Jezuici

Kard. Adam Kozłowiecki

Wywiad z Kardynałem Kozłowieckim SJ – misjonarzem z Afryki

W dniu 28 września 2007 zmarł kard. Adam Kozłowiecki. Publikujemy ostatni wywiad przeprowadzony przez Roberta Mazurka z tym niezwykłym misjonarzem i jezuitą. „Miałem świetne kwalifikacje, by być biskupem: żadnego przygotowania i sześć lat kryminału.”

Robert Mazurek: Znał ksiądz kardynał kilku papieży.

kard. Adam Kozłowiecki: Od Piusa XII wszystkich kolejnych, z wyjątkiem Jana Pawła I. Za Jana XXIII rozpoczął się, a za Pawła VI zakończył ważny także dla mnie Sobór Watykański II. To na nim poznałem kardynała Wyszyńskiego i arcybiskupa Wojtyłę, z którym utrzymywałem potem niezbyt częste, ale stałe kontakty.

– To on później mianował księdza kardynałem.

– W 1998 roku, kiedy miałem już 87 lat. Powiedziałem potem Janowi Pawłowi II, że mianował mnie tak późno, żebym nie mógł brać udziału w konklawe. Mogłem sobie na to pozwolić, bo byłem od niego starszy o 9 lat i nie przewidywałem, że to on pierwszy odejdzie z tego świata. Ojciec Święty mi odpowiedział: „I o to chodziło”, więc dodałem: „Ale za to mogę zostać wybrany.” I wtedy papież roześmiał się i powiedział: „Nie martw się, to niemożliwe”.

– Ksiądz kardynał tak się śmieje, że nie wiem, czy to prawdziwa anegdota.

– Ja zresztą też nie. Nie, nie, to akurat prawdziwa historia.

– Jak się ksiądz dowiedział o nominacji?

– Nie pamiętam dokładnie, ale zdaje się, że byliśmy z moim proboszczem z Mpunde ks. Janem Krzysztoniem w Lusace u nuncjusza, który mi przekazał tę wiadomość w ścisłej tajemnicy.

– Słyszałem, że nawet nie powiedział ksiądz o tym ks. Krzysztoniowi.

– Następnego dnia przybiegł tutaj z tą wiadomością ktoś inny, a ks. Jan zaczął się śmiać, że mogłem mu zdradzić, że był szoferem kardynała. Na konsystorz do Rzymu pojechaliśmy razem, a ja, chyba jako jedyny, nie miałem czerwonych skarpetek. Nie kupiłem, bo zapomniałem, a tu w buszu i tak mi się nie przydają.

– Ilu państw był ksiądz kardynał obywatelem?

– Urodziłem się w Prima Aprilis 1911 roku jako poddany cesarza Franciszka Józefa w Austro-Węgrzech. Potem byłem obywatelem II Rzeczpospolitej. Nie bardzo wiem, jaki był mój status w czasie II wojny światowej, bo do podróży z Oświęcimia do Dachau paszport nie był mi potrzebny. Po wojnie, w Północnej Rodezji, zostałem obywatelem Imperium Brytyjskiego, a od powstania Zambii mam paszport tego kraju. Czyli co najmniej cztery obywatelstwa.

– To znacznie mniej niż znanych księdzu języków obcych.

– Angielski i francuski znam z domu, łacinę ze szkół, niemiecki z obozów koncentracyjnych, włoski i hiszpański z czasów powojennych. Do tego języki zambijskie: lenje, bemba i tonga.

– Tego ostatniego uczył się ksiądz na emeryturze, po sześćdziesiątce.

– Nie było łatwo, ale mój miejscowy nauczyciel w Chingombe stosował taktykę marchewki i dał mi dwa jajka za postępy w nauce, a potem obiecał całą kurę za opanowanie tonga, więc ostro wziąłem się do roboty.

– Pierwsze wspomnienie z dzieciństwa to…

– …chrzest mojego młodszego brata, urodzonego w lutym 1914 roku. Miałem wtedy trzy lata i pamiętam, jak proboszcz przyszedł do naszego domu w Hucie Komorowskiej i chrzcił brata.

– To co ksiądz kardynał nazywa domem było w istocie pięknym pałacem.

