Sekret Ariadny

Prawda doktryny a miłość osoby

Spread the love

Prawda doktryny a miłość osoby

z O. Jackiem Prusakiem SJ rozmawiają Krzysztof Mazur i Jakub Lubelski

Teologia

Krzysztof Mazur: W Katechizmie Kościoła Katolickiego (p. 2357) czytamy, że „Tradycja, opierając się na Piśmie świętym, przedstawiającym homoseksualizm jako poważne zepsucie, zawsze głosiła, że akty homoseksualizmu z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane. Są one sprzeczne z prawem naturalnym; wykluczają z aktu płciowego dar życia. Nie wynikają z prawdziwej komplementarności uczuciowej i płciowej. W żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane”. W tym krótkim fragmencie pojawia się wiele, co najmniej niejednoznacznych, określeń. Chcielibyśmy poprosić o ich wyjaśnienie. Jak zatem należy rozmieć określenie „nieuporządkowane” w odniesieniu do aktów homoseksualnych?

O. Jacek Prusak SJ: Słowo „nieuporządkowane” w tym kontekście oznacza, że akty homoseksualne od strony teologicznej są niezgodne z zamysłem Stwórcy, celowością ludzkiej płciowości, i dynamiką więzi gwarantującej miłość we wzajemnym oddaniu osób. Antropologia biblijna opiera się bowiem na przesłance, że Bóg stworzył kobietę i mężczyznę i to między nimi mówimy o miłości, której jednym z istotnych elementów jest sfera seksualna. Miłość tę cechują dwa zasadnicze komponenty: komplementarność uczuć oraz seksualność otwarta na płodność. W wizji tej zachowanie seksualne jest teleologiczne, gdyż jest ukierunkowane na pewien cel, którym jest nie tylko więź dwóch osób, ale również płodność, a ta jest możliwa jedynie między mężczyzną a kobietą. Taki jest zamysł Stwórcy, co wyraźnie widoczne jest w Księdze Rodzaju. Zgodnie z nauką Kościoła w związkach homoseksualnych brak jest komplementarności i płodności stąd są one rozumiane, jako „nieuporządkowane”.

KM: Mowa zatem jest tu o dwóch elementach: sferze uczuć oraz seksualności otwartej na płodność. Nim przejdziemy do tego pierwszego, jak się wydaje bardziej kontrowersyjnego punktu, należy postawić pytanie, dlaczego wobec dzisiejszego stanu medycyny nie uznać, że związki homoseksualne mogą być także otwarte na potomstwo. Mamy tu na myśli możliwość korzystania ze sztucznego zapłodnienia przez kobiety pozostające ze sobą w związku; zarazem wyobrazić sobie możemy także adoptowanie dzieci przez mężczyzn żyjących w związkach homoseksualnych. Dlaczego takie praktyki nie mogą być uznane, jako otwarte na posiadanie potomstwa, a zatem w pewien sposób na „płodność”?

Po pierwsze, podane przez Panów przykłady są jedynie chwytami retorycznymi, które po bliższym przyjrzeniu się im tracą pozorne racje. Jest rzeczą oczywistą z punktu widzenia biologii, że osoby tej samej płci, jakiekolwiek nie przyświecały by im chęci i intencje, nie mogą mieć ze sobą potomstwa, a adopcja przez nich dziecka nie tworzy z nich rodziców. Z punktu widzenia Kościoła pojęcie „homorodzicielstwa” nie ma sensu. Jest to inna sytuacja od tej, gdy dwie osoby różnej płci z przyczyn medycznych nie mogą mieć ze sobą potomstwa i decydują się na adopcję. Kościół wyklucza zapłodnienie in vitro zarówno w przypadku par homoseksualnych jak i związków małżeńskich osób heteroseksualnych, gdyż płodność jest tu oderwana od aktu zjednoczenia mężczyzny i kobiety. Zabiegi takie naruszają prawo dziecka do urodzenia się z ojca i matki, których zna i którzy są jego rodzicami i jak naucza Kościół pozostają także w sprzeczności z wyłącznym prawem małżonków do „stania się ojcem i matką wyłącznie dzięki sobie” (KKK 2376). Zatem, by spełnić przesłanki wypływające z antropologii biblijnej, na której opiera się stanowisko Kościoła w tej sprawie, nie wystarczą jedynie dobre intencje, czy chęci. Zgodny z normą biblijną jest jedynie przypadek, gdy współżyją ze sobą kobieta i mężczyzna, którzy są otwarci na płodność i kiedy owocem ich aktu oddania jest (lub może być) dziecko. Taka jest wizja biblijna i zamysł Stwórcy w interpretacji i nauczaniu Kościoła. Stanowi to przesłankę, od której rozpoczyna się cała logika wywodu uzasadniającego stanowisko Kościoła w kwestii seksualności. Oczywiście, każdy może zanegować tę przesłankę u samych jej podstaw i wtedy dojdzie do innych wniosków. Nie będzie to jednak stanowisko zgodne z nauczaniem Kościoła.

KM: Drugi element, dotyczący uczuciowości wydaje się być bardziej kontrowersyjny. Dlaczego Kościół stoi na stanowisku, że owo „nieuporządkowanie” dotyczy także sfery uczuć? Czy o miłości można mówić jedynie w relacjach między kobietą a mężczyzną?

By odpowiedzieć na to pytanie, znów musimy sięgnąć do antropologii biblijnej. W Księdze Rodzaju znajdziemy opis, według którego Bóg stworzył mężczyznę i kobietę na swój obraz i podobieństwo. Z tego faktu wynika, że najpełniejszym obrazem Boga nie jest pojedyncza osoba, ale człowiek w relacji do drugiej osoby odmiennej płci i to najpełniej w akcie zjednoczenia. Mowa tu o relacji, która posiada więc komponent seksualny. Zatem to nie pojedynczy człowiek jest obrazem Boga, a mężczyzna w spotkaniu z kobietą, których wieź jest wyrazem miłości. Interesującym jest, że takie ujęcie miłości odpowiada także stanowisku Kościoła, co do natury Boga. On także nie jest jednorodną Leibnizowską monadą, a właśnie relacją trzech Osób. Należy także pamiętać, że w tej wizji miłość jest czymś więcej niż jedynie uczuciem. Jest postawą, która stanowi treść opisanej tu relacji. Oczywiście miłość nie jest zarezerwowana wyłącznie dla małżonków, ale w tego typu więzi najgłębiej wyraża się w relacji kobiety i mężczyzny.

Jakub Lubelski: Czemu relacja osób homoseksualnych nie spełnia tych kryteriów?

