnej, utożsamiając popęd seksualny z zepsuciem spowodowanym grzechem prarodziców. Dla Augustyna każdy przejaw seksualności jest złem, „raną grzechu”, wstydem, gdyż nawet w akcie małżeńskim motywowanym prokreacją „płomień namiętności” podporządkowuje sobie wolę i to on, a nie wola „porusza członkami”. „Jego doświadczenia z pewnością odegrały pewną rolę w refleksji teologicznej” – komentują Vittorio Grossi i Bernard Sesboüé w „Historii dogmatów”.

Julian z Eclanum, pelagiański adwersarz Augustyna, będzie przekonywać, że zdolność pożądania jest dobrem chcianym i stworzonym przez Boga, zatem można dobrze używać dobra bądź źle używać dobra. Jeśli więc godzimy w pożądliwość, godzimy tym samym w małżeństwo. Odpowiadając, Augustyn stwierdzi, że można tylko źle używać zła lub dobrze używać zła (w akcie prokreacji). „Zaiste mylą się ci, którzy sądzą, że ganiąc cielesną żądzę, potępia się małżeństwo, jakoby ta choroba pochodziła z małżeństwa, a nie z grzechu” – napisze w traktacie „Małżeństwo i pożądliwość”. W ten sposób oddzieli stworzoną przez Boga naturę małżeństwa wraz z jego dobrami (potomstwem, wiernością i sakramentem) od samej seksualności – siedliska złych skłonności i zarzewia grzechu.

Odtąd przywracając seksualność małżeństwu trzeba będzie ją w nauczaniu Kościoła nieustannie usprawiedliwiać, oczyszczać i integrować. Nawet Sobór Watykański II, choć przyzna, że małżeństwo nie zostało ustanowione „jedynie w celu zrodzenia dzieci”, uzna za stosowne przypomnieć za Piusem XI, iż miłość małżeńska, która „może też nadać szczególną godność cielesnym i duchowym swym przejawom oraz uszlachetnić je jako składniki i swoiste oznaki małżeńskiej przyjaźni”, „przewyższa zdecydowanie czysto erotyczną skłonność, która nastawiona egoistycznie, szybko i żałośnie zanika”. Tak jakby cielesne przejawy miłości koniecznie potrzebowały uszlachetnienia, a erotyczna skłonność nie stała u podstaw małżeńskiej więzi.

Choć Kościół oficjalnie nigdy nie poparł całkowitego utożsamienia popędu z pożądliwością jako nieuporządkowanym pragnieniem seksualnym, poglądy św. Augustyna na małżeństwo i seksualność mogły się bez przeszkód rozpowszechniać do czasu, aż zradykalizował je Marcin Luter. Studiując pisma Augustyna, protoplasta Reformacji doszedł do przekonania, że grzech pierworodny tak radykalnie zniszczył naturę ludzką, że nic nie jest w stanie jej naprawić – wysłużona przez Chrystusa łaska jedynie zasłania naszą nikczemność i w ten sposób nas usprawiedliwia. Pożądliwość jest nieuleczalna i tożsama z grzechem pierworodnym. Innymi słowy, ów grzech przejawia się w sposób pewny i doświadczalnie weryfikowalny właśnie w pożądliwości. Ponieważ przy okazji Luter zaatakował tradycyjne nauczanie o sakramencie chrztu, który gładzi grzech pierworodny i czyni nas w oczach Boga na powrót nieskazitelnymi, sobór trydencki (1546–1563) zmuszony był wypowiedzieć się także na temat pożądliwości. „To zaś, że w ochrzczonych pozostaje pożądliwość lub zarzewie grzechu, ten święty Sobór przyznaje to i z tym się zgadza. Ponieważ zaś ta pożądliwość jest nam pozostawiona dla walki, nie może ona szkodzić tym, którzy nie dają jej przyzwolenia i mężnie opierają się jej z pomocą łaski Jezusa Chrystusa. (…) Kościół katolicki nigdy nie rozumiał tak, jakoby u ludzi odrodzonych była prawdziwym i właściwym grzechem, lecz tak jest nazwana, ponieważ jest pozostałością po grzechu i do grzechu nakłania” – głoszą kanony o skutkach chrztu.

