Jan Paweł II

Jak się rodził Wojtyła-polityk

Jak się rodził

Wojtyła-polityk

Maciej Müller

Mimo pozorów kompromisowości, jest niebezpiecznym przeciwnikiem ideowym – tak o Karolu Wojtyle pisali analitycy SB.
Jak kształtowała się formacja polityczna człowieka,
który w 1978 r. stał się również jednym z globalnych „graczy”?

Rok 1948, wieś Niegowić. Do mieszkania wikarego puka Stanisław Wyporek, członek Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej, prowadzonego przez 28-letniego księdza Wojtyłę. Wspominał: „Rozpłakałem się. Opowiedziałem mu, jak wzięto mnie do Bochni na posterunek milicji i bito tylko dlatego, że należę do katolickiej organizacji. Powiedział mi: »Nie płacz Stasiu, to musi się kiedyś skończyć. Oni się kiedyś rozpadną«”.

Rok 1992. Z Janem Pawłem II rozmawia ks. Adam Boniecki. Pyta go o upadek ZSRR. – Papież powiedział mi, że był tym i nadal jest ogromnie zaskoczony. Że nie spodziewał się, że to zdarzy się jeszcze za jego życia.
Wojtyła przybył do Rzymu zza „żelaznej kurtyny”. Z dnia na dzień zmienił politykę wschodnią Watykanu. Dziś zgodnie zalicza się go do tych przywódców, którzy przyczynili się do upadku komunizmu. Jakie były źródła jego politycznych umiejętności?

Mity i katharsis

– To był człowiek, który uczył się przez całe życie – ocenia ks. prof. Józef Marecki, historyk i autor prac o dziejach najnowszych Kościoła w Polsce. – Intelekt chłonny jak gąbka. Doskonale odnajdywał się w każdej rzeczywistości, do której trafiał.

Ks. Marecki uważa, że źródeł umiejętności Wojtyły trzeba szukać w dzieciństwie: – Urodził się i wychowywał w niepodległej Polsce, wiedział, czym jest wolność. A w domu byłego austriackiego żołnierza na pewno musiał żyć mitem Franciszka Józefa i mitem Austrii: doskonałej, dobrej, wielkiej. Ale poznał też cenę wolnej Polski.

Kolejnym etapem były studia w Krakowie. – Miasto go oczarowało – mówi ks. Marecki. – Tu się dokonało to, o czym czytamy u Wyspiańskiego: „A to Polska właśnie”. W Krakowie nie dało się nie wziąć udziału w lekcji dziejów ojczystych, spotkać z narodowym doświadczeniem historycznym.

Wczesne lata nie oszczędziły Wojtyle przeżyć dramatycznych. Już wcześniej umierają matka i brat, a w trzecim roku wojny ojciec. Student zostaje robotnikiem. – Wojna nauczyła go wybierać – mówi ks. Marecki. – Dokonuje się w nim katharsis, oczyszczenie życia osobowego. Decyduje się na kapłaństwo w okresie, kiedy seminarium jest zamknięte, a to, co mu drogie i polskie, jest doprowadzone przez okupantów do zera, gdy wiele osób wpisuje się na volkslistę. Wybiera to, co nie rokuje nadziei na ułożenie życia i nie jest popularne.

Między ludzi

„Ks. Wojtyła jest wyszkolony w nowych kierunkach społecznych, zna dobrze komunizm i kwestię robotniczą” – tak metropolita krakowski Eugeniusz Baziak miał uzasadniać wybór 38-letniego księdza na swego sufragana. A przynajmniej tak to przedstawił w swoim donosie dla SB z 1958 r. ksiądz konfident, działający w kurii.

