Sekret Ariadny

Sex-bombowa teologia ciała

Sex-bombowa teologia ciała?

Artur Bazak

Jakub Lubelski

W jednej z zachodnich szkół średnich zdjęto krzyż, ponieważ, zdaniem matki jednego z uczniów, narażał jej syna na przerażający, epatujący przemocą i agresją widok umęczonego, martwego ciała. W ostatnich latach życia Jana Pawła II wielu „życzliwych” komentatorów sugerowało, aby ten schorowany, trzęsący się starzec z cieknącą strużką śliny dał już sobie spokój z publicznymi wystąpieniami i skrył się za murami Watykanu, albo jeszcze lepiej, oddalił się i dokończył swojego żywota w jakimś odległym klasztorze, z dala od bezlitosnych kamer. Po premierze filmu „Pasja” w reżyserii Mela Gibsona nie było końca słowom oburzenia i zniesmaczenia obrazami męczonego, maltretowanego ciała Chrystusa. Ciało cierpiące, ciało niedomagające, ciało udręczone nie mieści się w świecie skrojonym według miar i upodobań estetycznych współczesności, w której panuje – jak słusznie zauważa Dariusz Karłowicz – „kult ciała idealnego”.

Ciało Chrystusa, Boga-człowieka, postrzegane jest jako trup zwisający z kawałka drewna, do którego modlą się chrześcijanie. Ciało świętego starca odstręcza swoją nieporadnością i odkształceniem. W świecie, w którym ciało stało się przedmiotem marketingowego kultu, ciało prawdziwe, podlegające upływowi czasu, nieuchronnym procesom starzenia poddawane jest reklamacji. Problem w tym, że ciało nie jest towarem podlegającym wymianie na „lepszy model”. Czy chcemy tego czy nie, ciało to my. Nie jest jednak tak, że musimy się pogodzić ze smutnym wyrokiem natury. To nie tak. Ciało jest czymś znacznie więcej! Nie jest kolejnym narzędziem w rękach człowieka, którym może rozporządzać podług swojej zmiennej woli. Nie jest rozciągliwym mechanizmem, zabawką służącą zaspokajaniu coraz to wymyślniejszych potrzeb. Jest czymś, co stanowi o naszym człowieczeństwie, przez co nasze „ja” się objawia. Ciało to święte sanktuarium duszy. Czy poświęcamy wystarczającą ilość czasu i uwagi na uszanowanie i oddanie czci tej świętości? Czy ciało coś nam jeszcze dzisiaj mówi? Czy tylko kusi?

Mijamy się na schodach, wpadamy na siebie na rogu ulic, ściskamy się w przepełnionych autobusach, ocieramy w kolejkach do kas, kłębimy się na koncertach ulubionych wykonawców, tłoczymy się w salach wykładowych. Codziennie możemy przekonać się o tym, że nasze ciało nie jest abstrakcyjnym bytem. Jest cielesne w konkrecie mijania, ściskania, ocierania, kłębienia, tłoczenia się. Ale ten codzienny, nierzadko niechciany, a wymuszony okolicznościami masowości naszych społeczeństw, kontakt cielesny powoduje, że się od siebie ciągle oddalamy. Stajemy się samotnym tłumem niesionym swoimi osobnymi troskami, smutkami i nadziejami. Nasze ciała już do nas nie mówią. Jest tak, jak powiedział bohater „Miasta gniewu”: „Tutaj nikt cię nie dotyka. Wszyscy chowają się za szkłem i metalem. I chyba tak bardzo brakuje nam tego dotyku, że zderzamy się, żeby tylko coś poczuć.”

Podobnie rzecz się ma z seksualnością. Współcześnie rozpowszechnione podejście do seksualności, będące następstwem tzw. rewolucji seksualnej 1968 roku, okazało się niezwykle płytkie, jednostronne, redukujące bogactwo człowieka do jednego wymiaru – wyzwolonego z wszelkich zasad moralnych i obyczajowych nienasyconego pożądania. Znaleźliśmy się w sytuacji – jak niezwykle trafnie określiła Agnieszka Porębska – „zniewolenia przez wyzwolenie”. Trudno znaleźć obecnie miejsca nieskalane seksualnymi treściami i obrazami, w których ciało służy tylko i wyłącznie seksualno-konsumpcyjnym podnietom. Zdumiewające jest jednak jak ludzie nic sobie nie robią z tych wylewanych na ich głowy pomyj. I nie chodzi tu tylko o kwestię smaku, bo specjaliści od reklamy wkładają bardzo dużo pracy i wysiłku w to, aby przesuwające się przed oczami widza obrazy miały wyszukany charakter. Całe niebezpieczeństwo tego pan-seksualizmu tkwi w zobojętnieniu i stępieniu moralnych odruchów zwykłych odbiorców w wyniku jego totalnej powszechności. Odwieczna triada ludzkich pragnień: władzy, pieniędzy i seksu osiągnęła najwyższe stadium rozwoju. Stała się naszą nudną codziennością.