Intencją soboru było – piszą autorzy „Historii dogmatów” – wskazanie, że podobnie jak wiara także grzech pierworodny nie jest rzeczywistością do końca doświadczalnie weryfikowalną. Można jedynie ogólnie powiedzieć, że obecna w nas tendencja do nieporządku moralnego jest skutkiem grzechu pierworodnego. Choć sobór złagodził radykalną wymowę stwierdzeń przyjętych od Augustyna (w kanonach o małżeństwie w ogóle nie wspomina o pożądliwości), wprowadził do doktryny pojęcie pożądliwości. Narzucona przez Augustyna perspektywa na trwałe zagościła w oficjalnym nauczaniu. Dlatego Katechizm kilkakrotnie stwierdza, że pierwszym skutkiem zerwania harmonii z Bogiem, czyli pierwszego grzechu, jest wypaczenie relacji między kobietą i mężczyzną: „ich pociąg ku sobie, będący darem Stwórcy, zamienił się w relację panowania i pożądliwości” (400; 1607). Nieuporządkowane pragnienie seksualne jest w nas obecne.
W dalszym ciągu aktualne pozostaje pytanie: jak jest możliwa w małżeństwie czysta „cielesna intymność”?

Aporie teologii ciała

Paradoksalnie, chcąc na to pytanie szczegółowo odpowiedzieć w swojej teologii ciała, Jan Paweł II zradykalizował doktrynę, powracając do pewnego stopnia na pozycje św. Augustyna. Niewątpliwie intencją Papieża jest dowartościowanie cielesności. Pisze on o odwiecznej wzajemnej fascynacji męskości i kobiecości, osobotwórczej ich komplementarności oraz o oblubieńczym znaczeniu ciała. „Ciało ludzkie, jego płciowość – męskość i kobiecość – jest w samej tajemnicy stworzenia nie tylko źródłem płodności i prokreacji, tak jak w całym porządku natury. Jest w tym ciele »od początku« zawarta właściwość »oblubieńcza«, czyli zdolność wyrażania miłości – tej właśnie miłości, w której człowiek-osoba staje się darem – i spełnia sam sens swego istnienia i bytowania poprzez ten dar”.

Na przeszkodzie owej zdolności wyrażania miłości staje jednak po grzechu prarodziców pożądanie. Papież identyfikuje je z tym, co psychologia określa neutralnie jako „intensywny zwrot do przedmiotu ze względu na jego wartość seksualną”. Dostrzega w nim jednak samoistną silną tendencję do uprzedmiotowienia drugiej osoby, której człowiek, doświadczający pragnienia seksualnego, powinien się przeciwstawić. „Ów naturalny, somatyczny substrat ludzkiego seksualizmu odsłonił się jako siła poniekąd samorodna, nacechowana znamieniem pewnego »przymusu ciała«, działająca wedle własnej dynamiki ograniczającej wyraz ducha, ograniczającej przeżycie daru osoby oraz wymianę daru”.

Innymi słowy, nasz popęd seksualny zawsze będzie się objawiać spontanicznie w sposób zwyrodniały (w tym miejscu Papież bliski jest Augustynowi). Co z tym antropologicznym faktem można zrobić?

Papież proponuje humanizację popędu – powstrzymywanie pożądań, by na ich miejsce w naszej świadomości do głosu mogły dojść inne „znaki miłości oblubieńczej”, czystsze i bardziej bezinteresowne. Jest to możliwe, gdyż nawet po grzechu w naszym sercu nie został zatarty oblubieńczy sens ciała – nadal nas przynagla odwieczne wezwanie do miłowania i daru z siebie. Zatem akt małżeński, jako owoc pożądania, sam z siebie nie prowadzi do oblubieńczego daru – przeciwnie, należy się liczyć, że spontanicznie będzie jedynie wzajemnym uprzedmiotawianiem się małżonków.