Ta komplementarność nie jest możliwa w przypadku osób tej samej płci, gdyż nie wynika z porządku stworzenia. Naturalne w biblijnej antropologii jest to, co jest ukierunkowane na osobę płci przeciwnej, gdyż pożądana w miłości komplementarność jest połączeniem różnic, a nie podobieństw. Nie chodzi tu jednak o różnice dzielące różne osoby tej samej płci. W takich relacjach brakuje głębszej ontologicznej różnicy, jaka zachodzi pomiędzy osobami różnej płci i jest wpisana w strukturę ich psychiki, osobowości. Dopiero w ich połączeniu można mówić o komplementarności, która dopełnia i harmonizuje popędliwość. Z tego względu relacja pomiędzy osobami tej samej płci, w myśl nauczania Kościoła, jest relacją niepełną. Sama w sobie nie może doprowadzić do najwyższego stopnia dojrzałej miłości międzyludzkiej. Nie znaczy to, że nie może być wyższych uczuć pomiędzy nimi, gdyż takie stanowisko po prostu byłoby niezgodne z faktami. Jednak nie jest to ta miłość, do której człowiek jest powołany uświęcając się w miłości ludzkiej. Zatem miłość pomiędzy osobami tej samej płci jest jedynie pewnym etapem, który dla osób homoseksualnych staje się etapem końcowym. Inną przesłanką, która pozwoli nam zrozumieć to stanowisko może być dostrzeżenie, że akty homoseksualne w pewien sposób są odwrotne do opisanego powyżej zamysłu Stwórcy. W Piśmie Świętym znajdziemy fragmenty, jak choćby znamienny fragment Listu do Rzymian, gdzie akty homoseksualne są wyraźnie interpretowane, jako konsekwencja grzechu pierworodnego, co stanowi bardzo mocne stwierdzenie. Trzeba jednak zaznaczyć, że orientacja homoseksualna sama w sobie nie jest grzechem, gdyż wynika z wielu często niezależnych od człowieka czynników. Ocenie moralnej podlegają natomiast zachowania. Uwzględniając te wszystkie uwagi można stwierdzić, że miłość między osobami homoseksualnymi w warstwie uczuć jest „nieuporządkowana”, bowiem porządek stworzenia jest uprzedni w stosunku do emocjonalności; nasze ludzkie chęci i pragnienia nie są w stanie tego zmienić.

JL: Czy właśnie z tego względu w oficjalnych dokumentach kościelnych nigdy nie mówi się o orientacji homoseksualnej, a jedynie o skłonnościach homoseksualnych?

Dokładnie tak. Według antropologii biblijnej orientacja seksualna może być jedynie heteroseksualna. Trzeba jednak pamiętać, że pojęcie „orientacja seksualna” nie jest terminem biblijnym i teologicznym, ale pochodzi ze słownika nauk behawioralnych i nie posiada jednej obowiązującej konotacji, co widać w sporze zwolenników esencjalizmu z przedstawicielami konstrukcjonizmu społecznego.

KM: W cytowanym fragmencie KKK znajduje się równocześnie sformułowanie, iż „psychiczna geneza [skłonności homoseksualnych] pozostaje w dużej części nie wyjaśniona” (2357 KKK) i jest nazwana tajemnicą. Czy zatem można wygłaszać tak stanowcze stanowisko wobec czegoś, czego natury nie znamy?

Określenie tajemnica odnosi się w zacytowanym fragmencie do kwestii psychologiczno-egzystencjalnych. Na tym poziomie, wedle stanu współczesnej nauki, pochodzenie skłonności homoseksualnych jest niewyjaśnione. Odwołanie się do „tajemnicy” może mieć w tym kontekście również znaczenie egzystencjalne związane z pytaniem „dlaczego ja?”, „dlaczego mnie to spotkało?” – a więc szukaniem sensu swojej egzystencji przez osoby homoseksualne. Na gruncie teologicznym zjawisko homoseksualizmu nie może być nazwane tajemnicą, gdyż słowo to ma tam inne od potocznego znaczenie. W teologii przez tajemnice rozumie się bowiem obecność Boga, którego doświadczamy tylko w wierze, który jest niedostępny naszemu aparatowi poznawczemu; znamy pewne Jego atrybuty na mocy Objawienia, ale nie jesteśmy w stanie tego zweryfikować empirycznie. Dotyczy to także „ekonomii zbawienia” – ostatecznego tryumfu dobra nad złem.

KM: W dyskutowanym eseju „Inni inaczej” pisze Ojciec, iż „wbrew rozpowszechnionym opiniom nauczanie Kościoła na temat homoseksualizmu nie ma swego głównego oparcia w przesłankach wiary, ale odwołuje się do zdolności ludzkiego umysłu w odczytaniu normatywnego charakteru prawa naturalnego”. Również w zacytowanym fragmencie KKK występuje jasne odwołanie do prawa naturalnego, z którym akty homoseksualne stoją w sprzeczności. Jak pojmowane jest tutaj prawo naturalne i skąd wynika twierdzenie o sprzeczności aktów homoseksualnych z jego literą?

Przywołany fragment mojego artykułu dotyczył sprzeciwu Kościoła w kwestii prawnej legalizacji związków homoseksualnych i prawa do adopcji dzieci. Zatem nie dotyczył zagadnień teologicznych, a raczej problemów społeczno-politycznych. Ze swej natury zagadnienia dotyczące tego wymiaru w ten sam sposób są istotne dla osób wierzących, jak i niewierzących. Zatem w dyskusji na tematy społeczno-polityczne naszym obowiązkiem jest wyjście poza przesłanki biblijne oraz teologiczne i sięgnięcie po argumenty, które będą przemawiały także do osób niewierzących. W tym celu Kościół sięga po argumenty oparte na prawie naturalnym, które można poznać na drodze rozumowych analiz fundamentalnego dobra człowieka. Prawo naturalne wpisane jest nie tyle w serce, ile w umysły ludzi i nie wiąże się z Objawieniem, lecz z naturalnymi aktami poznawczymi praktycznego rozumu człowieka. Zgodnie z tym ujęciem, bazującym na myśli św. Tomasza z Akwinu, natura człowieka jest rozumiana substancjalnie i można utożsamić ją z tym, co tworzy mnie, jako osobę. Na drodze racjonalnych analiz można znaleźć w człowieku podyktowane przez tą właśnie substancjalną naturę pewne prawidłowości, które Kościół interpretuje, jako dynamicznie i celowo ukierunkowane na rozwój. Teologiczne rozumienie prawa naturalnego może pomieścić w sobie różne koncepcje natury, ale odrzuca te, które uważają, że wewnętrzne tendencje jednostki mogą wyznaczać prawo naturalne (ponieważ te są zbyt ogólne), jak i takie, które będą odwoływały się do dziedziczności (bowiem można genetycznie dziedziczyć skłonność do pewnych patologii, ale one nie są skierowane na rozpoznawalne dobro). W toku analizy nad dynamiką ludzkiej egzystencji dochodzimy do wyodrębnienia trzech fundamentalnych cech charakteryzujących każdego człowieka ze względu na jego naturę. Po pierwsze, każdy z nas dąży do doskonałości i samodoskonalenia się (szczęścia). Po drugie, w naturę człowieka wpisana jest tendencja do przekazania życia. Po trzecie, dwa pierwsze cele najlepiej są realizowane w rodzinie, która jest podstawową komórką życia społecznego zapewniającego optymalny rozwój jednostki. Są to trzy podstawowe wnioski, jakie płyną z analizy rozumowej prawa naturalnego, które obok Pisma Świętego i Tradycji stanowi treść nauczania Kościoła katolickiego.

JL: Wnioski te są kolejnym powodem, który pozwala nazwać zjawisko homoseksualizmu nieuporządkowanym.

Owszem. Jest sprawą oczywistą, że gatunek ludzki nie byłby w stanie realizować tych trzech podstawowych elementów, gdyby powszechne były związki homoseksualne; nie ma innego sposobu na ich realizację, niż związki między kobietą a mężczyzną.