– Baziak miał na myśli głównie jego doświadczenia z Zachodu – mówi Marek Lasota, dyrektor krakowskiego oddziału IPN i autor książki „Donos na Wojtyłę”, opisującej inwigilację przyszłego papieża.
Wcześniej, w 1946 r., metropolita krakowski kard. Adam Sapieha wysyła świeżo wyświęconego ks. Wojtyłę na studia do Rzymu. – Będąc słuchaczem Angelicum, pracował jednocześnie w parafii na obrzeżach Rzymu – mówi dr Marek Lasota. – Zamieszkiwali ją głównie robotnicy. To była dla Wojtyły kontynuacja doświadczenia z krakowskiego Solvayu. Poznawał świat, który we Włoszech penetrowała partia komunistyczna, zyskująca coraz większe poparcie.
W czasie podróży do Francji i Belgii w 1947 r. Wojtyła spotkał się z ideą księży-
-robotników. – Ten ruch był reakcją na rosnące w klasie wielkoprzemysłowej wpływy komunistów – tłumaczy Lasota. – Księża nie czekali, aż robotnicy przyjdą do kościołów, tylko wchodzili między nich. To było dla Wojtyły doświadczenie, którego pokłosie obserwujemy potem w Polsce.

– Na Zachodzie Wojtyła zobaczył, że ze środowiskiem robotników może wiązać się myśl polityczna, że inteligent może doskonale się wśród nich odnajdywać – mówi ks. Marecki. – Że te dwa środowiska to nie wrogowie. Obserwacja ważna, bo w Polsce międzywojennej mogło się w nim wykształcić poczucie, że są to dwa światy. Jego posługa kapłańska i formacja polityczna polegała odtąd na byciu z ludźmi, słuchaniu ich. Także jako biskup i kardynał nigdy się od nich nie oderwał.

Mistrzowie

Korzeni poglądów księdza, a potem biskupa Wojtyły warto szukać też w pałacu arcybiskupów krakowskich. Spędził tam z innymi klerykami ostatnie miesiące wojny.

Abp Sapieha miał kontakty z podziemiem antykomunistycznym. Lasota nie wyklucza, że Wojtyła mógł być ich świadom, a nawet brać w nich jakiś udział: klerykiem zainteresowała się bowiem Sekcja III Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.

U Sapiehy mógł Wojtyła obserwować sprzeciw wobec totalitarnej władzy. W liście pasterskim Sapiehy z lipca 1945 r. czytał: „W państwie naszym musi panować sprawiedliwość dla wszystkich i nie wolno nikomu jej odmawiać”. Patrzył też, jak prowadzi się wewnątrzkościelną politykę. I że czasem własne poglądy trzeba powiesić na kołku. Sapieha, mimo że przeciwny zawartemu w 1950 r. przez Wyszyńskiego porozumieniu Episkopatu z rządem PRL, podczas pobytu w Rzymie bronił Prymasa przed watykańską kurią.

Na pytanie o postaci-wzorce młodego Wojtyły, ks. Marecki wskazuje na bp. Franciszka Jopa, który w 1952 r. zastąpił wyrzuconego z Krakowa przez komunistów abp. Baziaka. Przybył w sytuacji trudnej: Kościół był represjonowany, na przełomie 1951/52 r. trwał tzw. proces kurii krakowskiej. Jopa otoczono siatką konfidentów, wzywano na rozmowy, a zarządzanie diecezją utrudniali mu dwaj księża-patrioci, powołani przez władze na wikariuszy generalnych. – Ale Jopa nie udało się komunistom złamać – mówi ks. Marecki. W jednej z opinii bezpieki na temat Jopa pisano, że „nie jest skłonny do ustępstw nawet za cenę zajmowanego stanowiska” (większość cytatów z akt UB/SB podaję za „Donosem na Wojtyłę”). – Swoją postawą prawdy i szczerości czynił władze bezbronnymi – mówi ks. Marecki.

– Kiedy uprzedzono go, iż jest śledzony, odpowiedział, że swoje biurko kurialne może zanieść na Rynek i tam urzędować, bo nie ma nic do ukrycia. „Jestem pasterzem dla ludzi i nie mam się czego bać”, powtarzał.
Ks. Marecki wskazuje też na inne wzorce: – Wojtyła apelował o uczciwość i rzetelność w pracy. To pozytywizm. Fascynował się bratem Albertem, który poświęcił życie dla ubogich w czasach, gdy Polski nie było. Wojtyła podawał go jako wzór patrioty.

