Refleksja

Flaga dla wielu mniejszości

Flaga dla wielu mniejszości

Wojciech Stanisławski

Tożsamość zbiorowa staje się na naszych oczach produktem, który można obstalowywać na życzenie, niczym u dobrego krojczego. W ciągu najbliższego kwartału nowe godło otrzymać ma Bośnia. Ile innych heraldycznych gryfów, jednorożców i orłów zostanie w najbliższych latach wyproszone z tarcz herbowych i salonów?

27 stycznia Trybunał Konstytucyjny Bośni i Hercegowiny orzekł, że godła i flagi dwóch „podmiotów politycznych, współtworzących Bośnię od czasu pokoju w Dayton w 1996 r. – bośniacko-chorwackiej Federacji Bośni i Hercegowiny (FBiH) oraz Republiki Serbskiej (RS) – zostają unieważnione. Jak głosi werdykt, w niewystarczającym stopniu odzwierciedlały one „wartości i tradycje bliskie wszystkim trzem narodom konstytucyjnym BiH”, czyli zamieszkującym oba „podmioty” Bośniakom, Chorwatom i Serbom. Parlamenty obu podmiotów mają trzy miesiące na zaprojektowanie nowych symboli (bośniackim Serbom przyjdzie dodatkowo przyjąć nowy hymn; parlamentarzyści Federacji przewidująco nie zdecydowali się na wybór żadnego tekstu przez dziesięć przeszło lat).

Tam, gdzie tradycje własnej, w pełni suwerennej państwowości w najlepszym razie kończą się w średniowieczu, kłopoty z heraldyką są właściwie nieuniknione. Przypadek Bośni jest pod tym względem wręcz wzorcowy: od czasu upadku księstewka, a potem królestwa Kotromaniciów w połowie XV wieku nad Sarajewem powiewały buńczuki ottomańskie, żółto-czerwony sztandar Austro-Węgier, flagi Królestwa Jugosławii i mikropaństwek podległych Trzeciej Rzeszy. Na tym wszystkim przybił swoją pieczęć Tito, narzucając socjalistycznej republice związkowej wyjątkowy w swym braku urody, nawet jak na niewysokie komunistyczne standardy, herb: fabryczny komin i kłosy zboża w wieńcu z jedliny, buczyny i brudnoczerwonej wstęgi.

Nic dziwnego, że walczące ze sobą w latach 90. ubiegłego wieku o dominację nad Bośnią strony sięgnęły do historycznego rekwizytarium: zwolennicy Wielkiej Chorwacji do tradycyjnej chorwackiej szachownicy, bojowcy o Wielką Serbię – do równie tradycyjnego, bizantyjsko-serbskiego dwugłowego orła, Bośniacy – do lilii Kotromaniciów i ottomańskiej sześcioramiennej gwiazdy.

W 1996 roku najlepsze, co mógł zrobić Zachód, negocjując, a właściwie wymuszając pokój w Dayton, to nie ingerować w nic, co mogłoby doprowadzić do kolejnego wybuchu. Serbom pozwolono więc zostawić orła Nemanjiciów, zaś na fladze Federacji znalazły się obok siebie chorwacka szachownica, pozłocone bośniackie lilie i dziesięć gwiazdek w kręgu, symbolizujących co prawda dziesięć kantonów FBiH, lecz zarazem błękitnym tłem i owalem w dyskretny sposób świadczące o tęsknocie za Unią Europejską.

Heraldyczny collage, by nie rzec, mocno nieżyczliwie, chimera. Przez dziesięć lat herby te zostały jednak odrobinę oswojone, figurując na tablicach rejestracyjnych, świadectwach szkolnych, receptach, banknotach i drzwiach urzędów. Oczywiście, nim się symbol świeży jak figa ucukruje, jak tytoń uleży, tych lat powinno minąć kilkaset. Dziś jednak rezygnuje się z orła, lilii i szachownicy w nadziei, że kolejna konstrukcja plastyczna przyczyni się do pojednania trzech narodów, które nie czują się dobrze w jednym państwie, od dziesięciu lat pozostając w stanie swoistego „lodowatego pokoju”. Jakie jednak elementy przyjdzie zmiksować, by rzeczywiście budziły uczucie zakorzenienia i przywiązania? Czy nie będzie to swoisty „Frankenstein heraldyki” – albo i możliwie najbardziej neutralnych motywów plastycznych, ot, łańcucha górskiego, wodospadu i smreków, niczym w prospekcie turystycznym?

Bośnia od Polski daleko, przerysowywanie symboliki trwa ostatecznie na świecie nie od dziś; przed kilku laty nad takim posunięciem zastanawiali się na serio Słoweńcy, skonfundowani, że cały świat myli ich ze Słowacją, a British Airways jeszcze w 1997 r. ochoczo zrezygnowały z Union Jacka. Jeśli decyzja obradujących w Sarajewie konstytucjonalistów może zwrócić czyjąkolwiek uwagę, to ze względu na stojące u jej podstaw przekonanie, że dobrze, sprawiedliwie i szczęśliwie będzie wówczas, gdy wszystkie mniejszości i zbiorowości, współtworzące daną społeczność, uzyskają w niej odpowiednią, proporcjonalną reprezentację.

„Niech nas zobaczą”. „Niech nas usłyszą”. Czy ten postulat nie rozlega się w dzisiejszym świecie coraz głośniej i coraz częściej? I czy u jego podstaw częstokroć nie leży swoisty egotyzm rozkapryszonego pięciolatka? I czy w wielokulturowych, wielowyznaniowych, wielojęzykowych państwach Zachodu kolejne wspólnoty (którym, needless to say, należy się szacunek i przychylność) nie będą spełniały się w coraz bardziej gorączkowym zabieganiu o swą reprezentację, zaistnienie, podkreślenie odrębności? Raz rozpoczęta rywalizacja tego rodzaju ogarnia wszystkich, nie sposób od niej uciec: jeśli o prawo symbolicznej obecności na fladze wystąpią Brobdingnagowie, czym prędzej muszą uczynić to i Lilipuci; jeśli zastrzeżonego konstytucyjnie miejsca w parlamencie chce dla siebie garstka Houyhnhnmów, czym prędzej muszą się o nie postarać i Lapuci…

Jeśli kolejne społeczności organizują swoje parady na głównej alei miasta, organizują swoje szkółki niedzielne i otwierają restauracje – tym lepiej, świat staje się wielobarwny niczym nowojorska Piąta Aleja i widać wyraźnie wielobarwność rodziny ludzkiej. Kłopot zaczyna się, kiedy dążenie do zaistnienia i do uzyskania reprezentacji staje się potrzebą dominującą – zwłaszcza, kiedy do podziału jest ograniczona ilość dóbr (mandatów do parlamentu, centymetrów kwadratowych flagi czy alej, na których można zorganizować paradę). Być może myśl sarajewskich konstytucjonalistów nie znajdzie zbyt rychłych naśladowców i długo jeszcze nie znajdzie się nikt, kto chciałby zamienić w patchwork „reprezentatywnych symboli narodowych, etnicznych, religijnych i mniejszościowych” flagi unijnej, amerykańskich Stars and Stripes czy bodaj biało-czerwonej. Nic jednak nie mogę poradzić na to, że czytając przed kilkoma dniami doniesienia bośniackiej prasy, wychwalającej mądrość i takt miejscowych sędziów, przypomniałem sobie Miłoszowe kasandryczne słowa z poematu „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada”: Tak, gdzie niedawno pod dębami święcono ojczyzny nic nie zostało prócz państw, a my sami z dniem każdym tracimy po literze z jeszcze różniących nas imion.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code