– Ojciec pochodził gdzieś ze wschodu, jego rodzina miała jakieś posiadłości na Dzikich Polach. To taka szlachta, która doczekała się nobilitacji dzięki biciu Turków, wtedy nobilitowano całe wsie. Ojciec mieszkał już w niewielkim majątku nad Zbruczem, który rozparcelował i kupił najpierw dwór w Komorowie, a potem zbudował ten – jak to pan nazywa – pałac kilka kilometrów obok w Hucie Komorowskiej, małej wsi w powiecie Kolbuszowskim, jakieś 50 kilometrów od Rzeszowa przy drodze do Warszawy.

– Ja to nazywam pałacem?! Widziałem zdjęcia. Na oko domek wielkości Wilanowa.

– Nie, trochę pan przesadził [śmiech], ale ojciec rzeczywiście zawsze miał pieniądze.

– Skąd?

– Handlował drewnem z Żydem Nussbaumem. Tam w okolicy każdy z dziedziców miał swojego Żyda, którego bardzo lubił i szanował. Kiedy ojciec kupił później drugi majątek w Poznańskiem okazało się, że tam z kolei panuje silny antysemityzm i takich przyjaźni z Żydami nie było.

Matka zawsze uważała, że trzeba mieć ziemię, ale ojciec pieniądze zarabiał na lasach. Powtarzał mi, że leśnictwo daje może mniejszy, ale za to pewniejszy zysk. Nie można jednak powiedzieć, żebyśmy byli magnatami, raczej była to średniozamożna rodzina.

– Kardynała i obu braci: starszego i młodszego, uczyła guwernantka.

– Miała być Angielką i protestantką, okazało się w końcu, że to katoliczka i Irlandka Winnifred Markowska, która nie znała ani słowa po polsku, a nazwisko odziedziczyła po jakimś dziadku. Była z nami cztery lata, do 1918 roku. Wtedy nauczyłem się angielskiego, z którego wiele zapomniałem i kiedy trzydzieści lat później zostawałem misjonarzem musiałem sobie przypominać, ale mój młodszy brat lepiej mówił po angielsku niż po polsku.

– Rodzice rozmawiali z nią po angielsku?

– Głównie po francusku. Zresztą między sobą, jeśli nie chcieli byśmy wiedzieli o czym mówią, też rozmawiali po francusku, więc myśmy, ze starszym bratem, nauczyli się francuskiego w tajemnicy przed nimi. A miss Markowską, jak ją nazywał tata, spotkałem w Anglii po wyzwoleniu z Dachau, w 1945 roku.

– Jaka była rodzina księdza kardynała?

– Rodzice byli wychowani jeszcze w XIX wieku, tata – do którego byłem bardziej przywiązany – był łagodny, choć kiedyś dał mi w skórę, nie pamiętam już za co. Mama, z domu Janocha, była, jak cała jej rodzina, ostentacyjnie przywiązana do Kościoła, ale ojciec uważał, że nie należy się z tym obnosić i tego podkreślać, choć protestował jeśli ktoś atakował religię.

– Czy dlatego ksiądz trafił do gimnazjum jezuickiego w Chyrowie?

– To była po prostu świetna szkoła, uważana za najlepszą w II Rzeczpospolitej, więc kiedy miałem 10 lat mnie tam posłano, ale maturę robiłem w 1929 roku w Gimnazjum Marii Magdaleny w Poznaniu.

– Dlaczego?

– Bo trzy lata wcześniej wygadałem się ojcu, że chcę zostać jezuitą. On się wściekł, że mu jezuici zbałamucili syna i natychmiast przeniósł mnie do Poznania. Nie pozwolił mi nawet do Sodalicji Mariańskiej wstąpić! Wtedy miał już Sokolniki koło Szamotuł – majątek kupiony dla starszego brata, stąd wybór Poznania.

– Akcja resocjalizacyjna ojca nie pomogła.

– Był okropnie zły kiedy wstąpiłem do zakonu. Kazał mi podpisać w sądzie w Kolbuszowej zrzeczenie się praw spadkowych. Podpisałem, a tata przestał się do mnie na bodaj osiem lat odzywać. Potem się z tym pogodził i powiedział nawet „Adaś jest bardzo mądry. Jak jezuici nie zrobią go generałem to są durnie!”

– Generałem ksiądz nie został, ale kardynałem już tak.