Za patrona przyszły papież zapewne uważał żyjącego 900 lat wcześniej innego biskupa krakowskiego: św. Stanisława. Tradycje sprzeciwu wobec niesprawiedliwej władzy były tu czytelne. W analizie SB z 1976 r. czytamy, że bp Wojtyła „uzurpuje sobie prawo przywódcy, rzecznika interesów społeczeństwa i wychowawcy (…) odwołując się do przykładów z przeszłości, że biskupi krakowscy nigdy nie byli łatwi i korni dla władzy”.

„Silna wola,

ugruntowane przekonania”

Ciekawy ogląd poglądów ks. Wojtyły i jego sposobów radzenia sobie z władzą przynosi lektura dokumentów UB/SB. Z 1953 r. pochodzą dwie – dotąd niepublikowane – relacje księdza konfidenta o ps. „Biały” (na razie nie ustalono, kto nim był), który relacjonował mocodawcom zasłyszane w rozmowie z ks. Wojtyłą opinie o systemie politycznym. „Maszyna działa bez zarzutu, atakuje świadomie, wykorzystując dla swoich celów nawet nasze najbardziej obiektywne wypowiedzi” – miał powiedzieć ks. Wojtyła. I dalej: „Łączność biskupa z jego podległymi mu czynnikami również bierze się jako akt oskarżenia. (…) Każdy nieprzemyślany krok mści się po tym na tych, którzy zapominają w jakich warunkach działamy i żyjemy. Śruba dociska się, a walka wchodzi w coraz ostrzejszą fazę, jaki będzie jej rezultat wiadomo z góry, zwycięstwo może być tylko po naszej stronie”.

Wkrótce ubecy czytali kolejny donos „Białego”. Wojtyła miał mu wyznać, że jest „przygotowany na najgorsze”. Miał mówić: „Wielu księży wyraźnie zdradza ochotę przyjęcia koncepcji państwa i współpracy z rządem. Zdaje mi się, że walka wchodzi w nowy etap. Dziś widzimy jasno, że nie możemy być pewni nikogo wśród nas. Wieloletnie kary w ostatnich procesach zaciążyły nad klerem i wykazały wyraźny rozłam. Trzeba by wielkiego wstrząsu by ci ludzie powrócili na łono Kościoła. Spodziewamy się też obecnie silnej infiltracji w szeregach naszej młodzieży seminaryjnej. Musimy przesuwać z całą rozwagą tą młodzież, by oddzielić ziarno od plew. Nasz aparat wychowawczy nie był dotąd nastawiony w tym kierunku, teraz musimy jak wrogowie nasi być czujni” (w cytatach zachowano pisownię oryginalną).

– Możemy powiedzieć, że w 1953 r., po aresztowaniu Prymasa, Wojtyła nie ma złudzeń, iż nadszedł czas próby dla Kościoła, i że był rozczarowany postawą niektórych duchownych – mówi Lasota.

W styczniu 1956 r. ks. Wojtyłę wezwano na „rozmowę urzędową” do kierownika referatu ds. wyznań Miejskiej Rady Narodowej. Pytano o stosunek do współpracujących z władzą katolików z PAX-u. Wojtyła, wg zachowanej notatki, „odnośnie pracy i stosunku do ruchu społeczno-postępowych katolików stwierdza, że nie chce i nie miesza się w te sprawy (…). Jest gorliwym wykonawcą ekskomuniki papieskiej odnośnie »Zagadnień istotnych« Piaseckiego i pisma »Dziś i jutro«, których nie czytał i nie czyta. Ślubowania na wierność PRL nie składał”.

– Nie dał się pozyskać – komentuje Lasota. – Dał do zrozumienia, że istnieje granica, której przekroczyć nie wolno.
W 1958 r. Wojtyła zostaje biskupem pomocniczym. Z 1960 r. pochodzi charakteryzujący nowego biskupa donos agenta o pseudonimie „Włodek”, benedyktyna: „Rzadkie połączenie intelektualisty z człowiekiem czynu, praktycznym i organizatorem. Inteligencja bardzo żywa, analityczno-syntetyczna (…). Przystępny, usłużny i obowiązkowy. Nie ma wygórowanych ambicji, posiada trzeźwy sąd o sobie i swoich możliwościach. Jest mało prawdopodobne by zagalopował się nieroztropnie. (…) Ma bardzo silną wolę i ugruntowane przekonania. (…) Być może, że potrafi być zacięty, może też mieć swoje antypatie”.