KM: Czy przeczą temu odkrycia nauk przyrodniczych, które uzmysławiają nam, że w przyrodzie występują związki pomiędzy osobnikami tej samej płci? Czy argument, że na przykład wśród łabędzi występują pary homoseksualne, nie świadczy, że to zjawisko jest zgodne z naturą?

W tym pytaniu słowo naturalne jest użyte w innym znaczeniu, niż ma to miejsce w przypadku, gdy mowa jest o prawie naturalnym. By lepiej to zobrazować, posłużę się przykładem alkoholizmu. Zdarza się, że skłonność do alkoholizmu z powodu uzależnienia rodziców jest dziedziczona genetycznie przez ich dziecko. W tym przypadku owa skłonność dziecka do alkoholu może być nazwana czymś naturalnym, co należałoby rozumieć, jako „przekazana przez sam akt urodzenia”. Jednak w myśl koncepcji prawa naturalnego taka skłonność nie mogłaby być nazwana czymś naturalnym, gdyż po prostu nie służy rozwojowi osoby; jest odchyleniem od normy. Jak pokazuje ten przykład można zatem dziedziczyć skłonność, która nie jest naturalna w rozumieniu prawa naturalnego. Nawet jeśli nauka udowodni kiedyś, że homoseksualizm ma swe korzenie w ludzkiej genetyce, nie będzie to jeszcze argument zmuszający Kościół do zmiany swojego nauczania w tej kwestii. Być może jedynie zmieniłoby się coś w kwalifikacji samych czynów homoseksualnych, gdyż osoba obdarzona taką naturalną (w znaczeniu genetycznym) skłonnością posiada mniejszą wolność wyboru. Jednak nie zmieni to faktu, że akty homoseksualne dalej będą kwalifikowane, jako czyny złe moralnie, tak jak z racji dziedziczności alkoholizmu nie wynika, że uleganie mu jest dobrem moralnym.

KM: Dalej Katechizm mówi o tym, że „znaczna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne”, które nie stanowią przedmiotu ich wyboru, ale „dla większości z nich stanowi ona trudne doświadczenie”. Są one „wezwane do wypełniania woli Bożej w swoim życiu” oraz „są wezwane do czystości. Jeśli zdołają zrozumieć naturę osobistego powołania Bożego w stosunku do nich, będą w stanie z większą wiarą przeżywać Sakrament Pokuty i przyjmować łaskę Pana, która jest w nim tak hojnie ofiarowana, by móc pełniej nawrócić się ze swojej drogi”. Co znaczą te słowa? Co Kościół proponuje osobom o skłonnościach homoseksualnych?

Kościół proponuje coś niezwykle trudnego – proponuje czystość, której nie należy utożsamiać z celibatem. Celibat to po prostu bezżenność, podczas gdy czystość jest kategorią szerszą, dotyczy bowiem wszystkich osób bez względu na stan, w jakim żyją, zarazem jednak każdego w innym zakresie. W omawianym tu aspekcie czystość polegałaby na dwóch elementach: po pierwsze, na niepodejmowaniu czynów homoseksualnych; po drugie, zawierałaby w sobie także czystość myśli, czyli nie podejmowanie fantazji seksualnych jako strategii kompensacji i ucieczki przed osobowym wzrostem.

KM: Ciekawie w kwestii czystości wypowiada się o. Richard Woods OP, który stwierdza iż „wiele par homoseksualnych żyje w wierności wobec siebie. Obojętnie, jak Kościół postrzega ich pożycie seksualne, są sobie wierni tak samo, a nawet bardziej aniżeli wiele par heteroseksualnych. Na tym właśnie polega życie w czystości, jeśli ujmiemy rzecz w kategoriach arystotelesowskich. Zachowują oni swoje dary płciowości dla siebie nawzajem, umacniają swoją wzajemną miłość, nie szukają innych partnerów”. Czy Ojciec uznałby taką parę za żyjącą w czystości? Co znaczy w tym fragmencie czystość ujęta w kategoriach arystotelesowskich?

Nie wiem, co Woods rozumie pod pojęciem kategorii arystotelesowskich; ciężar wyjaśnienia leży po jego stronie. Wydaje mi się jednak, że utożsamia on wierność z czystością, co w mojej ocenie nie jest uprawnione. Wierność dotyczy raczej zakresu stosunków międzyludzkich, podczas gdy czystość opisuje ich wewnętrzną dynamikę. Zatem pojęcia te nie są zakresowo identyczne i nie należy ich utożsamiać. Jednocześnie nie twierdzę, że nie istnieją pary homoseksualne żyjące w wierności. Byłoby to naiwne i niezgodne z faktami. Zaryzykowałbym może jedynie stwierdzenie, że osobom takim trudniej jest zachować czystość.

JL: Nasuwa się pytanie, czy jest możliwe, aby dwie osoby tej samej płci łączyła więź, która jest święta? Czy jest możliwe realizowanie przez nich chrześcijańskiego ideału miłości, jako pragnienia realnego dobra drugiej osoby?

Miałem w USA nauczyciela, który był aktywnym gejem i wraz ze swym partnerem zaadoptował dziecko. Był on katolikiem, jednak na skutek niemożności znalezienia się ze swoją skłonnością homoseksualną w Kościele przeszedł na episkopalianizm i dziś jest bardzo aktywnym wiernym. Według wszystkich opisowych kategorii socjologicznych, biorąc pod uwagę jedynie jego zewnętrzne zachowania, mogę stwierdzić, że jest to osoba bardzo religijna, a model ten nie musi być odosobniony. Ten prosty przykład przekonuje mnie, że nie mam prawa powiedzieć, iż nie ma gejów, którzy są głęboko wierzący. W świetle nauczania Kościoła trudno jednak uznać ich związek za uświęcający ich miłość i wyrażający ideał chrześcijańskiej miłości.

JL: Nie wchodząc w intencje i dylematy tych osób chcielibyśmy raczej dowiedzieć się, co mówi teologia w tej kwestii. Czy, teoretycznie rzecz ujmując, taka więź może być świętą?

Teoretycznie można stwierdzić, że tak, pod warunkiem jednak, że te osoby będą umiały zachować czystość. Zarazem trzeba podkreślić, że nie chodzi tu o szeroki sposób rozumienia czystości, jak proponuje to Woods, który czystość sprowadza do intencji pozostania w relacji wyłączności bez względu na orientację osób. Kościół katolicki naucza, że problem czystości to nie tylko kwestia seksualności i harmonii wynikającej z komplementarności płci, ale otwarcie na łaskę. Zatem po pierwsze, by mówić o czystości musiałyby być spełnione dwa warunki, o których już mówiłem (dotyczące aktów oraz pragnień). Po drugie, musimy także pamiętać, że czystość w antropologii biblijnej jest związana z integralnością osoby. Im bardziej jestem osobą, tym bardziej jestem czysty. Zatem to, co służy mojej integralności, jako osoby jest dobre, a to co od niej odwodzi, jest złe. Kiedy pamiętać będziemy o celowości stworzenia w Biblii, to dojdziemy do przekonania, że czystość rozumiana jako integralność osoby nie może potęgować w kimś tendencji homoseksualnych, gdyż te są przejawem jakiegoś wcześniejszego nieuporządkowania. Zatem odpowiadając na Panów pytanie można stwierdzić, że jest możliwa święta więź pomiędzy osobami tej samej płci, pod warunkiem, że zachowają one czystość rozumianą jako wykluczenie z ich relacji stosunków homoseksualnych.