– Ale akurat jezuici nie mieli z tym nic wspólnego. Wracając do zakonu, to wstąpiłem do nowicjatu w Starej Wsi pod Rzeszowem, gdzie naszym przełożonym był bardzo surowy i zasadniczy o. Augustyn Dyla. Nawet do kolegów z jednego roku mówiliśmy „proszę księdza”.

– Naprawdę?!

– To jest właśnie to XIX-wieczne wychowanie, które pana w XXI wieku musi dziwić.

– Słyszałem, że ksiądz kardynał mówi na „ty” tylko do jednego z kolegów licealnych.

– I do kardynała Deskura, ale to on zaczął i nie mogłem już nic zrobić [śmiech].

– Po nowicjacie przyszedł czas na studia.

– Filozofię studiowałem w Krakowie, który znałem dość dobrze, bo bywałem u babki Janoszyny. Potem studiowałem teologię w Lublinie i równo 70 lat temu przyjąłem święcenia kapłańskie.

– Gdzie zastał eminencję wybuch II wojny?

– Byłem w Chyrowie, kiedy wkroczyli tam Rosjanie. Ja przeszedłem więc na stronę jeszcze polską i przyszedłem do rodziców, do Huty Komorowskiej. Potem trafiłem do Krakowa, najpierw zatrzymałem się u babki, a 10. listopada u jezuitów zostałem aresztowany przez Niemców. Wszystkich poniżej sześćdziesiątki, a było nas tam wtedy dwudziestu czterech, przewieźli na Montelupich. Potem trafiłem do więzienia w Wiśniczu, skąd 20 czerwca 1940 roku wywieźli nas do Oświęcimia. Byłem w pierwszej grupie więźniów w Auschwitz, wcześniej był tam transport z Tarnowa, który budował obóz. Miałem numer obozowy 1006.

– Nie był tam jednak kardynał zbyt długo.

– Nie, bo w grudniu 1940 roku trafiłem do Dachau, dokąd przewożono księży. Tam w porównaniu z Oświęcimiem było sanatorium.

– Jak się czyta wspomnienia kardynała z obozu, to każdy dzień to kolejna listą więźniów, którzy zmarli w tym sanatorium.

– Wykańczali nas w zupełnie inny sposób niż w Oświęcimiu. Tam nie można się było dostać do łaźni, a tu urządzano nam zimą długie lodowate kąpiele. Dla niedożywionych, osłabionych więźniów, to był niemal pewny sposób na gruźlicę lub zapalenie płuc, co w obozowych warunkach zwykle kończyło się śmiercią. Kiedy mnie pytają jak ja to przetrwałem zwykle mówię jasno: kradłem, kłamałem i nie spowiadałem się z tego.
Wtedy nie mówiło się „ukradłem”, tylko „zorganizowałem”. Co ciekawe władze obozowe o wszystkim wiedziały i tolerowały to. Pierwszy przykład: kazano nam olejem smarować sale, ale dawano bardzo mało oleju. Trzeba go więc było ukraść. Za kradzież surowo karano, ale za kiepskie wysmarowanie karano jeszcze surowiej.

– Spotkał tam ksiądz kardynał niesamowitych ludzi.

– Pamiętam biskupa Majdańskiego, którego poznałem tam jako kleryka, błogosławionego biskupa Michała Kozala, który pytał założyciela mariawitów Kowalskiego, czy nie chce się przed śmiercią pojednać z Kościołem, ale został odprawiony. Ale porządni ludzie znaleźli się też wśród esesmanów. Jeden z nich, nazwiskiem Beck, zapamiętał mnie i gdy dowiedział się, że jestem biskupem napisał do mnie.

– Wyzwolili was Amerykanie.

– 29 kwietnia 1945 roku wpadli motocyklami do obozu. Trafiłem na jakiś czas do kolegium jezuickiego w Pullach pod Monachium. Szybko okazało się, że nie bardzo mam po co wracać do Polski, bo jednego brata rozstrzelali Niemcy, a drugi był w armii generała Maczka i nie miał zamiaru wracać do domu, w końcu wylądował w Kanadzie. Ojca niedługo potem aresztowali komuniści. Zmarł po wyjściu z więzienia.

– Ksiądz kardynał trafił do Rzymu.

