Publicystyka

Lustracja w Kościele. Potrzeba reformy.

Spread the love

sobota 6 stycznia 2007 00:00

Bartoś wskazuje, że szansą na reformę byłby (częściowy przynajmniej) powrót do tradycji koncyliaryzmu ograniczającej absolutną władzę papieża na rzecz kolegialnych mechanizmów decyzyjnych. Tradycja ta została zepchnięta na margines, ale pozostaje wciąż żywa. U jej podstaw leży wizja Kościoła jako przede wszystkim wspólnoty wiernych, której sługami są kościelni dostojnicy. “Koncyliaryzm głosił wyższość zgromadzenia soborowego nad papieżem, a więc stawiał na rządy większości przeciwko monarchicznej strukturze jednoosobowej władzy absolutnej. Ta idea przegrywała w historii Kościoła, choć niekiedy miewała wielu zwolenników. Klęska koncyliaryzmu była istotną przyczyną reform protestanckich w XVI wieku. Mimo tej nauczki koncyliaryzm do dziś pozostaje na przegranej pozycji. Tak jednak być nie musi”.

Lustracja w Kościele. Potrzeba reformy

TADEUSZ BARTOŚ

Lustracja i związane z nią konflikty wstrząsnęły do głębi polskim Kościołem. Wskazują one zdaniem Tadeusza Bartosia na pilną potrzebę reformy kościelnych instytucji i prawa kanonicznego. Kościół musi się zdecentralizować i w większym niż dotąd stopniu stosować demokratyczne zasady. Chodzi zwłaszcza o zasadę trójpodziału władzy – biskupi nie powinni sprawować pełnej jurysdykcji nad podlegającymi im księżmi, samowładnie decydować o całym ich życiu. Kościół musi także zgodzić się na większą swobodę dyskusji w obrębie swoich instytucji, z którą wiąże się możliwość kwestionowania decyzji zwierzchników przez podwładnych. Bez tego kwestia lustracji, a także wiele innych problemów nigdy nie zostanie rozwiązanych. “Niemożliwe jest jakiekolwiek skuteczne samooczyszczanie się Kościoła, jeśli jego prawo nie dysponuje zasadą trójpodziału władzy. I na nic się zdadzą apele publicystów. Nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie”.

Konflikt między księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim a jego ordynariuszem wzbudził żywą reakcję. Wielu publicystów stanęło w obronie wolności słowa, która została podważona poprzez zakaz wypowiedzi nałożony na księdza. Ksiądz Zaleski otrzymał zakaz, który jest niewątpliwie karą. Wydał go biskup. Decyzja podjęta została jednoosobowo, bez sądu, bez prawa do obrony własnych racji, bez możliwości odwołania. Wydaje się to być jakąś formą zaocznego wyroku wydanego na czas nieokreślony. Stąd zgorszenie dziennikarzy i publicystów, także tych deklarujących więź z katolicyzmem.

Spór ujawnia głębszy problem, jakim jest treść i forma prawa kanonicznego Kościoła katolickiego, które umożliwia podejmowanie decyzji odbieranych w demokratycznym społeczeństwie jako naruszanie prawa do swobody wypowiedzi. Aktualnie obowiązujące prawo kościelne nie daje dostępu do sądu zgodnego ze współczesnymi standardami, nie funkcjonuje w nim bowiem fundamentalna dla współczesnego rozumienia praworządności kategoria trójpodziału władzy. Zarówno władza sądownicza, jak i ustawodawczo-wykonawcza w diecezji skupiona jest w jednym ręku – biskupa diecezjalnego. Szczebel wyżej taką władzę (nad całym Kościołem) posiada papież. Tymczasem od czasów Monteskiusza wiadomo, że oddzielenie władzy wykonawczej od sądowniczej to jedyna deska ratunku w obliczu błędnych czy niesprawiedliwych decyzji dotyczących jednostki podejmowanych przez społeczności i ich przywódców.

W pewnym sensie kościelni przełożeni są skazani na nadużywanie własnej władzy. Mają jej bowiem zbyt wiele. Nadmiar władzy to przekleństwo: trzeba podejmować decyzje, biorąc na siebie odpowiedzialność jednoosobowo, często bez możliwości dogłębnego zapoznania się ze sprawą, jaką daje niezależna procedura sądowa czy decyzyjna, bez możliwości korekty decyzji w wyższej instancji itd.