KM: Zatem projekt czystości dla osoby o skłonnościach homoseksualnych w praktyce powinien być ukierunkowany na zmianę tego popędu, co w sposób znaczący odróżnia model czystości, jaki proponuje Kościół osobom o skłonnościach homoseksualnych od tych heteroseksualnych.

Rzeczywiście model czystości dla tych dwóch grup osób jest inny, a różnicę tę widać wyraźnie choćby w fakcie, że osoby heteroseksualne mogą i powinny dokonywać aktów seksualnych w małżeństwie. Takiej możliwości nie mają osoby homoseksualne. Różnica ta polega na tym, że w nauczaniu Kościoła piękno popędu seksualnego nie tkwi w nim samym, ale w jego celowości ukierunkowanej na komplementarność płci, do czego dochodzi dodatkowy element w postaci otwarcia na nowe życie. Jednocześnie nie jestem przekonany, czy Kościół rzeczywiście proponuje wszystkim osobom o skłonnościach homoseksualnych zmianę swojej popędowości. Co, jeśli taka zmiana nie jest możliwa? Wydaje mi się, że raczej proponuje On, by przyjąć ją wtedy jako „krzyż, przez który [dana osoba] się uświęca”. Tak to przedstawia Katechizm.

KM: Przy okazji dyskusji na temat czystości chcielibyśmy zapytać o stanowisko zwane niekiedy chrześcijańskim homoseksualizmem. Osoby głoszące ten pogląd mają w zwyczaju powoływać się na trzystopniowy wywód, którego celem jest dowieść, że związki homoseksualne przy zachowaniu wierności mogą stać się realizacją miłości chrześcijańskiej. Dowód ten ma następującą strukturę: po pierwsze, skoro osoby homoseksualne są stworzone z tą orientacją przez Boga, to pragnienia, jakie posiadają, pochodzą od Niego; po drugie, wszystko, co Bóg stworzył, jest dobre, dlatego i ich pragnienia są dobre; po trzecie, dobre pragnienia powinny, a nawet muszą być zaspokojone, aby można się było właściwie rozwinąć ludzko i duchowo. Czy przekonuje Ojca taka argumentacja?

Przyznam, że logika wywodu oparta o te trzy przesłanki jest trudna do przyjęcia, gdyż każda z nich jest fałszywa. Tradycja chrześcijańska bowiem nigdy nie nauczała, że każde nasze pragnienia pochodzą od Boga, że wszystkie nasze pragnienia są dobre i że każde, nawet dobre pragnienie, powinno być zaspokojone. Duża część bowiem naszych pragnień jest skutkiem grzechu pierworodnego i w żaden sposób nie powinniśmy dążyć do ich zaspokajania. Jest to najprostszy sposób odpowiedzi na tego typu argumentacje.

KM: Dlaczego fragmenty Pisma Św. traktujące o problemie homoseksualizmu przeważnie identyfikują to zjawisko, jako skutek wcześniejszych złych czynów. Takie sformułowanie znajdziemy zarówno w Księdze Rodzaju, gdzie w wyniku moralnego upadku mieszkańcy Sodomy rozpoczynają praktyki homoseksualne (por. Rdz 19, 1-11), jak i w Liście do Rzymian, gdzie św. Paweł stwierdza, że w wyniku niesprawiedliwości Bóg rzuca ludzi „na pastwę rządz nieczystych”, co skutkuje tym, że „mężczyźni z mężczyznami dokonywali czynów nierządnych” (Rz 1, 18-32). Czy tradycja biblijna interpretuje homoseksualizm, jako wynik uprzednich grzechów?

Takie odczytanie jest nieuprawnione, gdyż byłby to przejaw fundamentalizmu biblijnego. Rzeczywiście w zacytowanym fragmencie Listu do Rzymian jest wzmianka, że na skutek odwrócenia się człowieka od Boga, jednym z przejawów tego buntu, było pojawienie się wśród ludzi zjawiska homoseksualizmu. Zarazem w tym fragmencie nacisk nie jest położony na ocenę konkretnych osób, a raczej na nazwanie pewnego zjawiska, takiego jak pożądliwość oderwana od celowości, w następstwie której dokonuje się odwrócenie człowieka od Boga. Mowa zatem jest o pewnych ogólnych zasadach. Na podobnej zasadzie Kościół stwierdza, że skłonność homoseksualna jest obiektywnie nieuporządkowana, ale nigdy nie powie, że osoba posiadająca taką skłonność jest zła moralnie. Z tych samych powodów nie można powiedzieć, że osoba taka jest ukarana przez Boga. Choć inną sprawą jest, że ona sama może się w ten sposób czuć.

Psychologia

KM: W psychologii mówi się o trzech podstawowych korzeniach skłonności homoseksualnych: genetycznym, związanym z wpływem środowiska, wynikającym z uwarunkowań psychodynamicznych oraz osobowościowych. Które z tych wyjaśnień są najbliższe prawdy?

W kwestii podejścia do korzeni skłonności homoseksualnych psychologia nie powiedziała dotąd „ostatniego słowa”. W chwili obecnej nie istnieją żadne badania, które udowodniły w jednoznaczny sposób pochodzenie skłonności homoseksualnych. Cały spór, można rzec epistemologiczny, w tej tematyce dotyczy rozstrzygnięcia, czym jest orientacja seksualna i jaka jest możliwość dokonania jej wyboru, czy zmiany. Jedną stroną tego sporu są ci, którzy przesuwają się w kierunku biologicznego wyjaśnienia pochodzenia orientacji, w konsekwencji głosząc, że skoro jest ona czymś biologicznym, czy genetycznym, to jedynie w ograniczonym stopniu (jeśli w ogóle) jest podatna na zmianę. W konsekwencji tego sposobu rozumienia orientacji będą się pojawiały tendencje do myślenia w kategoriach deterministycznych. Drugą stroną sporu są ci, którzy przesuwają się w stronę konstruktywistyczną, która zakłada, że orientacja nie jest zdeterminowana biologicznie, ale jest raczej kwestią identyfikacji z pewną kulturą i pewnymi normami bycia mężczyzną czy kobietą. W tym ujęciu orientacja staje się czymś plastycznym. Zasadniczy spór w psychologii rozgrywa się właśnie pomiędzy tymi dwoma stanowiskami.

JL: Kto w tym sporze, zdaniem Ojca, ma racje?

Na ile ja znam to zagadnienie to prawda jest gdzieś pośrodku. Póki co, nie istnieją badania, które udowodniłyby genetyczne źródła homoseksualizmu, choć czynniki genetyczne bez wątpienia są w nim obecne. Jednocześnie, z doświadczeń klinicznych wynika, że istotne są także czynniki środowiskowe i one mają swój znaczący wpływ na kształtowanie się orientacji seksualnej. Homoseksualizm może więc być traktowany jako osłabienie procesu identyfikacji seksualnej.

KM: Czy nasza niewiedza w tym temacie wynika ze stanu medycyny i psychologii i jest stanem przejściowym, który zmieni się w toku badań, czy raczej niemożność określenia źródeł orientacji homoseksualnej wynika ze złożoności samego zagadnienia?