– Trzeba było coś ze sobą zrobić. Przyjechał do nas arcybiskup polowy Gawlina, który spytał, czy nie chcielibyśmy jechać tam, gdzie brakuje Polaków, czyli do Chicago i do Północnej Rodezji, czyli dzisiejszej Zambii. Nasz wikariusz generalny o. de Boin chciał żebym pojechał do Zambii. Polecenia mi nie wydał, ale robił wszystko, by mnie tam wysłać. Dostałem też propozycję, by pojechać do Indii, ale de Boin się nie zgodził i ostatecznie stanęło na Północnej Rodezji.

– We wszystkich opracowaniach czytałem, że ksiądz kardynał jechał tam z ochotą.

– A co mieli napisać?! [śmiech] Taka była wola przełożonego, a ja, dzięki Bogu, się jej podporządkowałem.

– Jak eminencja dotarł do Lusaki?

– Statkiem z Neapolu do Durbanu w Afryce Południowej. Potem kilka dni koleją przez Johannesburg. Wysiadłem na małej stacyjce Monze, gdzie na mnie czekali jezuici. To było 14 kwietnia 1946 roku, po blisko trzech miesiącach podróży. Dziś pan przyleciał tu w jeden dzień, taka to różnica. Po jakimś czasie w końcu dotarłem do Lusaki. I tak zostałem tu 61 lat.

– Najpierw w Kasisi, niedaleko Lusaki.

– Tam uczyłem się języka lenje, uczyli mnie oczywiście czarni. Zostałem też szefem szkół, musiałem o nie dbać, codziennie borykając się z koszmarnymi problemami finansowymi.

– Już cztery lata później spotkał księdza awans.

– Prefekturę Lusaki podniesiono do rangi wikariatu apostolskiego, czyli szczebel niżej niż diecezji, a ja zostałem administratorem apostolskim. Nie byłem jednak biskupem tylko normalnym misjonarzem. Zwiększyła mi się tylko ilość kłopotów, bo zamiast dbać o Kasisi musiałem dbać o całą dzisiejszą archidiecezję. Trzeba było budować szkoły, szpitale, kościoły, seminarium – wszystko. Nie było ludzi, sprzętu, pieniędzy, dosłownie niczego. Zamiast szukać pięciu funtów na katechetę musiałem szukać setek funtów rozszarpywanych przez żarłoczny gatunek misyjnych superiorów i proboszczów żądających nowych motocykli.

– Musiał sobie jednak ksiądz kardynał nie najgorzej radzić, skoro w 1955 roku Pius XII mianował księdza biskupem, a cztery lata później pierwszym arcybiskupem Lusaki.

– To dlatego, że miałem świetne kwalifikacje by być biskupem: żadnego przygotowania i sześć lat kryminału.

– Bardzo aktywnie walczył kardynał o prawa czarnych.

– To przecież zupełnie normalne. Kiedy w 1956 roku kazałem przyjąć do szkoły dla białych Hinduskę nie miałem zamiaru robić żadnej manifestacji, ale postawiłem na swoim. Media czasem mi pomagały. Tak było kiedy spierałem się o prawa Murzynów z biskupem Chichesterem z Salisbury, dzisiejsze Harare, stolica Zimbabwe. To był porządny człowiek, mój przyjaciel, ale Anglik wychowany w rasistowskich czasach. Przyjechał kiedyś do Salisbury czarny arcybiskup z Ugandy i nie pozwolono mu zatrzymać się w porządnym hotelu, tylko musiał spać w jakiejś norze dla kolorowych. Biskup Chichester milczał jak zaklęty, więc się wkurzyłem i powiadomiłem o wszystkim prasę.

– I wybuchł ogólnoświatowy skandal.

– Ale przyzna pan, że to nie moja wina. Żarłem się też z władzami kolonialnymi, bo im bardzo trudno przychodziło normalne traktowanie czarnych. Spierałem się o to z premierem Macmillanem.

– Z kardynałem rozmawia się jak z podręcznikiem historii. Harald Macmillan był premierem pół wieku temu!

– Proszę nie zapominać, że nie jestem młokosem.

– Tak, wiem. Trzydzieści lat temu pisał ksiądz w listach: „grabarze patrzą na mnie krzywo.”