Pięć lat później, gdy po śmierci abp. Baziaka trwała procedura wyboru nowego ordynariusza, osobowością Wojtyły interesowały się władze partyjne. W opinii dla KC PZPR pisano, że „jest oddany bez zastrzeżeń sprawom Kościoła. Jako człowiek wybitnie zdolny i dobry organizator jest bodaj jedynym biskupem który potrafiłby skonsolidować nie tylko kurialistów i kler diecezjalny, ale również skupić wokół siebie część inteligencji i młodzieży katolickiej (…) Mimo pozorów wykazywanej kompromisowości i elastyczności w stosunkach z władzami państwowymi jest bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem ideowym”.
Lasota: – Komuniści byli świadomi, że mają do czynienia z osobowością wybitną pod względem intelektualnym i sprawnym politykiem. A nowy metropolita wiedział, że w PRL Kościół jest jedyną enklawą wolności i musi przyjąć depozyt narodowej tożsamości.

Antidotum na marksizm

W latach 70. analizy na temat Wojtyły (od 1967 r. kardynała) są coraz bogatsze w wyliczenia jego cech jako polityka; między wierszami widać, być może, respekt. Działający w kurii agent „Zbyszek” donosi w 1974 r.: „jest uczonym, a przy tym zręcznym politykiem, ma ogromne osobiste powiązania w samym Watykanie, a także na całym świecie. (…) dla całej polityki Kościoła na świecie i na odcinku ZSRR-kraje demokracji ludowej (…) jest najbardziej miarodajnym opiniodawcą [dla Watykanu-red.]”.

Wydział IV SB w 1976 r. tak definiował jego politykę: „utrzymanie i umacnianie polityczno-społecznej roli kościoła w Polsce (…). Jest dalekowzrocznym politykiem. Nie mniej interesuje go dzień dzisiejszy, jak i jutro w działalności kościoła w Polsce”. Wniosek: „Jest groźniejszym przeciwnikiem od obecnego przewodniczącego polskiego episkopatu”.
SB skarżyła się też, że „kamuflowane treściami duszpasterskimi działania hierarchów krakowskich a głównie kard. Karola Wojtyły zmierzają do wytworzenia w społeczeństwie katolickim przekonania, że kościół jest jedynym wyrazicielem dążenia narodu polskiego i stoi w obronie praw zagrożonych rzekomo ludzi wierzących”.

Kilka miesięcy przed wyjazdem kardynała na konklawe, w grudniu 1977 r., ppłk Józef Biel z SB pisał o „zjawiskach świadczących o poważnym wzroście roli ośrodka krakowskiego w działalności Kościoła”. Kardynał miał usztywnić swe stanowisko „w kwestii stosunku Kościoła do władz”, a poza tym „realizuje kierunek antagonizowania społeczeństwa katolickiego i władz”. Między innymi „udzielił pełnego poparcia uczestnikom majowych wydarzeń w Krakowie” po śmierci Stanisława Pyjasa i „z uwagą śledzi działalność grup dysydenckich [chodzi zapewne o Studencki Komitet Solidarności] i w pełni je akceptuje”. Kardynał, pisał Biel, wysyła też do władz liczne żądania „m.in. w zakresie: przeciwstawiania się rzekomym ograniczeniom praw ludzi wierzących (…) zmian programu ideologicznego i obywatelskiego wychowania młodzieży w szkołach, (…) dostępu Kościoła do środków masowego przekazu, budownictwa sakralnego (…)”.

– Komuniści patrzyli na niego jak na wroga marksizmu – mówi ks. Marecki. – Największą szkodę widzieli w tym, że wyrywał im ludzi. Bo celem marksizmu było zawładnięcie ludźmi, dlatego niszczono instytucje, które ludzi gromadziły: harcerstwo, bractwa religijne, partie, Kościół.