Może się on oczyszczać, jeżeli małżonkowie niezależnie od swoich seksualnych pragnień i działań będą na co dzień wyrabiać w sobie poprzez aseksualne znaki i otwarcie na Ducha Świętego zdolność „bezinteresownego wzruszenia drugim »ja«”, „głębokiego upodobania i podziwu”, „bezinteresownej koncentracji na »widzialnym« i równocześnie »niewidzialnym« pięknie kobiecości czy męskości”. Wówczas jest szansa, że ów „somatyczny substrat ludzkiego seksualizmu” odnajdzie sobie właściwe miejsce podczas stosunku seksualnego (tu Papież przekracza pesymizm Augustyna). Pytanie tylko, po co małżonkom jeszcze będzie potrzebny akt seksualny, skoro wszystko co piękne, czyste, jednoczące, oblubieńcze i bezinteresowne już osiągną?

Jan Paweł II mówi, że oczyszczony akt seksualny jest „szczególnym znakiem miłości”, gdyż oprócz wyrażania jedności posiada „znaczenie potencjalnie rodzicielskie”. Małżonkowie „w tym »znaku miłości« wypowiadają swoją dojrzałą gotowość macierzyństwa i ojcostwa”. W konsekwencji, wbrew intencji i werbalnym zapewnieniom, papieska teologia ciała prowadzi do wniosków zbieżnych z postulatami Augustyna: religijnym ideałem byłoby „białe małżeństwo”, sięgające po współżycie seksualne tylko po to, by mieć dzieci.
Czy ta wewnętrzna aporia nie jest główną przeszkodą w recepcji katechez Jana Pawła II o małżeństwie?

Rehabilitacja pożądania

Powodem tych wszystkich kłopotów jest, jak się wydaje, ciągła tendencja do mylenia przyczyny ze skutkiem i utożsamiania naturalnych sił seksualności z jej chorobowymi przejawami. Za Julianem z Eclanum należy powtórzyć, że można dobrze używać dobra bądź źle używać dobra. Jeżeli źle używamy seksualności, to przyczyna takiego zachowania nie tkwi w samej seksualności, tylko w siłach jej obcych. Źródłem kłopotów nie jest „natarczywość” pożądania jako takiego, jak głosi Jan Paweł II i sugeruje Katechizm. Znamienne, że papieskie analizy „pasują” do opisu przeżywania pożądania przez seksoholików.

I tak też z kościelnym nauczaniem próbuje radzić sobie o. Knotz, kojarząc złą pożądliwość z uzależnieniem. Tyle że dziś mechanizm uzależnienia, zresztą charakterystyczny dla wszystkich rodzajów przyjemności (nie tylko seksualnej), jest precyzyjnie rozpoznany i niewiele ma wspólnego z nieweryfikowalną do końca naturą grzechu pierworodnego. Gdyby jednak w sferze seksualnej próbować utożsamiać go bezpośrednio ze skutkiem grzechu pierworodnego, musielibyśmy dojść do kontrowersyjnego wniosku, że wszyscy rodzimy się seksoholikami.

Nie oznacza to jednak, że pierwszy grzech – jak przypuszczali pelagianie – nie odcisnął na nas swego piętna. Początkowe rozdziały Biblii przenikliwie wskazują, że ten najbardziej zgubny akt polegał na utracie zaufania do Boga. Bóg w oczach Adama i Ewy przestał być kimś najbliższym i kochającym, stał się kimś obcym, dalekim, budzącym lęk. To zaburzone spojrzenie przeniosło się na relacje między ludźmi. Pojawił się lęk i odruchy obronne: nasi protoplaści wzajemnie się oskarżając – przestali być sobie bliscy, przestali się rozumieć i sobie ufać. Szukając w naszej naturze śladów grzechu pierworodnego, skutku pierwszego grzechu, można dostrzec niepokojący mechanizm: im ktoś jest bardziej nam obcy, tym trudniej jest dostrzec w nim człowieka. Podobnie, im ktoś wydaje się od nas słabszy. Przerażające skutki tego mechanizmu odczłowieczania innych można śledzić w historii i współczesności.

„Obcy” i „ubogi” to najczęstsze ofiary złowrogich sił, które są w nas obecne, często wbrew naszej dobrej woli. Nikt tutaj nie jest niewinny. Nie przypadkiem „drugi Adam”, by zniweczyć zło, sam musiał stać się „obcym” i „ubogim”.