Przyzwyczajona do standardów demokratycznych opinia publiczna, dowiadując się, że można księdzu nakazać milczenie, pyta, czy nie jest to sprzeczne z podstawowymi prawami obywatelskimi. Gdyby jednak przyjrzeć się uważnie, można by stwierdzić, że prawo kanoniczne pozwala przełożonemu kościelnemu na o wiele więcej. Jeśli uzna on za stosowne, może decydować niemal o całym życiu podwładnego. Granice autonomii ludzkiej prawo kościelne przykrawa do tego stopnia, że we współczesnym kontekście cywilizacji Zachodu sytuacja taka jest przeżywana jako poniżenie i krzywda. Owocem takich zależności bywa deformacja charakteru, a także wady osobowości, takie jak bezmyślna uległość, bierność, poddawanie się, aż do lizusostwa włącznie.

Pozbawienie praw, którymi dysponują wszyscy obywatele w państwie, przeżywane jest jako naruszenie godności, napiętnowanie, bycie potraktowanym jak przedmiot. Tymczasem z punktu widzenia prawa kanonicznego w obecnym jego kształcie zakaz publikacji wydany duchownemu nie jest niczym niezwykłym. Ludzie wychowani w duchu tego prawa (a więc zasadniczo duchowni oraz świeccy bezkrytycznie oceniający funkcjonowanie Kościoła) nie będą się dziwić istnieniu takiego przepisu, nie dojrzą jego niestosowności. Do głowy im nie przyjdzie, że jest on niemoralny (czyli grzeszny).

Prawo kanoniczne ma długą historię, jego przepisy, choćby te dotyczące zezwoleń na publikacje, są znacznie starsze aniżeli demokracja w Europie. Prawo to odzwierciedla więc stosunki społeczne z czasów sprzed demokracji, kiedy swoboda wypowiedzi nie była chroniona. Pamiętajmy, że Pius IX jeszcze w połowie XIX wieku nazywał wolność słowa szaleństwem. Także dziś zgodnie z prawem kanonicznym duchowni potrzebują zgody na publikację (przynajmniej książkową), czyli tzw. imprimatur. W świetle współczesnych standardów pozbawieni są więc wolności słowa.

Jeśli praktyka często nie jest aż tak restryktywna, nie zmienia to stanu prawnego, który jest sprzeczny z ludzkim prawem do swobodnego działania i wypowiedzi. Potrzeba więc zmian ustawodawstwa kościelnego, tak by respektowało ludzką godność. Decyzje o losie drugiego człowieka nie mogą być podejmowane jednoosobowo w trybie administracyjnym.

Niechęć do lustracji w Kościele

Praca księdza Zaleskiego nad lustracją duchownych budzi wiele wątpliwości m.in. dlatego, że nie jest w żaden sposób umocowana strukturalnie w instytucji Kościoła, a dotyczy istotnego elementu funkcjonowania tej instytucji. Sprawia wrażenie “janosikowego” brania sprawiedliwości we własne ręce. Tego żadną miarą instytucje publiczne tolerować nie mogą. Powstaje jednak pytanie: czy możliwe jest podjęcie tych zadań przez instytucje kościelne (co byłoby alternatywą dla działalności ks. Zaleskiego) w obecnym ich kształcie, przy takiej strukturze prawnej, w której cała władza skupiona jest w jednym ręku, gdzie nie istnieją niezależne i niezawisłe sądy kościelne (te, które istnieją, są sądami biskupimi)? Odpowiedź brzmi “nie”. Niemożliwe jest jakiekolwiek skuteczne samooczyszczanie się Kościoła, jeśli jego prawo nie dysponuje zasadą trójpodziału władzy. I na nic się zdadzą apele publicystów. Nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie.

Biskupi, z których przecież ktoś mógł mieć epizod współpracy z UB/SB, nie będą w stanie zainicjować procesu samooczyszczenia. Mało kto jest aż tak święty za życia. Ludzie bywają słabi, a jeśli są przestraszeni, zachowują się niekiedy w sposób nieprzewidywalny. Tacy jesteśmy i żaden apel tego nie zmieni.