Ks. Marecki tak opisuje wypracowany przez Wojtyłę sposób na komunizm: – Nie wypowiadał się publicznie o jego złu. Ale kiedy powtarzano w kółko w radiu i telewizji, że komunizm jest jedyną słuszną drogą, to on z ambony stawiał pytanie: kto człowiekowi daje szczęście? Tylko Bóg. Jego polemika z tezami marksistów polegała na dawaniu przeciwwagi. Dawał antidotum na truciznę komunizmu i w ten sposób zabierał systemowi ludzi.

„Rozmówka” z młodzieżą

– Wojtyła widział, że Polacy po wojnie są społeczeństwem z przetrąconym kręgosłupem – mówi Lasota. – Nastąpił zanik tradycyjnych elit i drogowskazów. Dysponował nimi jedynie Kościół i konkurujące z nim powstające PRL-owskie elity. Kościół nie mógł być siłą polityczną przewodzącą społeczeństwu, więc musiał zbudować nowe elity, uformowane katolicko, ale jednocześnie będące zaczynem społeczeństwa obywatelskiego.

A Wojtyła kierował uwagę na środowiska intelektualne. Sprawozdanie SB z 1958 r. mówi, że nowy biskup „przeprowadza rozmowy z inteligencją katolicką m. Krakowa omawiając problemy życia religijnego (…) oraz wypracowuje środki jakimi można oddziałowywać na tą część społeczeństwa”. Ważne dla niego jest „urobienie kadry katolickiej przy pomocy której można by oddziaływać na szersze grono społeczeństwa” (donos agenta „Torano”) i „rozważenie celowości podjęcia pewnych akcji zewnętrznych, które by wskazywały na »istnienie« katolików na różnych odcinkach życia”. Tym problemom poświęcał spotkania z intelektualistami w kurii, KIK-u czy w redakcji „Tygodnika Powszechnego”, a także narady z duchowieństwem z diecezji.

Istotne dla Wojtyły jest nawiązanie osobistego kontaktu z inteligencją. Dlatego prowadzi „indywidualne rozmowy z naukowcami oraz wygłasza nauki na tematy filozoficzne dla prawników, lekarzy itp.” (analiza SB z 1959 r.). Gdzie sam nie mógł dotrzeć, słał najlepszych podwładnych. W 1963 r. SB analizuje, że Wojtyła „usiłuje wykorzystać talent najzdolniejszych księży, kierując ich do pracy do rejonów skupiających gros inteligencji”. W 1973 r. biskup spotkał się z redaktorami „Znaku”; rozmawiano o zadaniach polskiej inteligencji. Bezpieka miała tam swoje uszy, stąd wiemy, że mówił, iż „trzeba ludzi uczyć pewnej odwagi cywilnej, umiejętności występowania w obronie pewnych spraw. Coraz częściej mówi się o wolności religii i wolności w ogóle i to jest właśnie to, o co walczą”. Przestrzegał, że komuniści „lansują dialog w którym eksponuje się »jak Kościół winien pomagać realizować założenia socjalistycznego państwa«”.

W 1976 r. analityk „wyznaniowego” wydziału krakowskiej SB podsumowywał: „Nie demonizując osoby krakowskiego metropolity trzeba stwierdzić, że jego mądrość i autorytet polega m.in. na kapitalnej wręcz umiejętności wykorzystania potencjału naukowego, jaki znajduje się w dyspozycji Kościoła w Krakowie”.

Oczkiem w głowie biskupa była też młodzież. – Stawiał sobie za cel wyłonienie grupy ludzi, z której wyjdą przyszli liderzy społeczni – mówi Lasota.

W 1960 r. „Torano” relacjonował, że biskup „opuszcza kolację (…) bo na 9-tą wieczór ma wyznaczoną rozmówkę z młodzieżą u siebie w domu (…). Skonstatowałem, że ks. biskup Wojtyła gromadzi często taką młodzież u siebie zwykle późnymi wieczorami, ze wszystkich wydziałów na krakowskich uczelniach”. W innym donosie odnajdujemy obawę, że biskup „organizuje młodzież, któraby w przyszłości stworzyła ze siebie rodzaj jak gdyby stronnictwa politycznego krakowskiego i któraby w przyszłych wyborach do sejmu odegrała ważną rolę na rzecz katolicyzmu”. Analiza SB z 1977 r. precyzuje: „obserwuje się próby wykorzystania legalnych form (…) organizacyjnych duszpasterstwa akademickiego do lansowania negatywnych treści społeczno-politycznych”.