– No co ja zrobię, że ciągle żyję! W każdym razie kiedy rozmawiałem o sytuacji w Afryce z królową brytyjską…

– Wiktorią?

– [śmiech] „Siadaj pan i nic nie gadaj pan, bo jeszcze chwila, to w mordę dam” – proszę się nie obrażać, tak przed wojną śpiewała Zula Pogorzelska. A rozmawiałem nie z królową Wiktorią, tylko z tą młodą królową…

– Młodą?

– Elżbietą II.

– Ona ma 81 lat! Proszę wybaczyć, ale nie kojarzy mi się z młódką. I jak ja mam nie żartować.

– Dziś tak, ale kiedy ją poznałem była młoda. Lepiej znałem Królową Matkę, z którą kilkakrotnie rozmawiałem i jak nas za drugim razem przedstawiano to się żachnęła: „Tak znam, to ten biskup z Dachau”.

– Kiedy w 1964 roku Zambia ogłosiła niepodległość ksiądz napisał do Watykanu prośbę o rezygnację. Dlaczego?

– Uznałem, że niepodległe państwo musi mieć swojego czarnego arcybiskupa. Nie uchylałem się od pracy, miałem świetne kontakty z władzami, z prezydentem Kaundą, ale chciałem, by zastąpił mnie miejscowy biskup. I po pięciu latach starań i ponagleń zastąpił mnie arcybiskup Emmanuel Milingo.

– Dziś ekskomunikowany, stojący na czele ruchu żonatych księży, bohater wielu skandali.

– Papież Wojtyła pytał mnie nawet o niego, ale mu zgodnie z prawdą powiedziałem, że nie znałem go wcześniej. On przyszedł z innej diecezji, z północy Zambii, miał 39 lat i od początku budził kontrowersje. Zaczęło się od dziwnych listów i przemówień w nacjonalistycznym duchu, w których krytykował misjonarzy. Już to wzbudziło wiele obaw, bo wzniecał sztuczne podziały. Dopiero potem przyszły poważniejsze zarzuty o obce elementy w liturgii, o uzdrawianie i egzorcyzmy podczas mszy świętych.

– O co chodziło?

– Milingo na przykład zabraniał rodzicom leczenia dziecka chorego na epilepsję, tylko wypędzał z niego duchy. Po jakimś czasie dziecko zmarło. Jego wielogodzinne msze pełne były egzorcyzmów, co budziło niepokój.

– Rozumiem, że kardynałowi niewygodnie mówić o następcy, ale sprawiał on wrażenie niezrównoważonego.

– Zupełnie nie rozumieliśmy o co mu chodzi. Obrażał ludzi, wypędzał ich z Zambii, by potem słać listy błagalne, że ich potrzebuje i by okazywać im serdeczność. Skądinąd mnie też usiłował usunąć z diecezji. Wprowadzał chaos i bałagan, którego mieli dość wszyscy, więc zaczęły się listy do Watykanu.

– Odwołano go dopiero w 1983 roku. Co w tym czasie robił ksiądz kardynał?

– Byłem wikarym w buszu. Prowadziłem życie w rozjazdach: synody biskupów, spotkania w Rzymie, wizyty zagraniczne łączyłem z pracą w parafii. Byłem w kilku miejscach, ale najdłużej w Chingombe, jako wikariusz u ks. Marcelego Prawicy.

– Uczył tam kardynał religii.

– I cudów się od moich uczniów dowiadywałem. Jeden z nich opisując mi historię z Kany Galilejskiej napisał, że Jezus posłał baby do studni po wodę (w Afryce to obowiązek kobiet), a potem zamienił wodę w piwo i to tak mocne, że wszyscy się upili. Inny twierdził, że wybierając następcę Judasza kandydaci na apostołów „grali w sztuczki i Maciej wygrał”. Za nic nie mogłem mu wyjaśnić co to było „ciągnięcie losów”.

– Jak wyglądały misje kiedy kardynał przyjechał do Zambii?

– W całej archidiecezji mieliśmy sześć samochodów, więc jeździliśmy głównie rowerami, czasami był gdzieś motor. Było jak przed wojną: jak misjonarz pojechał na misję, to spędzał tam często kilkanaście lat i umierał nie spotykając białych! Ja w 1948 roku pojechałem do wsi, w której byłem pierwszym księdzem od trzynastu lat.
Nie było nie tylko samochodów, ale i dróg. Jak sprowadzono pierwszy traktor do Chingombe, to przed górami trzeba było go rozebrać na części i Murzyni przenieśli go do misji! Zresztą do Chingombe drogi nie ma do dziś.

