Simone Weil

List do pewnego inżyniera, dyrektora fabryki

LIST DO PEWNEGO INŻYNIERA, DYREKTORA FABRYKI

1936

Simone Weil

Zakończywszy swoje doświadczenie pracy w fabryce, w październiku 1935 roku Simone Weil dostaje posadę w Bourges. W Vierzon zwiedza fabrykę zajmującą się obróbką drewna, a niedługo potem zawiera znajomość z inżynierem Victorem Bernardem, dyrektorem hut w Rosières, w których bez powodzenia usiłuje się zatrudnić. Zwiedzanie fabryki i rozmowy z dyrektorem dają sposobność do ważnej wymiany listów, których aktualność oczywiście nie przemija. Po tym, jak Simone Weil bezskutecznie proponuje, aby przemówić do robotników, udostępniając im stronice zakładowej gazety Entre nous, dialog urywa się w czerwcu 1936 roku. Podjęta przez nią próba „rozszerzenia horyzontu” robotników tej fabryki spełza na niczym. W liście, który przeczytamy, Simone Weil przyjmuje do wiadomości odmowę, z którą spotyka się ze strony dyrekcji. Z tego nieszczęsnego doświadczenia poza kilkoma listami przetrwały: „Apel do robotników z Rosières” o nieco naiwnych akcentach oraz parę fragmentów ambitnego projektu przeróbki greckich arcydzieł teatralnych i poetyckich, które według niej mogły rzucić światło na charakter robotniczej niedoli i doznawanego ucisku.

Bourges, 13 stycznia 1936 roku

Szanowny Panie.

Nie mogę powiedzieć, że Pańska odpowiedź mnie zdziwiła. Miałam nadzieję na inną, ale nie liczyłam na to za bardzo.

Nie będę próbowała bronić tekstu [„Apel do robotników z Rosières” ], który Pan odrzucił. Gdyby Pan był katolikiem, nie oparłabym się pokusie, aby pokazać, że duch, który dawał natchnienie do mojego artykułu i który tak Panem wstrząsnął, to nic innego jak prosty i zwyczajny duch chrześcijański; sądzę, że nie byłoby to dla mnie trudne. Ale nie mam prawa stosować takich argumentów wobec Pana. Zresztą nie chce dyskutować. Pan jest zwierzchnikiem i nie musi zdawać sprawy ze swoich postanowień.

Chcę tylko powiedzieć, że „kierunek”, który wydawał się Panu nie do przyjęcia, został przeze mnie celowo i umyślnie przedstawiony ze szczegółami. Powiedział mi Pan – powtarzam Pańskie własne słowa – że bardzo trudno uszlachetniać robotników. Najważniejsza pedagogiczna zasada głosi, że aby uszlachetnić kogoś, dziecko lub dorosłego, trzeba go najpierw uszlachetnić w jego własnych oczach. Jest to jeszcze po stokroć prawdziwsze, gdy główna rozwojowa przeszkoda tkwi w upokarzających warunkach życia.

Ten fakt stanowi według mnie punkt wyjścia wszelkich skutecznych prób oddziaływania na masy ludowe, a zwłaszcza na fabrycznych robotników. Świetnie rozumiem, że właśnie tego punktu wyjścia Pan nie przyjmuje. Z nadzieją, że Pana do niego przekonam i dlatego, że los ośmiuset robotników jest w Pańskich rękach, zmusiłam się, aby powiedzieć Panu wszystko, co po moich doświadczeniach leży mi na sercu. Wymagało to ode mnie ciężkiego wysiłku, aby powiedzieć o rzeczach, których powierzanie równym sobie ledwie można wybaczyć, a o których niedopuszczalne jest mówienie wobec zwierzchnika. Wydało mi się, że Pana poruszyłam. Ale niesłusznie bez wątpienia miałam nadzieję, że godzina rozmowy może przewyższyć nacisk codziennych zajęć. Wydawanie rozkazów nie ułatwia wejścia w położenie tych, którzy są posłuszni.

Według mnie zasadniczy powód mojej współpracy z Pańskim pismem polegał na tym, że moje doświadczenie z minionego roku pozwala mi być może pisać w taki sposób, aby zmniejszyć trochę ciężar upokorzeń, które życie sprowadza dzień po dniu na robotników z Rosières, podobnie jak na wszystkich robotników z nowoczesnych fabryk. To nie jedyny cel, lecz – jestem o tym przekonana – zasadniczy warunek poszerzenia ich horyzontu. Nic bardziej nie paraliżuje myśli niż poczucie niższości, sprowadzane nieuchronnie przez codzienne stykanie się z biedą, podporządkowaniem, zależnością. Pierwszą rzeczą, jaką należy dla robotników zrobić, jest pomoc w odzyskaniu lub zachowaniu, zależnie od przypadku, poczucia własnej godności. Wiem aż nazbyt dobrze, jak trudno w podobnej sytuacji zachować to poczucie i jak każde moralne wsparcie może być wówczas cenne. Z całego serca życzyłabym sobie, abym poprzez współpracę z Pańskim pismem mogła dać odrobinę takiego wsparcia robotnikom z Rosières.