Problem jest tak złożony, że wydaje mi się, że wchodzi w zakres psychologii różnic indywidualnych, a zatem odpowiedź na generalne pytanie o korzenie orientacji homoseksualnej nigdy chyba nie będzie możliwa, bez względu na rozwój psychologii. Gdyby bowiem ten problem podlegał tak jednoznacznym rozstrzygnięciom to przy dzisiejszym stanie wiedzy psychologicznej już znalibyśmy odpowiedź na zadane przez Panów pytanie. Trudności z tym zagadnieniem tkwią w jego złożoności, a wynikają z faktu, że rozwój orientacji seksualnej jest procesem wieloaspektowym zaczynającym się od kształtowania tożsamości rodzajowej i zmierzającym do ukształtowania tożsamości seksualnej, w proces ten zaangażowana jest cała osobowość. Orientacja seksualna nie jest bowiem czymś, co mamy rozwinięte w momencie, gdy przychodzimy na świat, a raczej jest modulowana i kształtowana przez dłuższy okres. Dlatego uważam, że zagadnienie tak złożone nie podpada pod proste, generalne rozstrzygnięcia.

KM: W jaki sposób na nasze rozumienie tego zagadnienia mogą wpłynąć badania nad seksualnością zwierząt? Czy odkrycia występowania zjawiska homoseksualizmu wśród zwierząt wnoszą coś do dorobku psychologii?

Nawet jeśli takie odkrycia są prawdziwe, to ich wartość dla zrozumienia ludzkiego seksualizmu jest ograniczona i w żadnym stopniu nie są one dowodem na genetyczne źródło pochodzenia orientacji seksualnej wśród ludzi. Inna jest seksualność zwierząt, a inna człowieka, co widać chociażby na przykładzie procesu dobierania się w pary. W przypadku zwierząt rolę fundamentalną odgrywa tu instynkt. W przypadku ludzi w grę wchodzi nie tylko popędowość, ale czynniki indywidualne i kulturowe a więc także wolna wola, wybór, decyzja etc. Dlatego degradujące dla ludzkiej seksualności jest automatyczne porównywanie jej do seksualności zwierząt, co obraża także osoby o skłonnościach homoseksualnych.

KM: Podobny spór, jaki istnieje pomiędzy psychologami próbującymi wykazać korzenie orientacji homoseksualnej istnieje także wśród naukowców badających możliwość „wyleczenia skłonności homoseksualnych”. Z jednej strony, znajdują się zwolennicy tezy, iż zmiana orientacji seksualnej osób homoseksualnych wydaje się tak samo niemożliwa, jak osób heteroseksualnych. Z drugiej strony, słyszymy opinie, iż skłonność homoseksualna jest możliwa do wyleczenia. Jak Ojciec ustosunkowuje się do tego sporu?

W mojej ocenie, racja w tym sporze jest po stronie tych, którzy są w stanie wykazać to, co twierdzą. Trzeba być dogmatykiem, by odrzucić tezę o możliwości zmiany orientacji seksualnej. Z drugiej jednak strony trzeba umieć określić kryteria owej zmiany i wyłączyć z takich przypadków osoby biseksualne. Pouczające w ty względzie są doświadczenia amerykańskiego psychiatry Andrew Spitzera, który był jednym z filarów zmiany statusu homoseksualizmu z jednostki psychopatologicznej na równorzędną wobec heteroseksualizmu orientację seksualną, która dokonała się w latach 70. Trzydzieści lat później ten sam badacz twierdzi, że w ciągu dalszej praktyki, przy zachowaniu wszelkich kryteriów naukowości, spotkał osoby, które zmieniły swoją orientację. W konsekwencji uważam, że taki proces jest możliwy, bowiem i ja spotkałem takie osoby. Jednocześnie, jestem przekonany, że takowej zmiany nie można wyreżyserować, jak i ocenić dla kogo taki proces będzie możliwy, a dla kogo nie. Jest to niejako odwrotność tego, co mówiłem na temat złożoności określenia źródeł orientacji homoseksualnej. Jeśli rzeczywiście jest to tak złożony problem, który nie daje nam wzorcowego przykładu homoseksualizmu, to nie dysponujemy także jednym generalnym modelem zmiany.

KM: Skoro jest tak dużo niejasności w psychologii w tematyce orientacji homoseksualnej, to na jakich przesłankach oparty był proces zmiany statusu tego zjawiska. Rozpoczął się on w 1973 r, gdy Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne uznało homoseksualizm za „specyficzne, ale normalne upodobanie seksualne”. Kolejnym krokiem było usunięcie przez Światową Organizację Zdrowia homoseksualizmu z międzynarodowej klasyfikacji chorób (1981 r.). W 1993 r. WHO wydała oświadczenie, że „homoseksualizm nie może być traktowany jako zaburzenie” przez co heteroseksualizm został zrównany z homoseksualizmem. Czy mógłby Ojciec wyjaśnić jakie przesłanki stały za tymi decyzjami? Czy słuszna jest opinia, że „decyzja WHO nie była owocem badań naukowych czy też pogłębionej refleksji nad ludzką seksualnością, ale jest wynikiem presji i konformizmu o podłożu społecznym i politycznym”?

I tak i nie. Próbując odpowiedzieć na to pytanie należy pamiętać, że psychiatria jest najmniej empiryczną nauką medyczną, gdyż normy psychiatryczne są bardzo mocno uwarunkowane kulturowo, co ma zarówno pozytywny, jak i negatywny skutek. Pozytywny, gdyż dzięki zmianom w kulturze psychiatria uwalnia się od przesądów, przekonań filozoficznych, czy religijnych i dopuszcza większą plastyczność ludzkich zachowań. Negatywny, gdyż z uwagi na fakt, że psychiatria pewnych zjawisk na swoim gruncie nie jest w stanie udowodnić, musi czerpać pewne rozstrzygnięcia z kultury. Problem zaczyna się wtedy, gdy uświadomimy sobie, że kulturę tworzą różne dyskursy, które mogą mieć różną siłę oddziaływania. Wracając do pytania, to rzeczywiście prawdą historyczną jest, że zmiana samej nomenklatury z lat 70. nie była udokumentowana serią badań, które powaliłyby wszystkich swoją oczywistością. Doszło do niej raczej w drodze demokratycznych głosowań, w których oddziaływanie lobbingowe miało istotne znaczenie. Pozytywna strona tego procesu jest jednak taka, że badania psychologiczne udowodniły, że homoseksualizm rzeczywiście nie jest chorobą psychiczną czy zaburzeniem osobowości. Gdyby bowiem tak było, to osoby o takiej orientacji wypadałyby na testach osobowościowych z definicji gorzej, niż heteroseksualni. Tak się jednak nie dzieje.

JL: Zatem nie ma empirycznych dowodów, które na gruncie psychologii pozwalałyby traktować zjawisko homoseksualizmu, jako zaburzenie?