Ks. Marecki: – Chciał odbudować społeczeństwo. Przeciwstawiając się rzeczywistości politycznej, tworzył dla młodzieży alternatywę. Nie wygłaszał dla niej nauk politycznych. Raczej gromadząc młodych wokół idei patriotycznej, uczył myśleć w poprzek tego, co głosiła propaganda. Nie martwił się, że w szkole nie ma religii. Wzywał księży: organizujcie katechezę. Kiedy powstał Związek Młodzieży Socjalistycznej, który miał ściągać młodych ludzi, on temu jawnie nie przeciwdziałał, wychodząc z założenia: my róbmy swoje.

„Taki trochę dobrotliwy”

Dla komunistów był solą w oku także z powodu odporności psychicznej. Nie znaleźli sposobu, by go pozyskać lub złamać. Wzywany na rozmowy, radził sobie nieźle. – Jako rozmówca był wstrzemięźliwy – ocenia Lasota. – Bardziej słuchał, niż mówił, a gdy padały pytania, odpowiadał rzeczowo, dotykając tylko sedna sprawy. Nie zdradzał niepokoju.

Barwną ilustracją może być notatka SB z rozmowy biskupa z Witem Drapichem, przewodniczącym Wojewódzkiej Rady Narodowej w 1972 r., po uroczystościach w Oświęcimiu z okazji rocznicy beatyfikacji Maksymiliana Kolbego. Wojtyła „starał się swobodą bycia, poruszania, odstawać trochę od tych, które znamy (…). Starał się od początku rozmowy zarówno swobodnie na fotelu ułożyć, jak również jego zachowanie, układ rąk (podpierał się kciukiem pod brodą), starał się by jego ruchy były nie nerwowe (…). Zależało mu na tym aby z jego zachowania przebijała pewność siebie, żeby było widać, że to jest człowiek, który ma określoną, b. wysoką pozycję. Jednocześnie tak bardzo bezpośrednio. Ciągle uśmiech na twarzy, taki trochę dobrotliwy (…). Nie spieszył się z odpowiedziami, które były jasne i logiczne ale trochę czasami wchodzące w taką jakąś mistyfikację (…). Pewna tendencja do »lawirowania«, nie wypowiadania się na tematy bliskie”.

– Wojtyła jako biskup nie miał oporów przed spotkaniami z przedstawicielami władz, wręcz zabiegał o to – mówi ks. Marecki. – Swoje racje wyjaśniał spokojnie, bez krzyków i pyskówek, dowodząc, że ludzie wierzący mają swoje prawa, które nabyli przez tysiąc lat, więc nie można Kościołowi np. zabronić budowania świątyń czy organizowania procesji.
Komuniści od lat 50. utrudniali urządzanie w Krakowie procesji Bożego Ciała z Wawelu na Rynek. W liście do prezydenta Krakowa z 1974 r. Wojtyła tak pisał:

„Odmowa tradycyjnej procesji jest przez (…) społeczeństwo rozumiana jako wyraźna dyskryminacja wierzących obywateli naszego Miasta (…), jako systematyczne okazywanie, że są oni obywatelami drugiej kategorii”. Pada mocne zdanie: „Nawet hodowcy psów mogli odbyć swój pochód po Rynku Głównym”.

– Wojtyła formułował listy uprzejmie, ale nie było w nich nic z uniżoności – ocenia Lasota. – On nie prosił, on proponował. Spokojnie, ale stanowczo.

– Wiedział, że komunizm trzeba rozbrajać dyplomatycznie – dodaje ks. Marecki. – Nie wzywał, by chwytać za broń i walczyć. Nigdy też nie potępił człowieka i był przekonany, że rozmawiać trzeba do końca.
Przykładów sporów biskupa z władzą jest sporo. Słynne jego osiągnięcie to wywalczenie zgody na budowę kościoła w Nowej Hucie, „wzorcowym mieście socjalistycznym”. Działał metodą kolejnych kroków: odprawiał pasterki pod gołym niebem, słał listy do władz, negocjował. Użył nawet narzędzi „wywiadowczych”.