Konkwista wysłanników seks biznesu osiągnęła swój cel, wyrządzając zupełnie bezprecedensowe spustoszenie i dopuszczając się ludobójstwa na ogromną skalę. Tak, ludobójstwa! Bo czyż komuś dotąd w dziejach udało się wyludnić Europę? Niektórzy byli blisko osiągnięcia tego celu, eksterminując całe narody powodowani szaleństwem i złowieszczą ideologią. Dzisiaj ścieramy się w proch sami, robiąc to – o zgrozo! – w imię tego, co uznajemy za najwyższą zasadę życia, przyjemność. Posiwiałe dzieci europejskiej rewolucji seksualnej patrzą zza euro-parlamentarnych pulpitów, jak nakręcona przez nich machina śmierci emancypuje Stary Kontynent z jego autochtonów. Teraz mogą się spokojnie zająć wyzwoleniem niszczejącej matki ziemi.

Współczesna kultura tak naprawdę nie gloryfikuje – jak nam się często zdaje – ciała, ale przestała je akceptować, wręcz go nie znosi i zadręcza je, a ostatecznie prowadzi do jego zniszczenia. Mówi o tym Dariusz Karłowicz: „żyjemy w czasach posthedonistycznych. Koncentracja na cielesności, która wydawała się istotą przełomu 1968 roku – w wielkim uproszczeniu – stała się punktem wyjścia do modelu religijności, który tak naprawdę ani z cielesnością, ani z niczym szczególnie przyjemnym nie ma wiele wspólnego. (…) Przedmiotem kultu jest coś w rodzaju ciała idealnego. Czyli takiego ciała, które transcenduje empirię, ale jednocześnie nie przestaje być czymś cielesnym. To jest ciągle opowieść o cielesności, która stanowi podstawowy wymiar tej religijności. Z tą różnicą, że w jakimś sensie ona jest już nieempiryczna.

(…) Główną obietnicą kultury, która czyni sobie z ciała idealnego przedmiot kultu, jest obietnica, że nie pomrzemy. Ujmując rzecz jeszcze inaczej, jest obietnicą spójnego życia w iluzji, że nie pomrzemy. (…) Obietnica, że nie pomrzemy łączy się z aktem wyrzucenia śmierci poza obręb własnego doświadczenia. W związku z tym eliminuje się wszystko, co w rażący sposób nie jest zdolne sprostać wymogom stawianym przez nakazy religii ciała idealnego. Dlatego dzisiaj tak łatwo przychodzi przekonywać opinię publiczną, że nie powinny się rodzić dzieci upośledzone cieleśnie, ponieważ człowiek taki w świecie religii ciała idealnego jest najgłębszym skandalem!” Stąd już niedaleko do eliminowania skandalicznych krzyży w klasach szkolnych, odwracania wzroku od śliniącego się starca, który „jest przecież menadżerem firmy o dwutysiącletniej tradycji”. Czyż to nie jest skandaliczne?!

To wszystko skłania nas do wniosku, że konieczne jest ponowne przemyślenie spraw związanych z ciałem, stosunkiem między ludźmi, rolą seksualności, znaczeniem wstrzemięźliwości, czystości czy wstydu. Chcąc powrócić do tych współcześnie zapoznanych lub ośmieszonych chrześcijańskich kategorii oraz wydobyć ich blask zwracamy się ku papieskiej teologii ciała jako najbardziej twórczej chrześcijańskiej odpowiedzi na XX-wieczną rewolucję seksualną! Współczesnym czytelnikom „Playboya” czy „Cosmopolitan” Jan Paweł II zdawał się mówić: „seksualność człowieka jest czymś o wiele bardziej wspaniałym niż to sobie wyobrażacie”! Kościół mówi w sposób otwarty i niezideologizowany o seksie i ciele człowieka w świecie opanowanym kultem ciała idealnego. Kościół zdaje się, że jako jedyny traktuje ciało i seksualność człowieka w sposób poważny. Ma bardzo wyraźną i jasną wizję tego, czym jest rodzina i małżeństwo ją tworzące oraz co za rodzinę i małżeństwo nie może być uznane. Pytanie tylko, jak Kościół powinien uzasadniać swoje nauczanie w dziedzinie moralności, a zwłaszcza etyki seksualnej, aby być zrozumiałym dla wszystkich, łącznie z wyznawcami ciała idealnego? Czy teologia ciała Jana Pawła II jest tą propozycją mówienia o naszej cielesności, która przebije się przez zgiełk i miraże kultury posthedonistycznej?

Niezwykle krytycznie nastawiony do Zygmunta Freuda Roger Scruton zauważył, że gdy opisujemy pożądanie posługując się terminami autora Wstępu do psychoanalizy lub jego zwolenników, nie sposób przekazać niegodziwość gwałtu. I więcej, nie sposób za pomocą tych terminów wyjaśnić niczego z ludzkich zachowań seksualnych! Dlatego szukamy nowego języka, wyzbytego uprzedzeń „mistrzów podejrzeń”. Czy da nam go chrześcijaństwo? I to mimo tego, że prezentowało w przeszłości (a niekiedy nawet dzisiaj) pewną nieufność wobec ciała i wartości seksualności? Czy możemy powiedzieć, że jesteśmy świadkami wyraźnego odwrotu Kościoła od tego sposobu postrzegania ciała i seksualności człowieka, jaki charakteryzował go w przeszłości? Czy może jednak teologia ciała odkrywa istniejące, lecz zapomniane i niezrozumiałe do końca pokłady nauk odwołujących się do początku, do serca i do zmartwychwstania?