Gdy okazało się, że homoseksualizm nie może być traktowany, jako choroba psychiczna, psycholodzy szukali innego kryterium, które pozwalałoby traktować to zjawisko, jako dewiację seksualną, której towarzyszą problemy emocjonalne. W pewien sposób takim wymiarem jest badanie podatności na stany lękowe i depresje, które u osób homoseksualnych występują statystycznie częściej. Jednak nie jest to kryterium przekonywające, gdyż trudno ocenić na ile taki stan rzeczy wypływa z samej orientacji, a na ile jest on efektem stygmatyzacji i związany jest z wykluczaniem takich osób ze społeczeństwa. Zatem to kryterium nie ma charakteru rozstrzygającego.

JL: Czy psychologia nie potrafi jednoznacznie ocenić zjawiska homoseksualizmu?

Zależy o jaką ocenę chodzi. Psychologia nie operuje językiem wartości moralnych. Jedyne dopuszczalne w tym kontekście kryterium wartościujące, jakie stosujemy w psychologii, to pojęcie „rozwoju” zdefiniowanego, jako „możliwość do adaptacji i przystosowywania się do warunków współżycia z innymi ludźmi i środowiska”. Mówi się więc o prawidłowym lub nieprawidłowym rozwoju, ale nie o dobrych lub złych osobach. Z testów osobowościowych wynika, że statystycznie osoby homoseksualne nie wypadają na nich gorzej niż heteroseksualne, jeśli za kryterium uznamy właśnie zdolność do adaptacji i twórczego zaangażowania się w świat oraz rozwój swojego potencjału.

KM: Jak ów brak operowania językiem wartości wpływa na funkcjonowanie Ojca, jako psychologa? Czy odbywając psychoterapię jest Ojciec w pierwszej kolejności księdzem czy psychologiem?

Gdy przeprowadzam psychoterapię nie jest ważne, że jestem księdzem (nie przestaję nim być), ale moje interwencje kliniczne wypływają z modelu oddziaływania psychologicznego a nie ze statusu duchownego i przekonań religijnych. Nie wszyscy się zgodzą z takim poglądem, jednak dla mnie jest to oczywiste. Jeśli ktoś do mnie przychodzi bo chce się zobaczyć z księdzem, to tak się dzieje. Jeśli jednak ktoś przychodzi do mnie na terapię, to ja nie przestaję być księdzem, ale nie jestem nim dla tej osoby. Co oczywiście nie znaczy, że ona mnie nie będzie tak przeżywać, ale to podlega analizie i interpretacji. Kluczową rzeczą w psychoterapii jest kwestia zrozumienia przyczyn cierpienia i przezwyciężenia go, zmiany. Gdy przychodzi do mnie osoba o skłonnościach homoseksualnych i cierpi, to ja nie oferuję jej terapii reparatywnej jako jedynego modelu oddziaływania. Nie należę do terapeutów zajmujących się tego typu terapią, którzy z definicji pracują nad zmianą orientacji seksualnej. Dla mnie osoby przychodzące z problemami w kwestii swojej orientacji są osobami o szerszych problemach, co związane jest także z tym, jak one poznają siebie w innych wymiarach. Istotne jest, by przychodząca do mnie osoba umiała zrozumieć samą siebie i wziąć odpowiedzialność za własne życie. Wtedy rozważamy różne możliwości, ale to ona musi się z czymś zidentyfikować i dokonać wyboru. Jeśli decyduje się na terapię reparatywną to wskazuję jej takie „miejsce”. Kontekst wyznacza tu pacjent, a nie moje opinie. Nie wymuszam niczego i każdy mój pacjent dokonuje wyboru zgodnie z własną wolą.

KM: Z jednej strony, w procesie ustalania pewnej nomenklatury psychologicznej, czy oceniania pewnych zjawisk psychologia pozwala sobie używać pojęć wartościujących, które czerpie z kultury. Z drugiej strony, w chwili gdy dochodzi do spotkania z pacjentem tego wartościowania nie ma. Skąd taka różnica?

Historycznie patrząc źródłem tego napięcia było przekonanie, że większość ludzi cierpi wskutek internalizacji zbyt rygorystycznych norm moralnych, a psychoterapia powinna im pomóc uwolnić się od nadmiaru poczucia winy. Wartości, mylono jednak z normami. Z drugiej zaś strony, problemy natury psychologicznej często wiązano ze słabą lub „zdeprawowaną” wolą i przeceniano odpowiedzialność jednostki za jej cierpienie. Wartości są obecne w psychoterapii, ale nie mogą być narzucane przez psychoterapeutę. To pacjent w pierwszej kolejności wartościuje, wyznaczając w ten sposób psychoterapeucie dostępny mu język analizy.

Duszpasterstwo

KM: W sposób naturalny rozważając kwestie psychologiczne weszliśmy na poziom duszpasterski. Z tego, co zostało powiedziane, wynika jednoznacznie, że trudno sformułować generalne reguły, co do sposobów traktowania homoseksualistów, a wszystko zależy od indywidualnych przypadków. Czy na indywidualnym podejściu do każdej osoby powinien także opierać się idealny model duszpasterstwa osób homoseksualnych?

Nie do końca. Te zasady, które opisałem dotyczą jedynie psychoterapii, a nie samego duszpasterstwa. Duszpasterstwo powinno być sposobem podejścia Kościoła do osób o skłonnościach homoseksualnych, które pozostając jego członkami chcą korzystać z sakramentów, modlitwy, a przez to uświęcać się jako katolicy. Wymiar ten dotyczy osób, nie jako pacjentów, ale jako normalnych, wierzących, poszukujących swojego miejsca w Kościele. Zatem podstawowym celem duszpasterstwa osób o skłonnościach homoseksualnych jest zachowanie takiej ich więzi ze wspólnotą wiernych. Oczywiście, działalność takiego duszpasterstwa może być poszerzona o aspekt oddziaływania psychologiczno-psychoterapeutycznego, jednak powinno ono pozostawać w głównej mierze na płaszczyźnie środków sakramentalnych, tzn. spowiedzi, eucharystii, czytaniu Pismo Św. etc. Osoby biorące udział w życiu takiego duszpasterstwa powinny mieć możliwość przeżywania siebie bez stygmatyzacji i pogardy dla siebie. Czy w konsekwencji u konkretnej osoby nastąpi akceptacja siebie z tą orientacją, bądź raczej dojdzie do chęci jej zmiany, jest sprawą drugorzędną i zależy od indywidualnych przypadków.

JL: Jak wiele jest takich duszpasterstw w Polsce?

Niestety, taka grupa istnieje jedynie w Lublinie. Jej aktywność jest zaakceptowana przez Kościół. Nie ma jednak w Polsce innych inicjatyw ze strony Kościoła, które wychodziłyby na przeciw problemom katolików o skłonnościach homoseksualnych.

KM: W Liście Homosexualitatis problema dużo miejsca poświęca się problemowi duszpasterstwa osób o skłonnościach homoseksualnych. Mówi się tam o czterech podstawowych zagadnieniach z tym związanych: szczególnej odpowiedzialności biskupów, ugruntowania naszej wiedzy przez wsparcie ze strony teologów katolickich; szczególnej odpowiedzialności kapłanów oraz pracy nad odpowiednimi programami katechetycznymi. Z tego, co Ojciec powiedział, polski Kościół nie wywiązuje się z tych zadań. Z czego to wynika i czy nie ma tu potrzeby dużej zmiany?