– Działaczem krakowskiego KIK-u był radny – opowiada Lasota. – Od niego biskup dowiedział się, że pod zabudowę jest przeznaczony teren byłego lotniska w Czyżynach. Dlatego zgodził się na lokalizację kościoła w miejscu wydawałoby się nie do przyjęcia, na pustych polach. Wiedział, że za parę lat będzie tam centrum osiedla. Dowiódł umiejętności poruszania się w rzeczywistości stricte politycznej.

Rozmowy na Plantach

W 1960 r. agent „Włodek” donosił: „zna się na ludziach (…). Nie będzie poddawał się wpływom, choć potrafi zasięgnąć rady”. Trzy lata później, gdy trwała reforma kurii krakowskiej, analityk SB notował, że Wojtyła „konsekwentnie dąży do stworzenia sprężystej organizacji”. – Otaczał się ludźmi, których uważał w ich dziedzinach za najlepszych – mówi ks. Marecki. – Odkrył wiele talentów.

– Posiadał atrybut dobrego polityka: umiejętność skupiania wokół siebie ludzi wybitnych, opiniotwórczych – dodaje Lasota.
Był świadom realiów, w jakich funkcjonował. Wiedział, że jest śledzony. Ks. Marecki: – W kurii zdawano sobie sprawę, że telefony są na podsłuchu. Każdy aparat osłaniano futerałem dźwiękoszczelnym. Kiedy bp Wojtyła przyjmował ważnych gości, wychodził z nimi na Planty. Nie rozmawiał o najważniejszych sprawach w gabinecie ani w samochodzie.
Wiedziano, że wśród księży są konfidenci. – Ks. Macharski, rektor seminarium, przestrzegał kleryków, że wokół mogą działać ludzie dążący do dezintegracji duchowieństwa – mówi ks. Marecki.

W 1973 r. Wojtyła wydał komunikat, w którym przypominał duchownym przepis Episkopatu sprzed pięciu lat, zabraniający im kontaktów z przedstawicielami władz oraz nakazujący relacjonować wszelkie takie rozmowy przełożonym.
Władze i ich „zbrojne ramię” SB próbowały też poróżnić Wojtyłę z innymi biskupami. Widać to na przykładzie prób budowania przez bezpiekę konfliktu między Wojtyłą a prymasem Wyszyńskim. Okazję znaleziono m.in. w 1967 r., gdy z Watykanu przyszła wieść o nominacji kardynalskiej Wojtyły. Agent „Carmen” sugerował: „Watykan chce za wszelką cenę doprowadzić do porozumienia z rządem – a prymas Wyszyński nie chce, natomiast ks. Wojtyła okazywał inklinację w tym kierunku – więc jest myśl, że ks. prymasa zmusić do ustąpienia, a wtedy K. Wojtyła zostałby prawdopodobnie przewodniczącym Episkopatu i nawet przeniósłby się do Warszawy jako prymas i przeprowadzałby umowy z rządem”.

Nie miejsce tu, by wyliczać różnice między kardynałami. Bezpieka sporządziła dokładne portrety obu, wyznaczając płaszczyzny sporu. Ważne, że Wojtyła i Wyszyński nie dali się skonfliktować. Przykład drobny, ale znamienny: w 1967 r., w czasie wizyty de Gaulle’a, prezydent Francji nie zdecydował się na spotkanie się z Prymasem. Wtedy Wojtyła, nie chcąc dostarczać argumentu, że jest bardziej szanowany przez zagranicznych polityków, wyjechał z Krakowa, by nie zetknąć się z de Gaulle’em.

16 października 1978 r. wieczorem w mieszkaniu Edwarda Gierka odezwał się telefon. Dzwonił jego zastępca, Stanisław Kania, który właśnie przeczytał depeszę Reutera o wyniku konklawe. „O rany boskie!” – wyrwało się pierwszemu sekretarzowi KC PZPR.

Maciej Müller

Tekst pochodzi z „Tygodnika Powszechnego”

Zaprenumeruj e-tygodnik!

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code