Jak pisał biograf Jana Pawła II – George Weigel: „tych 130 katechez jako całość stanowi coś w rodzaju teologicznej bomby zegarowej, która wybuchnie z dramatycznymi konsekwencjami kiedyś w trzecim tysiącleciu Kościoła.” Czy „teologiczna bomba zegarowa” może zneutralizować „demograficzną bombę”, którą Europejczycy zdają się już niemal detonować? Jednym słowem, czy antropologia chrześcijańska jest odpowiedzią na dzisiejsze zmagania kultury europejskiej samej z sobą?

Tym niemniej wciąż zmagamy się z wątpliwością na ile teologia ciała może stać się zaczynem kontrrewolucji, czy może stać się oficjalnym językiem rewolucji seksualnej? Mówiąc o ciele, seksie, czystości, winie, grzechu i wstydzie łatwo można popaść w ton apologetyczny, z jednej strony oraz zejść do poziomu języka kultury popularnej, żywiącej się reklamą i komercją, z drugiej. Poszukując nowego języka i chcąc uniknąć niezrozumienia, należy unikać tych dwóch skrajności. Przesłanie i język teologii ciała jest trudny, o czym mówią otwarcie wszyscy, którzy mieli z nią do czynienia. Musimy sobie zadać pytanie, jak sprawić, aby to, co wydobywa uniwersalnie ważne treści poprzez ujmowanie człowieka w trzech wymiarach jego życia: przed upadkiem, w życiu z piętnem grzechu pierworodnego, ale i zdolnością do czynieni dobra oraz w perspektywie zbawienia, dotarło do zwykłego człowieka, do Franka odnotowującego obecność pięknej dziewczyny zdawkowym „fajna dupa”, do pary niemiłosiernie obściskującej się na Plantach, do uczniów gdańskiego gimnazjum?

Niezależnie od tego, czy teologia ciała jest, czy nie jest, wielkim zwrotem teologicznym, ponieważ wydobywa treści już istniejące oraz jest nieco hermetyczna, to na pewno zawiera w sobie wybuchowy ładunek duszpasterski. Innymi słowy, dzisiaj rysuje się przed Kościołem w Polsce wielki projekt tłumaczenia katechez środowych na język praktyczny codziennych wyborów moralnych. Może bomba wybuchnie w naszych parafiach, duszpasterstwach, na Światowych Dniach Młodzieży? Warto, aby tej rewolucji, która ma szansę jako pierwsza w historii nie pożreć swoich dzieci, przewodniczyli dusz-pasterze.

Papież Jan Paweł II największe niebezpieczeństwo dla przyszłości człowieka upatrywał w utylitaryzmie, który jest budulcem cywilizacji śmierci. Benedykt XVI źródła zagrożenia upatruje w „subtelnej dyktaturze antychrześcijańskiej”, tolerującej naukę Chrystusa, ale tylko do czasu, kiedy nie staje się „znakiem sprzeciwu”. Zdaje się, że propozycja zawarta w teologii ciała, będącej zaczynem nowej rewolucji seksualnej jest wyraźnym aktem przeciwstawienia się temu, co proponuje cywilizacja śmierci, która śmierć „wyrzucając poza obręb doświadczenia” skazuje się na ziemską apokalipsę, żyjąc w iluzji wiecznego idealnego ciała. Nosi w sobie przy tym – w odróżnieniu od klasycznych rewolucji – projekt pozytywny, który ma na celu ocalenie człowieka wystawionego na działanie grzechu pierworodnego w dramacie dziejów. Czy jest to zapowiedź wojny religijnej, w której stronami będą chrześcijaństwo i religia ciała idealnego? Nie, w żadnym wypadku. Niech nas ta rewolucyjna i bombowa terminologia nie zmyli. Chrześcijańska rewolucja to metanoia, wewnętrzne całkowite przemienienie. Nawracanie innych rozpoczyna od siebie. Niewątpliwie przyszłość człowieka, chrześcijaństwa, Europy są ze sobą ściśle powiązane. Ale w tym wielkim kulturowym zmaganiu się o naszą przyszłość zacznijmy od przekonania chłopaka, który „szukając bodźców namiętności na okładkach pism, będzie przerażony, kiedy przytuli się do dziewczyny, która ma wągry na nosie, krzywiczny dołek między piersiami albo wystające na plecach łopatki”, że „seksualność człowieka jest czymś o wiele bardziej wspaniałym niż to sobie wyobraża”!”
________________

Pierwodruk: Kwartalnik Pressje

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code