Oczywiście w tym zakresie jest jeszcze wiele do zrobienia w naszym duszpasterstwie. Można wymienić kilka podstawowych przyczyn takiego stanu rzeczy. Po pierwsze, nie ma w Polsce tradycji takich duszpasterstw, a przez to pewnego modelu, według którego mogłyby one funkcjonować. Po drugie, istnieje duża podejrzliwość, co do samej idei, gdzie nie jest dla wszystkich jasne dla wszystkich, jak miałyby one wyglądać i czemu dokładnie służyć. Po trzecie, sceptycyzm, co do tego typu posługi duszpasterskiej wynika także z własnych lęków księży. Po czwarte, brakuje rzetelnego kształcenia osób duchownych w tym wymiarze, które pozwoliłoby im prowadzić posługę wśród osób homoseksualnych. Po piąte wreszcie, istnieje naturalna obawa duchownych, którzy nie zajmują się tym tematem, gdyż nie chcą, by ich samych posądzano o skłonności homoseksualne. Z tych powodów jest to mocno zaniedbany obszar oddziaływania duszpasterskiego w Polsce.

JL: Wszystkie zaniedbania sprowadzają się do braku rzetelnego wykształcenia. Czy zatem w pierwszej kolejności ulec zmianie powinna edukacja księży w tej tematyce?

Zdecydowanie tak, choć oprócz wiedzy, musi mieć miejsce również jakieś przygotowanie psychologiczne, żeby taki ksiądz rozumiał pewne mechanizmy jakie mają miejsce, kiedy towarzyszy osobom o skłonnościach homoseksualnych.

KM: Nasuwa się także pytanie o kształt takich duszpasterstw. Wydaje się bowiem, że w tej kwestii także nie ma jasności. Jedna z opinii, którą reprezentuje m.in. ojciec Józef Augustyn SJ utrzymuje, że „Homoseksualizm jest tym typem zranienia emocjonalnego, który domaga się szerokiego otwarcia na społeczeństwo, a nie zamykania się w gettach. Społeczeństwo w swojej zdecydowanej większości jest heteroseksualne. Jednym z ważnych celów pomocy terapeutycznej i duchowej winna być integracja tych osób ze społeczeństwem” (Duszpasterstwo osób homoseksualnych). Czy zgadza się Ojciec z tą opinią?

Ojciec Augustyn wychodząc z założenia, że homoseksualizm jest „zranieniem emocjonalnym”, w konsekwencji dochodzi do przekonania, że ludzi o takich skłonnościach trzeba resocjalizować, do czego sprowadza się zacytowana wypowiedź. Dla mnie jednak niejasne jest tutaj określenie zranienia emocjonalnego, czy jest ono przyczyną czy skutkiem homoseksualizmu; inaczej też postrzegam rolę duszpasterstw dla osób o skłonnościach homoseksualnych. Zarazem rozumiem jego lęk przed organizowaniem tego typu aktywności duszpasterskiej, gdyż wynika on ze świadomości pewnej dynamiki psychologicznej. Problem polega na tym, że w duszpasterstwie osób homoseksualnych spotykają się osoby, które prędzej, czy później, w takim lub innym wymiarze, będą dla siebie atrakcyjne. Pytanie brzmi: czy stworzenie im warunków do zaistnienia pewnej wspólnoty pomaga, czy wręcz przeszkadza w wytrwaniu w zobowiązaniach natury religijnej? To nie jest kwestia wyssana z palca, ale realny problem, który jest silniejszy niż w każdym innym „branżowym” duszpasterstwie. W tym przypadku dużo łatwiej o to, by dynamika grupy wytworzyła silne emocjonalne więzy i pod przykrywką religijnych dochodziło do spotkań towarzyskich. Jest to naturalne z perspektywy psychologicznej, a czymś niepożądanym z perspektywy duszpasterskiej. Opinia o. Augustyna może wynikać z takich właśnie obaw.

JL: Jaka jest zatem najbliższa Ojcu wizja duszpasterstwa?

By odpowiedzieć na to pytanie, należy najpierw zastanowić się, czego oczekują potencjalni członkowie takiego duszpasterstwa. Z doświadczenia wiem, że po pierwsze, taka osoba oczekuje przyjęcia jej, jako osoby, a nie jako homoseksualisty. Nie jest to jednak łatwe, zarówno dla księży, jak i świeckich, gdyż taka etykieta często przysłania nam oczy. Druga sprawa, to oczekiwanie pomocy w próbach zrozumienia, czym jest to doświadczenie dla tej osoby. Po trzecie, to próba odnalezienia się z tym doświadczeniem w Kościele i podjęcie dojrzałej decyzji, nawet jeśli ma ona brzmieć: „odchodzę!”. Lepsza jest taka decyzja, niż walki do końca życia z księżmi na zasadzie odreagowywania złości. Pamiętając o tych oczekiwaniach wydaje mi się, że omawiana tu wizja duszpasterstwa powinna iść w kierunku modelu duszpasterstwa par nie sakramentalnych. Podstawowym celem uczestnictwa w życiu takiej wspólnoty byłoby poczucie solidarności z osobami, które przeżywają podobne problemy oraz danie im możliwości bycia ze swoim doświadczeniem wewnątrz Kościoła. Jednocześnie wydają mi się chybione pomysły, które definiowałyby cel takiego duszpasterstwa, jako resocjalizację do życia w społeczeństwie. To nie są kryminaliści. Zarazem nie powinno to być także miejsce, gdzie automatycznie wszyscy członkowie są nakierowywani na zmianę swojej orientacji, bowiem osobom, które pracują nad zmianą swojej orientacji seksualnej, duszpasterstwo jest potrzebne z innych powodów.

KM: Osobnym problemem duszpasterskim jest zagadnienie stosunku wiernych heteroseksualnych do osób o skłonnościach homoseksualnych. W cytowanym fragmencie Katechizmu stosunek ten opisany jest trzema słowami, wśród których znajduje się „współczucie”. Czy postawa taka nie sugeruje postawy wywyższenia?

-Współczucie ma tu raczej oznaczać to, co w psychologii nazywane jest jako „empatia”. Jest to postawa polegająca na próbie postawienia się w ich położeniu i zrozumieniu ich cierpień i problemów. Jeśli bowiem ktoś cierpi, to żaden chrześcijanin nie może się czuć lepszy. To współczucie jest zatem raczej dowartościowaniem tego, komu jest ciężko, które nie musi zakładać postawy „skoro ja nie mam takich problemów to jestem lepszy”. Wydaje mi się, że Katechizm mówi właśnie o współczuciu w tym pozytywnym sensie, odróżniając go od pojęcia litości. Innym synonimem tak rozumianego współczucia może być szacunek do osoby, która sama nie wybrała tego, z czym musi się zmagać. To zmaganie jest dla niej źródłem cierpienia i osobistych dramatów, co należy dostrzec i przyjąć z jej punkt widzenia.

KM: Czy przyjmowanie takiego stanowiska powinno być właściwe także w stosunku do kogoś, kto nie rozumie swojego homoseksualizmu, jako cierpienia, a raczej prezentuje postawę „tryumfującego homoseksualizmu”, mocno zideologizowanego?