Zapewne zdarza się Kościołowi wydać osąd sprawiedliwy, pomimo istotnych wad własnego prawa. Wynika to albo z prostego i oczywistego charakteru sprawy, albo ze zbiegu okoliczności, albo z nadzwyczajnej prawości i przenikliwości tego, kto osąd wydaje. Jednak nadzwyczajne zalety nie mogą stanowić o normie prawnej. Ta musi raczej brać pod uwagę zwyczajne ludzkie wady. Oznacza to przyjęcie zasady, że nadmierna władza niepoddana systematycznej kontroli degeneruje się. Dotyczy to każdego człowieka, niezależnie jaki strój na co dzień nosi, i zuchwalstwem byłoby temu zaprzeczać. Z tych właśnie względów tak istotne jest prawo do niezawisłego sądu, spod którego jurysdykcji nikt w diecezji nie powinien zostać wyjęty. Wzorem niewątpliwie mogą być tzw. sądy koleżeńskie funkcjonujące w ramach różnorodnych stowarzyszeń i organizacji.

Potrzeba reformy

Historia Kościoła pokazuje, że ma on pewne kłopoty z realizacją własnej formuły “Ecclesia semper reformanda”. Często bowiem dopiero istotny nacisk otoczenia wymusza reformy, które są rodzajem ustępstwa. Tak było w przypadku reform wprowadzonych przez Sobór Watykański II, który w dużej mierze stanowił reakcję obronną na gwałtowne zmiany społeczne drugiej połowy XX wieku. Jak się później okazało, reakcję nieskuteczną, bo spóźnioną. Sobór nie zdołał przygotować Kościoła na przemiany lat 60. i 70. Kościół nie zaryzykował reformy własnej struktury organizacyjnej ufundowanej na modelu monarchii absolutnej. Z podobną sytuacją zmian podejmowanych głównie ze względu na presję społeczną mieliśmy w Kościele do czynienia w kontekście skandali seksualnych, gdzie nacisk opinii publicznej i niemożliwe do odparcia zarzuty (a często także groźba kar finansowych) skłaniały do zmiany zachowań. Nie inaczej było z ostatnim głośnym skandalem w seminarium w Sankt Pölten w Austrii.

Wyraźnie więc brakuje Kościołowi katolickiemu wewnętrznych instrumentów weryfikacji i odnowy. Potrzeba by takiej zmiany prawa, która wprowadziłaby skuteczne narzędzia trwałej autokorekty. Warunkiem minimalnym jest stworzenie formalnych reguł dopuszczalności krytyki (ochrony prawa do krytyki), bez czego niemożliwa jest otwarta debata, niemożliwy jest przepływ informacji z dołu do góry. Obecna, silnie zhierarchizowana struktura ogranicza niekiedy spontaniczny przepływ informacji do zera, co prowadzi do alienacji kościelnych liderów.

Układ taki powoduje również, że podstawową formą przenikania informacji do góry staje się donos lub plotka.

Najnowsza sprawa nominacji abpa Stanisława Wielgusa w Warszawie ujawnia dobitnie dysfunkcjonalność scentralizowanej struktury kościelnej. Decyzje – zamiast być podejmowane lokalnie i kolegialnie przez miejscowy Kościół – są przywożone “w teczce” z Rzymu. Przyzwyczajeni, nie zauważamy niestosowności takiej sytuacji – zapominając o historii Kościoła, tracimy z oczu fakt, że zwyczaj ten jest stosunkowo świeżej daty. Decyzje są podejmowane przez nuncjusza – jednoosobowo i w sposób poufny. Właśnie nieprzejrzystość procedury nominacji wytwarza sytuację, w której rzecznik Watykanu deklaruje, że biskup Wielgus jako kandydat był sprawdzany na okoliczność podejrzeń o współpracę i ma pełne zaufanie papieża, a tymczasem przedstawiciel IPN stwierdza, że nikt nie zgłaszał się po jego teczkę. Ten dysonans wymagałby wyjaśnienia. Nie należy się jednak takiego wyjaśnienia spodziewać – nie skłania do tego poufny tryb procedury nominacyjnej. Taka nieprzejrzystość w świecie demokratycznym, gdzie zasadą jest wolność mediów, ostatecznie naraża na szwank dobre imię Kościoła. Poszkodowanym w całej sytuacji może czuć się także biskup nominat, skoro padają zarzuty niepoparte wiarygodnymi dowodami.

Scentralizowana struktura ma i będzie miała kłopoty w kontaktach z liberalnymi mediami, dla których zwykle nie ma tematów tabu, a w sprawach publicznych być ich wręcz nie powinno. Nieumiejętność funkcjonowania nadmiernie hierarchicznej struktury Kościoła w demokratycznym świecie dała o sobie znać najboleśniej w historii skandali seksualnych z udziałem duchownych, gdzie zasadniczym problemem był brak adekwatnej reakcji biskupów, brak troski o ofiary i dążenie do tuszowania spraw.