– Jak przyjęli księdza Zambijczycy?

– Bardzo życzliwie. Trzeba się było nauczyć ich mentalności, zwyczajów, sposobów rozmowy. Żeby ją zacząć trzeba było najpierw słuchaczy rozbawić, zyskać ich sympatię, a dopiero potem można było podejmować poważne tematy. Nie można zacząć rozmowy prosto z mostu.

– To prawda, nawet taksówkarz oczekuje, że najpierw spytam ile ma dzieci i jak się czują, zanim ustalimy dokąd jedziemy.

– Z nimi trzeba się wspólnie pośmiać, mnie to się podobało i bardzo szybko się do nich przywiązałem. Pamiętam jak bodajże w Kasisi na święceniach pojawił się murzyński król Undaunde, który przyszedł na nie 60 mil z całym orszakiem i to pod papieską flagą, którą zresztą gwizdnął na tę okoliczność misjonarzom.
W ogóle znacznie łatwiej mają w Zambii ci, którzy mają poczucie humoru. Ojciec Władysław Zabdyr, jezuita ze Śląska, złoty człowiek, był go zupełnie pozbawiony, więc jemu było ciężko, a tacy ludzie jak nasz o. Waligóra byli przez nich uwielbiany.

– Jan Waligóra to rzeczywiście legendarna postać.

– Na Uniwersytecie Zambijskim w Lusace obroniono nawet pracę o legendach, podaniach i pieśniach ludowych w rejonie Katondwe na podstawie pieśni i podań o ojcu Waligórze. On po prostu wszedł do ich kultury ludowej! Miał ze dwa metry wzrostu, jakieś sto kilo i półmetrową siwą brodę. Wyglądał jak Bóg Ojciec. Murzyni go pokochali. Bardzo im pomógł, kiedy okolicę dopadła plaga muchy tsetse od której w promieniu 100 mil poginęło całe bydło, umierali ludzie. Rząd wydał już nawet nakaz ewakuacji, ale ojciec Waligóra jak zwykle nie posłuchał i wydał wojnę muchom. Kazał wystrzelać wszystkie małpy, które roznosiły muchy, a dzieciakom płacił po 10 centimów za każde 30 zatłuczonych owadów. Byli mu tak wdzięczni, że rząd go odznaczył wysokimi orderami, a pochowali go zgodnie z jego życzeniem, na cmentarzu murzyńskim, a nie w grobach misjonarzy, by zawsze był z nimi. Tylko biali nie mogli z nim wytrzymać i nikt nie chciał z nim pracować, bo był uparty jak osioł i nikogo nie słuchał. O tym też krążyły legendy, tyle że wśród jezuitów.

– Nikt nie jest doskonały.

– Poza mną. No i panem oczywiście. Rzeczywiście o. Waligóra był indywidualistą jakich na misjach nie brakuje. Co jeden to większy oryginał. Ale czego się dziwić, gdzie indziej był arcybiskup z odsiadką w kryminale?!

– Co ciekawe o. Waligóra pisał, że jedyne, co go niegdyś powstrzymywało od wstąpienia do jezuitów, to niechęć do bycia misjonarzem.

– A później został w Katondwe czterdzieści lat! Tak to Pan Bóg sobie kpi z naszych planów.

– Innym oryginałem o którym wiele słyszałem był o. Stanisław Nowicki, również jezuita po Dachau.

– Przeszliśmy bardzo podobną drogę, ale on był ode mnie młodszy i przyjechał do Zambii trochę później. Murzyni go uwielbiali. Ze względu na nieco przekrzywioną głowę nazwali go „Chimukoshi” co znaczy „Szyja”. Inni misjonarze śmiali się, że „Chimukoshi” do chrztu potrzebuje dwóch rzeczy: trochę wody i głowy Murzyna, ale był przez ludzi kochany. Do dzisiaj jadąc przez zupełnie nieznane wsie w buszu można spotlać ludzi krzyczących, że są katolikami, bo wiele lat temu ich ochrzcił „Chimukoshi”.