W postawie do takiej osoby należy również prezentować szacunek należny każdej jednostce ludzkiej. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy wyrażać zgodę na jej zachowania i bez zastrzeżeń akceptować wszystkie jej postulaty. Prawo do równości nie oznacza równości praw. Taka niezgoda nie jest przejawem dyskryminacji. Nie jest się zbawionym za to, że jest się heteroseksualistą, a potępionym za to, że jest się homoseksualistą; o zbawieniu decyduje raczej nasza postawa i otwarcie na Boga. Wychodząc z tych przesłanek mogę głosić szacunek do homoseksualisty, jako osoby, zarazem nie zgadzając się na czyny, które ona popełnia.

KM: Ciekawe, że Ojca stanowisko, bardzo restrykcyjne w kwestiach teologicznych, wypływające z Nauczania Kościoła, jest bardzo wrażliwe, czy wręcz życzliwe w podejściu do konkretnej osoby. Czy należy to rozumieć, jako realizację chrześcijańskiego spojrzenia polegającego na dostrzeżeniu osoby?

Bardzo mnie boli, gdy słyszę od osób w Kościele absurdalne skróty, że homoseksualista to pedał, pedofil itp. i z osób o skłonnościach homoseksualnych robi się potwory moralne. Ponieważ on ma takie skłonności, to my już wiemy, jaką on jest osobą. Miałem wystarczające doświadczenia terapeutyczne z takimi osobami i wiem, jak one przeżywają od wewnątrz swoją sytuację. Nie muszę oczywiście się z nimi we wszystkim zgadzać, ale jako chrześcijanin mam obowiązek ich szanować. Oczywiście, równie bolesne dla mnie są parady, gdzie uczestnicy przebierają się za księży, czy zakonnice, rozbierają się do naga, manifestują swoją seksualność, zarazem twierdząc, że robią to w imię walczenia o swoje prawa. Tego typu manifestacje są pomyślane wyłącznie jako prowokacja, która na dodatek utrwala w społeczeństwie negatywny (i stereotypowy) wizerunek homoseksualisty.

KM: Wydaje się jednak, że tak ogólne zasady łatwiej jest głosić, a trudniej realizować w praktyce. W pewien sposób oddaje to dające do myślenia świadectwo jednej osoby, które ukazało się w numerze miesięcznika „Więź”, który w całości poświęcony był problemowi homoseksualizmu. Marek, lat 36 mówi o sobie: „Nie wiem, dlaczego Pan Bóg stworzył mnie gejem, ale wierzę, że jest to częścią Jego planu miłości. W swoim chrześcijaństwie byłem zawsze i jestem bardzo radykalny: wróciłem z misji z postanowieniem, że tę kwestię muszę rozwiązać raz na całe życie. Kilka lat zmagałem się w sumieniu. Chciałem mieć pewność, że to, co wybiorę, jest dobre i że nie sprzeciwię się Panu Bogu. Na studiach poznałem naukę św. Tomasza o prymacie sumienia. Z pełną świadomością poszedłem za głosem mego sumienia, a wbrew temu, czego w tym punkcie naucza Kościół. Mój związek z przyjacielem traktuję analogicznie do małżeństwa: złem jest dla mnie wszystko, co jest grzechem w małżeństwie, a więc zdrada, kłamstwo, egoizm, instrumentalne traktowanie drugiej osoby, ale nie jest złem miłość i wyrażanie tej miłości. Przystępuję do sakramentów świętych – spowiedzi i Eucharystii, by spotkać się z Chrystusem. Osobiście bezpośrednio oddaję się pod osąd Boży. Wierzę głęboko, choć jest to bardzo trudne, że to, co robię, nie sprzeciwia się woli Bożej. Na tej drodze przez dwa lata towarzyszył mi spowiednik”.

W tej wypowiedzi bardziej problematyczna jest dla mnie postawa samego spowiednika, który wprowadza podwójną normę, niż postępowanie owego mężczyzny. Jako kapłan mogę się zgodzić lub nie zgodzić z rozumowaniem i końcowym wnioskiem spowiadającej się osoby, ale nie mogę poszargać jej sumienia. Ona musi wziąć odpowiedzialność za swoje postępowanie nie za moim pozwoleniem, ale za nakazem sumienia. Należy pamiętać, że przystępowanie do sakramentów opiera się na przynależności do Kościoła, a rozgrzeszenie nie może opierać się na opinii księdza, a jedynie na nauce Kościoła. Zadaniem kapłana w sakramencie spowiedzi jest formowanie sumienia, a nie jego zniekształcanie. Jeśli do mnie przyszłaby osoba do spowiedzi i doszła do podobnych wniosków, to poleciłbym jej iść do końca za głosem sumienia, nie dając jednak jej rozgrzeszenia, bo jeśli nie traktuje swoich czynów jako grzechu, to z czego mam ją rozgrzeszyć? Nie udziela się rozgrzeszenia na zaś. Jednocześnie uznałbym, że nie powinna ona okresowo przystępować do sakramentu pokuty, gdyż oszukuje samą siebie, natomiast moglibyśmy się umówić na rozmowę duszpasterską gdyby tego chciała. W mojej ocenie, wspomniany ksiądz postąpił inaczej, i wyszedł ze swojej funkcji reprezentanta Kościoła. Każdy bowiem ksiądz może mieć dylematy etyczne, od których ja także nie jestem wolny słuchając spowiedzi. Nie mogę jednak wejść w rolę zewnętrznego sumienia osoby i zacząć wygłaszać swoje prywatne opinie. Nie rozgrzeszam bowiem we własnym imieniu, tylko w imieniu Kościoła. Pozostaje jeszcze jedno poważne pytanie: czy tego typu spowiedzi są w ogóle ważne?

KM: Czy mógłby Ojciec na koniec spróbować odpowiedzieć, czy Kościół katolicki rzeczywiście jest homofobiczny, jak podnoszą często Jego przeciwnicy?

Termin homofobia ma podwójne znaczenie – psychologiczne i socjologiczne. W tym pierwszym sensie, jest to termin kliniczny, który opiera się na zjawisku internalizacji lęku, przed czymś co postrzega się jako zagrożenie, ale lęk ten ma irracjonalne podłoże. Zatem homofobia w sensie psychologicznym będzie irracjonalnym lękiem przed osobami o skłonnościach homoseksualnych. Inne znaczenie ma ten termin w dyskursie społecznym, gdzie o homofobii mówi się nawet wtedy, gdy ktoś się nie zgadza z niektórymi postulatami osób czy środowisk homoseksualnych i próbuje to uzasadnić.

Ten termin w dyskursie społecznym służy wtedy do krytyki wszystkich głosów wyrażających jakikolwiek sceptycyzm w stosunku do lobby homoseksualnego. Wracając do Panów pytania, można stwierdzić, że stanowisko Kościoła jest „homofobiczne” w sensie społecznym, bo kategorycznie odrzuca pewne postulaty środowisk homoseksualnych. Jeśli jednak będziemy rozumieli słowo homofobia w sposób psychologiczny, to stanowisko Kościoła nie może być za takie uznane. Oczywiście, mówię tu o Doktrynie i Nauczaniu Kościoła. Niestety, wśród jego członków, zarówno świeckich, jak i duchownych, spotkać można stanowiska niebezpiecznie zbliżone do homofobii, a nawet wprost homofobiczne, również w sensie psychologicznym. Ale to na szczęście nie jest standard ani ideał do realizowania.
___________

Pierwodruk: Kwartalnik Pressje

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code