Trzeba pomyśleć o takiej modyfikacji prawa organizującego życie diecezji, by było tam więcej miejsca dla aktywności oddolnej (wyborów proboszczów i biskupów), a także by istniały niezależne od biskupów struktury sądownicze, dające choćby elementarne prawa podwładnym w sporze z przełożonymi.

Dziś pomieszanie władzy wykonawczej z sądowniczą oznacza m.in., że podwładny jest przez biskupa mianowany na stanowisko i z niego odwoływany, przez niego może być oceniany i sądzony – zaocznie, bez formalnego prawa do obrony i przedstawienia własnych racji wobec niezależnej instancji. Biskup w diecezji jest zaś w ogromnej mierze poza kontrolą społeczną. W przypadku jakichś nadużyć musi znaleźć się śmiałek ryzykujący wiele, by wystąpić przeciwko własnemu ordynariuszowi ze skargą do wyższej instancji (papieża). Rezultat jest zawsze niepewny. Przykłady z życia polskiego Kościoła są znane. Symptomatyczny jest przypadek bpa Paetza – brak publicznego procesu, prawa do obrony zarówno dla ofiar, jak i oskarżonego, brak jednoznacznego, czytelnego dla opinii publicznej wyroku. W rezultacie mamy zgorszenie wierzących, gdy bp Paetz pojawia się publicznie. I zupełne zamazanie granicy między dobrem a złem. Sam bp Paetz po niejasnej decyzji Watykanu (nie orzeczono publicznie o jego winie) pozostaje zawieszony między byciem i niebyciem biskupem (może koncelebrować publiczne uroczystości, ale nie może ich celebrować). To także skutki braku władzy sądowniczej niezależnej od władzy wykonawczej i ustawodawczej.

Dojrzałe instytucje demokratyczne pozwalają do pewnego stopnia na naturalne i cywilizowane ujawnianie konfliktu, walki wewnątrz społeczności. Ujawniając tkwiącą w ludziach skłonność do agresji i przemocy, wytwarzają jednocześnie nacisk na jej “cywilizowanie” i ograniczanie, są swoistym wentylem bezpieczeństwa chroniącym przed niekontrolowanym wybuchem. Potrzebuje tego także Kościół. Zwłaszcza jeśli rację miałby René Girard, twierdząc, że skłonność do przemocy jest w człowieku nieusuwalna. Kiedy agresja i popęd walki nie potrafią ujawnić się w sposób cywilizowany, mają skłonność do kierowania się do wewnątrz instytucji. Powstaje w ten sposób środowisko oparte na wewnętrznej przemocy i autoagresji maskowanej pobożnością.

Za obecną strukturą prawną Kościoła stoi pewna tradycja teologiczna. Nie sposób rozwijać tu tej kwestii, która jest szczegółowo opracowywana przez teologów i historyków Kościoła. Krótko jednak można powiedzieć, że zderzają się tu dwie wizje Kościoła: w pierwszej podmiotem Kościoła jest biskup (względnie papież) – to on stanowi Kościół. Wierni są zaś – koniecznym co prawda – ale tylko dodatkiem. Stanowią Kościół o tyle, o ile są związani z biskupem, spełniają nauki Kościoła, czyli właśnie biskupa, itd.

Druga wizja Kościoła utrzymuje, że jego podmiotem są pojedynczy ludzie, a więc wspólnota wierzących. Biskup zaś jest na ich “usługach” (mówi się tutaj o tzw. kapłaństwie służebnym). Są to wizje przeciwstawne. Pomiędzy nimi rozgrywały się historyczne spory o rozumienie Kościoła.

Tak było na przykład z XV-wiecznymi zmaganiami między koncyliaryzmem a absolutyzmem papieskim. Koncyliaryzm głosił wyższość zgromadzenia soborowego nad papieżem, a więc stawiał na rządy większości przeciwko monarchicznej strukturze jednoosobowej władzy absolutnej. Ta idea przegrywała w historii Kościoła, choć niekiedy miewała wielu zwolenników. W XV-wiecznej Polsce popierali ją m.in. związani z Akademią Krakowską profesorowie Paweł Włodkowic, Mateusz z Krakowa, Jakub z Paradyża, a także Jan Kanty, Andrzej Łaskarz oraz – last but not least – biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki. Warto także pamiętać, że klęska koncyliaryzmu była istotną przyczyną reform protestanckich w XVI wieku. Mimo tej nauczki koncyliaryzm do dziś pozostaje na przegranej pozycji. Tak jednak być nie musi.