Czy ta duchowa „krótkowzroczność” ujawnia się także w małżeństwie? Naiwnością byłoby uważać, że małżeństwo całkowicie chroni nas od ciemnej strony naszej natury. Rzeczywiście, trudno jest nam kochać nawet najbliższych. W nasze relacje samoistnie „wpycha się” struktura panowania, która niszczy miłość. Kierują nami podświadome lęki i zranienia.

Lekarstwem na te niszczące procesy nie jest walka z pożądaniem – aktywizm i ascetyzm. Lekarstwem jest ciągłe uświadamianie sobie własnej bezbronności – stawanie się „ubogim”. W książce „Intymność” Henri J. M. Nouwen pisze: „W miłości mężczyźni i kobiety odrzucają wszelkie formy władzy, obejmując się, stają się bezbronni. Nagość ich ciał jest symbolem całkowitej bezbronności i oddania. (…)

Kiedy poprzez troskliwy rozwój swojego związku osiągają wolność całkowitego rozbrojenia, wtedy ich oddanie staje się również przebaczeniem, ich nagość nie przynosi wstydu, lecz pragnienie dzielenia się, a zupełna bezbronność jest podstawą wzajemnej siły. W stanie absolutnej bezbronności rodzi się nowe życie – to jest tajemnica miłości. Władza zabija. Słabość tworzy. Stwarza autonomię, samoświadomość, wolność. Rodzi otwartość na dawanie i przyjmowanie we wzajemnej zależności”.

To nie my mamy naszą duchową miłością uzdrawiać i uszlachetniać „cielesne przejawy” relacji małżeńskiej. To nasza miłość ma wciąż dorastać do tego, co dzieje się w akcie małżeńskim. Najbardziej wyraźnym falsyfikatorem kościelnej nauki o pożądaniu jest mechanizm samoobronny wpisany w samą seksualność: im bardziej się od siebie oddalamy, tym szybciej pożądanie wygasa. Czy nie to tłumaczy plagę rozwodów?

Jeśli teologia nie chce być anachroniczna, musi na nowo przemyśleć tradycyjne nauczanie. Potrzeba głębszego spojrzenia. Dzisiaj nauka coraz lepiej potrafi wskazywać przyczyny naszych dewiacyjnych zachowań. Przejawy grzechu pierworodnego nie są tak siermiężne i powierzchowne. Współcześni wierzący małżonkowie mają prawo domagać się od Kościoła odnowienia nauki o seksualności, która np. umiałaby uzasadnić, dlaczego akt seksualny nie ma ekwiwalentu – jest niczym niezastępowalny w małżeństwie, że tworzy nową, trwałą relację między kobietą i mężczyzną.

Za poglądami o. Knotza już dostrzec można nową teologiczną antropologię. Z trudem się ona przebija, gdyż niezwykły zakonnik próbuje godzić ogień z wodą – namiętność małżeńską z kościelną nauką o pożądliwości. Ostatecznie katolik otrzymuje dwa przekazy: o. Knotza i Katechizmu. Nie łudźmy się, że nie będzie wiedział, który go bardziej zobowiązuje.  h

CHOR 1: Czy po 20 wiekach chrześcijaństwa seksualność nadal jawi się jako groźny „demon”, którego trzeba „spętać” modlitwą?

CHOR 2: O. Knotz, jeśli przyjrzeć się dokładnie, po prostu broni znaczenia seksu w małżeństwie. Przed kim?

CHOR 3: Współcześni wierzący małżonkowie mają prawo domagać się od Kościoła odnowienia nauki o seksualności.

Artur Sporniak

Tekst pochodzi z „Tygodnika Powszechnego”

„Tygodnik” numer 23 już w kioskach, a w nim:

Rozmowa o Lednicy z o. Janem Górą OP

Piotr Dardziński o 30-leciu pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski

Tomasz Ponikło: Karol Wojtyła i Synod Krakowski

Medal św. Jerzego: Sylwetki laureatów, Krystyny Starczewskiej i Leszka Balcerowicza

Dodatek „Conrad 01” – o Międzynarodowym Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada

oraz dodatek „Zaczęło się w Polsce” – Dwudziestolecie wyborów czerwcowych w 1989 roku

Zaprenumeruj e-tygodnik!

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code