– Zdradzili mu nawet jak się przygotowuje truciznę.

– Ale z recepty nie skorzystał, a w każdym razie o tym nie słyszałem.

– Od 14 lat mieszka eminencja na misji w Mpunde, którą zresztą sam ksiądz założył w 1960 roku.

– Jestem emerytem u ks. Jana Krzysztonia. W Mpunde mamy kościół, dom sióstr służebniczek ze zgromadzenia które założyłem, szkołę średnią dla dziewcząt, klinikę i ponad 40 kaplic zamiejscowych, niektóre ponad 150 kilometrów od misji. Wszystko w buszu lub na bagnach. Do wielu dostęp jest tylko w porze suchej, ale nawet te bliższe ksiądz odwiedza nie częściej niż raz w miesiącu, bo brak nam ludzi.

– I pieniędzy.

– O tym lepiej wie mój proboszcz, ale to zawsze był wielki kłopot misji, z którego ludzie w Europie nie zdają sobie sprawy. Na nasze utrzymanie dadzą nam Murzyni, ale przecież trzeba budować szkoły, szpitale, kościoły, kaplice, a na to oni nie mają pieniędzy. Jak przychodzi susza trzeba podzielić się jedzeniem, w porze chłodnej, dać koce, odzież ludziom, których cały majątek, to często to ubranie, które mają na sobie. Pamiętam jak kilka lat temu przyszedł do mnie młody człowiek z okropnie cuchnącymi, ropiejącymi ranami na nogach i ciele. Nie miał pieniędzy na przyjęcie do kliniki. Ja akurat też nie miałem, ale w końcu czegoś się nauczyłem na wczasach w Dachau, więc kazałem mu przychodzić do siebie i sam opatrywałem mu rany. I wyszliśmy z tego!

– Co ksiądz robi prócz przyjmowania odznaczeń i honorów?

– Na niewiele starcza mi sił. Kilka miesięcy temu przewróciłem się i złamałem nogę i upadłem na głowę. Głowy nie żal, zawsze głupia była, ale nogi szkoda. Pamięć już nie ta, pamiętam tylko to co było przed II wojną [śmiech].

– A co było wczoraj na obiad?

– To łatwe, bo codziennie jem to samo. Już nie nshimę, ale zupę. Innym moim stałym nawykiem jest picie na noc zimnego białego wina z wodą. Ale o tym chyba nie powinien pan pisać, bo w końcu jestem kardynałem [śmiech]. To mam w genach. U nas we dworze o dziesiątej rano zamiast kawy czy herbaty podawano dorosłym kieliszek zimnej wódki.

– Wyjaśnijmy, że nshima to po naszemu mamałyga, ugotowana z kaszki kukurydzianej, podawana na twardo. Je się ją ugniatając w prawej ręce. Do tego podawane jest coś w rodzaju szpinaku i sos, czasem z mięsem.

– Jak nikt nie widział, to zawsze jadłem nshimę łyżką lub widelcem, bo mnie parzyła w ręce. Taki byłem delikatny.

– O próbach nauczenia tutejszych kucharzy gotowania europejskich potraw krążą legendy.

– Slyszę je często od naszych gości. Słyszał pan jak kucharka ks. Wojtka przygotowała zupę? Usłyszała, że ma wrzucić warzywa do wrzątku, więc wrzuciła je, ale najpierw usmażyła. Jeszcze lepsza jest historia z księżmi, którzy przywieźli sobie z Polski rarytas niedostępny w Afryce – śledzie w occie. Ich kucharz podał im je ugotowane, bo kto to widział jeść surową rybę.

– Ksiądz kardynał znany był przez lata z kosmicznej ilości wysłanych listów. Ponad tysiąc rocznie!

– Rzeczywiście pisałem bardzo dużo, a że poczta w Zambii wbrew pozorom jakoś działa, to utrzymywałem kontakt z wieloma ludźmi na całym świecie. Teraz już nie daję rady, ale do dziś wszystko co do mnie przychodzi czytam.

Adres misji w Mpunde:
Mpunde Mission
Kabwe
P.O. box 80858
www.mpunde.net
nr konta: Pekao SA 77 1240 2500 1111 0010 1016 8247

Źródło: Dziennik

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code