Warto by kwestie te wzięli pod uwagę publicyści na co dzień głoszący przywiązanie do instytucji Kościoła przedsoborowego, związani m.in. ze środowiskami “Frondy” czy “Christianitas”. To ich głos za lustracją w Kościele jest dziś – paradoksalnie – najbardziej doniosły. Korzystając z urządzeń liberalnego społeczeństwa, ośmielają się krytykować biskupów, co zresztą jest nie do pomyślenia w wizji Kościoła, której są zwolennikami.

Brak decentralizacji Kościoła leży u podstaw niemożliwości wiarygodnego wyjaśnienia kwestii lustracyjnych przy decyzjach o obsadzaniu urzędów kościelnych (te sprawy w polskim Kościele na razie nie zostaną rozwiązane – jak trafnie konstatuje Tomasz Terlikowski w “Dzienniku” z 13 grudnia br.).

Ofiary po obu stronach barykady

Ofiarami wypadków, których byliśmy ostatnio świadkami, obserwując przebieg sporu księdza Zaleskiego z jego ordynariuszem, są obydwie strony konfliktu. Podwładny, jeśli popełnia błędy, powinien być korygowany, jednak korekta dokonywana w ramach prawa kościelnego, dającego przełożonym nadmierną, niezapośredniczoną władzę nad losem podwładnego, budzi sprzeciw, którego także jesteśmy świadkami. Tymczasem biskup może działać wyłącznie w ramach swoich uprawnień, musi podjąć decyzję choćby w sprawie ks. Zaleskiego i nikt go w tym zastąpić nie może – z nikim nie może on dzielić w tej kwestii odpowiedzialności.

Cała ta nadmierna odpowiedzialność spada na niego. Przełożony, postępując zgodnie z prawem, wchodzi mimowolnie w rolę osoby łamiącej prawa ludzkie swojego podwładnego. Egzekwowanie złego prawa to bardzo przykre zajęcie.

Z kolei podwładny (także ks. Zaleski), chcąc zachować zewnętrzną formę przynależności realizowanej poprzez posłuszeństwo biskupowi, musi zgodzić się na łamanie własnych praw, przyjmując wyrok bez uczciwego sądu. Wszystko to odbywa się – jak mogliśmy obserwować – niezależnie od wszelkich czysto ludzkich zalet obu adwersarzy. Wielce zasłużony, mający opinię prawego i szczerego człowieka ksiądz Zaleski zderza się ze szlachetną postacią kardynała, wieloletniego przyjaciela i osobistego sekretarza Jana Pawła II.

Dopóki w Kościele katolickim sprawy mają się tak a nie inaczej, dopóty jedyną drogą jest unikanie dekretów, intensyfikacja dialogu, który – zwłaszcza gdy mamy do czynienia z ludźmi rozumnymi i uczciwymi – potrafi doprowadzić do rozwiązania spornych kwestii.

Trzeba unikać złego prawa. Jeśli zaś nie ma lepszego, ludzką postawą można łagodzić jego najgorsze konsekwencje. Winą ludzi Kościoła jest stosowanie się do prawa, które zachowuje tylko pozór sprawiedliwości. Najpierw jednak winne jest złe prawo, ludzie winni są dopiero w drugiej kolejności. Gdyby prawo było inne, inne byłyby także ludzkie zachowania. Człowiek może niekiedy być ofiarą systemu, nawet jeśli w jego ramach pełnił równocześnie rolę ciemięzcy.

Trzeba ludzkie prawa pisać tak, by pasowały do ludzi słabych, tchórzliwych, egoistycznych, nie tylko do bohaterów i herosów sprawiedliwości. Tych zawsze było za mało. Jeśli to nie jest pociecha, niech chociaż ten brak pociechy okaże się pociechą.

Tadeusz Bartoś, ur. 1967, dominikanin, doktor filozofii, publicysta. Wykładowca antropologii filozoficznej. Specjalizuje się w myśli Tomasza z Akwinu. Opublikował dwie książki: “Tomasza z Akwinu teoria miłości” (2004) oraz “Metafizyczny pejzaż. Świat według Tomasza z Akwinu” (2006). W pierwszych dniach stycznia ukaże się jego nowa książka “Ścieżki wolności” (wywiad rzeka przeprowadzony przez Krzysztofa Bielawskiego).

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code