Nie sądzę, że wyobraża Pan sobie dokładnie, czym właściwie jest klasowy duch. Moim zdaniem nie można go podsycać zwyczajnymi mówionymi lub pisanymi słowami. Określają go konkretne warunki życia. Upokorzenia, przymusowe cierpienia, podporządkowanie wywołują go, a nieubłagany i codzienny nacisk konieczności tłumi go bez przerwy, często tak bardzo, że zmienia go w służalczość u najsłabszych charakterów. Poza wyjątkowymi momentami, których nie można, jak sądzę, ani sprowadzić, ani uniknąć, ani nawet przewidzieć, nacisk konieczności jest zawsze co najmniej tak mocny, aby utrzymać porządek, bo przecież stosunek sił jest aż zanadto jasny. Ale jeżeli myślimy o moralnym zdrowiu robotników, to nieustanne dławienie tlącego się w jakimś stopniu potajemnie klasowego ducha posuwa się o wiele dalej, niż byłoby to pożądane. Wyrażając czasami tego ducha – oczywiście bez demagogii – nie podsycałoby się go, ale przeciwnie, łagodziłoby się jego gorycz. Nieszczęśliwi znoszą swoją społeczną niższość nieskończenie ciężej wskutek tego, że wszędzie spotykają się z nią jak z czymś, co jest samo przez się zrozumiałe.

Przede wszystkim nie wiem, w jaki sposób takie artykuły jak mój mogłyby wywrzeć zły skutek, gdyby zostały opublikowane w Pańskiej gazecie. W każdej innej gazecie mogłyby ostatecznie sprawiać wrażenie, że zamierzają podburzać biednych przeciwko bogatym, a podwładnych przeciwko zwierzchnikom. Ale jeżeli taki artykuł ukaże się w gazecie kierowanej przez Pana, może on jedynie dać robotnikom poczucie, że ktoś robi ku nim krok, że ktoś usiłuje ich zrozumieć. Myślę, że byliby Panu za to wdzięczni. Jestem przekonana, że gdyby robotnicy z Rosières mogli znaleźć w Pańskiej gazecie napisane naprawdę dla nich artykuły, w których troskliwie obchodzono by się z każdym ich przeczuleniem – bo przeczulenie nieszczęśliwych jest żywe, chociaż nieme – w których przedstawiano by wszystko, co może ich uszlachetnić we własnych oczach, wyniknęłoby stąd tylko dobro pod każdym względem.

Ducha klasowego mogą natomiast ożywić niefortunne zdania, które przez nieświadome okrucieństwo podkreślają pośrednio społeczną niższość czytelników. Te niefortunne zdania licznie występują w wielu egzemplarzach Pańskiej gazety. Wskażę je przy najbliższej sposobności, jeżeli Pan będzie sobie życzył. Być może nie sposób zachowywać się taktownie wobec tych ludzi, gdy ktoś zbyt długo pozostaje w zbyt odmiennym położeniu.

Możliwie zresztą, że uzasadnienia, jakie mi Pan podaje, odrzucając moje obydwie sugestie, są całkowicie słuszne. Jest to skądinąd stosunkowo drugorzędna kwestia.

Dziękuję za przesłanie mi ostatnich numerów gazety.

Powstrzymam się od odwiedzenia Pana w Rosières z przyczyny, którą Panu podałam, jeżeli nadal będzie Pan gotów przyjąć mnie tam jako robotnicę. Ale mam powody sądzić, że Pańska gotowość w tym względzie uległa zmianie. Aby udał się taki plan, wymaga on w bardzo wysokim stopniu wzajemnego zaufania i zrozumienia.

Jeżeli nie jest Pan już gotów mnie zatrudnić albo jeżeli pan Magdélénat [właściciel fabryki] sprzeciwia się temu, to korzystając z Pańskiego pozwolenia, na pewno przyjadę do Rosières, gdy tylko znajdę czas. Uprzedzę Pana o tym wcześniej.

Proszę przyjąć wyrazy głębokiego szacunku.

S. WEIL

Simone Weil

tłum. Małgorzata Frankiewicz

Inne teksty Simone Weil

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code